RSS
 

Notki z tagiem ‘zasypianie’

Ściąganie piżamki: 15 minut. Wkładanie majteczek: 20. Spodenek: 15. Skarpetek: 15. Jeszcze tylko koszulka i sweterek… I kapcie.

07 maj

Ciężkie dni. Mały tak mi daje popalić, że co najmniej raz dziennie dziękuję sama sobie, że nie zdecydowałam się na drugie dziecko. To nie na mój charakter, nie na moją logikę, nie na moje nerwy. Muszę wykłócać się o każdą czynność, siłować się z synem fizycznie i na słowa (dyskusja jest zresztą mało merytoryczna, gdyż jedynym argumentem małego jest jego „niechcenie”). Ze wszystkiego robione jest wielkie halo i ogromny problem, co, po pierwsze, jest wyczerpujące, po drugie (i to mnie chyba wkurza najbardziej) zajmuje mnóstwo czasu.

Rano na przykład jest walka, by mały się ubrał. Szarpie się przy ściąganiu piżamy. Ucieka przy próbie włożenia majtek czy spodni. Czynność, która normalnie zajęłaby 10 minut, rozciąga się do kilkudziesięciu, przy czym mały ryczy i wije się na podłodze, a ja się wściekam. Z sikaniem to samo. Po całej nocy ma suchą pieluchę, w nocy pił wodę, naturalne jest, że ma pełny pęcherz, nie wyparowało przecież z niego. No i co? Nie ce!!! Ani prośby, ani groźby, ani przekupstwo. Nie i już. Jest tak uparty, że potrafi przez cały dzień z łaską załatwić się tylko dwa razy.

Byliśmy ostatnio u koleżanki (bezdzietnej, ale mocno starającej się). Skomentowała tę naszą szarpaninę o wszystko, że jak tak może takie małe dziecko rządzić i po co go w ogóle o coś pytać, co i tak musi być zrobione. Hmm… Fajnie by było, gdybym tak mogła wymóc siłą na małym to, na co się nie zgadza. Czyli np. posadzić na kibelku czy zapiąć w foteliku. Ale – może to śmieszne – jest na tyle silny, że wymiękam; wije się i pręży – kto  potrafi zmusić ciałko wygięte w łuk, by przyjęło pozycję siedzącą – powodzenia i zapraszam do siebie na demonstrację. Chętnie popatrzę. Wg mnie – nie da się, a już na pewno nie są to warunki na siusianie czy spokojne zjedzenie posiłku (zależy, co było celem), więc po prostu odpuszczam. I tylko mam nadzieję, że jakieś schorzenie z tego nie wyniknie.

A pytanie dziecka o zdanie – no cóż, staram się okazywać synkowi szacunek i pozwalać mu decydować w drobnych sprawach, przecież to wsio rawno, czy założy czerwoną koszulkę czy niebieską i czy do domu pójdziemy prawą stroną drogi czy lewą. Problem zaczyna się, kiedy żadna z proponowanych opcji nie wchodzi w grę. A jeszcze, gdy małemu włączy się zdarta płyta, tzn. bez końca powtarza, co to on by chciał (czyli np. na spacerze: Na łoki, na łoki, na łoki, na łoki!!! Nie synku, nie wezmę cię na rączki, jesteś już duży i ciężki. Na łoki, na łoki, na łoki!!! Nie synku, mama nie weźmie cię na rączki. Na łoki, na łoki!! Na łoki!!!) lub nie chciał (Nie ce auta!! Nie ce auta!! Nie ce auta!! Synku, wsiadaj do auta, deszcz pada, wracamy do domu. Nie ce auta, nie ce auta!!! Nie ce auta!! I tak dalej, i tak dalej), to wznoszę oczy do nieba i modlę się o cierpliwość i siły, by to przetrwać.

Próbuję różnych sposobów i niektóre nawet działają, ale – znowu – ogólnie wszystko to zajmuje tyle czasu, że nawet, gdy w końcu osiągnę cel, jestem zła i wymęczona. Czyli np. gdy mały odmawia wejścia na 3. piętro do domu – OK, zostawiam go samego na schodach. Po 10 minutach albo włazi sam, albo mnie woła, wtedy schodzę po niego i już grzecznie za rączkę wchodzi. Zanim jednak do tego dojdzie, denerwuję się, że spadnie, nasłuchuję, czy ktoś nie idzie po schodach etc. W niektórych sytuacjach pomaga odwrócenie uwagi, czyli – nie wchodzę z synkiem w dyskusję, tylko zagaduję o czymś innym. Co też wymaga czasu, chęci i inwencji. I kłóci się z moim zdrowym rozsądkiem, no bo jak, celem jest np. włożenie kurteczki, a pokazuję małemu gołębie na chodniku i opowiadam, co też one tam ciekawego robią. Paranoja!

Czasami jest komicznie: mały słania się na nogach, histeryzuje ze zmęczenia, w dzień nie miał drzemki (ku mojej rozpaczy), jest godzina 21 i co słyszymy, my rodzice marzący o chwili dla siebie? Nie ce pać!!! Nie ce pać!!! W takiej sytuacji sił dodaje mi świadomość, że jeśli w końcu uda mi się przekonać synka, by choć na sekundę położył głowę na poduszce, to wiem, że od razu zaśnie. No i w końcu nareszcie zalegnie cisza. Aż do następnego dnia…

Jeszcze jedno – synek dobrze wie, jak mnie rozbroić. Kiedy już naprawdę przesadzi i każę mu iść do swojego pokoju i tam się wykrzyczeć do woli, po jakimś czasie przybiega skruszony i zasmarkany i mówi, że chce się tulić. No i się tulimy, czuję mocno zaciskające się na mnie rączki i staram się go zrozumieć. Że to taki durny wiek. Że musi wypróbować, na ile może sobie pozwolić. Że musi poznać, gdzie są granice i że nie warto odmrażać sobie uszu na złość mamie. Przez jakiś czas jest dobrze, aż niestety znowu matka coś wymyśli. Np. zupkę. Albo kąpiel. Albo powie, że to już ostatnia bajka i wyłączamy telewizor. I znowu rozgrywa się wielka tragedia. Po raz enty danego dnia.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Sypialnia odzyskana/Kije muszą być

10 kwi

Wyeksmitowaliśmy małego (a raczej jego łóżeczko) z naszej sypialni do jego pokoju, piętro niżej w dodatku. Bałam się histerii (małego) i latania po schodach po nocy (mojego), ale poszło prawie bezboleśnie. Łóżeczko znieśliśmy w dzień, żeby synek się przyzwyczaił, ale jakby tego nie zauważył, ignorował całkowicie nowy mebel w swoim pokoju aż do wieczora, kiedy to spania przyszedł czas. Tam pać! Tam pać! – płakał rozdzierająco wskazując rączką na piętro. Mnie oczywiście pękało serce i rozważałabym powrót łóżeczka do nas, gdyby nie było wcześniej ogromnych mecyi z noszeniem go po schodach oraz z przeciskaniem się z nim przez drzwi pokoju. Oszczędzę opisu, ale chodziło o milimetry i dość sporą akrobatykę (bo oczywiście pierwotnie łóżeczko przyszło w paczce w częściach i złożone zostało w naszej sypialni).

Całe szczęście mały ostatecznie się przystosował, woła tylko raz w nocy, około 3, kiedy tak się rozkopie, że aż zmarznie. Schodzi wtedy to z nas, które akurat słyszy (zazwyczaj ja), opatula i koniec. Synek jednak nadal jednak nie pozwala demontować szczebli z boku. Myślałam, że to będzie dla niego szał ciał, zabawa z włażeniem i wyłażeniem, martwiłam się nawet, że zabrudzi i wyszura pościel pakując się do łóżka za dnia. Nic podobnego. Kolejny raz wyjęliśmy szczeble i mały kolejny raz postawił warunek położenia głowy na poduszce – Kije, kije! Założyć kije? Tak!

Tym bardziej więc cieszę się, że w biurze podróży kupując wczasy upieraliśmy się przy łóżeczku dla niego, bo, jak się okazało, łóżeczko dziecięce przysługuje dzieciom do lat dwóch, a potem dają dostawkę. Babka specjalnie kontaktowała się z hotelem w tej sprawie i obiecano nam łóżeczko. Bo jak on bez szczebli nie czuje się komfortowo, to co dopiero na zwykłym tapczanie, czy jak tam wygląda ta dostawka.

Lecimy latem na tę Kretę i nie ma dnia, bym o tym nie myślała, w różnych kontekstach… Z jednej strony rozmarzam się o plaży i ciepłym morzu i że nie będę musiała sprzątać i gotować… A z drugiej oczywiście martwię się, jak to z małym będzie. Dobre rady mile widziane. Już czytałam o dziecku w samolocie – że kocyk wziąć, bo bywa zimno, że wygodne ubranie. No OK. Kupiłam też kilka nowych zabawek, które mały zobaczy dopiero w samolocie (jeśli będzie marudził, bo może akurat będzie zarajcowany lotem, nowe zabawki przydadzą się wówczas na inną czarną godzinę). No i chyba do bagażu podręcznego wezmę nocnik? Bo, nie daj Boże, jakaś kupa? Siusiu chyba też już świadomie w pieluchę nie zrobi, ale na wszelki wypadek chyba założę mu pampersa, bo ja wiem? Lot niby nie taki długi, ale zanim co, to 2 godziny na lotnisku spędzimy. A mały jak się zatnie, to się nie wysika i koniec, aż bywa za późno.

No a to zatykanie uszu przy starcie/lądowaniu? Synek nie pije już od dawna przez smoczek, lizaków ani żadnych twardych cukierków do ciamkania mu nie daję, gumy do żucia broń panie Boże. To jakieś ciastko mu dać? Czy to ma w ogóle aż takie znaczenie, czy może w necie, jak zwykle, przesadzają?…

Kolejna rzecz – mały co rano woła o kaszkę. All inclusive all inclusivem, ale kaszki bym się nie spodziwała w menu, a na pewno nie codziennie… Biorę więc własną, trudno, będziemy robić przy stole w jadalni.

I weź tu się, człowieku, normalnie spakuj… Łopatki, wiaderko, grabki, piłka taka, piłka siaka, konewka, nadstawka na sedes, kaszki, ulubiony struś do spania z różową szyją… Chyba gdzieś wcisnę strój kąpielowy i klapki, co?

PS

Mały lubi pukać w różne drzwi i wołać Kto tam?! Ostatnio widziałam, jak stukał w klapę od sedesu. Kto tam? Kto tam?! Hmmm…

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Doba z małym cz. 3

04 gru

Po drzemce następuje najmniej lubiana przeze mnie część dnia, czyli obiad, czyli karmienie małego. Sam je tylko naprawdę wybrane rzeczy – Danonka czy Monte wpierniczy łyżeczką, aż się zakurzy. Pokrojone pierogi ruskie czy naleśnik z serem też sam widelcem sobie do buzi włoży. O słodyczach nie wspomnę. Ale pozostałe jedzenie muszę mu dawać, a do tego jeszcze często przy jakiejś zabawce, książeczce, telefonie, bo inaczej chłopak się nudzi, wyłazi z krzesełka i obiadu nie zje. Za to będzie jęczał o ciastka.

Gdybym nie znała dzieci mojej siostry, które naprawdę potrafią żyć powietrzem, nazwałabym małego niejadkiem. Ale dzięki siostrzeńcom wiem, że do niejadka mu daleko, martwię się tylko, że bez atrakcji typu rozkręcanie solniczki czy przeglądanie gazety zupy nie zje, kotleta nie ugryzie. No nic, kiedyś musi mu to minąć. MUSI. Ostatnio bardzo go zainteresowało udo kurze ugotowane w rosole. Odłożyłam je dla męża, a małemu pokroiłam kawałek kurczaka w kosteczkę i siup, do zupy. A on rzucił się na tę kość: A kiiiiiiijjjjj? A kiiiiiiijjjjjjj? I zaintrygowany bardzo kością-kijem ogryzł prawie całą :) Idąc tym tropem może by sushi zjadł, bo takie dziwaczne z wyglądu? Bo schabowy czy pulpety już się opatrzyły…

Staram się gotować zdrowo i różnorodnie, mały jednak mi sprawy nie ułatwia. To, co dawniej lubił – teraz wypluwa, z zup lubi rosół, ale żeby zjadł pomidorową czy barszcz, muszę się sporo natrudzić. Poza tym synek lubi mięcho, nie zawsze przygotowane dla niego: ostatnio próbowałam go nakarmić kremem z dyni, a nam, czyli mnie i mężowi, ugotowałam kiełbaski. Mały ledwie zupki spróbował. Nie jest głodny – pomyślałam – po czym, jak zobaczył, co jem, wdrapał się na krzesło i zjadł mi prawie połowę.

Po obiedzie mały ogląda trochę bajek (wyproszonych u mnie, gustuje w „Zaczarowanym ołówku” z lat 70., „Sąsiadach”, równie wiekowych, oraz w „Śwince Peppie”, którą pokochał jako pierwszą), oczywiście żebrze o czekoladę i ciastka oraz skutecznie przeszkadza mi w cudownych domowych czynnościach typu prasowanie mężowskich koszul czy ładowanie garów do zmywarki. Latem czasami wychodziłam z nim drugi raz na dwór, teraz to już właściwie o tej porze zapada zmrok. Zostają nam zabawy w domu, których serdecznie nie cierpię, bo mnie nudzą, 2 lata w końcu skończyłam już dawno temu, ale co zrobić. Nie chcę trzymać dziecka przed telewizorem non stop.

No więc „kulamy” sobie piłkę (kitę – wg małego), układamy puzzle (tj. ja układam, mały rozwala, tyle osiągnęłam, że potem wszystkie elementy ładnie zbiera), rozkładamy klocki, którymi mały najchętniej rzuca, ale czasem też ładnie ułoży je w rządku. To mu naprawdę wychodzi – równiutko, jak spod sznurka, układa czy to klocki, czy kubeczki, czy inne przedmioty. Lubię patrzeć, jak coś konstruktywnego robi.

Czasem synek rysuje albo tańczy do melodyjek puszczanych ze swoich zabawek. Czasem „gra” na cymbałkach. Ulubiona zabawa to jednak skakanie po naszym małżeńskim łożu. Mały nauczył się, że nie wolno mu wchodzić na nie w kapciach, więc dzielnie się męczy przy ich rozpinaniu, potem każe zabrać wszelkie zbędne rzeczy typu kołdra czy moja piżama (pokazuje palcem i z dezaprobatą mówi: E, e, e, e) i zaczyna szaleć. Skacze, turla się, staje na głowie, robi fikołki, ale nie jest tak, że mam wolne. Muszę stać obok i asystować, inaczej nie ma zabawy (podbiega do mnie, ciągnie za rękę i woła z wyrzutem mama, mama! jeśli tylko próbuję zajrzeć w gazetę czy kompa). Największa radocha jest, kiedy trzymam w górze kołdrę, mały na nią skacze, zawija się jak naleśnik i następnie ja go gwałtownie odwijam tak, że przetacza się przez całe łóżko. Wpadlibyście na coś takiego??

Po 18 słychać upragniony zgrzyt klucza w zamku: powrót taty. Oczywiście najchętniej przekazałabym mu małego w chwili, gdy wiesza kurtkę na wieszaku i poszła gdzieś w diabły, choćby na fotel z książką. No, ale obiad trzeba podać, małym się zająć, żeby nie przeszkadzał w konsumpcji, potem w końcu przez chwilę mam wolne (które – durna pała – przeznaczam na wieszanie prania, ogarnięcie kuchni czy inne relaksujące czynności. To się chyba leczy…).

Wieczorem najczęściej mąż podaje kolację małemu (gdzieś tak między Faktami a Wiadomościami), ostatnio hitem jest chleb z miodem, no i dobra, mogło być gorzej. Kiedyś ulubiona była parówka, ale coś popadła w niełaskę, sami musieliśmy te wszystkie Jedyneczki zjeść. Jeszcze dawniej jajecznica była na topie oraz Almette, ostatnio jakoś bez entuzjazmu.

Po kolacji kąpiel – pod prysznicem lub w wanience, zajmujemy się tym na zmianę.

I w końcu nadchodzi pora na położenie potwora… Chociaż przez pierwszą godzinę (gdzieś tak do 21) o leżeniu nie ma mowy. Mały skacze w łóżeczku (nadal szczebelkowe i nadal nie odkryliśmy przed nim tajemnicy wyjmowania dwóch szczebli…), wywala kołdrę, rzuca poduszką i misiami, zdarza mu się zdjąć prześcieradło z materacyka… Istne szaleństwo. My próbujemy zacząć w tym czasie relaks na dole w salonie, ale nie ma lekko. Bo na przykład… Umta, umta! Mama, umta! Co oznacza, że akurat teraz, czyściutki i ze świeżą pieluchą, mały postanowił zrobić kupę. Czasem woła, gdy już jest po fakcie, czasem zdążymy na nocnik go posadzić, a jeszcze bywa tak, że nas oszukuje, kupy nie robi i nie ma takiego zamiaru – chciał jedynie przesunąć w czasie porę pójścia spać.

Potem na fali jest okrzyk Tla! Tata, mama tla! Znaczy, że pić, ale znowu nie chodzi o to, że mały umiera z pragnienia, tylko co 10 minut chce nas zobaczyć przy łóżeczku. Upija łyczek i wszystko jest OK, aż do następnego: Mama, tla!! Jak mąż jest na wieczornym treningu i wszystkim zajmuję się sama, po prostu padam z nóg. I wiem, że gdy wyjmiemy szczebelki, wieczór zamieni się w gonitwę za małym i odprowadzanie go do łóżeczka raz po raz… 

Około 22 w końcu robi się cicho. Jezus, jak dobrze!!! Można np. obejrzeć kolejny odcinek serialu :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Doba z małym cz. 1

13 lis

Około drugiej w nocy mały zazwyczaj się przebudza, nie do całkowitej trzeźwości, ale coś tam dziamga na tyle głośno, że mnie budzi (by zbudziło się mężydło, musiałby użyć mocniejszych środków wyrazu…). Pamiętam, że gdy był malutki, też o tej porze najczęściej się wybudzał na jedzenie. Kiedy jeszcze ciamkał smoka do zaśnięcia, to o drugiej zazwyczaj zauważał, że ktoś mu go niecnie zakosił, gdy usnął. I trzeba było ze smoczkiem do łóżeczka lecieć. A teraz, kiedy w końcu osiągnęliśmy sukces wychowawczy i mały zasypia i śpi z pustą buzią, to właściwie wystarczy, że powiem ciiiiii, śpij – i synek zapada z powrotem w mocny sen.

Około szóstej-siódmej rano budzi mnie mama, mama, mama… Jeśli nie reaguję, mały płynnie zmienia adresata: mama, mata, tata, tata, tata. Ostatnio nauczył się tez mówić coś na kształt słowa tatuś, a brzmi to mniej więcej jak tatjuuu. Kiedy podejść wtedy do łóżeczka, można zobaczyć komiczny obrazek. Mały stoi już „spakowany”: w jednej rączce trzyma za nogę jednego misia, w drugiej, również za nogę, drugiego. Należy wtedy dokonać transferu do naszego łóżka. Czasem wygrywamy los na loterii i synek z misiami wtula się w poduszkę i zasypia. Najczęściej jednak dochodzi do wniosku, że spanie jest dla nudziarzy i zaczyna się pokaz akrobatyczny: skoki, salta, fikołki, rzucanie miśkami i poduszkami (raz się tak zamachnął, że spadł z łóżka w ślad za jaśkiem…). Do tej nadaktywności fizycznej (której zawsze się dziwię, wiadomo, rano człowiek jest jak z drewna) dochodzą piski i dzikie okrzyki i nie ma mowy o łagodnym przejściu ze snu do realności.

PS

A ze smokiem to było tak, że pewnego wieczoru, jakiś miesiąc temu, twardo udawaliśmy, że go po prostu nie ma, zgubił się i ptaszki zabrały (wykorzystaliśmy wszystkie wersje kłamstw, jakie proponują poradniki i inni rodzice). Ryk był oczywiście wielki, mały rozdzierająco krzyczał NIE MAAA! NIE MAA! Dobrze, że maż ma mniej empatii ode mnie i powstrzymywał mnie przed kapitulacją, bo już kusiłam: A może mu dać? A może to za wcześnie zabierać? Teraz przyznaję, że ten odwyk od smoczka trudny jest tez dla rodzica, bo traci wsparcie i staje bezradny przed łóżeczkiem z wrzeszczącym dzieciarem. Nie pomagała też myśl, że mały po prostu nie potrafi zasnąć bez smoka i to się nie może udać. Ech, byłam człowiekiem małej wiary, biję się w piersi. W końcu mały padł, kolejnego wieczora rozpacz trwała krócej, następnego ograniczył się do upewniającego pytania nie ma? I tyle, end of story. Na drzemkę w dzień dostaje jeszcze ciamkacza, ale szybko go wypluwa lub ja mu zabieram i nie wiem, jak to możliwe, ale nie mąci mu to w głowie podczas wieczornego zasypiania.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

W jednym łóżku

08 sty

Od jakiegoś miesiąca mały wymusza na nas zabieranie go do łóżka. Od urodzenia sypiał w łóżeczku sam, nawet w okresie karmienia piersią nie było z tym problemu. I byłam z tego faktu bardzo zadowolona – jedno odzwyczajanie mniej (bo przecież trzeba będzie małego odzwyczajać od smoczka, od pampersów etc.). Aż tu proszę, nagle mamy alternatywę – wysłuchiwanie wycia dochodzącego z łóżeczka lub zabranie małego pomiędzy siebie do łóżka.

Najpierw te akty wymuszenia zdarzały się sporadycznie i tylko nad ranem – ot, przesypiał tę godzinkę około 7 wtulony w jedno z nas. Ostatnio jednak domagał się przenosin już o północy (przetrzymaliśmy go niemal do drugiej i nie ugięliśmy się, zasnął u siebie), a kolejnej nocy zaczął rzęzić o czwartej. Dokładnie wtedy wiadomo, o co mu chodzi – stoi w odpowiednim narożniku, najbliższym naszego łóżka, rączki ma wczepione w tę listewkę nad szczebelkami i jest nie do ruszenia w innym kierunku prócz: w górę, na ręce. Kostki mu bieleją na rączkach, stoi sztywno jak kołek, nie jestem w stanie go położyć; nie do wiary, jak takie dziecko może być silne, zresztą nawet ostatnio pani od szczepień zdziwiła się bardzo herkulesową siłą naszego syncia. Mało jej strzykawki nie wyrwał. Czwarta rano to jest rzeźnia, nikt nie ma siły na żadną walkę, mały oczywiście wygrywa.

Mam mieszane uczucia – rano jest naprawdę słodki, kiedy tak przytula się do mnie lub do męża, kiedy zaspany otwiera oczka (czasem śpi tak długo, że budzę się wcześniej) i cieszy się na nowy dzień. Po przebudzeniu błyskawicznie staje na nogi i szaleje po łóżku, oczywiście bez jednej skarpetki (jeśli poszedł spać w dwóch) lub z jedną stopą uwolnioną od nogawki śpiocha (a myślałam, że śpiochami załatwię sprawę gołych nóg) – patrz zdjęcie powyżej. No więc to jest takie słodkie - brykające po łóżku przeszczęśliwe dziecko. Z drugiej strony, jak zwykle, trochę jestem zła, że całe to nasze uczenie go od maleńkości spania samemu idzie w pierony. I mam obawy, że nie uwolnimy się od niego do dziesiątego roku życia…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Naspidowana kaszka…

03 kwi

Czy ja ostatnio napisałam, że teraz jest już tak świetnie, że wiem, o co chodzi mojemu dziecku i super się dogadujemy? Chyba pisałam to w złym momencie… Od paru dni mały jest nie do zniesienia. Fakt, że wychodzi mu z dziąsła górna jedynka nie do końca tłumaczy jego niekończące się jęczenie. Bo co, jak go biorę na ręce, to już mu ząb nie przeszkadza? Jak mu robię „hopsia hopsia” zanosi się śmiechem, przy samolociku (trzymam go na brzuchu w powietrzu) otwiera paszczę i ślini się z zachwytu. Ale już na kocu, w leżaczku, w łóżeczku i wszędzie tam, gdzie mu nie towarzyszę aktywnie, jest wielki płacz i zgrzytanie (dosłownie!) zębów.

Mały strasznie szybko się niecierpliwi, nudzi, z jęczenia błyskawicznie przechodzi w spazmatyczny płacz; tylko czekać, aż sąsiedzi zadzwonią na błękitną linię.  Mam problem z wyjściem do toalety, że o ugotowaniu obiadu nie wspomnę. A propos obiadu, ostatnimi czasy karmienie małego zupkami przeradza się w godzinny seans z płaczem i wrzaskiem, czyli ogólnym buntem przeciw jedzeniu. Dla mnie to koszmar, pierwsze kęsy mały zjada chętnie, po czym nagle zaczyna robić cyrk z odwracaniem się od łyżeczki i zaciskaniem ust. Z innymi posiłkami jakoś idzie, natomiast zupy z dnia na dzień zjada coraz mniej. Z 200 ml najpierw zrobiło się 150, teraz sukcesem jest 100. Szczerze mówiąc, szlag mnie trafia przy takich fochach jedzeniowych i naprawdę trudno o cierpliwość. Trudno też machnąć ręką i stwierdzić: nie, to nie.

Do tego wszystkiego doszły wielkie kłopoty z wieczornym zasypianiem, którego czas wydłużył się z trzydziestu minut do dwóch godzin. Właściwie nie tyle są to kłopoty z zasypianiem, co wielka chęć na fikołki, stawanie na głowie, szarpanie za szczebelki, stukanie smoczkiem w ścianę, wkładanie nóg (w śpiworku!) między szczeble i inne tego typu akrobacje. Mężydło aż wczoraj zapytało, co jest w tej kaszce, którą podaję małemu po kąpieli. Środki pobudzające? W każdym razie mały, nim zaśnie, obślini się, porozpina ubranko w śpiworku, tak, że od pasa w dół jest goły, obrzyga siebie i prześcieradło, dwadzieścia razy wyrzuci smoczek, po czym od razu za nim spazmatycznie płacze, próbuje raczkować w łóżeczku i złości się na brak miejsca itp., itd. Ratunku!

Cała nadzieja w tym, że to minie; może faktycznie ząb mu tak dokucza? Ale już prawie cały wylazł, dziąsło nie jest spuchnięte… Nadmiaru snu w dzień gościu tez nie ma, nie widzę więc za bardzo powodów jego harców po ciepłej kąpieli i gęstej kaszce… Sama wieczorem padam na pysk…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS