RSS
 

Notki z tagiem ‘ząb’

Język i zęby…

30 mar

Mały myje ręce w kuchni, mam przy zlewie mydło i płyn do naczyń w podobnych dozownikach i raz mu się pomyliły.

- Spłucz rączki, bo wziąłeś płyn do naczyń zamiast mydła.

- A można od tego umarnąć?

:)

Muszę przyznać, że jako polonistkę interesują mnie niepoprawne formy językowe, które tworzy na wzór poprawnych zasad gramatycznych (jak w przypadku powyżej – skoro jest „zagarnąć”, może być „umarnąć”). Byłaby o tym ciekawa praca magisterska! Mały np. bardzo lubi tworzyć liczbę mnogą z końcówką -y, czyli na wzór słów „chłopcy”, „samochody” tworzy „faly” (zamiast fale). Niektórych jego wyrażeń nawet nie poprawiam, tak mi się podobają, np. „plufnąć” do wody :) Natomiast nie darowuję mu prostactwa językowego, pod moje dyktando nie mówi inaczej jak „włączyć”/”wyłączyć”, a za „poszłem” daję mu kary (żartuję :)).

Co do bardziej fizycznych aspektów paszczy – wypadła małemu górna jedynka, trzymająca się zresztą już od dawna na włosku (czy raczej resztkach dziąsła), ale nie mozna było jej tknąć. Jeszcze zanim wypadła, zrobiła wokół siebie tyle miejsca, że teraz mały ma w buzi puste miejsce jak na trzy nowe zęby, a nie tylko jeden. Co nie przeszkadza mu co chwila otwierać paszczęki w różnym gronie rodzinnym i nie tylko, z arcytrudnym pytaniem poprzedzającym: Zgadnij, który ząb mi wypadł?

Po utracie zęba oczywiście temat był jeden: co przyniesie wróżka zębuszka. Za moich czasów takich ekstrasów nie było… Mały nie akceptuje lansowanych w bajkach monet pod poduszką, woli słodycze i jakieś niespodzianki, co mi kilka razy obwieścił, zanim poszedł spać. A nawet gdy już zasnął, to po chwili mnie przerażony zawołał: mamo, mamo, przecież musimy położyć ząb pod poduszką! Równie przerażona zaczęłam go szukać po łazience, dziękując sobie w duchu, że jakoś zapomniałam go od razu wyrzucić. Co się go potem naszukałam w nocy, celem podmianki…

Ale rano radość była wielka. Już o szóstej…

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Ząb out

29 kwi

Małemu wypadł ząb, dolna jedynka. Ruszał się już ze trzy tygodnie wcześniej, jeździliśmy do dentysty, zrobiliśmy zdjęcie RTG. Wyszło, że pod spodem już czekają zalążki nowych kłapaczy. No i ząb pewnego dnia przegrał z jabłkiem… Dentystka mówi, że to OK, że teraz dzieciom szybciej zęby wypadają… Jeszcze trochę, a dziewczynkom zaczną rosnąć piersi jeszcze przed komunią…

Mały, o dziwo, wcale się sprawą nie przejął. Wychowany na zagranicznych bajkach coś bąkał o „gruszce zębuszce” (cóż, za moich czasów nie było takich cudów…), no ale pytam go – co, wróżka ma przynieść pieniążek? A on na to: Pieniążek? Nie… Pieniążka nie można zjeść…

No to podłożyłam mu cukierka, cieszył się bardzo… :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Co wynika z rozpulchnionego dziąsła

20 wrz

Mały od paru dni ma sraczkę. Inaczej tego nazwać nie sposób. Nie jest to biegunka, żadne odwodnienie nam nie straszne, ale trzy raz dziennie wali takiego kupala, że… poszłam wczoraj z nim do lekarza (z małym, nie z kupalem, ten został w pampersie w domu, powoli weń wsiąkając). Doktorka osłuchała, w ucha zajrzała, gardziel obejrzała. Nic złego nie znalazła. Tak zresztą myślałam, bo ani gorączki, ani braku apetytu nie ma. Jedyny podejrzany to ząb. Tzn. kilka zębów, bo idą na potęgę, ale zwłaszcza jeden daje się małemu we znaki, jak sądzę. Myślałam wcześniej, że to czwórka idzie, ale gdy mężydło parę dni temu zajrzało w szczękę i stwierdziło, że małemu idzie ząb „na podniebieniu”, przyjrzałam się sprawie głębiej, a za moją radą i lekarka takoż. Stwierdziła, że to, co widzimy, to piątka przedzierająca się przez zwały dziąsła. Nawet nie chcę myśleć, jak to będzie dalej wyglądać, bo odległość między jednym kawałkiem zęba a drugim to jakieś pół centymetra, pod spodem wiadomo – reszta zęba siedzi. I jakoś wyleźć musi.

Lekarka powiedziała, że jakby starego dopadło ząbkowanie, to mógłby nie przeżyć :) Że to boli, swędzi i dokucza na maksa, do tego przez rozpulchnione dziąsła wnikają bakterie, ot i sraczka gotowa. Podawałam małemu Dicoflor, ale nie było żadnej poprawy, lekarka zaleciła zmianę środka, od dwóch dni dostaje Multilac i chyba jest lepiej (zmniejszyła się częstotliwość i, co ważne, smrodliwość). Odradzam natomiast Floridral. Założenia producenta są szczytne – dwie pokaźne saszetki, w jednej elektrolity, w drugiej dobre bakterie, należy to zmieszać i podać w 200 ml wody. Super, niech mi tylko producent powie, jak zmusić dziecko, żeby wypiło szklankę takiego paskudztwa. Na opakowaniu wprawdzie mamy info o smaku bananowym, ale wg mnie to tyczy się tylko zapachu, smak jest smarkowy i mały przez pół dnia wypił 1/3 tego specyfiku (a powinien tuż po przygotowaniu, tak stoi w ulotce).

Odstawiłam serki i jogurciki, obiadki podaję jeszcze bardziej lekkostrawne, niż dotąd, na deserek gotowane jabłuszko i… oby to pomogło, bo nie daję rady na cały czas zmiany pieluchy wstrzymywać oddechu, a odór jest tak potężny, że na pewno nie pozostaje obojętny dla zdrowia… A nikt mi, kurka, szkodliwego nie płaci.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

8 miesięcy – bilans

26 kwi

Parę dni temu byłam z małym na bilansie – miałam się zgłosić po skończeniu przez synka 8 miesięcy. Ogólnie wszystko wyszło dobrze; waga – 9,5 kg, nic dziwnego, że plecy bolą mnie wieczorem jak po skopaniu sporego ogródka… Przy mierzeniu długości ciała doktor się upewniła: to ile on skończył? 9? 10? Ja na to: Nie, no 8. Okazało się, że mały się nieźle wyciągnął i centymetr pokazał 76 cm. Doktorka pytała, czy mąż jest wysoki, bo po mnie to jakiegoś oszałamiającego wzrostu mały w genach na pewno nie dostał; jednak mężydło też koszykarzem nie jest, musiał skubaniec jakieś starsze geny dziadków przejąć. Przy okazji leżenia na przewijaku mały postanowił nie marnować czasu i zerwał plakat ze ściany… Doktor zmartwiła się tylko, czy jakaś pinezka na niego nie poleciała. To i tak lepsze od puszczenia siura na wadze, co miało miejsce podczas naszej pierwszej wizyty…

Jak zwykle zasypałam doktor setką pytań:

1. Czy mały może czekać na okulistę, czy też szukać jakiegoś wcześniejszego terminu (udało mi się go zapisać dopiero na koniec czerwca, ale do dobrej lekarki, ponoć); synek od początku lekko zezował, jak prawie wszystkie noworodki, jednak w większości przypadków po 6 miesiącach problem mija, u małego niestety nie, stąd okulista. Doktor powiedziała, że spokojnie możemy czekać na umówioną wizytę, bo jakiejś strasznej wady nie ma.

2. Co z tym glutenem? Od 6 miesiąca podaję małemu kontrolowane dawki – najpierw pół łyżeczki kaszy manny, potem całą, teraz dwie. Pełny glutenowy posiłek (czyli po prostu butlę kaszy manny) doktor pozwoliła dać dopiero po 9 miesiącu. Ciekawe, przez jaki czas te zalecenia będą niezmienne (parę lat temu były inne zasady wprowadzania glutenu, nie wspomnę o tym, jak nas żywiono 30 lat temu…)

3. Czy to, że mały często oddycha przez otwartą buzię jest normalne? Sapie tak zwłaszcza, jak go coś zarajcuje, np. pełzając po dywanie znajdzie jakiś skarb typu flamaster… Doktor nie przejęła się tym zbytnio, ale dała mi skierowanie do laryngologa; umówiłam się już więc na wizytę, termin, podobnie jak do okulisty – czerwcowy.

4. Co z ilością posiłków? Czy można pominąć ten o 23? Mały wtedy miałby 12 godzin przerwy w jedzeniu. Lekarka powiedziała, że można spróbować i jeśli w nocy głodny się nie zbudzi, to spokojnie można to nocne karmienie pominąć. I co? I hurra, gościu dostaje kaszę około 20 i budzi się dopiero rano (8-9), nie brakuje mu więc kleiku o 23. I chwała Bogu, bo to upierdliwe było. Dziwię się tylko, że przy pominięciu jednego posiłku nie zaczął jeść więcej w dzień. Ale że chudy nie jest, nie martwię się. Na razie.

5. Co z poduszką? Doktor kategorycznie zabroniła i od paru dni przyznaję jej rację, bo mały zaczął nagle sypiać na brzuchu. Żadne odwracanie na plecy czy przynajmniej na bok nie ma sensu. Jednej nocy wyglądało to tak, że wstawałam jakieś 10 razy, przekręcałam małego na plecy, kładłam się i po minucie słyszałam szszszszsz…., szurając kołdrą jak jeż w liściach mały przyjmował pozycję rozpłaszczonej żaby z lekko wypiętym ku górze tyłkiem. Więc dałam spokój, sprawdzam tylko, czy nos mu widać i ma jak dychać.

6. W schemacie żywienia w 10 miesiącu każą w ramach obiadu dawać zupę i drugie danie, z lekka mnie to przeraziło, całe szczęście doktor machnęła na to ręką; no, chyba że dziecko nie naje się mięskiem z warzywami, to wypadałoby jeszcze jakąś zupę podawać, w praktyce zwykle jest kłopot, żeby chociaż to jedno danie zjadło. Tak na marginesie - schemat to schemat, wiadomo, że nigdy dokładnie wg wytycznych postępować się nie da (czyt. dzieciak nigdy nie zje tak, jak napisali w tabelce), czegoś jednak trzymać się trzeba, choćby pobieżnie. Łatwiej mi kierować się tabelką niż radami  tzw. doświadczonych matek (a powinno być odwrotnie!). Moja siostra ma dwoje dzieci, powinna być więc dla mnie skarbnicą mądrych rad, tak jednak nie jest. Pytam ją na przykład o ten nieszczęsny gluten, a ona mówi – a kto by się tam stosował do tego, pół łyżeczki kaszy manny, haha, kto by tam tego pilnował. Pytam ją o gotowanie zupek – osobno mięsa, osobno warzyw (wywar z mięsa może być silnie alergizujący), a ona na to: ja tam gotowałam razem, bo zapomniałam, że to mięso miało być osobno. Pytam o podawanie żółtka, najpierw średnio co drugi dzień, potem codziennie i słyszę – dawałam, jak sobie przypomniałam. I tak ze wszystkim. Dodatkowo wiecznie musiałam wysłuchać nieśmiertelnego zdania: „wiesz, moje dzieci ponad rok były na cycku”, tak jakby to wszystko miało tłumaczyć. Wolę więc zerkać w schemacik, konsultować go z lekarką i przynajmniej jestem spokojna, że dziecku żadnej krzywdy nie robię.

Małemu idzie druga górna jedynka i wygląda to dość upiornie, bo ma taki nawis dziąsła dłuższy od wychodzącego pod nim zęba. Wiem, że mu się to cofnie, jak przy poprzednim, ale na razie wygląda to, hmm…, tak sobie. Doktor określiła wędzidełko między jedynkami jako dość grube i zaleciła konsultację z dentystą, czy by go nie podciąć. Tak czy siak, cztery zęby już są!

Tak więc niby dziecko zdrowe, ale w najbliższym czasie czekają nas wizyty u trzech specjalistów i zastanawiam się, która będzie trudniejsza, bo ani otwartej paszczy, ani nosa, ani oka mały chętnie nie pokazuje, nawet swojej kochanej mamusi, czyli mnie…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Usypianie (jakkolwiek to brzmi…)

03 lut

Dziś podzielę się moim ulubionym fragmentem z książki „Pierwszy rok życia dziecka” Arlene Eisenberg… Naprawdę dobrze oddaje sytuację… :)

„Wreszcie zasnęło – po wieku spędzonym przy obolałych piersiach, po bujaniu na omdlewających rękach, po godzinach śpiewania. Pomalutku podnosisz się ze śpiącym dzieckiem w ramionach, zbliżasz się do łóżeczka, wstrzymujesz oddech, używasz tylko absolutnie koniecznych mięśni. Następnie z bijącym sercem przenosisz je nad krawędzią łóżeczka i powoli opuszczasz na materac. Wreszcie uwalniasz ręce, ale o ułamek sekundy za wcześnie. Dziecko zaczyna kręcić głową z boku na bok, sapać i kwilić. Podnosisz je, sama niemal płacząc, i wszystko zaczyna się od początku.”

Mały nieraz daje nam popalić, zanim zaśnie. Drze się tak, że zapewne sąsiedzi za ścianą zastanawiają się, czy nie dzwonić na niebieską linię. Ledwo widzi na oczy, ale dzielnie walczy ze zmęczeniem, nie poddaje się bez walki. Uspokaja się dopiero w pozycji podwójnie pionowej, tj. kiedy sam jest w pionie oraz kiedy obiekt go trzymający również uniósł cztery litery z kanapy. Nie ma siedzenia!! (A wszyscy dookoła pytają się, co tak schudłam…) Kiedy koleżka nieco się uspokoi i zaczyna ziewać, następuje kolejna próba ululania. Mały ma chyba jakaś wmontowaną poziomicę, bo nawet najlżejsze przechylenie go do pozycji poziomej wywołuje gwałtowne protesty… Po kilku próbach poziomica w końcu przestaje działać, bo gościu daje się położyć i pokołysać, poćmaka chwilę smoczek i odpływa… Muszę przyznać, że to bardzo kojący widok!

Czasami usypiam go 10 minut, czasami – godzinę. Ostatni patent to usypianie w wózku, który został przytargany z piwnicy, bo i tak przez te mrozy nigdzie nie wychodzimy. I znowu na dwoje babka wróżyła – raz wystarczy gościa położyć, przykryć kocykiem, pobujać – i… hurra, nareszcie można zrobić pranie, zjeść zupę i może nawet coś wyprasować… Albo dodać wpis na blogu ;) Dziś jednak wózek się nie sprawdził, mały wyczuł ściemę, czyli fakt bujania w przedpokoju zamiast w parku (przypomniał mi się od razu Dulski, spacerujący na Kopiec Kościuszki wokół stołu) i musiałam go udobruchać noszeniem na rękach. Czterdzieści minut i po sprawie, phi! Ma się tę wprawę…

Najmilej w kwestii usypiania jest wtedy, kiedy… nie trzeba usypiać. Żeby mały przespał całą noc, należy go zatankować do pełna około 23. A ponieważ po kąpieli i kolacji zazwyczaj już smacznie śpi, należy go obudzić. Zawsze mam opory, bo nie po to człowiek tyle się nabujał, żeby teraz psuć efekt swej pracy… Jednak pobudki o trzeciej w nocy nauczyły mnie, że nie ma co się łamać, tylko twardo o tej 23 małego z łóżeczka brać i karmić. No i najfajniej jest wtedy, kiedy niezupełnie się obudzi, na tyle tylko, by wydudlać butlę. Wypije, beknie i nawet oka nie otworzy – wtedy gładko go z powrotem do łóżeczka i… hulaj dusza! Można iść spać!

 

PS

W paszczy pojawił się drugi ząb!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS