RSS
 

Notki z tagiem ‘zima’

Znowu chorzy

23 gru

Kolejny raz choroba u nas w domu. Jestem już tym bardzo zmęczona, zwłaszcza że to powtórka z zeszłego roku, kiedy do świąt też przygotowywałam się z kaszlem i bólem głowy. Mały na przełomie listopada i grudnia złapał infekcję gardła. Niby nic bardzo złego, ale miał też stany podgorączkowe, więc po kilku dniach lekarka nakazała zbadać CRP. Wyszło prawie 70 przy normie do 2… No to antybiotyk poszedł w ruch. Po skończonej kuracji mały poszedł do przedszkola na 5 dni (całe 5!) i zaczęło się zapalenie ucha. Tyle że zdążył zaliczyć wizytę Mikołaja w przedszkolu. Ale ominęły go dwa wyjścia do teatru, jasełka, kiermasz świąteczny… To mnie bardzo boli, to dodatkowa strata, oprócz choroby, leków, nieprzyjemnych badań jeszcze to, że sporo fajnych rzeczy w przedszkolu mu umyka. Doszło do tego, że moje dziecko jęczące dotąd, że nie chce do przedszkola, teraz mnie prosi, żeby go tam zaprowadzić… Albo chociaż na plac zabaw, mamo… Serce mi się kraje.

Jak na zbawienie czekam na ten zabieg w lutym. Na razie jesteśmy zapisani na wycięcie trzeciego migdała, ale laryngolog mówi, że chyba trzeba zlikwidować też boczne. Oboje jesteśmy z mężem źli, że czekaliśmy tak długo. Lekarka nas uspokajała, że możemy czekać na ten lutowy termin, ale jakbym wiedziała, jak będzie, poszlibyśmy załatwić sprawę prywatnie już we wrześniu. Zabieg zawsze jest konieczny do przeprowadzenia, kiedy dziecko głuchnie, u nas tego nie ma, ale za to non stop tony leków, krople, syropy, zawiesiny… Już drugi tydzień leczymy małego bez antybiotyku, a to wiąże się z ciągłą kontrolą, czy się stan nie pogarsza, byliśmy już 4 razy u lekarza. Dodatkowo my się zarażamy od syna. Ja kaszlę tak, że mało płuc nie wypluję, męża łamie w kościach. W dodatku ta wiosna za oknem… Zero świątecznej atmosfery :( 

Mam nadzieję, że naprawdę po tym zabiegu się odmieni, trzymajcie kciuki. I wszystkiego dobrego na świąteczne dni!

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

O zimie i o zdobywaniu przyjaciół

24 sty

No i mamy zimę. U mnie jest OK, 5 stopni mrozu i trochę śniegu, klasycznie więc, można powiedzieć. Uff, zawsze cieszę się, oglądając prognozę pogody, że nie mieszkam w Suwałkach. Słowo daję, raz tylko przez całe życie zdarzyło mi się widzieć, że jest tam cieplej niż w innych rejonach Polski i było to przedstawione przez pogodynkę prawie jak anomalia.

Jak tylko zrobiło się biało, za punkt honoru wzięłam sobie, by pokazać małemu co to śnieg itp. Ubieranie na dwór trwało pół godziny, ale co tam. Już w drodze na plac zabaw poczułam zbliżający się kłopot, bo synek zażądał łopatki, a gdy dotarliśmy do celu, z okrzykiem baba, baba! pognał do piaskownicy. I wytłumacz tu dziecku, że zmrożony piasek nijak się nie klei, babka żadna nie wyjdzie. Zamiast radochy ze śniegu było więc rozczarowanie i trochę łez.

Sam śnieg został zresztą dość pogardliwie określony jako tlata, czyli piana (taka jaka powstaje w kąpieli). Mały trochę się rozchmurzył, gdy pokazałam mu, że może tę tlatę zgarniać łopatką i pracowicie odśnieżył wszelkie powierzchnie płaskie na placu zabaw. Największa radocha była jednak wtedy, gdy poszliśmy na spacer i jakaś pani karmiła gołębie. Ja nie cierpię tych gruchaczy, wg mnie to tępe ptaki, nigdy nie najedzone, hałaśliwe i roznoszące choroby. Trochę mi było słabo, jak widziałam, że mały co chwila wbiega w kłębowisko tych pożeraczy chleba i śmieje się w głos, że odlatują, ale tylko na parę metrów, bo kto by zostawił pełne koryto. 

Pilnowanie dziecka na dworze w taką pogodę to jednak średnia przyjemność, ja szybko marznę, usiąść nie ma gdzie, po godzinie tupania na śniegu mam naprawdę dość. Ale staram się jednak codziennie wyjść, dla zdrowia, dla rozrywki (nie mojej oczywiście), dla rozwoju dziecka wreszcie (zawsze coś nowego można pokazać, wytłumaczyć). Zdaje się jednak, że inne mamy/opiekunki z mojej okolicy nie podzielają mojego zdania. Gdzie są te wszystkie dzieci, od których roiły się place zabaw latem i jesienią? Miejsca w piaskownicy nie można było znaleźć, kolejka do zjeżdżalni się ustawiała, a teraz? Łażę z małym sama, cały plac zabaw (jeden, drugi, trzeci) do naszej dyspozycji. Osiedle wygląda na bezdzietne, a wiem, że to nieprawda. 

Latem z kilkoma mamami udało mi się zapoznać, niemal codziennie się w końcu widziałyśmy a to przy zjeżdżalni, a to w piaskownicy. Kiedyś myślałam, że zawrę w ten sposób nowe znajomości, a może nawet przyjaźnie. Niestety, nic z tego nie wyszło, ot, kilka rozmów o dzieciach (jakżeby inaczej), cześć, cześć i tyle. Niby coś nas łączy, podobna sytuacja, dzieci, ale w naszym wieku chyba już trudno o jakąś głębszą znajomość. Każdy żyje przede wszystkim swoimi sprawami; wyczuwam dystans, sama też nie wychylam się przed szereg. Nie to, co kiedyś w szkole, przyjaźnie na zabój, robimy to samo, myślimy to samo i podoba się nam ten sam chłopak. Nie rozdzielały nas osobiste problemy, bo ich po prostu nie miałyśmy, nie skłócały poglądy, bo też były słabo skrystalizowane. Liczyła się wspólna zabawa, ewentualnie pomoc w nauce.

W dorosłym wieku trudno zawrzeć szczerą znajomość, komu nie ostały się przyjaźnie z wcześniejszych lat, zostaje sam. Tak się złożyło, że wszyscy moi przyjaciele są co najmniej w innych miastach, większość jednak na emigracji. Pozostają tzw. znajomi, koleżanki, koledzy, ich małżonkowie, ale to nie to samo. Szkoda.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

O tym, co normalne, a co nie

07 sty

Przez to, że po Sylwestrze dwa dni dochodziłam do siebie, potem jacyś goście jeszcze, nasze odwiedziny u rodziny, na koniec jeszcze Trzech Króli – i ani się człowiek obejrzał, jak pierwszy tydzień dwatysiąceczternastego zleciał. Dziś właściwie dopiero zaczynamy z małym żyć dawnym rytmem, tzn. sami znowu cały dzień jesteśmy, bo mąż/tato w końcu poszedł do pracy… Kiedyś trzeba było. Nienormalnie tak ciągle świętować.

Nie lubię zimy i zimna, nie znoszę taplać się w tzw. błocie pośniegowym ani też nie tęsknię za czerwonymi od mrozu policzkami. Teoretycznie więc powinna mnie cieszyć obecna pogoda: 10 stopni na plusie, zielona trawa na skwerkach i słoneczko przyjaźnie świecące na niebie. No i tak nieśmiało się cieszę i korzystam, chodzę z małym na plac zabaw i robimy babki z piasku, jak gdyby nigdy nic.

Trochę się jednak czuję, jak więzień z odroczonym wyrokiem albo na przepustce – wiadomo, że te mrozy i śniegi jakieś w końcu przyjdą, a jak mają przyjść w marcu czy kwietniu (a już, nie daj Boże, w maju), to ja jednak wolę teraz, żeby spadło, co ma spaść i zmroziło, tak jak powinno, żeby już czekać na tę wiosnę, na ten marzec, kwiecień z czystym sumieniem. No, chyba że w ogóle nie będzie nic a nic zimy, spoko, byleby się to latem czkawką nie odbiło, jakimiś huraganami i deszczami padającymi nieprzerwanie przez całą kanikułę… Nie jest to normalne, jak wiadomo.

Znajomi kupili córce (1,5 rocznej) pod choinkę sanki. Raz ją w nich posadzili na próbę i teraz bidula siada w nich wygodnie, rączkę ze sznurkiem wyciąga w górę, by ktoś złapał i pociągnął. „Na szmatach ja po pokoju ciągamy” – mówią. No i to normalne nie jest, przyznacie sami.

W Biedronce powystawiali wielkie łopaty do odgarniania śniegu. Promocyja. Niech to raczej wyślą do Nowego Jorku…

Czytam „Tajny dziennik” Mirona Białoszewskiego. Akurat czas bożonarodzeniowy, pasterka. Pisze Miron: Siada koło mnie jakaś baba stara. W końcu zapalają częściowo światła. Wychodzą mniejsi ministranci, trochę więksi, więksi, jeszcze więksi od tych większych. Na końcu ksiądz w paradnej kapie. (…) Baba obok mnie śpiewa. Bo inni to nie bardzo spiewają. Tym lepiej ja słyszę. Tym gorzej dla mnie.

Cały Miron. Na wskroś szczery i… normalny.

 

Bałwan??!

03 kwi

Ta zima mnie wykończy, ten wredny wiatr zawiewający non stop padającym śniegiem doprowadza mnie do rozpaczy. ILEŻ MOŻNA??? Na Wielkanoc dzieciaki ulepiły w ogródku bałwana i wcale nie wydaje mi się to śmieszne. Mój mały zresztą się go przestraszył. I słusznie, śniegowy bałwan w kwietniu to przerażająca rzecz. Nie zastąpi krokusów, śpiewających skowronków, zielonych listeczków na gałęziach drzew i krzewów, ciepłych powiewów wiosennego zefirka na twarzy… Tego wszystkiego, co tak kocham w wiośnie. I o czym myślę od października…

Pakując się do wyjazdu do rodziców na Wielkanoc uświadomiłam sobie, że zabieram cieplejsze rzeczy, niż na Boże Narodzenie. Nie wspomnę już, jaki dostaliśmy rachunek za ogrzewanie, a końca tej piep… zimy nie widać. Tyle wieści z frontu.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Back to reality…

27 gru

Wyjazd na Święta w góry był pomysłem dos-ko-na-łym. Pogoda była jak z amerykańskich filmów o Christmas – słońce i leniwie opadające płateczki śniegu, do tego lekki mróz. Cudo. Spacery po śniegu i w śniegu, zjeżdżanie na sankach (chyba pierwszy raz od 20 lat śmigałam z górki, trzymając lejce w rękach), a wieczorem kupa śmiechu przy Scrabblach. Zero telewizji, zero ciężkiego brzucha, skutecznie niwelowanego spacerowaniem wśród ośnieżonych drzew. I wśród saren! Podchodziły naprawdę blisko. Dla nas to atrakcja, ale one pewnie głodne bidule…


 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS