RSS
 

Notki z tagiem ‘usg’

Mamy i dzieci…

02 wrz

Dziś na placu zabaw błąkało się tak na oko trzyletnie dziecko. Byłam ja z małym i jeszcze jedna mama z synkiem i gdy okazało się, że ów trzylatek nie jest ani mój, ani jej, to się mocno zdziwiłyśmy. Wydobyć żadnych informacji się od niego nie dało, biegał, kręcił się na karuzeli, wołał „mama”, spychał pozostałe dzieci ze zjeżdżalni i tyle. Miałam już pomysły w głowie typu wzywanie policji, coś mnie jednak tknęło i poszłam do pobliskiej przychodni. W korytarzu stał pusty wózek, więc byłam już prawie pewna, że dzieciak jest stąd. Zapytałam jeszcze rejestratorki, czy wie coś na temat wózka, bo na placu biega samotnie dziecko. Babka zajrzała do gabinetu z pytaniem „czy to pani dziecko???”, po chwili faktycznie wyszła stamtąd pacjentka, chwyciła za wózek i poszła na plac. Mówię jej, że chłopak sam biegał i pytał o mamę, a ona na to, że musiała iść do lekarza, a lepiej, żeby był na placu zabaw niż przeszkadzał w gabinecie. Zatkało mnie z lekka. Koło placu jest droga, którą jeżdżą auta. Poza tym na placu też można sobie zrobić kuku. Nie wyobrażam sobie zostawić dziecka samego w miejscu, gdzie może sobie zrobić krzywdę! Przecież jakby chłopak wpadł pod auto, to matka odpowiadałaby w sądzie na zarzut narażenia na utratę życia lub zdrowia, mogliby jej go odebrać!

Czy ja przesadzam?

Kolejna moja koleżanka jest w ciąży. Niestety nie ta, co stara się o dziecko przez in vitro. Może się jej jeszcze uda. Natomiast ta, która w ciąży jest czasami mi się wydaje moją własną karykaturą. OK, ja jestem przeżywaczka straszna, rzadko wrzucam na luz, lubię sobie zaplanować wszystko od A do Z i raczej nie idę na żywioł. Ciążę przeżywałam bardzo, badań pilnowałam wszystkich, wyprawkę kompletowałam sumiennie. Ale Karolina mnie pobiła. Będąc w niecałym drugim miesiącu zdążyła już być u 4 lekarzy i zrobić 3 USG. Wcześniej zrobiła 4 testy, chociaż każdy pokazywał to samo. Już pyta, od kogo dostanie przewijak i kojec. Planuje też zrobić wszystkie badania, łącznie z genetycznymi, bo jakby co, to ma możliwość zrobienia aborcji. Odnośnie porodu (przypominam, że dziecko ma dopiero 2 cm!) to na pewno zażąda znieczulenia, a jeszcze lepiej, żeby zrobili cesarkę. A po szczęśliwych narodzinach też już jest ustawiona, bo babcia zaoferowała pomoc („jak dla mnie bomba, niech się zajmuje” – tak to określiła). Dodam, że ciąża ta jest owocem półtorarocznego próbowania, więc nie wyskoczyła z kapelusza i była chciana. Jednak po spotkaniu z Karoliną mam strasznie mieszane uczucia i kwadratową głowę. Bardziej planuje, jakby tu oszczędzić sobie kłopotów niż cieszy się, że będzie mamą. Pragnie tego dziecka czy nie? Zaplanowała ciążę, bo tak wypada, bo koleżanki już dzieciate? Czy po prostu lęk przed nieznanym tak miesza jej w głowie? Nie wiem. Z lekkim przerażeniem czekam na ciąg  dalszy.

 

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nowinki

18 sty

Parę dni temu miałam pod opieką moją pięcioletnią bratanicę.  Jest to bardzo inteligentna dziewuszka, jednak nie potrafi sobie przyswoić, że jeszcze długa droga przed niemowlakiem do jako takiego świadomego bytowania. Dlaczego on tak piszczy? – pytała mnie, gdy swoim zwyczajem mały wydawał dzikie piski radości spowodowane dobrym humorem z rana. Wg niej było to zupełnie bez sensu – gdy ktoś się cieszy, to raczej nie piszczy… Kiedy włączyła sobie Królewnę Śnieżkę na DVD, poważnym głosem oznajmiła: Tu są straszne momenty i ja wtedy nie oglądam, a on to niech w ogóle nie patrzy. Niepomna jej ostrzeżeń podeszłam po chwili z małym na ręku. Niech on nie patrzy! – usłyszałam. Hmm… Jakiś czas potem włączyła „Gnomea i Julię” i stwierdziła: A tu nie ma nic strasznego, ani smutnego, to on też może oglądać. No, OK… Śmiać mi się chciało. Potem podałam na obiad zupę. A mały nie chce żurku? – zdziwiła się. Przez cały dzień nie byłam w stanie jej wytłumaczyć, że mały jest naprawdę mały i w związku z tym, po pierwsze, niekumaty, po drugie, dość wierny swemu mlecznemu menu.

Nie dość, że niekumaty, to do tego leniwy. Ma już skończone 5 miesięcy, ale nie zamierza się przemęczać na kocu, w związku z tym ma w nosie przewracanie się z brzucha na plecy i odwrotnie. Wyczytałam, że w piątym to już nie tylko jakieś tam przewroty, ale turlanie się na całego, więc od jakiegoś czasu ja albo mężydło stajemy nad małym leżącym na podłodze i nakazujemy mu: Turlaj się! Turlaj! Mały albo się drze (bo co to za kładzenie go na kocu, proszę mnie nosić!), albo obślinia zabawki; w pozycji na plecach dochodzi zawijanie się w tzw. matę edukacyjną i udawanie naleśnika, ewentualnie wersja uproszczona – naciągnięcie na siebie całej maty i radosne sapanie spod niej. Bardzo się boję takich zawijanek, włos mi się jeży na głowie na myśl o tym, co może się stać, więc nie mogę spuścić gościa z oka ani na chwilę, zwłaszcza, że podobny numer wywinął dziś rano w łóżeczku. Po przebudzeniu jest zazwyczaj cały w skowronkach, gada do zwierzątek, które mu wiszą nad głową, tarmosi je, uderza pluszową kostką, a ja mam czas, żeby w miarę łagodnie przejść ze snu do realu. Dziś, ponieważ noc była ciężka (karmienie i usypianie od północy do drugiej), na czas jego porannej zabawy uciekłam z kocem na kanapę do salonu, żeby jeszcze trochę pospać. Mąż i tak miał zaraz do pracy wstać. No i faktycznie, po półgodzinie był już w kuchni, zwlekłam się z kanapy, by iść do małego, a mężydło mówi: On śpi. Śpi?! No, nakrył się cały, razem z głową kocykiem, pogadał trochę i usnął. No, pięknie, kocyka do łóżeczka już nie dostanie. Tylko co z kołderką? Też pod nią wlezie?

Byliśmy parę dni temu na kolejnym USG bioderek. Byłam przekonana, że w końcu pozbędziemy się dodatkowej pieluchy, a tu kicha. Ortopeda nadal nie widzi skostnienia, wobec czego dalej każe szeroko pieluchować. Na moje protesty postraszył nas zwyrodnieniami, na uwagę, że może przez tę pieluchę małemu jest trudniej obracać się na plecki, odpowiedział, że wszystko przyjdzie w swoim czasie. Rozmawiałam dziś o tym z pediatrą przy okazji bilansu. Przyznała, że istnieje konflikt między ortopedami a neurologami. Jedni mają na względzie szerokie rozstawienie nóżek, drudzy – rozwój ruchowy, niczym nieskrępowany… Pediatra doradziła mi kompromis – pieluchować na czas spania, wyciągać tetrę na czas turlania (które mam z małym ćwiczyć). No cóż, zobaczymy…

Co tam bioderka, co tam przewroty! Jest ząb! Mały, biały i ostry. I nadaje małemu bardzo komiczny wygląd staruszka… Gdy synek ogłasza swój protest poprzez zaciśnięcie oczu (W nosie mam zabawki, którymi przede mną machacie! Nie będę na nie patrzył!) i maksymalne rozwarcie szczęki, celem wydania z siebie jak najgłośniejszego wrzasku (Nie mam zamiaru słuchać waszych kołysanek i pozytywek! Nie będę spał, jadł, pił [niepotrzebne skreślić] i koniec!!), to widok tego jednego zęba w rozwartej paszczy potrafi rozbawić… Chociaż z drugiej strony cholera mnie bierze…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Pieluchowanie, pęsetka i gruchanie

10 paź

Parę dni temu byliśmy z małym na USG bioderek. Badanie robi się rutynowo u tak małych dzieci, żeby sprawdzić, czy biodra dobrze się rozwijają, czy nie ma ryzyka dysplazji. Doktor ocenił jedno biodro na Ia, drugie na Ib. I kazał szeroko pieluchować… A z tego, co wyczytałam po powrocie do domu, to Ia i Ib to prawidłowe wyniki, więc podejrzewam, że to zalecenie pieluchowania dał na wyrost… Upierdliwe to jest bardzo, mały z tymi pieluchami ma pupę jak szafa trzydrzwiowa, musiałam przejść szybko na większe body, żeby to wszystko mu między nóżkami upchać i dopiąć. Dobrze, że nie musiałam tego robić w te ostatnie upały. Do kontroli mamy się zgłosić za 6-8 tygodni, mam zamiar załatwić tę sprawę jak najszybciej, tzn. tuż po 6 tygodniu stawić się u doktorka i – mam nadzieję – usłyszeć, że mogę juz przestać męczyć syna.

Z nowych umiejętności małego – wprawdzie macha jeszcze rączkami dość bezładnie (potrafi pacnąć siebie samego w czoło lub policzek lub wsadzić sobie palec w oko i oczywiście kończy się to co najmniej buzią w podkówkę), potrafi jednak zrobić z kciuka i paluszka wskazujacego „pęsetkę” (określenie mojego męża), którą chyba niedługo będzie umiał chwytać zabawki, umie też złożyć rączki jak do modlitwy.

A najmilsze chwile są wtedy, gdy mały się uśmiecha bezzębnymi dziąsłami oraz mówi nieśmiało „gru” lub „kha”. Wygląda na wówczas na bardzo szczęśliwego. A mnie się serce roztapia…

Udało mi się na tyle pobudzić piersi do pracy, że modyfikowanego mleka mały dostaje około 350 ml na dobę, tj. 1/3 całego jego jedzenia, reszta to moje mleko – prosto z cyca lub z butelki ściągnięte laktatorem. Mój mąż tak reklamuje synkowi butlę z moim pokarmem: Świeży udój!

No comments…


 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

USG nr 3

11 cze

Za mną USG robione zwyczajowo w trzecim trymestrze. Pokazało, że wszystko jest w najlepszym porządku, dzidziuś rośnie i ma się dobrze. Przez dwa miesiące przybyło mu ponad kilogram, za to moja waga stoi w miejscu – oto zagadka. 

Mały przybrał już pozycję nietoperza – ułożony jest głową w dół. Gdybym miała rodzić – miałoby to spore znaczenie. Nie wiedziałam, że na tyle czasu przed porodem dziecko już daje nura w dół, dlatego sporą wypukłość w górnej prawej części mojego brzucha brałam za główkę, a podczas USG okazało się, że to pupa :)
Doktor wydrukował nam zdjęcie buzi, jest okrągła, papulasta i z kartoflowatym noskiem :) Zobaczymy, jak zmieni się do godziny zero.
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Pojedynczy płód w położeniu dowolnym

22 mar

„W jamie macicy uwidoczniono pojedynczy płód w położeniu dowolnym. Ruchy płodu widoczne”. Piękny język medyczny :) Wczorajsze USG pokazało, że w brzuchu noszę 350 gramowego faceta. Tak tak, doktor pokazał nam atrybuty męskie. Odkąd zrobiłam test, myślałam o swoim dziecku „ten mały”, czyli zawsze jak o chłopcu. No i sprawdziło się. Co jeszcze wynikło z USG? Głowa z mózgiem prawidłowa, serce, kręgosłup, żołądek, nerki, pęcherz – wszystko w normie. Uff…

Teraz możemy zastanawiać się nad imieniem. Mogę też odłożyć na bok sukienki i spódniczki oraz wszelkie różowości. Bo ubranek mam mnóstwo, samych czapeczek kilkanaście – zaleta bycia w ciąży jako ostatnia w rodzinie. Dostałam ubranka po dwójce dzieci siostry i dwójce brata, mój mały nienarodzony trzystupięćdziesięciogramek ma już pełną garderobę na wszystkie pory roku :)

Z rzeczy upierdliwych – widmo opryszczki wargowej wisi nade mną, każdy, kto się zmaga z tym paskudztwem, zrozumie. Niby już nic, niby się goi, a tu masz – znowu zaczyna swędzieć… Nie mogę za bardzo zdusić dziadostwa antywirusowym kremem; piszę „za bardzo”, bo mój lekarz mówi, że mogę, w necie straszą, że nie wolno, ulotka zrzuca całą odpowiedzialność na użytkownika… Poszłam na kompromis i posmarowałam kilka razy, a następnie ratuję się starym studenckim sposobem, czyli wysuszam pastą do zębów.

Ta schizofrenia, co można stosować, a co nie, jest wykańczająca. Brak badań na ciężarnych = brak wiedzy o szkodliwości różnych środków. I co lekarz, to inna opinia. A jak się coś stanie, to kto odpowiada? Oczywiście matka, bo przecież nie nagrywam wypowiedzi mojego liberalnego gina na dyktafon…

Z innych utrudnień – trochę się zrobiło problematycznie z seksem… Na plecach nie mogę zbyt długo leżeć, bo mi brzuch ciąży, a nie daj Boże, żeby mi jeszcze ktoś ten brzuch przygniatał… Na brzuchu nie mogę leżeć, bo to tak jak leżeć na miękkim arbuzie, a i oddychać trudno, i strach, czy się nie poddusi dziecka. W książkach polecają pozycję pt. kobieta na górze, ale na to trzeba sił, a mnie ich brakuje. Zostają łyżeczki na boku, ale tak w jednej pozycji trochę nudno… No, radzimy sobie jakoś, radzimy, ale nie ma lekko (dosłownie i w przenośni)… :)


 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Zachodzenie w ciążę

17 mar

Dostałam taki komentarz: "Hej, mam pytanie odnośnie Waszego zachodzenia w ciążę :0)
Czy wcześniej się jakoś przygotowywałaś? W sensie: kwas foliowy, leżenie po dżigi-dżigi z mężem z nogami w górze 15 minut? :0)
Tyle się wczoraj naczytałam na forach i tyle wyczytałam sposobów na zajście w ciążę, że głowa mała.
Będę wdzięczna za Twoją podpowiedz :0)
Pozdrawiam!". Odpowiem tutaj.
Moje przygotowanie do ciąży to było przede wszystkim zapobieganie kłopotom. Niecały rok przed momentem zero rozpoczęłam cykl szczepień na żółtaczkę WZW B (potrzebne są trzy dawki, drugą bierze się po miesiącu, ostatnią – jak minie pół roku). Zaczęłam w tzw. żółtym tygodniu, więc pierwsze kłucie wyszło trochę taniej niż normalnie. Nie zarażę się już więc żółtaczką podczas ciąży czy porodu – jeden problem z głowy.
Oprócz tego zrobiłam sobie badania (prywatnie, gin nie chciał mi dać skierowania) na przeciwciała różyczki, cytomegalii, toxoplazmozy oraz
na obecność antygenu Hbs. Te choroby są bardzo groźne w ciąży i trzeba wiedzieć, czy jest się odpornym (np. na różyczkę można się zaszczepić w razie czego), czy trzeba się wyleczyć itp. Jeśli wyjdzie np. brak przeciwciał toxoplazmozy, wiadomo, że trzeba bardzo uważać w ciąży. Mnie tak właśnie wyszło i – choć bardzo lubię koty – prawie ich nie dotykam, a surowe mięso na kotlety tłucze mąż. Byłoby lepiej mieć te przeciwciała przed ciążą, no ale cóż.
Oprócz tego zrobiłam sobie USG piersi (prywatnie) i USG ginekologiczne. Cytologię miałam jeszcze ważną. Aha, i jakiś rok wcześniej robiłam badanie na chlamydiozę. Byłam też u dentysty, bo jakby trzeba było zrobić jakiś rentgenik, to tylko teraz. Poza tym próchnica jest źródłem zakażenia, które może doprowadzić do infekcji u płodu.

I to tyle.
Trzy miesiące przed łykałam kwas foliowy, ale on nie pomaga zajść w ciążę, tylko chroni płód przed wadami, więc warto go mieć w organizmie. Do lekarza chodziłam regularnie, żeby w porę wyłapać jakieś grzybice itp.
Wyszłam z założenia, że co mogę wyleczyć przed ciążą, muszę wyleczyć, bo potem – po pierwsze leczyć się za bardzo nie można, po drugie – nasze choroby szkodzą dziecku, często nieodwracalnie.
Gin mi mówił, że wszelkie badania to on mi zleci, jak zajdę. Ale dla mnie to by było za późno. NFZ to mega nieodpowiedzialna instytucja. Nie daje pieniędzy na ZAPOBIEGANIE CHOROBOM, woli dać kasę na leczenie. Dlatego za wszystkie badania musiałam płacić. To się nazywa polityka prorodzinna w Polsce. To jest dbanie, aby zdrowe Polki rodziły zdrowe dzieci. Czy taniej jest potem łożyć na niepełnosprawne dziecko? Na skomplikowane leczenie ciężarnej chorej na raka, którego można było wykryć wcześniej, finansując cytologię? Spróbujcie zrobić za darmo badanie cytologiczne częściej niż co trzy lata. No – dużo by pisać. Zresztą w ciąży – chcąc wykonać dokładne USG, wykrywające wady płodu – również trzeba zapłacić. A przecież taką np. wadę serca można operować nienarodzonemu jeszcze dziecku lub chociaż przygotować się do takiej operacji natychmiast po porodzie. No, ale lepiej biadolić o niżu demograficznym, zamiast pomóc w konkretny sposób w tym, aby ciąża przebiegała prawidłowo, a urodzone dziecko było zdrowe lub miało szansę na profesjolane leczenie. Wszak chory człowiek nie będzie płacił podatków ani składek emerytalnych…
Odbiegłam od tematu… Po odstawieniu pigułek antykoncepcyjnych odczekaliśmy jeszcze trzy miesiące, choć podobno nie jest to teraz konieczne. Kiedyś, kiedy pigułki zawierały sporą dawkę hormonów, było ryzyko (ryzyko czy szansa, co kto woli…) ciąży mnogiej, w tej chwili – jak mnie uświadomił gin – już się tak nie dzieje. My jednak odczekaliśmy posiłkując się gumką, mając również świadomość, że jakby co – też będzie dobrze. Okazało się jednak, że gumka chroni dobrze :)
Zaszłam w ciążę w pierwszym miesiącu, w którym odstawiliśmy Dureksy, dwa miesiące po moich 31. urodzinach, czyli kilka ładnych lat po najlepszym wieku do zachodzenia. Nie trzymałam nóg w górze po dżigi-dżigi (hehe), bo zupełnie o tym nie pomyślałam. Zresztą, wszelkie tego typu sztuczki zostawiłam na czas, gdyby po kilku miesiącach się okazało, że plemnik ciągle jeszcze nie trafił do jaja. Myślałam, że nasze staranie się będzie trwało co najmniej 3 miesiące… Lekarz, jak mnie zobaczył nieco ponad miesiąc po tym, jak mu zakomunikowałam, że będę próbować zajść, też się trochę zdziwił.
No cóż, mój wywód zakończę tak: życzę każdej starającej się takiego tempa jak u mnie :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

To chyba chłopak!

03 mar

 

Byłam kilka dni temu u lekarza. Ważę 66 kg w ubraniu i butach (bo
tak ważą mnie w przychodni), więc myślę, że realna moja waga to jakieś 64-65 kg (tak się pocieszam…). Jeśli tak liczyć, to od początku ciąży przytyłam około 7 kg. Ponieważ w Internecie
jest wszystko (prawie), znalazłam tzw. kalkulator wagi w ciąży. Ta przeklęta machina
oblicza, ile powinno się ważyć w poszczególnym tygodniu. I jakoś tak wyliczyła,
że jestem trochę ponad normę! Nie jestem jedyna w swojej lekkiej panice – na
stronie wpisało się mnóstwo innych tyjących: „Wychodzi na to, że będę ważyć 60 kg!!! Nie mogę sobie tego wyobrazić. Poprzednią ciążę zakończyłam na 57 kg – mam nadzieję, że
teraz też uda się zatrzymać przed 60… Ogólnie jestem przyłamana swoją wagą.
27 tydzień i już prawie 6 kg na plusie. Chciałabym mieć optymistyczne podejście – ale nie mogę. Strasznie przeżywam każde wejście na wagę”; hmmm, to jakaś straszna panikara, 60 kg to prawie moja waga wyjściowa…

Inna znowu przegina w drugą stronę: „W pierwszej ciąży przytyłam 30 kg. Jak powiedziałam anestezjologowi ile ważę – 90kg, zaczął się śmiać. Oczywiście w pół roku po porodzie doszłam do
normalnej wagi. Teraz po 4 latach znowu jestem w ciąży, już w 18 tyg i
przytyłam 1kg. Bardzo teraz się pilnuje”. I dramatyczny wpis na koniec: „ja
jestem w 29 tygodniu a waże 83 kg, to więcej niż kalkulator przewiduje na koniec ciąży”…
Widać kalkulator bardzo słabo zna kobiety i ich apetyt w ciąży…

Ginekolog nie skomentował mojej wagi. Na moje dramatyczne doniesienia o zażywaniu antybiotyku i o wykluczeniu przez okulistkę z grona kobiet rodzących zareagował bardzo spokojnie.
Bez porównania z moją poprzednią lekarką, która z igieł robiła widły i swoimi
uwagami typu: jeśli bolą panią jajniki, to widocznie zakażenie postępuje, ale
ja teraz nie mogę pani przyjąć, bo mam komplet, przyprawiała mnie o stan
przedzawałowy. Zresztą nie tylko mnie, innym dziewczynom, będącym w ciąży, potrafiła rzucić uwagę o poronieniu, podczas gdy chodziło o zwykłe plamienie, o źle rozwiniętym
dziecku, kiedy chodziło tylko o nieco niższą wagę dziecka niż normalnie itd. Wiem,
że czasem lepiej dmuchać na zimne, ale nerwy i emocje, jakie towarzyszą
pacjentce na wizycie u ginekologa nawet i bez takich komentarzy są ogromne.

Mój doktor zrobił mi USG, pokazał bijące serduszko, co mnie uspokoiło bardzo, jako że nie czuję jeszcze ruchów, a na koniec powiedział, że wydaje mu się, że to chłopak! Nie wiem, gdzie on to
wypatrzył na tym czarno-białym ziarnistym ekraniku, ale – wypatrzył! Powiedziałam,
że mnie się też tak wydaje, bo takie mam przeczucie od początku
ciąży i wszystkie ubranka, jakie dostałam w kolorze różowym określałam jako
niepotrzebne… Myślę, że pewność zyskam pod koniec marca, kiedy pójdę na moje
drugie dokładne USG.


 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Marzenia o aspirynie

28 sty

Jestem chora niestety, od paru dni. Całe szczęście dostałam L4, więc odpoczywam w domu.

I – leczę się odpoczywaniem… Bo nie mam za bardzo wyboru. Z leków z
apteki lekarka pozwoliła mi kupić Tantum Verde, ale nawet nie do ssania, tylko
w aerozolu – mogę sobie kilka razy psiknąć w bolącą gardziel. Oprócz tego
średniowieczne metody: syrop z cebuli, wdychanie oparów wrzątku z solą kamienną
(ale inhalacje ze ścierką na głowie już zabronione), maliny (skąd tu wziąć
maliny w styczniu?), nieśmiertelna cytryna (ale czosnek już nie). Mój gin, u
którego byłam dwa dni po internistce, okazała się być bardziej liberalny i na
łupiący ból w głowie pozwolił brać paracetamol, a na papier ścierny w gardle i
kolce na migdałach – Neoangin, ale ja się boję.

Powoli mój stan się poprawia (zużywam już 3 chusteczki na godzinę, a nie 10), więc
poprzestanę na niechemicznym leczeniu. Wprawdzie mój dzidziuś ma już wszystkie
kończyny i nawet żołądek, ale sporo jeszcze przed nim, więc nie chcę ryzykować.
Żaden lek (oprócz niesławnego Talidomidu…) nie był testowany na kobietach w
ciąży, więc nigdy nic nie wiadomo. Jak się dziecko z jakąś wadą urodzi, to jak
można potem udowodnić, że to od paracetamolu, na który pozwolił lekarz? Poza
tym nie mam na piśmie, że pozwolił…

Ot, takie małe paranoje ciążowe.

Odnośnie nóżek i rączek mojego dziecka, to widzieliśmy je na własne oczy z mężydłem na
prywatnym USG, zalecanym w 13. tygodniu. Tzn. zalecane jest dokładne USG, a że
w Polsce dokładny=prywatny (ergo – płatny), więc…

Dzidziuś leży sobie spokojnie na pleckach w pozycji, jaką przyjmuje się, leżąc w hamaku.
Lekarz musiał trochę stukać przyrządem do USG w mój brzuch, żeby dzieciak
trochę się obrócił, bo nie o podziwianie płodu tu chodziło, a zmierzenie
przezierności karkowej, jak sama nazwa wskazuje – na karku. Po wprowadzeniu
danych komputer wyliczył prawdopodobieństwo wystąpienia chorób u dziecka typu
Down, które – dzięki Bogu – mocno zmalało. Co nie znaczy, że znikło i z tą
świadomością matka musi żyć aż do porodu. Chyba że zrobi się jeszcze inne
badania, ale te znowu wpływają na bezpieczeństwo całej ciąży, więc – daliśmy
sobie spokój.

To naprawdę wielki dobrodziejstwo – to USG. Przyznaję, że miałam łzy w oczach, za
to mój mąż szczerzył się od ucha do ucha. Kiedyś przyszli rodzice byli
pozbawieni tego rodzaju wzruszeń podczas ciąży. O mającym się narodzić dziecku
nie wiedzieli prawie nic; uważam, że to mocno zubożało czas oczekiwania. Nie
wspomnę już o możliwości ewentualnego leczenia dziecka przed narodzeniem, w
razie wykrycia np. wady serca. USG jest nie do przecenienia.

I jeszcze jedno – zupełnie nie rozumiem szumu, jaki podniósł się, kiedy warunkiem
otrzymania becikowego miało być przedstawienie zaświadczenia od lekarza o
opiece nad ciężarną. Nie wyobrażam sobie nie kontaktować się z lekarzem w
ciąży! A która tego nie robi, faktycznie na becikowe nie zasługuje, bo jak chce
żyć w średniowieczu, to niech ponosi tego konsekwencje (w tamtych czasach
becikowego wszak nie było).
I bardzo dobrze, że zapis o obowiązkowych
wizytach u lekarza podczas ciąży powraca w przyszłym roku. Wg mnie – jest to
oczywistość. A jak która tego nie rozumie, to strach pomyśleć, jak będzie
leczyć swoje dziecko po urodzeniu. Czerwoną wstążeczką przywiązaną do wózka??

Jestem chora niestety, od paru dni. Całe szczęście dostałam L4, więc odpoczywam w domu.
I – leczę się odpoczywaniem… Bo nie mam za bardzo wyboru. Z leków z
apteki lekarka pozwoliła mi kupić Tantum Verde, ale nawet nie do ssania, tylko
w aerozolu – mogę sobie kilka razy psiknąć w bolącą gardziel. Oprócz tego
średniowieczne metody: syrop z cebuli, wdychanie oparów wrzątku z solą kamienną
(ale inhalacje ze ścierką na głowie już zabronione), maliny (skąd tu wziąć
maliny w styczniu?), nieśmiertelna cytryna (ale czosnek już nie). Mój gin, u
którego byłam dwa dni po internistce, okazała się być bardziej liberalny i na
łupiący ból w głowie pozwolił brać paracetamol, a na papier ścierny w gardle i
kolce na migdałach – Neoangin, ale ja się boję.
Powoli mój stan się poprawia (zużywam już 3 chusteczki na godzinę, a nie 10), więc
poprzestanę na niechemicznym leczeniu. Wprawdzie mój dzidziuś ma już wszystkie
kończyny i nawet żołądek, ale sporo jeszcze przed nim, więc nie chcę ryzykować.
Żaden lek (oprócz niesławnego Talidomidu…) nie był testowany na kobietach w
ciąży, więc nigdy nic nie wiadomo. Jak się dziecko z jakąś wadą urodzi, to jak
można potem udowodnić, że to od paracetamolu, na który pozwolił lekarz? Poza
tym nie mam na piśmie, że pozwolił…
Ot, takie małe paranoje ciążowe.
Odnośnie nóżek i rączek mojego dziecka, to widzieliśmy je na własne oczy z mężydłem na
prywatnym USG, zalecanym w 13. tygodniu. Tzn. zalecane jest dokładne USG, a że
w Polsce dokładny=prywatny (ergo – płatny), więc…
Dzidziuś leży sobie spokojnie na pleckach w pozycji, jaką przyjmuje się, leżąc w hamaku.
Lekarz musiał trochę stukać przyrządem do USG w mój brzuch, żeby dzieciak
trochę się obrócił, bo nie o podziwianie płodu tu chodziło, a zmierzenie
przezierności karkowej, jak sama nazwa wskazuje – na karku. Po wprowadzeniu
danych komputer wyliczył prawdopodobieństwo wystąpienia chorób u dziecka typu
Down, które – dzięki Bogu – mocno zmalało. Co nie znaczy, że znikło i z tą
świadomością matka musi żyć aż do porodu. Chyba że zrobi się jeszcze inne
badania, ale te znowu wpływają na bezpieczeństwo całej ciąży, więc – daliśmy
sobie spokój.
To naprawdę wielki dobrodziejstwo – to USG. Przyznaję, że miałam łzy w oczach, za
to mój mąż szczerzył się od ucha do ucha. Kiedyś przyszli rodzice byli
pozbawieni tego rodzaju wzruszeń podczas ciąży. O mającym się narodzić dziecku
nie wiedzieli prawie nic; uważam, że to mocno zubożało czas oczekiwania. Nie
wspomnę już o możliwości ewentualnego leczenia dziecka przed narodzeniem, w
razie wykrycia np. wady serca. USG jest nie do przecenienia.
I jeszcze jedno – zupełnie nie rozumiem szumu, jaki podniósł się, kiedy warunkiem
otrzymania becikowego miało być przedstawienie zaświadczenia od lekarza o
opiece nad ciężarną. Nie wyobrażam sobie nie kontaktować się z lekarzem w
ciąży! A która tego nie robi, faktycznie na becikowe nie zasługuje, bo jak chce
żyć w średniowieczu, to niech ponosi tego konsekwencje (w tamtych czasach
becikowego wszak nie było). I bardzo dobrze, że zapis o obowiązkowych
wizytach u lekarza podczas ciąży powraca w przyszłym roku. Wg mnie – jest to
oczywistość. A jak która tego nie rozumie, to strach pomyśleć, jak będzie
leczyć swoje dziecko po urodzeniu. Czerwoną wstążeczką przywiązaną do wózka??Jestem chora niestety, od paru dni. Całe szczęście dostałam L4, więc odpoczywam w domu. I – leczę się odpoczywaniem… Bo nie mam za bardzo wyboru. Z leków zapteki lekarka pozwoliła mi kupić Tantum Verde, ale nawet nie do ssania, tylkow aerozolu – mogę sobie kilka razy psiknąć w bolącą gardziel. Oprócz tegośredniowieczne metody: syrop z cebuli, wdychanie oparów wrzątku z solą kamienną(ale inhalacje ze ścierką na głowie już zabronione), maliny (skąd tu wziąćmaliny w styczniu?), nieśmiertelna cytryna (ale czosnek już nie). Mój gin, uktórego byłam dwa dni po internistce, okazała się być bardziej liberalny i nałupiący ból w głowie pozwolił brać paracetamol, a na papier ścierny w gardle ikolce na migdałach – Neoangin, ale ja się boję. Powoli mój stan się poprawia (zużywam już 3 chusteczki na godzinę, a nie 10), więcpoprzestanę na niechemicznym leczeniu. Wprawdzie mój dzidziuś ma już wszystkiekończyny i nawet żołądek, ale sporo jeszcze przed nim, więc nie chcę ryzykować.Żaden lek (oprócz niesławnego Talidomidu…) nie był testowany na kobietach wciąży, więc nigdy nic nie wiadomo. Jak się dziecko z jakąś wadą urodzi, to jakmożna potem udowodnić, że to od paracetamolu, na który pozwolił lekarz? Pozatym nie mam na piśmie, że pozwolił…Ot, takie małe paranoje ciążowe.Odnośnie nóżek i rączek mojego dziecka, to widzieliśmy je na własne oczy z mężydłem naprywatnym USG, zalecanym w 13. tygodniu. Tzn. zalecane jest dokładne USG, a żew Polsce dokładny=prywatny (ergo – płatny), więc…Dzidziuś leży sobie spokojnie na pleckach w pozycji, jaką przyjmuje się, leżąc w hamaku.Lekarz musiał trochę stukać przyrządem do USG w mój brzuch, żeby dzieciaktrochę się obrócił, bo nie o podziwianie płodu tu chodziło, a zmierzenieprzezierności karkowej, jak sama nazwa wskazuje – na karku. Po wprowadzeniudanych komputer wyliczył prawdopodobieństwo wystąpienia chorób u dziecka typuDown, które – dzięki Bogu – mocno zmalało. Co nie znaczy, że znikło i z tąświadomością matka musi żyć aż do porodu. Chyba że zrobi się jeszcze innebadania, ale te znowu wpływają na bezpieczeństwo całej ciąży, więc – daliśmysobie spokój.To naprawdę wielki dobrodziejstwo – to USG. Przyznaję, że miałam łzy w oczach, zato mój mąż szczerzył się od ucha do ucha. Kiedyś przyszli rodzice bylipozbawieni tego rodzaju wzruszeń podczas ciąży. O mającym się narodzić dzieckunie wiedzieli prawie nic; uważam, że to mocno zubożało czas oczekiwania. Niewspomnę już o możliwości ewentualnego leczenia dziecka przed narodzeniem, wrazie wykrycia np. wady serca. USG jest nie do przecenienia.I jeszcze jedno – zupełnie nie rozumiem szumu, jaki podniósł się, kiedy warunkiemotrzymania becikowego miało być przedstawienie zaświadczenia od lekarza oopiece nad ciężarną. Nie wyobrażam sobie nie kontaktować się z lekarzem wciąży! A która tego nie robi, faktycznie na becikowe nie zasługuje, bo jak chceżyć w średniowieczu, to niech ponosi tego konsekwencje (w tamtych czasachbecikowego wszak nie było). I bardzo dobrze, że zapis o obowiązkowychwizytach u lekarza podczas ciąży powraca w przyszłym roku. Wg mnie – jest tooczywistość. A jak która tego nie rozumie, to strach pomyśleć, jak będzieleczyć swoje dziecko po urodzeniu. Czerwoną wstążeczką przywiązaną do wózka??
 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 
 

  • RSS