RSS
 

Notki z tagiem ‘ubranka’

Co ma Jerzy Pilch do oszczędnego kupowania ubrań?

05 cze

„Państwo Holeksowie sprawili (…) młodemu kożuch, przy którym płaszcz ogólnowojskowy był jak ciasna kamizelka. Przez dobre trzy lata Tomek miał prezencję chodzącego namiotu, przez następne trzy ogromne i z każdej strony podwinięte skóry nabierały pozorów przyodziewku człowieka neandertalskiego, potem uczłowieczenie ruszyło pełną parą: przez pewien czas Tomek wyglądał niczym jego przodkowie sprzed dwu tysiącleci, potem gigantyczny skok cywilizacyjny: w za dużym kożuchu niczym się nie wyróżniamy – jesteśmy jak wszyscy. Potem zaczęły się tryumfy króla mody – przez ładnych parę lat kożuch był minimalnie luźny, później miarowy, następnie pasował jak ulał, potem rękawy stały się trochę za krótkie, ale w ramionach nadal był pewien luz, następnie rękawy stały się zdecydowanie za krótkie, ale (…) w ramionach było akurat (…). Po piętnastu latach upadków i wzlotów po piętnastu latach łażenia w tym samym okryciu Tomek Holeksa osiągnął apogeum – wyglądał jak pilot Dywizjonu 303 w brytyjskiej kurtce lotniczej.”

Powyższy cytat pochodzi z najnowszej powieści Jerzego Pilcha „Wiele demonów”. Historia kożucha rozbawiła mnie bardzo, przytaczam, by i inni się pośmiali. Prezencja chodzącego namiotu, :lol: !!

Takie podejście do ubrania w dzisiejszych czasach coraz to nowszych kolekcji mody jest nie do pomyślenia, prawda? Troszkę tylko przypomina mi to ciuchy małego, które wcześniej nosiła jego kuzynka, jeszcze wcześniej kuzyn, przed nim zaś inne dwie kuzynki. Niektóre spodenki rok temu robiły za długie, teraz nadal pasują, tylko że stały się rybaczkami. W spodniach na szelkach sukcesywnie przesuwam sprzączki do zapinania, w tych, które mają regulację typu gumka-guziczek w pasie, najpierw rozmiar był nastawiony na maksa, bo mały miał brzuch wytrawnego piwosza, teraz, kiedy się nieco wyciągnął, trochę musiałam pas zwęzić. Rękawy błyskawicznie z podwiniętych robią się za krótkie, najgorzej buty – co kilka miesięcy „ciaśnieją” i z tym nie da się nic zrobić…

Kupowanie dziecku nowych rzeczy w sklepie i to takich akurat uważam za wielkie marnotrawstwo, chyba że ubrania wędrują dalej, do innych dzieci. Przypadek kożucha to trochę ekstremum, ale… daje do myślenia, prawda?

 

How much is the baby?

22 mar

Ile kosztuje dziecko? Ostatnio moja koleżanka stwierdziła, że  nie zdecyduje się na dziecko, dopóki nie będzie miała zagwarantowanego bytu na wysokim poziomie przez trzy lata siedzenia z dzieckiem w domu. A że na to się, wg niej, nie zapowiada, z dziecka nici.

Z jednej strony – mądre to i przemyślane, kto by chciał w biedzie dzieci wychowywać i batonika im odmawiać. Z drugiej – dla niektórych kobiet myślących w ten sposób nigdy nie będzie korzystnego czasu na macierzyństwo. Nawet jeśli wygrają w totka 6 milionów – bo wtedy to przecież trzeba będzie korzystać z życia, podróżować, a nie zasrane pampersy zmieniać o 3 w nocy.

No i dobrze, wolnoć Tomku w swoim domku. Ja też, zanim męża bez antykoncepcji do sypialni wpuściłam, zastanawiałam się mocno nad finansami. Po pierwsze – odpadnie moja pensja, po drugie – pojawią się nowe, czasami nieprzewidziane koszty. O tym za chwilę. Koniec końców ustaliliśmy jednak, że damy radę, mąż pracuje, ja płatnego macierzyńskiego będę mieć pół roku (teraz szczęściary mają rok!), a potem najzwyczajniej w świecie „się zobaczy”, bo nigdy nic nie wiadomo.

Trzy lata naprzód zaplanować trudno. Łatwiej wcześniej nieco zadbać o przyszłość finansową – nie brać pięciu kredytów, bo zanim spłacimy raty, stracimy zdolność do rozmnażania się oraz odłożyć trochę, skoro zarabiamy tak dużo, że szkoda nam zrezygnować z pensji na rzecz wrzeszczącego noworodka w łóżeczku. Uff, zdanie wielokrotnie złożone, komuś narysować wykres?

Czy wy też znacie takie osoby, które mówią: „chciałabym mieć teraz dziecko, ale Marek zarabia 3000, z czego 1500 idzie na nasz kredyt na mieszkanie, a 1000 na kredyt na skórzane meble, telewizor i wczasy w Hiszpanii. Ja z kolei spłacam nowego volkswagena i płacę rachunki. Zostaje trochę na jedzenie”. No tak, w tej sytuacji to można się pokusić jedynie o kupno psa. Na kredyt, rzecz jasna.

Przejdźmy jednak do meritum. Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że dzidziuś wcale nie jest w pierwszych latach wysysaczem każdej złotówki z portfeli rodziców i dziadków, jak się dość powszechnie uważa. Trzeba po prostu mieć kogoś w rodzinie lub wśród przyjaciół, kto ma nieco starsze dziecię od naszego oraz wybić sobie z głowy gwiazdorskie myślenie „moje dziecko będzie miało wszystko najlepsze” oraz „nie będę żałować pieniędzy na dziecko”. Jak to działa? Korzystamy po prostu z rzeczy używanych, życzliwie nam oddanych. Ludzie bardzo chętnie pozbywają się dziecięcych ubranek, wózków, łóżeczek, kołderek, śpiworków, zabawek, przewijaków, podgrzewaczy i grających chodzików, gdyż najnormalniej w świecie zawadzają i zagracają im domy. Niemowlak, zanim zacznie się szurać po podłodze, nie jest w stanie niczego zniszczyć. Potem też raczej prędzej ze spodenek wyrośnie, niż je porwie lub zaplami na „ament” (jak to mówiła moja koleżanka).

U mnie w rodzinie ubranka i inne niezbędniki dla niemowlaka krążą już od kilku lat, w międzyczasie „obskoczyły” też dzieci koleżanek. Zawsze też któraś mama dokupi coś nowego lub dostanie i zbiór się odświeża. Jeśli nie ma dzieci w rodzinie, można rozpuścić wici w pracy – moja znajoma od współpracowników dostała ogromną torbę wypełnioną ciuszkami. Tu mam radę: jeśli dostajemy ubranka od różnych osób, które chcą je potem dostać z powrotem – sfotografujmy dary, dzieląc je w zbiory – co od kogo. Łatwo będzie później wyłowić konkretną bluzeczkę i nie trzeba się bawić w jakieś mozolne znakowanie nitkami.

Jeśli chodzi o ubrania, zawsze można się też wspomóc lumpeksem lub serwisami aukcyjnymi. W sklepach ceny są obłędne, body kilkanaście złotych, piżamka 35, czapeczka 20. Jakiś czas temu znajoma w ciąży, której proponowałam używane ubranka, podziękowała mi mówiąc, że chce mieć „wszystko nowe”. No OK. Przeszła się po sklepach i… zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy oferta aktualna…

Na co tak naprawdę trzeba szykować pieniądze? Pampersy (ale tu też są drogie i tańsze, o połowę), materacyk (ale wystarczy zwykły gąbkowy, bo jeśli dziecko posika nam kokosowe cudo, będzie tak samo do wyrzucenia jak gąbka za 20 zł), elementy laktatora, które mają styczność z mlekiem (bo np. silnik pożyczyłam, a to najdroższa część). Sporo kosztuje mleko modyfikowane, ale jeśli w użyciu będzie pierś, nie będzie nam potrzebne (wtedy odpada też laktator i butelki). Bardzo drogie są szczepionki, jeśli nie weźmie się tych sanepidowych. Ale tu mamy wybór – te z sanepidu są bezpłatne.

Drogie są buty dziecięce, dlatego jak najdłużej każmy dziecku raczkować… Żartuję!!!

Jeśli chodzi o zabawki, to wielokrotnie już pisałam, że mój syn woli drewniane łyżki i trzepaczkę od drogich samochodzików, hitem jest też plastikowa butelka. Ostatnio udało mu się wsadzić do środka gryzako-szczoteczkę i był z tego niesamowicie dumny…

Kto może, niech idzie w wersję de lux, proszę bardzo. Gadające w dwóch językach chodziki, kosiarki puszczające bańki mydlane, grające misie i rżące koniki na biegunach… Daję głowę, że dziecko i tak będzie miało najwięcej radochy z turlającego się z nim po podłodze rodzica, niż z tony zabawek Fisher Price. Myślę, że na super zabawki edukacyjne (i drogie) przyjdzie czas w okresie przedszkola, wtedy pewnie dochodzi rywalizacja i porównywanie, co kto ma. Całe szczęście, gdy dziecko jest w przedszkolu – to rodzic może być w pracy i na te wszystkie ciężarówki, płaczące lalki i interaktywne zwierzątka zarobić…

 

PS

Mądre oszczędzanie można zacząć już w ciąży i podczas porodu. Kluczem jest zdrowy rozsądek i szukanie alternatyw. Z ubraniami ciążowymi warto postępować tak, jak wyżej opisałam w przypadku ubranek dziecięcych. Można iść do modnej drogiej szkoły rodzenia, ale są i bezpłatne, prowadzone przy przychodniach i szpitalach przez doświadczone położne. W niektórych szpitalach za poród rodzinny się nie płaci, w innych trzeba wykupić cegiełkę – warto wcześniej to sprawdzić. Można opłacić położną do porodu (rok temu we Wrocławiu znajomi płacili 1000 zł), ale wiele kobiet radzi sobie bez takiej pomocy, zresztą nigdy nie mamy gwarancji, czy nasza położna nie będzie miała dyżuru, urlopu albo biegunki akurat, kiedy zaczniemy rodzić.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Do przodu

15 lut

Mały nadaje niezłe tempo. Jeszcze parę dni temu na siłę pchałam mu tyłek do obrotów, teraz wystarczy go położyć i już zaczyna się wić, wykręcać i… hop! już jest na brzuchu. Nową umiejętność ćwiczy chętnie na leżaczku, wyginając się w pałąk (muszę go już przez to przypinać). Wygląda to dość przerażająco – mały twarzą do dołu, tylko nogi fyrkają, ale jak go podnoszę, cieszy się bardzo. Podobnie, gdy wystraszona odwijam go z kocyka – pod spodem zawsze jest uśmiechnięta gębula z dwoma zębami. Żadnych szmat nie mogę zostawiać w pobliżu, bo uwielbia się nimi zakrywać. Wicie i wykręcanie się na wszystkie strony praktykuje też przy ubieraniu, co, eufemistycznie mówiąc, nie ułatwia mi sprawy. Włożenie jednej ręki w rękaw to mordęga, a drugiej – mordęga do kwadratu. Niestety, pora roku jaka jest, każdy widzi, więc ubierania jest sporo.

Nawiasem mówiąc, nie wiem, dlaczego producenci ubranek dla dzieci skupili się na takich duperelach jak kieszenie, hafty, wielkie metki, natomiast kwestia przeciśnięcia ruchliwej rączki z rozcapierzonymi palcami przez wąski nierozciągający się rękaw zwężony dodatkowo przy mankiecie zupełnie nie zaprzątnęła ich uwagi. Nigdy nikt nic nie schowa w kieszenie w spodenkach niemowlęcia, w dodatku mają one często ćwieki gniotące w tyłek lub brzuszek; hafty są dwulicowe – z wierzchu śliczne, od spodu drapiące; metki drapią same z siebie, dodatkowo często są przyszyte (na amen!) ostrą żyłką – wiadomo, nikt nie lubi mieć czegoś takiego przy szyi. Natomiast odpowiednio szerokie rękawki w bluzeczce warte są chwili zastanowienia, naprawdę…

Jeszcze odnośnie bubli ubraniowych, mamy na rynku spodenki udające praktyczny ciuszek, najczęściej na szelkach. Otóż mają rozpinany krok – super, można dostać się do pampersa! Tyle że sam pampers nie został w noszeniu uwzględniony, spodenki nie są ani odrobinę szersze w kroku od zwykłych dorosłych portek, nie różnią się od nich krojem, a jedynie rozmiarem. I co? I nie da rady ich dopiąć, pielucha się nie mieści. Uważam, że zanim do produkcji trafi jakaś koszulka czy bodziak, powinien być zrobiony test prędkości ubierania i komfortu noszenia tegoż.

Ruszyliśmy z kopyta z zupkami. Mały wcina jak szalony, gdy widzi łyżeczkę, otwiera szeroko buzię jak ptaszek. Cieszy taki widok, tym bardziej, że obydwoje dzieci mojej siostry to niejadki i każdy posiłek to wojna. Mam nadzieję, że obecnie kształtuję u małego dobre nawyki żywieniowe i tak mu zostanie :) Zjada zarówno zupki słoikowe (każdej firmy) jak i – uwaga – moje własne. Odważyłam się, kiedy zobaczyłam, po pierwsze, jak chętnie je, po drugie, że nic go nie uczula (odpukać). Z duszą na ramieniu ugotowałam mu indyka z warzywami, parę dni później wcinał już królika, wprowadzam mu już też powoli żółtko. Na temat podawania dziecku mięsa i warzyw ze sklepu napisano w necie mnóstwo, czytałam te wszystkie radykalne opinie aż do bólu głowy. A to że trujące i z hormonami, a to że pryskane, a to że ekologiczne tylko z nazwy etc. Każdy ma pewnie trochę racji, ale jeść trzeba. Jestem jak agent Mulder – nie ufam nikomu, a więc rolnikowi od ekologicznej marchewki także. Uważam, że w Polsce jest jeszcze pod tym względem wolnoamerykanka i nikt nie pilnuje, w jakiej ziemi co rośnie. W każdym razie podaję małemu i słoiki, i swoje warzywno-mięsne ciapki. Owoce na razie tylko ze słoika, bo skąd mam wziąć teraz maliny, jagody czy brzoskwinie, a nie samym jabłkiem człowiek żyje. A i banan ze słoiczka jednak pewniejszy jest chyba od takiego ze sklepu. Mam nadzieję…

Naszym sukcesem ostatnich dni jest samodzielne zasypianie małego. Czynię tu pokłony mężydłowi, bo to on zapoczątkował praktykę nieingerowania w ten trudny proces. Ja jakoś nie mogłam uwierzyć, że gościu uśnie bez bujania, kołysania i innych nerwowych ruchów wykonywanych wszystkimi kończynami rodzicielskimi, najlepiej na raz. Dziś spróbowałam i faktycznie, mały pomarudził, pobawił się smoczkiem, pokręcił, ponakładał tetrę na głowę i po jakiejś półgodzinie usnął. Ja w tym czasie siedziałam obok, na kanapie i oglądałam Dzień Dobry TVN, mój ulubiony program, odkąd siedzę w domu… Na razie sztuczka udaje się tylko na poduszce, w którą mały się wtula, nie ma mowy o położeniu go do łóżeczka i czekaniu aż uśnie, bo… nie uśnie. Ale myślę, że dojdziemy i do tego. Wygodnictwo rodziców dźwignią postępu!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Teoria kontra praktyka, czyli co się tak naprawdę sprawdza cz. 2

07 lis

Szkoły rodzenia tak naprawdę powinny się nazywać szkołami dla przyszłych rodziców, bo poruszają mnóstwo różnych tematów, a skurcze, parcie i rozszerzająca się szyjka to tylko jeden z nich. Ja z góry wiedziałam o czekającym mnie cięciu cesarskim, więc z początku myślałam, że szkoła rodzenia jest nie dla mnie. Całe szczęście jednak w porę uświadomiono mi, że mogę się tam dowiedzieć o wielu praktycznych sprawach dotyczących opieki nad małym ludkiem i nikt nie będzie mnie terroryzował nauką oddychania. 


Do tej pory czasem zerkam do swoich notatek z zajęć. Większość rad bardzo mi się przydała, niektóre zweryfikowałam. Poniżej zamieszczam małe sprawozdanie ze szkoły rodzenia, uzupełnione o moje doświadczenia:

1. Pieluchy tetrowe

Przydają się do wycierania buzi z ulanego jedzenia lub śliny, rozkładam je też na prześcieradle pod głową małego; wycierają się w nie włosy z głowy, czasem jakaś smużka śliny pocieknie… :) Łatwiej zmienić pieluchę niż od razu całe prześcieradło. Pieluchę kładę na ramię, kiedy biorę małego do pionu do odbicia – czasem nie samym powietrzem mu się odbije… Co nie znaczy, że uniknęłam oplucia rękawa… Zazwyczaj zdarza się to, gdy tylko włożę czystą bluzkę…

Pielucha przydaje się też jako osłona przed słońcem na wózku – nie mam parasolki, więc wieszałam tetrę na budzie, dawała lekki cień (dzieci nie znoszą, gdy je razi słońce, od razu jest ryk). W upały pielucha tetrowa zastąpić może kocyk, potrzebna jest tez podczas wizyty u lekarza – podściela się ją na przewijaku i na wadze. W pieluchy zawija się też dziecko dla uspokojenia (u mnie sprawdzało się przez jakieś 1,5 miesiąca, potem już wydawało mi się, że synek jest na to za duży); tak na marginesie – polecam techniki kojenia płaczu dziecka doktora Karpa - 
http://www.happiestbaby.com/
, o tym sympatycznym facecie też dowiedziałam się w szkole rodzenia. 

Pieluchy tetrowe (ale też flanelowe) potrzebne są również do tzw. szerokiego pieluchowania, w celu prawidłowego ułożenia dziecku bioder. Oczywiście można używać ich też do tego, do czego zostały pierwotnie stworzone, ja spróbowałam kilka razy, kończyło się na przemoczonym ubranku i tym, na czym dziecko leżało. Pewnie trzeba było zastosować ceratkę, ale wg mnie lepszy pampers niż mokra tetra owinięta ceratą. 

Położna w szkole mówiła, że można używać pieluch tetrowych, żeby nauczyć dziecko wołać siku – mokry okład na tyłku szybciej je do tego skłoni niż komfortowy pampers – wypróbowanie tej metody jeszcze przede mną.
Generalnie trzeba mieć tych pieluch kilkadziesiąt, ja mam 50 sztuk. W ciągu dnia zużyje się ich 2-3, ale żeby nastawić pralkę, potrzebna jest większa ilość po prostu. Chyba że rzeczy dziecięce będziemy prać ze swoimi, wtedy szybciej uzbiera się stosik do prania, wówczas jednak "marnujemy" drogi dziecięcy proszek na nasze ubrania.

2. Materacyk do łóżeczka

Dostępne są przeróżne, tak jak i dla dorosłych. Można kupić jakiś ekstra z kokosa czy innego bambusa :), warto jednak pamiętać, że na materac, a pod prześcieradło trzeba położyć specjalną ceratę. I co nam po ekstra włóknach, jeśli zakryjemy je folią? Jak nie zakryjemy, istnieje niebezpieczeństwo zsikania i wtedy materacyk raczej jest do wyrzucenia. Warto też wziąć pod uwagę fakt, że różne wynalazki typu trawa czy kokos w materacu może uczulać. W szkole położna poleciła najprostszą piankę i u mnie się to sprawdza. Nie należy kupować używanych materaców, są siedliskiem bakterii. Piankowe są naprawdę tanie.

3. Przewijak

Przy zakupie sprawdzić, czy ma blokady uniemożliwiające zsunięcie się go z łóżeczka.

4. Rożek 

Rożek z napami raczej się nie sprawdza, bo po zapięciu i tak jest za luźny i nie spełni dobrze swojego zadania ciasnego otulenia dziecka; lepiej jest ubrać go w zwykłą poszewkę na poduszkę i ścisnąć malucha tasiemką. Rożek z twardym wsadem w ogóle jest niepraktyczny i nawet niebezpieczny – dziecko może się nam z niego po prostu wysunąć.

5. Odstające uszy

Położna powiedziała, że można używać czapki lub przyklejać je do głowy taśmą klejącą (sic!), którą należy odklejać przy pomocy oliwki. Nie musiałam całe szczęście sprawdzać, czy to działa, bo synek ma uszy przylegające ładnie do głowy. Warto jednak wiedzieć, że niektórm dzieciom ucho się podwija podczas snu i może zostać w ten sposób zniekształcone – na tyle miękka i nieukształtowana jest to chrząstka.

6. Ubranka

Najlepiej bez guzików – istnieje ryzyko połknięcia; zatrzaski najlepiej metalowe, bo plastikowe można ponoć stopić żelazkiem (nie zdarzyło mi się). Najpraktyczniejsze ubranko – body; nie podjeżdża pod brodę jak bluzka. Dodatkowo teraz body jest mi niezbędne w celu trzymania podkładu z pieluch na swoim miejscu (przy szerokim pieluchowaniu). Położna zakazała body na ramiączkach; ramiona dziecka muszą być zakryte.

Uwaga na metki - wg mnie powinien być zakaz umieszczania ostrych metek przy dziecięcych ubrankach; jeśli już, to gdzieś przy pupie, bo wtedy ciałko dziecka chronione jest pieluchą. Jednak metki najczęściej są przy szyi. Trzeba je wówczas obcinać lub zaklejać plastrem, bo inaczej dziecko będzie płakać z powodu podrażnienia, a my się za Chiny nie domyślimy, o co chodzi. 

Od siebie dodam, że najwygodniejsze ubranka to te zapinane "po całości", bodziaki też takie można dostać, warto poszukać. Wkładanie przez głowę jest uciążliwe i dla nas, i dla dziecka. Kłopot jest nie tylko z głowa, ale i trudniej wkładać rączki w rękawki. Poza tym jest problem z dekoltem – najłatwiej ubiera się oczywiście wtedy, kiedy dziura na głowę jest po byku, wtedy jednak dziecko ma gołą klatkę piersiową (nie przesadzam, niektóre ubranka tak się rozciągają). Najlepiej, gdy są zapięcia przy szyi.

Spodenki – w szkole nie polecano gumek w pasie i w pełni się zgadzam; niemowlak potrafi mieć spory okrągły brzuszek, żal taki ściskać gumą. Lepiej już, aby był ściągacz, a najlepiej sprawdzają się spodenki zapinane na ramionach. Wtedy dużym ułatwieniem jest, jeśli mają rozpinany krok. W ogóle trzeba zwracać uwagę, żeby był jak najłatwiejszy dostęp do pieluchy, zmieniamy ją przecież jakieś 10 razy dziennie…

Co do prasowania zdania są podzielone – w jednej szkole położna zalecała prasować wszystko i zawsze; w drugiej – ubranka tylko na początku, a zawsze – pościel. Ja do tej pory prasowałam wszystko, jednak powoli juz odpuszczam – mały kończy trzeci miesiąc, nie ma też żadnych problemów ze skórą. Podobnie z dwukrotnym płukaniem ubrań w pralce – powoli odchodzę od tego.

Ciąg dalszy nastąpi :)
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS