RSS
 

Notki z tagiem ‘trzeci migdał’

Ni z tego, ni z owego – szpital

12 lis

No, niestety. Zaczęło się gorączką trudną do zbicia, lekarka zleciła badania: morfologię i CRP, no i się zaczęło… Wezwali nas do przychodni w sprawie wyniku, okazało się, że morfologia wyszła średnio, a CRP to już w ogóle: 160 (norma to 0-5). I z przychodni wyszliśmy już ze skierowaniem do szpitala. Pierwsza reakcja: szok. No, ale co było robić, zgł0siliśmy się na oddział. Podczas wypisywania papierów widzę po małym, że znowu rośnie mu temperatura. Mówię to lekarzowi, a on na to: ma pani jakiś ibuprom przy sobie? Bo my mamy tylko czopki.

Zamurowało mnie, ale leki całe szczęście mieliśmy przy sobie. I przy kolejnym skoku temperatury też podałam swój lek i jeszcze musiałam udowadniać na swoim (sic!) termometrze, że temperatura jest podwyższona, bo na tym ichnim, bezdotykowym, to za przeproszeniem, gówno widać. Nie wiem, jak bardzo trzeba być rozpalonym, żeby taki termometr pokazał jakiś wzrost. Usłyszałam też głupotę w stylu: bo on jest przykryty, dlatego ma wyższą temperaturę… W każdym razie musiałam przypilnować, żeby do karty wpisano podanie leku, bo bałam się zdublowania. Bo zdarzyło się, że gdy wyszłam do toalety, podawano małemu jakieś leki.

Mało komedii? To proszę – lekarz powiedział, że trzeba wykonać zdjęcie płuc, ale równocześnie stwierdził, że jeden aparat RTG jest nieczynny od 2 tygodni, a drugi zepsuł się dziś.

Dwa dni czekaliśmy na wykonanie zdjęcia i w tym czasie usłyszałam teksty w stylu: Po co naświetlać dziecko itp., kiedy naciskałam, by to zdjęcie zrobić po prostu gdzie indziej.

Lekarka prowadząca upierała się, że to angina przy równoczesnym stwierdzeniu laryngolog w tymże szpitalu, że gardło jest blade, a migdałki, cytuję: nieobłożone.

Coś do karty trzeba było wpisać, w wypisie mamy nieokreślone zapalenie migdałków, gdzie najważniejszym słowem jest „nieokreślone”. Faktem jest, że ani posiewy, ani USG brzucha, ani to nieszczęsne zdjęcie RTG nic nie wykazało. I dzięki Bogu, bo na dzień dobry lekarz nas „pocieszył”, że przy takim CRP na początku trzeba wykluczyć sepsę i opony. Super.

Never ever, chciałoby się powiedzieć. Antybiotyk zadziałał, wróciliśmy do domu. Jedyne co, to chciałabym panią dietetyk od menu szpitalnego poczęstować szpinakową breją bez szczypty soli i zupą, uwaga, grysikową o smaku żadnym, a do popicia kawą inką o smaku brudnej wody – smacznego!!!

PS

Płaciłam za łóżko w szpitalu 30 zł/doba 8-O . Parking również był płatny. Szpital musi zarabiać, jak widać. Ministerstwo zdrowia ma inne priorytety, np. kampanię o rozmnażaniu jak Bogu ducha winne króliki. Szlag mnie trafia!! Rozmnażajcie się, ale nie mamy ibupromu w szpitalu dla waszych dzieci!! Sorry! Taki mamy zaje…ty kraj, kolorowe kampanie, a tak naprawdę syf i dziadostwo.

PS 2

Wiecie, jaka była istotna informacja przy przyjmowaniu sześciolatka na oddział? Czy i jak długo był karmiony piersią. Żałuję, że w stresie nie przyszło mi do głowy zapytać, jakie to ma w tej chwili znaczenie??

 

Tonsillotomia i adenotomia*… czyli bójcie się migdałki!

16 lut

O operacji (zabiegu):

1. Dzień wcześniej musiałam się ja i mały wymyć płynem odkażającym. Ja też, bo spaliśmy razem w jednym łóżku. Takie było tłumaczenie, hmm… Łazienka szpitalna średnio nadaje się do kąpania dziecka, bo wspaniali pacjenci traktują ją jak palarnię, ale z troski o płuca innych zostawiają otwarte okno. W efekcie śmierdzi papierosami oraz jest zimno. Super.

2. O 6 rano pobudka. Mały dostał szpitalną piżamę jakieś pięć rozmiarów za dużą. W tejże piżamie miał iść na blok po plastry. Idę z nim korytarzem i słyszę: Mamo! Ale ja jestem goły!! Patrzę, faktycznie, spodnie opadły mu do kostek… Wyglądał jak dziecko wojny w tej podartej piżamce w sprane paski, z podwiniętymi rękawami i nogawkami, dodatkowo wsadziłam mu bluzę w spodnie, żeby ich nie zgubił…

3. Na bloku w zgięciu łokcia i na wierzchu dłoni mały dostał maść przeciwbólową i na to przezroczysty plaster. Bardzo mu się to podobało, Wracamy do sali,

4 Pielęgniarka przynosi tzw. premedykację, głupiego Jasia po ludzku mówiąc. Mały po kwadransie pęka ze śmiechu. Wszystko go śmieszy, wiecie, jak wygląda pijany gość, udający, że jest trzeźwy, ale parskający śmiechem na widok byle czego? No, to tak to wyglądało. Mnie tam do śmiechu nie było. Wcześniej jeszcze pielęgniarka zaaplikowała czopek paracetamolowy. Chciałam, żeby to było dobrze zrobione, więc zostawiłam sprawę osobie, która to robi rutynowo. Jak się potem okazało, rutyna zawodzi.

5. Mały na łóżku jedzie na blok operacyjny. Tam mam mu dać buzi i sobie iść. Mam wrócić po kwadransie. Trudny moment.

6. Oczywiście po 15 minutach idę pod blok. Z daleka słyszę płacz małego. Wpuszczają mnie, a tam sajgon! Nie mogą w trójkę utrzymać mojego dziecka na łóżku! Scena jak z „Egzorcysty”. Mały rzuca się, wrzeszczy, prawie spada na podłogę, plącze rurkę z kroplówką, wszystko brudzi krwią. Patrzy błędnym wzrokiem, nie widzi mnie, nie słyszy, zachowuje się jak ranne zwierzę. „Niech pani go trzyma, bo sobie głowę rozbije” – słyszę. Nagle z nogawki wylatuje nietknięty czopek. Hmm… Robię uwagę, że dziecko nie ma środka przeciwbólowego.

7. Takiego wrzeszczącego wiozą na salę. Oczywiście tak wystraszył następnego w kolejce chłopca z naszej sali, że ten zaczyna płakać. Szał trwa jeszcze jakiś kwadrans. Mały dostaje kolejny czopek. Wenflon się zatkał, rezygnujemy z kroplówki nawilżającej. Niemal kładę się na synku, żeby przestał się miotać. W końcu usypia i śpi 5 godzin.

8. Po przebudzeniu z małym jest OK. Z nieprzyjemnych rzeczy pamięta jedynie wkłuwanie wenflonu. Nie pluje krwią, na co przyszykowano mi nerkę, mało go boli, ale dostaje paracetamol. Zjada trochę serka homogenizowanego i idzie spać.

9. Rano nas wypisują.

Jak na razie jest dobrze, mały przestał oddychać jak Vader, w nocy sprawdzam, co tak cicho :) Za parę dni mamy kontrolę u laryngolog, ciekawe, jak oceni efekty. Ja widzę, że synek lepiej oddycha, chociaż z przyzwyczajenia ma półotwartą buzię jeszcze. No i na pewno lepiej słyszy, gdy podnoszę rolety, zatyka sobie uszy! :)

Niech mi teraz ktoś powie, jak to wyglądało kiedyś, kiedy rodzicom dziecka przebywającego w szpitalu wolno było jedynie je odwiedzić na chwilę. Kto pilnował, żeby dziecko zjadło, nie spadło z łóżka, żeby się nie bało i nie stresowało? Moja mama wspominała, że wręcz wyganiano rodziców ze szpitala. A teraz? Niech pani trzyma dziecko, niech pani pilnuje, żeby leżało na boku i wypluwało w nerkę, niech pani umyje dziecko, przebierze, przyprowadzi na blok, odbierze, weźmie do toalety, nie może pani po operacji zostawić dziecka samego, proszę obserwować i wołać w razie czego. Nie mieści mi się w głowie, by czteroletnie dziecko zostawić na oddziale samo! Nie chce mi się nawet myśleć, jak to kiedyś wyglądało.

* przycięcie migdałów bocznych i wycięcie środkowego

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

W końcu wycięliśmy drania

06 lut

I przycięliśmy dwa boczne. Migdały.

Ale po kolei. NFZ się nie certoli z pacjentem. To się niby wie doskonale. No, ale żeby taki numer… Chciałam załatwić rzecz po ludzku, miesiąc wcześniej zgłosiłam przełożonej, kiedy mały ma termin zabiegu, że z tydzień na pewno będę na zwolnieniu, ułożyłyśmy ładny grafik na luty uwzględniający moje nieobecności, załatwione zostało zastępstwo, po czym, po kilku dniach, niczym wywołany wilk z lasu, dzwoni pielęgniara ze szpitala. O 20 wieczorem! Że zabiegi z lutego są odwołane, bo pani ordynator nie będzie (a to ona tnie), więc przesuwają mój termin na… za 5 dni!!! Jak to stwierdziło mężydło, pewnie jakiś last minute w Alpy się trafił, więc rzucają pacjentami, gdzie popadło. No, ale jak się czeka 7 miesięcy na termin, to się nie wybrzydza i się zgadza na wszystko, czyż nie?

Nie wspomnę (a właśnie, że wspomnę), że musieliśmy zrobić badania niezbędne do przyjęcia do szpitala, w tym grupę krwi, na którą się czeka 3-4 dni, więc… sami wiecie. Wyszło na styk, łącznie z powtórną morfologią, bo w pierwszej próbce zrobił się skrzep. I wytłumacz tu dziecku, dlaczego znowu trzeba jechać do labu!

Przez 3 dni przygotowywałam małego, że pojedziemy do szpitala, że będzie spał z mamą, że zbadamy gardło… Najpierw się buntował, dlaczego i że nie chce, ale kilka razy mu tłumaczyłam, że będzie fajnie, że będą inne dzieci, że dinozaur jedzie z nami, aż koniec końców w aucie co chwila pytał, czy już niedaleko…

Szpital jak szpital. Nic przyjemnego. Te absurdalne pory posiłków (kolacja o 17!) , no i same posiłki też, za przeproszeniem, z dupy strzelone. Ja wiem, że niskie stawki, bieda w NFZ, długi, limity etc. Ale te dwie nędzne kromki chleba, 2 cm kwadratowe margaryny (no przecież nie masła) i 2 plastry najtańszej mielonki to po prostu… nie wiadomo czy śmiać się czy zapłakać, zwłaszcza, że kolejnego dnia było to samo! Identyko! Ani to zdrowe, ani smaczne. Czy naprawdę w tej nędznej stawce (już nawet nie chce mi się sprawdzać, ile to teraz jest, ale na pewno mniej niż w więzieniach) nie zmieściłby się chociażby plaster żółtego sera albo trochę twarogu, albo jajko? Wydaje mi się, że ta mielonka, której mój pies by nie ruszył, to po prostu pójście na łatwiznę. Tak samo zresztą obiad. Po zabiegu miała to być ciapaja. No i była, OK, ale dlaczego totalnie bez smaku i zagęszczona mąką ziemniaczaną (znam tę konstystencję). Mały tego nie tknął, ja próbowałam, ale, o my God, nie dało się tego zjeść, a co najlepsze na kolację przyniesiono ponownie to samo! No to wzięłam chociaż kompot. I znowu masakra. Znam smak tanich kompotów ze stołówek i koloni, zrobionych z kisielu na przykład. Ale to były nektary pełne smaku w porównaniu z tą wodnistą wodą!

Dlaczego się tak pastwię? Bo nie znoszę marnotrawstwa. A 90% tego pseudo jedzenia lądowało w śmieciach. A było przecież zakupione, komuś zapłacono, by je przygotował, salowe musiały je rozwieźć, potem zebrać i umyć naczynia. Zupełnie niepotrzebna robota. Wyglądało to jak odfajkowanie sprawy – posiłek w szpitalu się należy, no to jest. A że gówniany, to co z tego. I państwo wywala kasę bez sensu, a pacjent i tak musi zapłacić za normalne jedzenie czy to w sklepiku szpitalnym (mieli pierogi!!) czy to po prostu przywożąc je ze sobą. Czy Danonek zamiast tej rzygowinowej zupki wyszedłby drożej? Nie sądzę, a dzieci i inni pacjenci z bolącym gardłem po zabiegu pewnie by zjedli. A tak zupka poszła w kanał, a Danonki trzeba było mieć ze sobą. Amen.

Dlaczego się tak rozpisałam o tym żarciu? Bo mnie to oburza. Jak wszystko robione bez głowy. Kolejny raz byłam w szpitalu i kolejny raz musiałam mieć torbę pełną jedzenia, a to wymagające chłodzenia trzeba było trzymać na zewnątrz, na parapecie. Oczywiście, taki system działa tylko w zimnych porach roku, ale też bez mrozu, bo co komu po ściętym mrozem jogurciku. No po prostu wstyd! XXI wiek, a Ty kombinuj człowieku bez lodówki.

O operacji i innych ciekawych wydarzeniach okołoszpitalnych w następnym wpisie. Ten wyszedł mi kulinarny :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Początek roku

15 sty

Chciałoby się z optymizmem wejść w nowy rok, nawet – ODPUKAĆ W PUSTE, NIEMALOWANE I JESZCZE W NIE WIEM CO – jako tako jesteśmy zdrowi. Mały dotrwał do dzisiejszego dnia – a bardzo się obawiałam, że się nie uda – i świetnie się bawił na balu karnawałowym. Uwielbia tańczyć, skacze do każdej muzyki, ostatnio zachwycony oglądał z babcią „Jaka to melodia” (mama jakoś nieszczególnie jest fanką), więc nie dziwię się, że dziś w emocjach opowiadał: „Mamo, ja tańczyłem cały czas! Kręciłem się w kółeczko, o tak! (pokazuje, pokazywał też babci przez telefon…) Pan grał na klawiszach!”. Nie wnikałam, jakiż to zespół wynajęło przedszkole, ale mały podśpiewywał wieczorem „Będzie, będzie zabawa, będzie się działo…”, więc to chyba jakaś kapela weselna sobie dorabia…

Zaliczyliśmy dziś tez wizytę kontrolną u laryngologa. Nie ma złudzeń, lekarz był nowy i nie znał dokładnie całej historii małego (czyli zapalenie ucha na przemian z anginą i w koło Macieju), ale ledwo zajrzał mu w gardło, od razu powiedział bez ogródek – wszystko do wycięcia, nie ma co zwlekać, takich migdałów nie wyleczy się niczym. Zmienił nam skierowanie z wycięcia jednego migdała na usunięcie wszystkich. Masakra, jak dla mnie. Boję się powikłań i bólu u synka, ale nie ma wyjścia, jak widać. Jeszcze miesiąc z hakiem. Jeszcze wcześniej jedna wizyta u poprzedniej doktor, czy na pewno to jedyne wyjście. Chciałabym być już po. Z niechrapiącym dzieckiem, z zamkniętą buzią. Z mniejszym moim strachem, czy już jest chory, czy jeszcze jednak nie, jeszcze ten dzień funkcjonujemy normalnie.

Z pozytywnych rzeczy jeszcze – udało się nam być w tym roku kilka razy na sankach! To rzadkość w ostatnich latach, jak wiadomo. Nawet bałwana dało się ulepić.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Zabiegu nie było

27 lip

Niestety nie przyjęto nas na oddział. Liczyłam się z tym, a jednak rozczarowanie spore… Obdzwoniłam na nowo okoliczne szpitale, okoliczne poza Wrocławiem, bo tu czeka się do drugiej połowy 2018 roku, do tej pory to ten migdał może małemu naturalnie zaniknąć… ;) Może to taka strategia :) Pielęgniarka, czy kto tam odebrał telefon w szpitalu na Kamieńskiego, od razu poradziła mi dzwonić do oddziałów na Dolnym Śląsku („pani sobie znajdzie w internecie…”, tzn. dzwonić sobie mogę po całej Polsce, ale kto by tam się z dzieckiem tłukł dłużej niż godzinę, zwłaszcza, że wszędzie, jak sądzę, terminy podobne.

Z tym dzwonieniem to nie taka prosta sprawa, najpierw trzeba ustalić, w jakim mieście jest szpital z oddziałem laryngologicznym, potem należy znaleźć na stronie tegoż szpitala odpowiedni numer telefonu, a tylko w jednym przypadku na dziesięć było wprost napisane – tu dzwonić w sprawie zapisów na oddział. W pozostałych szpitalach trzeba kontaktować się albo z pielęgniarką oddziałową, albo z sekretariatem, albo z pokojem pielęgniarek. Trzeba dzwonić rano do jednych szpitali (bo wtedy są zapisy), a popołudniem do innych (bo w tych WTEDY są zapisy). Albo, jak w szpitalu w Oławie, na razie zapisów nie ma wcale, bo cały oddział ma urlop! (SIC!!!) Mam dzwonić po 03.08!

Najczęstsze terminy to druga połowa 2016, znalazłam jednak w jednym szpitalu termin na marzec. I zobaczymy – albo mały doczeka do marca, albo wcześniej przytyje do tych 20 kg. A na razie szykujemy się na wakacje i oby nas choroby omijały. I Was tez! :)

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Tuczymy małego

15 lip

Zwolnił się termin zabiegu na wycięcie migdała – jeszcze w lipcu. Lekarka, u której się leczymy, błyskawicznie nas o tym powiadomiła. Mały w ciągu dwóch miesięcy (maj-czerwiec) miał 3 razy zapalenie uszu (raz lewe, raz prawe, a ostatnio oba, bo czemu nie), więc przyspieszenie zabiegu jest mocno wskazane. Dostałam nawet drugie skierowanie i przykazanie, by szukać szybszego terminu gdzieś poza Wrocławiem, szybszego od tego, który mamy (maj 2016…).

No i super, jest miejsce na lipiec (TEGO roku), ale mały musi ważyć 20 kg. Taki standard w szpitalu. I jest problem, bo okazało się, że brakuje nam 1,5 kg. Laryngolog zaleciła pół żartem pół serio, aby gościa dotuczyć… Łamię więc wszystkie zasady zdrowego żywienia i kupuję dziecku pączki i rogale z czekoladą… Czy to coś da, okaże się na oddziale, trzymajcie kciuki.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Trochę niusów

05 maj

Tradycyjnie już tuż przed długim weekendem mały się rozchorował. Tradycyjnie na ucho. Dobrze, że nie czekał do wieczoru 30.04, a rozłożył się dzień wcześniej, był czas na lekarza w normalnym trybie. Strasznie płakał, bolało go bardzo, przykro było patrzeć. Po ibupromie zasnął, a rano przybiegł do nas z wesołym okrzykiem „Już nie boli ucho!!!”. Ale oczywiście do lekarza poszliśmy, doktor podejrzewała, o zgrozo, pęknięcie błony bębenkowej, bo ból tak szybko minął i w dodatku rano ucho było całe zapaskudzone. Na gwałt umówiłam małego do laryngologa (oczywiście prywatnie, „na gwałt” w NFZ to wiecie, miesiąc czekania…), doktor odkurzyła ucho (dosłownie, takim mini odkurzaczem), tyle tego tam było, aż jej rurkę zatkało… Potem wprowadziła kamerkę (niech żyje nowoczesny sprzęt) i całe szczęście stwierdziła, że błona jednak jest cała. Tak czy siak siedzimy w domu na antybiotyku. Dziś na chwilę byliśmy na dworze, bo cieplej było niż w mieszkaniu, za to jutro znowu 16 stopni i deszcz ma być, huśtawka pogodowa straszna. Żeby już zakończyć temat chorowania – zapisałam synka na zabieg usunięcia trzeciego migdała na maj przyszłego roku, to chyba najszybszy termin we Wrocławiu, zobaczymy, co będzie do tego czasu. W grupie małego aż sześcioro dzieci ma ten sam migdałowy problem.

Całe szczęście udało się synkowi tydzień wcześniej pójść na pierwsze urodziny przedszkolnego kolegi, tzn. urodziny czwarte, ale pierwszy raz był na takiej imprezie :). Jak to często teraz bywa, wszystko odbyło się w tzw. małpim gaju w centrum handlowym. Ja nie przepadam za takimi miejscami, zawsze wolałam z dzieckiem pójść do parku czy na plac zabaw, w tych basenach kulkowych i na tych plastikowych zjeżdżalniach na pewno jest miliard bakterii w mm kwadratowym, niemal je widzę… Tam jakieś lampy odkażające powinny być, jak Boga kocham. No, ale co było zrobić. Trochę się zemściło na mnie to, że wcześniej właściwie tylko dwa czy trzy raz byliśmy w takim miejscu, bo mały latał tam jak w amoku. Nie zjadł ani tortu, ani ciasta, a pił „w locie”, jak mu podałam kubek pod nos. Oczywiście po 2 godzinach był ryk, że to już koniec. A nazajutrz, obudzony do przedszkola mały oświadczył, że chce na urodziny, a nie do przedszkola i był problem. Po przedszkolu zazwyczaj szliśmy na plac zabaw, tym razem znowu był ryk, że mamy iść na urodziny i do kolorowej rury… Nie było wyjścia i po paru dniach poszliśmy tam znowu, był piękny słoneczny dzień, więc chociaż nie było tłoku :D

Trzy i pół godziny. TRZY I PÓŁ GODZINY. Już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek stamtąd wyjdziemy. Mężydło przyniosło jedzenie z knajpy obok, żebyśmy jakoś przetrwali. Mały oczywiście ani jeść, ani pić, ani nic. Tylko skakał, biegał, zjeżdżał, tarzał się w kulkach, no wszystko co można. Wychodził z rykiem, co prawda, ale chyba się nasycił, bo na razie na temat kolorowej rury cisza…

 

Co znaczy „cito” wg NFZ?

21 kwi

Mały dostał skierowanie na, uwaga, wycięcie wyrośla adenoidalnego. Nie wiem, dlaczego lekarze tak komplikują życie rodzicom, nie dość, że bazgrolą na receptach, to jeszcze używają trudnych pojęć. Chodzi o trzeci migdał. Który pomimo tego, że mały od jakichś dwóch miesięcy nie choruje (juhu!) nie zmniejszył się (dziad!) i cały czas blokuje synkowi nos.

Miotam się i motam. Boję się całkowitego znieczulenia u dziecka. Ale ciągłe oddychanie przez buzię też nie jest dobrym rozwiązaniem, pomijając oczywiste infekcje w okresie jesienno-zimowym upośledza też rozwój podniebienia (ponoć robi się łukowe i zęby się tłoczą, i trzeba nosić aparat – wg mojej stomatolog, zaje…ście) i utrudnia prawidłową wymowę (byłam na rozmowie z logopedką w przedszkolu).

Nasz NFZ troszczy się o niezdecydowanych rodziców dając im duuuuuuużo czasu do namysłu. Duuuuuuużo. Jak mi powiedziano w jednym szpitalu – czas oczekiwania 800 dni, na cito – 80 dni. Chwilę mi zajęło przeliczenie, ileż to lat te 800 dni? Oczekiwanie na cito również mnie powaliło. Iście sprinterskie tempo.

Nie chcesz czekać? Cena zabiegu wykonanego prywatnie – 3000. Iście królewski rachunek.

Na razie możemy czekać, jak powiedziała laryngolog. No OK. Zobaczymy ile.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS