RSS
 

Notki z tagiem ‘wozek’

Rzeczy

20 gru

Przy dziecku bardziej się czuje upływ czasu, tak tak, brzmi banalnie, wiadomo – dziecko rośnie, rozwija się, więc oczywiste jest, że doskonale widać po nim, jak czas szybko biegnie. Mam tu jednak na myśli jeszcze coś innego – zmianę otaczających nas przedmiotów. To właśnie chowając laktator do szafy czy wyrzucając ostatni wyciamkany smoczek najbardziej docierało do mnie, że tyle już za nami, tak wiele się zdarzyło i trzeba nastawić się na kolejne zmiany i wyzwania.

Ja przywiązuję się do rzeczy, do rutyny i porządku; nie przepadam za rewolucjami w życiu. Pewnie dlatego za każdym razem, kiedy jakiś przedmiot przestawał być potrzebny, choć przez tyle miesięcy był niezbędny, czuję pewien niepokój, a po głowie krąży mi myśl „To już? Tak szybko? Znowu zmiana?”. Osobie, która ma od lat ten sam zegarek i nadal przechowuje pióro z podstawówki, chociaż studia ukończyła dawno temu, naprawdę czasem trudno nadążyć za wymianą rzeczy towarzyszących dziecku.

A wymieniać trzeba. Ostatnio mały dostał nowe łóżko, długie na 160 cm. Trzeba było złożyć łóżeczko szczebelkowe… A pamiętam, jak najpierw tylko obniżaliśmy w nim dno, raz i drugi, potem samo łóżeczko wywędrowało z naszej sypialni do pokoju synka, w międzyczasie wyjęliśmy z niego 2 szczeble – to były małe rewolucje! A teraz, złożone, czeka na moją decyzję o sprzedaniu…

Wózek oddałam właścicielom dopiero, gdy mały skończył 3 lata. Niektórzy zwracali mi uwagę, że dziecko już duże i że oni to wózka już dla dwulatka nie używali, ja jednak widziałam wiele zalet długiego wózkowania. Poruszanie się po mieście, zakupy, załatwianie spraw – wszystko to jest łatwiejsze, kiedy dziecko przypięte, a ciężary wiszą na wózku. Nawet targanie go samolotem na Kretę miało sens, ba, wzięliśmy go na Santorini! W upale mały często po prostu zasypiał, bez wózka któreś z nas musiałoby go nieść – bez sensu. No i siła przyzwyczajenia – pewnie nadal pchałabym przed sobą spacerówkę z małym, gdyby nie była już tak strasznie ciężka, niczym taczka z workiem cementu :)

Przewijak nadal mamy w użyciu – jako blat pod lepienie ciastoliny, jako zjeżdżalnia dla samochodów itp. W szafie mam ciągle laktator, podgrzewacz do wody, torbę termiczną, nocnik, ba, nawet sznureczek z przypinką do smoczka, mój Boże, jak ważne to były kiedyś rzeczy! Dlatego trudno mi się ich po prostu pozbyć. Tylko ubranka wędrują po znajomych, chociaż, muszę przyznać, kilka sobie zachowałam, jakieś śpioszki, śpiworek – jestem sentymentalna do bólu…

I coraz częściej ze zdumieniem patrzę na moje dziecko – gdy powtarza kwestię z bajki typu Ojej! Rozsypało się, to był wypadek!, w toalecie trzyma sobie siusiaka, potem spuszcza wodę i niezdarnie podciąga majtki lub znienacka zaczyna liczyć po angielsku (niewiele sobie robię z faktu, że mają angielski w przedszkolu, tj. niewiele oczekuję). Czy to jest ten sam człowieczek, któremu pomagałam się przewracać z pleców na brzuszek? Któremu zmieniałam pampersa 12 razy na dobę? I odmierzałam pół łyżeczki kaszy manny, by łagodnie wprowadzić gluten? Czy to w ogóle miało miejsce?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Rekrutacja do przedszkoli – bieg z przeszkodami

17 kwi

Wydrukowałam sobie tabelę-harmonogram z datami, co i kiedy trzeba zrobić, aby posłać dziecko do przedszkola, bo jest tam tego od cholery i łatwo przegapić coś ważnego. Prawie się nauczyłam tego wszystkiego na pamięć, choć oczywiście nie mam żadnej gwarancji powodzenia tej misji. Kryteria, oświadczenia, punkty…

Rację miała Dorota Wellman w DD TVN (http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/segregacja-w-przedszkolach-punktuja-rodziny,119712.html), że państwo powinno robić wszystko, aby dla żadnego dziecka nie zabrakło miejsca w przedszkolach i wręcz zachęcać rodziców do zapisów, a nie tworzyć masę przeszkód i barier, tak, aby danego dziecka nie przyjąć. Bo nie jest z rozbitej rodziny. Bo jest zdrowe. Bo nie jest z rodziny zastępczej. Bo nie ma rodzeństwa. Bo mama nie jest niepełnosprawna. I tak dalej – jeśli mi synka do przedszkola nie przyjmą, to właśnie z tych powodów. Absurd? Co zrobić…

Rekrutacja we Wrocławiu ruszyła wczoraj. W południe nawet nie można było załadować strony, czego się zresztą spodziewałam. Ale już potem, z małymi oporami, udało mi się „wygenerować wniosek”. To by było tyle odnośnie nowoczesnej (bo elektronicznej) rekrutacji, bo następnie wniosek trzeba było wydrukować. Znaczy się, na papierze, normalnieNie mam drukarki, musiałam posłać plik mailem do kogoś, kto ma. Ja taką osobę mam, a co jak ktoś nie ma? 

A po co drukować? Ano po to, by zanieść ów papier do tzw. przedszkola pierwszego wyboru – czyli tego, na którym najbardziej nam zależy. Można było wskazać 3 placówki, do pozostałych dwóch nosić wniosku, całe szczęście, nie trzeba. Tam wystarczy zgłoszenie elektroniczne. Dlaczego w przedszkolu pierwszego wyboru nie wystarczy? Nie wiem. Może trzeba się wykazać. Pokazać, że się chciało przyjść. Że się wie, gdzie się przedszkole mieści.

W połowie maja są – uwaga – WSTĘPNE  wyniki. Po ich ukazaniu się są dwa dni na złożenie tzw. oświadczenia woli korzystania z przedszkola. Czyli tak – wybieram dane przedszkole, osobiście niosę doń w zębach podpisany wniosek, ale to wszystko mało, to jeszcze nie oznacza, że chcę, by moje dziecko tam chodziło – tak chyba myślał ten, kto te zasady sformułował. A dwa tygodnie po złożeniu oświadczenia woli są – uwaga – OSTATECZNE wyniki. Daję słowo, łatwiej się zapisać na studia.

Wniosek złożyłam. Wysłuchałam reprymendy „Ale pani kochana, wózki to się zostawia TAM!” – i tu nastąpiło machnięcie dłonią w bliżej nieokreślonym kierunku. Mały był wystraszony nowym miejscem i nie chciał wyjść z wózka za żadne skarby. Nie wiedziałam zresztą, że jest jakieś miejsce na wózki i nie wolno nimi korytarzem jeździć, w końcu to przedszkole, a nie sala balowa.

Czekamy teraz na wyniki. Bardzo chcę, by małego przyjęto. Tylko dlaczego widząc te dzieciaki w budynku zrobiło mi się nagle bardzo bardzo smutno?

 

Doba z małym cz. 2

22 lis

Koło ósmej zwlekam się z łóżka, zwłaszcza, że mały popędza: kaka! kaka! Chcesz kaszkę? – upewniam się. Taaaaaaaaaaak!!! No to wstaję, bo mi dziecko z głodu padnie. Mąż też tak jakoś powoli oko odmyka, nie ma konkretnej godziny na pojawienie się w robocie, szczęśliwiec jeden. Czasami, gdy jednak musi szybciej być w pracy i o ósmej już go nie ma, mały zawiedziony klepie w pustą poduszkę Tata nie ma? Tata nie ma?

Chociaż od wielu miesięcy nasze poranki wyglądają tak samo, mały nadal mi ucieka, gdy chcę mu zmienić pieluchę i go ubrać, walczy ze mną, więc trochę trwa, zanim w końcu znajdziemy się w kuchni. Synek leci do swojego krzesełka, ja w panice grzeję mleko, bo to już tak późno, a dziecko głodne, po czym najczęściej, kiedy kasza już gotowa, okazuje się, że wcale aż takiego apetytu nie ma i jedzenie idzie opornie.

Po śniadaniu mały trochę się bawi, woła o bajki, gapi się na reklamy. Ja zerkam na telewizor dla odmiany pomiędzy reklamami, bo leci Dzień Dobry TVN. I tak się wymieniamy – na reklamach ja mogę zająć się sobą, posiedzieć w łazience, zjeść śniadanie, a gdy leci program, mały stęka, marudzi i wisi mi na nodze. Zazwyczaj żebrze o ciastko (Cia, cia, cia?!) lub podjada mi z talerza, zależnie od tego, co mam. Jeśli jem płatki z mlekiem, podjada na 100%.

Potem, około 10-11, jeśli jest pogoda w miarę, czyli nie leje, wychodzimy na dwór. Znowu ubieranie, przebieranie (w domu synek lata w dresach, na plac zabaw zazwyczaj ubieram mu coś konkretniejszego: dżinsy, sztruksy), szykowanie różnych rzeczy na dwór sine qua non. Picie, przegryzki, mokre chusteczki, ostatnio żel antybakteryjny zaczęłam też nosić, bo gdy mały po piaskownicy chce koniecznie jeść bułkę, to mało nie mdleję na widok jego usmarowanych rąk i prędzej bym padła, niż jedzenie mu dała.

Zanim plac zabaw, to jeszcze 3 piętra po schodach, różnie z tym bywa – czasem schodzi sam, czasem tak marudzi, cofa się i wisi na mnie, że chyba ze 20 minut nam to zajmuje. Z piwnicy biorę wózek, ładuje doń małego i heja, teraz idzie już szybciej, bo gość jest zapięty i nie ma jak stawiać oporu. Uff! Spędzamy na dworze jakieś dwie godziny, jak mam szczęście, to na jednym placu zabaw, ale zazwyczaj są to dwa place plus bieganie między nimi plus zakupy. No i trzeba zarządzić odwrót, tu też jest różnie, nieraz mały sam się ładuje do wózka, bo chce wracać na Pepę (Świnka Pepa) i robi papa dzieciom, często jednak jest bunt, gorące dyskusje i przemoc (z obu stron – ja zapinam na siłę potwora w wózku, a potwór mnie kopie). Czasem gościu niby chce jechać do domu, a pod klatką urządza mi cyrk, z czego wnoszę, że zmienił zdanie – ot, rozrywka taka, nigdy nie wiem, na co trafię, nie ma nudy!

Zakupy z wózkiem zostają w piwnicy, potem muszę po nie zejść, a tymczasem nas czeka mozolne wdrapywanie się do góry i znowu – raz mały leci sam, czasem chce, żebym szła przodem, a on wlecze się za mną i nie wolno mi się odwracać i kontrolować, co robi i czy nie spada ze schodów, bo się obraża i nie wchodzi wcale, często dopiero w tym momencie pokazuje, że się rozmyślił i jednak do domu nie wraca i wrzeszczy, i kładzie się itp. – milusio jest. Pół biedy, kiedy łaskawie pozwala się wziąć na ręce, chociaż gały mi już wychodzą z orbit, gdy go niosę i pewnie jakaś żyła na czoło wychodzi. Czasem sąsiadka aż zaglądnie, co się dzieje – niezbyt mi na rękę robienie z siebie widowiska, z drugiej strony wówczas mały się mityguje i nagle wraca mu rozum, i grzecznie maszeruje po schodach, co świetnie świadczy o mnie jako matce – widać musiałam mu coś robić, że wrzeszczał, bo tak, o proszę, spokojne dziecko.

Kiedy już cała upocona w końcu jestem w mieszkaniu, kiedy rozbiorę dzieciaka i siebie, to już tylko myśl o tym, że zaraz kawa ( dla mnie) i drzemka (dla małego) pozwala mi się jakoś trzymać. Bo jeszcze tylko zmiana pieluchy i ubrania (spodnie zazwyczaj nie nadają się do niczego innego poza praniem), jeszcze tylko drugie śniadanie potworowi dać i zęby mu umyć, jeszcze tylko spełnić obietnicę puszczenia bajki, jeszcze tylko ubrać go na powrót jak na dwór, jeszcze tylko załadować go do drugiego wózka na tarasie i przykryć kocem i już, już można pstryknąć ekspres i usiąść, i maile odebrać, i Pudelka przejrzeć, i coś kupić i sprzedać, ale nie za długo, tyle co kawa i czekoladka (no dobra, kilka czekoladek), bo jeszcze poodkurzać, obiad naszykować, pralkę włączyć, coś wyprasować, coś zszyć… i nagle około 15-16 słychać stękanie i wołanie z tarasu mama…, mama…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Jak mnie to denerwuje…

05 mar

Nie umiem dobrze rysować, jak widać (moim niedoścignionym wzorem jest Kura z bloga kuraaktualniedomowa.blox.pl), ale chyba udało mi się oddać sens sytuacji. Otóż nadkładam drogi (40 minut szłam), by dostać się na przystanek, z którego będzie odjeżdżał pasujący mi autobus niskopodłogowy. Niskopodłogowy, abym mogła bez proszenia i brudzenia kogokolwiek zabłoconymi kółkami wsiąść i wysiąść. Mogłam iść na inny przystanek 20 minut zaledwie, ale nie miałam tam niskopodłogowca. No nic, doszłam, nawet wsiadłam, wepchnąwszy wózek sama, ale, kurna, przy wysiadaniu zastałam to, co na rysunku. Co z tego, że kierowca z sykiem obniżył podłogę (a raczej przechylił cały autobus only for me and my baby), kiedy do asfaltu nadal było daleko (w dół), a do chodnika jeszcze dalej (w dal…).

Efekt był taki, że zablokowałam wejście/wyjście, przednie kółka wpadły mi w tę „fosę”, mało zębów sobie nie wybiłam rączką, mały, Bogu dzięki, szelkami przypięty, więc mi nie wyleciał, no i koniec końców jakiś facet musiał mi pomóc. Dobrze, że akurat jakiś się znalazł, bo bym sama ani w te, ani we wte nie ruszyła. Mandat by był za opóźnianie odjazdu.

Jak rozumiem, kierowca obniża podłogę, no bo taki ma autobus i guzikiem mu zasugerowałam, że będę tego potrzebować. Ale to, że nie mam jak z tego dobrodziejstwa skorzystać, już go zupełnie nie interesuje. Dziękuję, panie kierowco, że mnie pan drzwiami chociaż nie przytrzasnął…!

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Plaża Rzeczpospolita Wózkowa

26 lip

Nie wiem, dlaczego myślałam, że będziemy jakimiś frikami z wózkiem na plaży… Odwrotnie, raczej dziwne było, jeśli ktoś pojawiał się bez wózka, a najlepiej jeśli był obwieszony, czym tylko się da (koce, maty, siatki z piciem etc.)…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Quinny Buzz – so small and so expensive…

13 kwi

Mały wchodzi w dziewiąty miesiąc. Chociaż jeszcze nie siedzi, musimy zmienić gondolę (w której się już ledwo mieści) na spacerówkę. Wózki Quinny Buzz mają absurdalnie małe gondole. Dobrze, że jest już wiosna. Gdybyśmy mieli np. mroźny grudzień, nie byłoby korzystnie przekładać teraz małego do spacerówki, gdzie jest bardziej narażony na wiatr i niską temperaturę. Ale musielibyśmy to zrobić, bo w kombinezonie i śpiworku za Chiny Ludowe byśmy go nie upchali w tej gondoleczce, nie wspomnę o kocyku czy kołderce.

Minigondola to zresztą nie jedyna wada tych wózków. Mężydło zawsze mnie upomina, że darowanemu koniowi… etc., ale nie ma co zaprzeczać faktom. Wózek dostaliśmy od znajomych i chwała im za to, na pewno byśmy sobie tak drogiego wozidła nie kupili. Ale szlag mnie zawsze trafia, kiedy muszę składać to ustrojstwo: jednym kciukiem trzeba przesunąć taki duży plastikowy element, drugim równocześnie wcisnąć bliźniaczy element po drugiej stronie i… cisnąć stelaż do dołu po skosie, w bardzo niewygodnej pochylonej pozycji. Kciuki omdlewają, dziadostwo się opiera i chwila nieuwagi, a słyszymy ssssssssyk i hop, stelaż rozłożony, nasze z trudem osiągnięte 3 cm w dół poszły na marne. A dlaczego tak się robi? Bo prawdą jest, że ten wózek się bardzo łatwo i błyskawicznie rozkłada, producent wszędzie to podkreśla; złożone ustrojstwo wystarczy dosłownie lekko pociągnąć, ot, niemal musnąć i już z sykiem (za sprawą jakiejś nowatorskiej sprężyny gazowej) tworzy nam się stelaż pod gondolę czy spacerówkę.

Co jeszcze o wózku Quinny Buzz? Bardzo ciężko, wręcz topornie zdejmuje się z niego gondolę. „Zdejmuje” to zresztą eufemizm w tym przypadku, gondolę właściwie trzeba wyszarpywać, wciskając równocześnie dwa przyciski. Wygląda to tak, że targa się całym wózkiem nerwowymi szarpnięciami do góry, po czym po jakiejś chwili stelaż w końcu odpada. Muszę powtarzać ten taniec z Quinnym dość często – kółka bowiem zostają w piwnicy, gondolę zaś niosę do mieszkania, bo mały w niej śpi na tarasie (ma taki pseudospacer…).

Tylne kółka wózek ma dobre – duże, pompowane; przednie też są OK, piankowe, tylko funkcja ułatwiająca skręcanie to jakaś pomyłka, kiedy kółka są odblokowane, wózka nie sposób prowadzić, kółka się blokują, stają w poprzek… Masakra.

Nie mam kosza w tym wózku, za drogi (kosztuje 200 zł) i niefunkcjonalny (płytki i malutki); już się przyzwyczaiłam, ale na początku z zazdrością i obsesyjnie patrzyłam pod mijane wózki, wszystkie bez wyjątku miały pod sobą pakowny kosz mieszczący pieluchy, zakupy typu 5 kg ziemniaków, dodatkową kurtkę i sto innych rzeczy. Niby zamiast kosza mam doczepianą torbę, ale niewygodnie się ją zakłada, niewygodnie wkłada do niej cokolwiek i kopie się ją od czasu do czasu butem. I jeśli załadować ją cięższymi rzeczami, stwarza niebezpieczeństwo przeważenia wózka. Ech…

Sprawiedliwie dodam, że Buzz ma kilka zalet. Jest lekki, ma regulowana rączkę i niezły wygląd, ale to chyba za mało za dwa tysiące z hakiem… Zobaczymy jak się spisze spacerówka.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Usypianie (jakkolwiek to brzmi…)

03 lut

Dziś podzielę się moim ulubionym fragmentem z książki „Pierwszy rok życia dziecka” Arlene Eisenberg… Naprawdę dobrze oddaje sytuację… :)

„Wreszcie zasnęło – po wieku spędzonym przy obolałych piersiach, po bujaniu na omdlewających rękach, po godzinach śpiewania. Pomalutku podnosisz się ze śpiącym dzieckiem w ramionach, zbliżasz się do łóżeczka, wstrzymujesz oddech, używasz tylko absolutnie koniecznych mięśni. Następnie z bijącym sercem przenosisz je nad krawędzią łóżeczka i powoli opuszczasz na materac. Wreszcie uwalniasz ręce, ale o ułamek sekundy za wcześnie. Dziecko zaczyna kręcić głową z boku na bok, sapać i kwilić. Podnosisz je, sama niemal płacząc, i wszystko zaczyna się od początku.”

Mały nieraz daje nam popalić, zanim zaśnie. Drze się tak, że zapewne sąsiedzi za ścianą zastanawiają się, czy nie dzwonić na niebieską linię. Ledwo widzi na oczy, ale dzielnie walczy ze zmęczeniem, nie poddaje się bez walki. Uspokaja się dopiero w pozycji podwójnie pionowej, tj. kiedy sam jest w pionie oraz kiedy obiekt go trzymający również uniósł cztery litery z kanapy. Nie ma siedzenia!! (A wszyscy dookoła pytają się, co tak schudłam…) Kiedy koleżka nieco się uspokoi i zaczyna ziewać, następuje kolejna próba ululania. Mały ma chyba jakaś wmontowaną poziomicę, bo nawet najlżejsze przechylenie go do pozycji poziomej wywołuje gwałtowne protesty… Po kilku próbach poziomica w końcu przestaje działać, bo gościu daje się położyć i pokołysać, poćmaka chwilę smoczek i odpływa… Muszę przyznać, że to bardzo kojący widok!

Czasami usypiam go 10 minut, czasami – godzinę. Ostatni patent to usypianie w wózku, który został przytargany z piwnicy, bo i tak przez te mrozy nigdzie nie wychodzimy. I znowu na dwoje babka wróżyła – raz wystarczy gościa położyć, przykryć kocykiem, pobujać – i… hurra, nareszcie można zrobić pranie, zjeść zupę i może nawet coś wyprasować… Albo dodać wpis na blogu ;) Dziś jednak wózek się nie sprawdził, mały wyczuł ściemę, czyli fakt bujania w przedpokoju zamiast w parku (przypomniał mi się od razu Dulski, spacerujący na Kopiec Kościuszki wokół stołu) i musiałam go udobruchać noszeniem na rękach. Czterdzieści minut i po sprawie, phi! Ma się tę wprawę…

Najmilej w kwestii usypiania jest wtedy, kiedy… nie trzeba usypiać. Żeby mały przespał całą noc, należy go zatankować do pełna około 23. A ponieważ po kąpieli i kolacji zazwyczaj już smacznie śpi, należy go obudzić. Zawsze mam opory, bo nie po to człowiek tyle się nabujał, żeby teraz psuć efekt swej pracy… Jednak pobudki o trzeciej w nocy nauczyły mnie, że nie ma co się łamać, tylko twardo o tej 23 małego z łóżeczka brać i karmić. No i najfajniej jest wtedy, kiedy niezupełnie się obudzi, na tyle tylko, by wydudlać butlę. Wypije, beknie i nawet oka nie otworzy – wtedy gładko go z powrotem do łóżeczka i… hulaj dusza! Można iść spać!

 

PS

W paszczy pojawił się drugi ząb!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Szkoła rodzenia, czyli co to będzie po powrocie ze szpitala…

02 maj

Znajomi pożyczyli nam wózek. Bardzo fajny, nowoczesny, ale jednak wydał mi się trochę ciężki.
Ja: Kurczę, trochę ciężki ten wózek…
Oni: Najlżejszy jaki wtedy był do kupienia, 12 kg.
Ja: Ale jednak do autobusu będzie mi to ciężko wnieść…
Mężydło: Do jakiego autobusu, nie będziesz jeździć autobusem. Będziesz spacerować po parku!

Jak widać, wg męża, okres po porodzie spędzać mam na świeżym powietrzu, li i jedynie wśród drzew i ławek. Milutko. Ciekawe tylko, kto będzie robił zakupy, chodził/jeździł z dzieckiem do lekarza, załatwiał różne sprawy na tzw. mieście… :) Park to i tak postęp, bo jak ostatnio martwiłam się, że po schodach w naszym mieszkaniu będzie mi ciężko chodzić na początku, usłyszałam, że nigdzie mam nie chodzić! Łazienka jest na tym samym piętrze, co sypialnia!
Moje obawy i uwagi mężydła rodem z Iraku wynikają oczywiście z niewiedzy. Dlatego bardzo chcę nas zapisać do szkoły rodzenia. Rodzić, jak wiadomo, nie będę, ale tam uczą też jak pielęgnować niemowlaka, jak karmić, kąpać itp. Niby jest Internet i książki, a także rady tych, co już rodziły, jednak dla mnie to za mało.
Poza tym, te, które już wiedzą, o co chodzi, zazwyczaj na moje pytania odpowiadają – wszystkiego się nauczysz… Jak dobrze trzymać dziecko podczas kąpieli? Nauczysz się… Podobno nie można na początku kąpać ze względu na gojący się pępek? Nauczysz się, będziesz wiedziała… I tak dalej.
Nie wiem, może wszystkie po powrocie z noworodkiem ze szpitala są już alfami i omegami w sprawach pielęgnacji, ja jednak mam co do tego masę wątpliwości, a rozpisane na 10 punktów kolejne kroki postępowania z dzieckiem podczas kąpania czy ubierania (podawane w prasie ciążowej) bardziej mnie przerażają niż uspokajają. Mam się tego uczyć na pamięć czy powiesić sobie nad wanienką?
Mój mąż też na pewno skorzysta z nauk położnej, prawdopodobnie nawet więcej zapamięta, bo ja jestem nerwus i w stresie mogę wszystko pomylić. Chcę, żeby też trochę kumał, o co chodzi w opiece nad dzieckiem, bo inaczej wszystko będzie na mojej głowie. Obydwoje jesteśmy zieloni w sprawach niemowlakowych, ja coś tam czytam w książkach i czasopismach, nie chcę być jednak nauczycielką w sprawach, w których sama czuję się mocno niepewnie.
Stąd ta szkoła rodzenia. Ta, na której mi najbardziej zależy, jest już zapchana. Naciskałam jednak dziś położną prowadzącą zajęcia i za tydzień ma mi powiedzieć, czy na pewno nie znajdzie się dla nas miejsce. Jeśli nie – zapiszemy się do jakiejś innej, choćby płatnej. Na pewno nie zaszkodzi (chociaż zdaniem niektórych to fanaberia…).

Mała uwaga na koniec odnośnie naszych znajomych. Podzielili się mianowicie na trzy ugrupowania:
1. ci, co sprawy dzieciowe mają uregulowane – gratulują mi i pytają co czas jakiś, co słychać;
2. ci, co ze sprawami dzieciowymi mają kłopot – jakby trochę zniknęli z pola widzenia (a niektórzy w ogóle zerwali kontakt);
3. ci, co wcześniej jakoś nie myśleli o sprawach dzieciowych – zainspirowali się mną i zachodzenie w ciążę planują.

Wszystkie postawy – jak najbardziej dla mnie zrozumiałe.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 
 

  • RSS