RSS
 

Notki z tagiem ‘szpital’

Ni z tego, ni z owego – szpital

12 lis

No, niestety. Zaczęło się gorączką trudną do zbicia, lekarka zleciła badania: morfologię i CRP, no i się zaczęło… Wezwali nas do przychodni w sprawie wyniku, okazało się, że morfologia wyszła średnio, a CRP to już w ogóle: 160 (norma to 0-5). I z przychodni wyszliśmy już ze skierowaniem do szpitala. Pierwsza reakcja: szok. No, ale co było robić, zgł0siliśmy się na oddział. Podczas wypisywania papierów widzę po małym, że znowu rośnie mu temperatura. Mówię to lekarzowi, a on na to: ma pani jakiś ibuprom przy sobie? Bo my mamy tylko czopki.

Zamurowało mnie, ale leki całe szczęście mieliśmy przy sobie. I przy kolejnym skoku temperatury też podałam swój lek i jeszcze musiałam udowadniać na swoim (sic!) termometrze, że temperatura jest podwyższona, bo na tym ichnim, bezdotykowym, to za przeproszeniem, gówno widać. Nie wiem, jak bardzo trzeba być rozpalonym, żeby taki termometr pokazał jakiś wzrost. Usłyszałam też głupotę w stylu: bo on jest przykryty, dlatego ma wyższą temperaturę… W każdym razie musiałam przypilnować, żeby do karty wpisano podanie leku, bo bałam się zdublowania. Bo zdarzyło się, że gdy wyszłam do toalety, podawano małemu jakieś leki.

Mało komedii? To proszę – lekarz powiedział, że trzeba wykonać zdjęcie płuc, ale równocześnie stwierdził, że jeden aparat RTG jest nieczynny od 2 tygodni, a drugi zepsuł się dziś.

Dwa dni czekaliśmy na wykonanie zdjęcia i w tym czasie usłyszałam teksty w stylu: Po co naświetlać dziecko itp., kiedy naciskałam, by to zdjęcie zrobić po prostu gdzie indziej.

Lekarka prowadząca upierała się, że to angina przy równoczesnym stwierdzeniu laryngolog w tymże szpitalu, że gardło jest blade, a migdałki, cytuję: nieobłożone.

Coś do karty trzeba było wpisać, w wypisie mamy nieokreślone zapalenie migdałków, gdzie najważniejszym słowem jest „nieokreślone”. Faktem jest, że ani posiewy, ani USG brzucha, ani to nieszczęsne zdjęcie RTG nic nie wykazało. I dzięki Bogu, bo na dzień dobry lekarz nas „pocieszył”, że przy takim CRP na początku trzeba wykluczyć sepsę i opony. Super.

Never ever, chciałoby się powiedzieć. Antybiotyk zadziałał, wróciliśmy do domu. Jedyne co, to chciałabym panią dietetyk od menu szpitalnego poczęstować szpinakową breją bez szczypty soli i zupą, uwaga, grysikową o smaku żadnym, a do popicia kawą inką o smaku brudnej wody – smacznego!!!

PS

Płaciłam za łóżko w szpitalu 30 zł/doba 8-O . Parking również był płatny. Szpital musi zarabiać, jak widać. Ministerstwo zdrowia ma inne priorytety, np. kampanię o rozmnażaniu jak Bogu ducha winne króliki. Szlag mnie trafia!! Rozmnażajcie się, ale nie mamy ibupromu w szpitalu dla waszych dzieci!! Sorry! Taki mamy zaje…ty kraj, kolorowe kampanie, a tak naprawdę syf i dziadostwo.

PS 2

Wiecie, jaka była istotna informacja przy przyjmowaniu sześciolatka na oddział? Czy i jak długo był karmiony piersią. Żałuję, że w stresie nie przyszło mi do głowy zapytać, jakie to ma w tej chwili znaczenie??

 

Co z tym życiem?

07 cze

Sto lat mnie tu nie było, brak czasu ciągle. Mały był mały – pochłaniał czas. Mały jest większy – również pochłania, tylko inaczej. Oprócz tego praca, dom, wyjazdy, Netflix…

Byliśmy ostatnio – tak się złożyło – i w Zakopanem, i nad Bałtykiem. Pogoda była podobna, haha :) Nawet podróż zajęła tyle samo czasu, choć kilometrowo różnica jest spora. Mały bardzo dobrze zniósł siedzenie w aucie 5-6 godzin. Było oczywiście trochę jęczenia z cyklu „daleko jeszcze???”, „długo jeszcze??”, ale generalnie było spoko.

Syn piechurem nie jest, więc w Zakopcu niewiele łaziliśmy, a już po górach to tyle co nic. Ot, wjazd na Gubałówkę, tam spacerkiem do najbliższego wyciągu i zjazd. Może jak będzie starszy? Napalił się bardzo, jeszcze w domu, na zjeżdżalnię grawitacyjną na Gubałówce, było to głównym tematem przez 3 dni przed wyjazdem i właściwie wg małego jechaliśmy na tę zjeżdżalnię, a nie ogólnie w góry do Zakopanego. A najlepsze było po zakupie karnetu (bo przecież będzie zjeżdżał i zjeżdżał!) i po pierwszym zjeździe. Że fajnie, ale on już nie chce.

Aha, od razu mi w głowie mignęło – ciekawe, czy tak byłoby z bratem, którego rzekomo chciałby mieć. Po jednym dniu z płaczącym noworodkiem jest to bardzo prawdopodobne; pewnie kazałby mi go odnieść do szpitala… Ot, taka dygresja, bo temat drugiego dziecka ciągle gdzieś powraca, głownie zresztą za sprawą małego, który po prostu chce mieć w domu towarzysza do zabaw, ale jak tu urodzić od razu pięciolatka?

A propos rodzenia, rozmawiałam ze znajomą dziś, jest w trzeciej ciąży i jej największym zmartwieniem teraz jest, uwaga, że ZA SZYBKO URODZI!! Że nie zdąży dojechać do szpitala i w ogóle co zrobić z dwójką dzieci, kiedy się nagle zacznie akcja, a tu mąż dajmy na to w pracy. Najbardziej się boję – mówi ona – że urodzę w samochodzie. W dodatku w czasie, kiedy wypada jej termin, najbliższy szpital, a właściwie oddział położniczy, zamykają na 3 tygodnie. Jak co roku zresztą robią te hece, tak jakby latem rodziło się mniej dzieci. Nie wiem, czy w innych miastach też tak jest?

Tak czy siak, obawy są bardzo uzasadnione, pierwsze dziecko rodziła 2 godziny, drugie niecałą godzinę, skurcze od razu ma co kilka minut, po prostu nic tylko rodzić!!! Obaw o aktualną politykę szpitalno-położniczą nie ma żadnych, no bo jakie. Większość bab boi się, że będzie rodzić w mękach przez 3 dni, a i to nie wiadomo, czy sprawa będzie miała szczęśliwy finał. A tu proszę, taki problem.

Tytuł mojego wpisu wynikł zaś z takiego wydarzenia z wczoraj – nagłą śmiercią zmarł kolego mojego męża, równolatek, czterdziestolatek. Wstał rano, zacharczał i koniec. Z tej perspektywy wszystko tak totalnie traci sens – i planowanie wakacji, i zakupy, i korki w mieście, no wszystko dosłownie, że ja pytam – jak żyć? I po co? Żeby się tak po prostu zwinąć w 5 minut? To po co to wszystko, te kariery, filmy, komputery, smarftony, modne ciuchy upolowane na wyprzedaży etc. Ktoś wie?

 

Tonsillotomia i adenotomia*… czyli bójcie się migdałki!

16 lut

O operacji (zabiegu):

1. Dzień wcześniej musiałam się ja i mały wymyć płynem odkażającym. Ja też, bo spaliśmy razem w jednym łóżku. Takie było tłumaczenie, hmm… Łazienka szpitalna średnio nadaje się do kąpania dziecka, bo wspaniali pacjenci traktują ją jak palarnię, ale z troski o płuca innych zostawiają otwarte okno. W efekcie śmierdzi papierosami oraz jest zimno. Super.

2. O 6 rano pobudka. Mały dostał szpitalną piżamę jakieś pięć rozmiarów za dużą. W tejże piżamie miał iść na blok po plastry. Idę z nim korytarzem i słyszę: Mamo! Ale ja jestem goły!! Patrzę, faktycznie, spodnie opadły mu do kostek… Wyglądał jak dziecko wojny w tej podartej piżamce w sprane paski, z podwiniętymi rękawami i nogawkami, dodatkowo wsadziłam mu bluzę w spodnie, żeby ich nie zgubił…

3. Na bloku w zgięciu łokcia i na wierzchu dłoni mały dostał maść przeciwbólową i na to przezroczysty plaster. Bardzo mu się to podobało, Wracamy do sali,

4 Pielęgniarka przynosi tzw. premedykację, głupiego Jasia po ludzku mówiąc. Mały po kwadransie pęka ze śmiechu. Wszystko go śmieszy, wiecie, jak wygląda pijany gość, udający, że jest trzeźwy, ale parskający śmiechem na widok byle czego? No, to tak to wyglądało. Mnie tam do śmiechu nie było. Wcześniej jeszcze pielęgniarka zaaplikowała czopek paracetamolowy. Chciałam, żeby to było dobrze zrobione, więc zostawiłam sprawę osobie, która to robi rutynowo. Jak się potem okazało, rutyna zawodzi.

5. Mały na łóżku jedzie na blok operacyjny. Tam mam mu dać buzi i sobie iść. Mam wrócić po kwadransie. Trudny moment.

6. Oczywiście po 15 minutach idę pod blok. Z daleka słyszę płacz małego. Wpuszczają mnie, a tam sajgon! Nie mogą w trójkę utrzymać mojego dziecka na łóżku! Scena jak z „Egzorcysty”. Mały rzuca się, wrzeszczy, prawie spada na podłogę, plącze rurkę z kroplówką, wszystko brudzi krwią. Patrzy błędnym wzrokiem, nie widzi mnie, nie słyszy, zachowuje się jak ranne zwierzę. „Niech pani go trzyma, bo sobie głowę rozbije” – słyszę. Nagle z nogawki wylatuje nietknięty czopek. Hmm… Robię uwagę, że dziecko nie ma środka przeciwbólowego.

7. Takiego wrzeszczącego wiozą na salę. Oczywiście tak wystraszył następnego w kolejce chłopca z naszej sali, że ten zaczyna płakać. Szał trwa jeszcze jakiś kwadrans. Mały dostaje kolejny czopek. Wenflon się zatkał, rezygnujemy z kroplówki nawilżającej. Niemal kładę się na synku, żeby przestał się miotać. W końcu usypia i śpi 5 godzin.

8. Po przebudzeniu z małym jest OK. Z nieprzyjemnych rzeczy pamięta jedynie wkłuwanie wenflonu. Nie pluje krwią, na co przyszykowano mi nerkę, mało go boli, ale dostaje paracetamol. Zjada trochę serka homogenizowanego i idzie spać.

9. Rano nas wypisują.

Jak na razie jest dobrze, mały przestał oddychać jak Vader, w nocy sprawdzam, co tak cicho :) Za parę dni mamy kontrolę u laryngolog, ciekawe, jak oceni efekty. Ja widzę, że synek lepiej oddycha, chociaż z przyzwyczajenia ma półotwartą buzię jeszcze. No i na pewno lepiej słyszy, gdy podnoszę rolety, zatyka sobie uszy! :)

Niech mi teraz ktoś powie, jak to wyglądało kiedyś, kiedy rodzicom dziecka przebywającego w szpitalu wolno było jedynie je odwiedzić na chwilę. Kto pilnował, żeby dziecko zjadło, nie spadło z łóżka, żeby się nie bało i nie stresowało? Moja mama wspominała, że wręcz wyganiano rodziców ze szpitala. A teraz? Niech pani trzyma dziecko, niech pani pilnuje, żeby leżało na boku i wypluwało w nerkę, niech pani umyje dziecko, przebierze, przyprowadzi na blok, odbierze, weźmie do toalety, nie może pani po operacji zostawić dziecka samego, proszę obserwować i wołać w razie czego. Nie mieści mi się w głowie, by czteroletnie dziecko zostawić na oddziale samo! Nie chce mi się nawet myśleć, jak to kiedyś wyglądało.

* przycięcie migdałów bocznych i wycięcie środkowego

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

W końcu wycięliśmy drania

06 lut

I przycięliśmy dwa boczne. Migdały.

Ale po kolei. NFZ się nie certoli z pacjentem. To się niby wie doskonale. No, ale żeby taki numer… Chciałam załatwić rzecz po ludzku, miesiąc wcześniej zgłosiłam przełożonej, kiedy mały ma termin zabiegu, że z tydzień na pewno będę na zwolnieniu, ułożyłyśmy ładny grafik na luty uwzględniający moje nieobecności, załatwione zostało zastępstwo, po czym, po kilku dniach, niczym wywołany wilk z lasu, dzwoni pielęgniara ze szpitala. O 20 wieczorem! Że zabiegi z lutego są odwołane, bo pani ordynator nie będzie (a to ona tnie), więc przesuwają mój termin na… za 5 dni!!! Jak to stwierdziło mężydło, pewnie jakiś last minute w Alpy się trafił, więc rzucają pacjentami, gdzie popadło. No, ale jak się czeka 7 miesięcy na termin, to się nie wybrzydza i się zgadza na wszystko, czyż nie?

Nie wspomnę (a właśnie, że wspomnę), że musieliśmy zrobić badania niezbędne do przyjęcia do szpitala, w tym grupę krwi, na którą się czeka 3-4 dni, więc… sami wiecie. Wyszło na styk, łącznie z powtórną morfologią, bo w pierwszej próbce zrobił się skrzep. I wytłumacz tu dziecku, dlaczego znowu trzeba jechać do labu!

Przez 3 dni przygotowywałam małego, że pojedziemy do szpitala, że będzie spał z mamą, że zbadamy gardło… Najpierw się buntował, dlaczego i że nie chce, ale kilka razy mu tłumaczyłam, że będzie fajnie, że będą inne dzieci, że dinozaur jedzie z nami, aż koniec końców w aucie co chwila pytał, czy już niedaleko…

Szpital jak szpital. Nic przyjemnego. Te absurdalne pory posiłków (kolacja o 17!) , no i same posiłki też, za przeproszeniem, z dupy strzelone. Ja wiem, że niskie stawki, bieda w NFZ, długi, limity etc. Ale te dwie nędzne kromki chleba, 2 cm kwadratowe margaryny (no przecież nie masła) i 2 plastry najtańszej mielonki to po prostu… nie wiadomo czy śmiać się czy zapłakać, zwłaszcza, że kolejnego dnia było to samo! Identyko! Ani to zdrowe, ani smaczne. Czy naprawdę w tej nędznej stawce (już nawet nie chce mi się sprawdzać, ile to teraz jest, ale na pewno mniej niż w więzieniach) nie zmieściłby się chociażby plaster żółtego sera albo trochę twarogu, albo jajko? Wydaje mi się, że ta mielonka, której mój pies by nie ruszył, to po prostu pójście na łatwiznę. Tak samo zresztą obiad. Po zabiegu miała to być ciapaja. No i była, OK, ale dlaczego totalnie bez smaku i zagęszczona mąką ziemniaczaną (znam tę konstystencję). Mały tego nie tknął, ja próbowałam, ale, o my God, nie dało się tego zjeść, a co najlepsze na kolację przyniesiono ponownie to samo! No to wzięłam chociaż kompot. I znowu masakra. Znam smak tanich kompotów ze stołówek i koloni, zrobionych z kisielu na przykład. Ale to były nektary pełne smaku w porównaniu z tą wodnistą wodą!

Dlaczego się tak pastwię? Bo nie znoszę marnotrawstwa. A 90% tego pseudo jedzenia lądowało w śmieciach. A było przecież zakupione, komuś zapłacono, by je przygotował, salowe musiały je rozwieźć, potem zebrać i umyć naczynia. Zupełnie niepotrzebna robota. Wyglądało to jak odfajkowanie sprawy – posiłek w szpitalu się należy, no to jest. A że gówniany, to co z tego. I państwo wywala kasę bez sensu, a pacjent i tak musi zapłacić za normalne jedzenie czy to w sklepiku szpitalnym (mieli pierogi!!) czy to po prostu przywożąc je ze sobą. Czy Danonek zamiast tej rzygowinowej zupki wyszedłby drożej? Nie sądzę, a dzieci i inni pacjenci z bolącym gardłem po zabiegu pewnie by zjedli. A tak zupka poszła w kanał, a Danonki trzeba było mieć ze sobą. Amen.

Dlaczego się tak rozpisałam o tym żarciu? Bo mnie to oburza. Jak wszystko robione bez głowy. Kolejny raz byłam w szpitalu i kolejny raz musiałam mieć torbę pełną jedzenia, a to wymagające chłodzenia trzeba było trzymać na zewnątrz, na parapecie. Oczywiście, taki system działa tylko w zimnych porach roku, ale też bez mrozu, bo co komu po ściętym mrozem jogurciku. No po prostu wstyd! XXI wiek, a Ty kombinuj człowieku bez lodówki.

O operacji i innych ciekawych wydarzeniach okołoszpitalnych w następnym wpisie. Ten wyszedł mi kulinarny :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Zabiegu nie było

27 lip

Niestety nie przyjęto nas na oddział. Liczyłam się z tym, a jednak rozczarowanie spore… Obdzwoniłam na nowo okoliczne szpitale, okoliczne poza Wrocławiem, bo tu czeka się do drugiej połowy 2018 roku, do tej pory to ten migdał może małemu naturalnie zaniknąć… ;) Może to taka strategia :) Pielęgniarka, czy kto tam odebrał telefon w szpitalu na Kamieńskiego, od razu poradziła mi dzwonić do oddziałów na Dolnym Śląsku („pani sobie znajdzie w internecie…”, tzn. dzwonić sobie mogę po całej Polsce, ale kto by tam się z dzieckiem tłukł dłużej niż godzinę, zwłaszcza, że wszędzie, jak sądzę, terminy podobne.

Z tym dzwonieniem to nie taka prosta sprawa, najpierw trzeba ustalić, w jakim mieście jest szpital z oddziałem laryngologicznym, potem należy znaleźć na stronie tegoż szpitala odpowiedni numer telefonu, a tylko w jednym przypadku na dziesięć było wprost napisane – tu dzwonić w sprawie zapisów na oddział. W pozostałych szpitalach trzeba kontaktować się albo z pielęgniarką oddziałową, albo z sekretariatem, albo z pokojem pielęgniarek. Trzeba dzwonić rano do jednych szpitali (bo wtedy są zapisy), a popołudniem do innych (bo w tych WTEDY są zapisy). Albo, jak w szpitalu w Oławie, na razie zapisów nie ma wcale, bo cały oddział ma urlop! (SIC!!!) Mam dzwonić po 03.08!

Najczęstsze terminy to druga połowa 2016, znalazłam jednak w jednym szpitalu termin na marzec. I zobaczymy – albo mały doczeka do marca, albo wcześniej przytyje do tych 20 kg. A na razie szykujemy się na wakacje i oby nas choroby omijały. I Was tez! :)

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Tuczymy małego

15 lip

Zwolnił się termin zabiegu na wycięcie migdała – jeszcze w lipcu. Lekarka, u której się leczymy, błyskawicznie nas o tym powiadomiła. Mały w ciągu dwóch miesięcy (maj-czerwiec) miał 3 razy zapalenie uszu (raz lewe, raz prawe, a ostatnio oba, bo czemu nie), więc przyspieszenie zabiegu jest mocno wskazane. Dostałam nawet drugie skierowanie i przykazanie, by szukać szybszego terminu gdzieś poza Wrocławiem, szybszego od tego, który mamy (maj 2016…).

No i super, jest miejsce na lipiec (TEGO roku), ale mały musi ważyć 20 kg. Taki standard w szpitalu. I jest problem, bo okazało się, że brakuje nam 1,5 kg. Laryngolog zaleciła pół żartem pół serio, aby gościa dotuczyć… Łamię więc wszystkie zasady zdrowego żywienia i kupuję dziecku pączki i rogale z czekoladą… Czy to coś da, okaże się na oddziale, trzymajcie kciuki.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Wiosna, ale luty

25 lut

Wiosna w pełni. Grzech nie wyjść z dzieckiem, choć czasem mi się strasznie nie chce, zwłaszcza, że nic w takim wyjściu nie jest proste. Począwszy od ubioru – no, jest te 10 stopni, ale w sumie luty, no to jednak rajtki, na rajtki portki, sweterek, kurtka, szalik, czapka, buty… i już jestem upocona. Bo też mały nie zawsze chce wyjść i słabo współpracuje (czyli wyrywa mi się z rąk, kładzie się, ucieka do kuchni etc.), ale już ja go znam – jak tylko wyjdzie, będzie się cieszył, mało tego, będzie robił aferę, gdy przyjdzie czas powrotu, czytaj: gdy matka będzie już głodna, ale z pełnym pęcherzem, znudzona babkami w piasku, zmęczona kopaniem piłki oraz marząca o kubku pełnym kawy.

A mały co, jak głodny, to mama da bułkę (moje dziecko uwielbia suche bułki z ziarnami), gdy się zmęczy, to pakuje się do wózka, gdy mu się znudzi jedna zabawa, leci w inne miejsce i wymyśla nową formę dręczenia matki, np. woła: łap kółko! i rzuca sitkiem z piaskownicy niczym ringo.

Pełnym pęcherzem mały się też nie przejmuje, wiadomo – pampers na tyłku jest, choć muszę przyznać, że ostatnio baaaardzo rzadko korzysta z tej możliwości. Hip hip, hurra!! Już jestem spokojna, że zanim pójdzie do przedszkola na pewno nadrobi pewne niedociągnięcia, a mianowicie zacznie informować o siusianiu. Bo tak - od jakiegoś miesiąca po nocy ma suchą pieluchę, rano wysadzam go i siura. I tak cały dzień – posadzę go na nocnik lub na nakładkę na sedes (mniej chętnie korzysta), sika aż miło. Ale zanim to nastąpi, idzie w zaparte, że siusiu nie chce. Raz go przetrzymałam, pytając co chwila, czy chce. No i zaprzeczał nawet wtedy, kiedy już moczył spodnie… Generalnie zakładam mu jeszcze kontrolnie pieluchę na spanie i na dwór, ale widzę, że to już łabędzi śpiew. W końcu!

Wracając do poprzedniej myśli – małemu niczego na podwórku nie brakuje, wręcz przeciwnie, więc powroty są długie i trudne. Synek nabrał paskudnego nawyku pokazywania palcem wskazującym kierunku jazdy wózkiem: tam! – obwieszcza – i jeśli go nie słucham, rzuca się jak piskorz i wrzeszczy. Milutko, nie?

Moja mama miała ostatnio wykonany zabieg na kolanie, artroskopię. Z grubsza chodzi o pozbycie się z kolana różnych bolesnych zwyrodnień narosłych na kości. Ponieważ było to w szpitalu na Borowskiej, gdzie miałam wątpliwy zaszczyt wydać na świat potomka, wróciło do mnie sporo wspomnień. Kolejki do okienek, tłum w holu, chaos… Jak dobrze być tam tylko odwiedzającym.

Dzień po zabiegu mama miała próbować wstawać. I pierwsze słowa lekarza do niej: a gdzie ma pani kule? Okazało się, że nie tylko papier toaletowy, sztućce i kubeczek trzeba mieć swoje. Ech… Kule można pożyczyć w kilku miejscach we Wrocławiu, w sklepach ze sprzętem rehabilitacyjnym. Taki sklep jest również w szpitalu na Borowskiej, ale tam nie pożyczają… Dlaczego? A cholera wie.

Raz byłam u mamy w odwiedzinach sama, mały został z mężydłem w domu, mężydło się urlopowało przez jeden dzień. Ale drugi raz już pojechałam z gościem w wózku, bo zostawić przecież go nie mogę, choć bardzo bym chciała. Ledwo upocona (znowu – bo pchałam wózek, niosłam kule i siatkę z rzeczami) przysiadłam na krzesełku przy łóżku, wpadła pielęgniarka i rzuca: No wie pani, z takim dzieckiem! Ja bym takiego dziecka do szpitala nie przywoziła! Mamie, uradowanej z widoku wnuka, zrzedła mina. Hmm… Nie wspomnę, że przyjść musiałam, bo przywiozłam te kule. Oraz kilka innych rzeczy, których szpital jakoś nie zapewnia. Mały siedział w wózku i niczego nie dotykał. No i byłam na oddziale ortopedii, ale po słowach pielęgniarki zaczęłam wszędzie widzieć prątki gruźlicy…

Całe szczęście mamę szybko wypisali, zresztą zupełnie znienacka, bez uprzedzenia, mówili wstępnie o piątku, a wypisali w czwartek, przez co parę godzin musiała czekać na tatę, żeby się wyszykował i przyjechał (moi rodzice nie mieszkają we Wrocławiu).

Jeszcze żeby prywatnie było lepiej, a gdzie tam. Mama robiła trzy podchody do tego zabiegu w prywatnej klinice. Za każdym razem przyjeżdżała spoza Wrocławia. Zdenerwowana czekającym ją zabiegiem, ale i umęczona bólem kolana. Zawsze wcześniej przez parę tygodni musiała brać zastrzyki w brzuch (ani przyjemne to, ani tanie), rozrzedzające krew. Dla jasności: przed każdym planowanym zabiegiem, czyli trzy razy po kilka tygodni. I co? Albo w ostatniej chwili okazywało się, że w dniu zabiegu mama już nie powinna była brać zastrzyku: Nikt pani nie uprzedził? No cóż, trudno, zabieg odwołany. Albo wychodziło na jaw, że wyniki zrobione kilka dni wcześniej w tej klinice (mama była specjalnie je tam zrobić, bo nie honorowano z innego laboratorium) były niezadowalające i zabieg trzeba było przełożyć: Nikt do pani nie dzwonił wczoraj, żeby uprzedzić? Ojej, widocznie zapomniał. Albo anestezjolog zażądał znienacka EKG – To pani nie ma aktualnego EKG? Nikt nie powiedział, żeby zrobić? I mamę ze stołu operacyjnego odsyłano do domu.

Tym sposobem trzy razy odsyłano chorą siedemdziesięcioletnią kobietę o 20 wieczorem do domu, mając w dupie, że nie jest z Wrocławia. Nie sądziłam więc, że to powiem, ale już lepiej zajęli się tym w szpitalu na NFZ niż w tej pożałowania godnej przychodni/klinice. 

Wniosek? Zanim na jakiś zabieg/operację się udamy, należy spojrzeć w szklaną kulę i wyczytać przyszłość. Dowiedzieć się, co będzie, co robić, a czego się wystrzegać. Bo nikt nie kwapi się informować o czymkolwiek, bo niby czemu. Nie wiedzieliście? No to już wiecie.

 

Miłość do dziecka

28 mar

Bałam się, że mogę nie pokochać swojego dziecka, wiem, brzmi to strasznie, ale, po pierwsze, zdarza się, po drugie, nigdy za dziećmi nie przepadałam (eufemistycznie ujmując). Dzieciaki mnie irytowały, były za głośne, zbyt absorbujące, ciągle czegoś potrzebowały: a to pielucha, a to jeść, a to pić, a to „on się bije”, a to coś tam. Mama mi mówiła, że ze swoim jest inaczej, myślałam jednak, że tak tylko mówi, powtarza obiegową opinię.

Moje obawy rozwiały się szybko, synka pokochałam od razu, jak na amerykańskim filmie. Pokazali mi go na chwilę na sali operacyjnej, kiedy jeszcze mnie zszywano i po prostu miłość mnie zalała, na co ja zalałam się łzami. Wzruszenie i łzy to, wg mnie, naturalna reakcja w takiej sytuacji, kilka razy jednak zapytano mnie w szpitalu: dlaczego pani płacze? O Jezu, jak odpowiedzieć na takie pytanie?

A skąd tak od razu miłość do czerwonej, wrzeszczącej istoty? Instynkt? Nie mogłam nawet na początku synka przytulić, cały dzień leżałam jak kłoda, myślałam o bólu, o krwi, której tyle straciłam, obserwowałam inne cierpiące pacjentki na sali. Kiedy późnym wieczorem przynieśli mi synka, nie wiedziałam, jak go trzymać, co robić, brzuch bolał jak cholera, a tu jeszcze trzeba próbować karmić… Strach i ból przysłonił mi to pierwsze uczucie wielkiej miłości i wzruszenia. Tak było jeszcze przez kilka miesięcy, miłość – owszem, ale przede wszystkim stres, poczucie wielkiej odpowiedzialności, strach (czy wszystko robię dobrze?), zmęczenie, niewyspanie i poczucie utraty kontroli nad podstawowymi sprawami. Choćby takie wyjście do parku – jak tylko mały się budził, to płakał i wtedy wpadałam w panikę, co robić!? Wywalać na ławce cyckę i karmić? Lecieć do domu? Bujać? W ogóle wyciągać z wózka, bo przecież wieje? Masakra.

Teraz jest o niebo lepiej, wszystko się unormowało; przede wszystkim jest kontakt z dzieckiem! Nie ma takiej opcji, że mały płacze, a ja nie wiem dlaczego i nie mogę go uspokoić! Nie ma też problemu z ciągłym podawaniem mleka – mały je co 3-4 godziny, w tym czasie, między posiłkami, mogę z nim iść do sklepu czy do restauracji, gdziekolwiek. Dla niego to frajda, ciekawi go wszystko, rozgląda się, poznaje nowe miejsca. A gdy się zmęczy – zasypia. Łatwo go czymś zająć, zabawić, rozśmieszyć. Wiem, kiedy jest zmęczony, a kiedy tylko znudzony.

A co ma do tego miłość? Ha! Odkąd nastały czasy pt. „Wiem, o co chodzi mojemu dziecku”, miłość rodzicielska rozkwita. Nie jest przytłumiona lękiem, nie przygniata jej stres. Znów jest tak wyraźna i czysta, jak w tych pierwszych chwilach po porodzie. Wszystko jest sto razy łatwiejsze, niż parę miesięcy temu; ubieranie, rozbieranie, zmiana pampersa, mycie tyłka po kupie, karmienie, kąpiel. Przez to czujemy się pewnie – i my, rodzice, i mały.

Rozumiemy się z małym bez słów, a to cecha wielkiej miłości, prawda?

Wpis dedykuję wszystkim zalęknionym początkującym mamom. Wiem, że wiele z was ma wątpliwości co do swoich uczuć do dziecka.

PS

Zamierzałam napisać notkę o poruszającej mnie do głębi wszystkim nam znanej tragedii z Sosnowca, jednak zmieniłam zdanie; swoje przemyślenia na ten temat zachowam na razie dla siebie.

 
 

Mały wielki cud

19 sie

Tak wiele do opisania, a tak mało czasu… Wydarzenia minionego tygodnia przebijają wszystko, co do tej pory spotkało mnie w życiu. I dotyczy to zarówno pozytywnych spraw, jak i tych mniej przyjemnych. Od paru dni jestem w domu z moim synkiem, dzięki Bogu nie trzymali mnie długo w szpitalu. A to, co się tam działo chwilami przechodziło ludzkie pojęcie. 
W najbliższych dniach na pewno szeroko przedstawię obraz szpitala na Borowskiej, być może trochę mi ulży…
Największą pociechą w trudnych momentach był (i jest) fakt, że mój synek jest zdrowy, no i przystojniak z niego nie lada!
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

TORBA

31 lip

Każda babeczka oczekująca na dziecko na pewno w którymś
momencie usłyszy: a spakowałaś już TORBĘ? I lepiej niech odpowie twierdząco!

Im bliżej terminu, tym częściej będzie się pojawiała w
rozmowach owa TORBA – spakowana to potwierdzenie twojego przygotowania do
porodu i pobytu w szpitalu oraz wyrażenie twojej dojrzałości i poważnego
podejścia do czekajacego cię zadania…

Ja się spakowałam jakieś półtora miesiąca przed terminem, a
raczej próbowałam wcisnąć wszystkie rzeczy z listy do torby, która wydała mi
się najodpowiedniejsza. Okazało się jednak, że wybrałam za mały egzemplarz.
Wzięłam większy – i pod koniec musiałam poszerzać go najpierw z jednej, potem z
drugiej strony przez rozpinanie takich specjanych zamków. Nie znaczy to, że
spakowałam pięć par butów, wałki do włosów i zestaw do pedikiuru, nic z tych
rzeczy. Ja tylko leciałam wg listy znalezionej w internecie: 3 koszule nocne,
szlafrok, kapcie, klapki pod prysznic, ręczniki, podkłady poporodowe, mega
podpaski itd… No i jeszcze dla dziecka – napisali, że trzeba mieć ze sobą
paczkę pieluszek, 4 komplety ubranek, kocyk, ręcznik, chusteczki nawilżane… I
tak paczka tego, paczka tego – torba wypchana po brzegi, w dodatku niemożliwe
do zapięcia.

Potem doczytałam jeszcze, że w szpitalu trzeba mieć swój
kubek i sztućce oraz papier toaletowy, a także, że najhigieniczniej wycierać
strategiczne miejsca (czytaj: krocze) nie ręcznikiem zwykłym, a papierowym i
wpadłam w popłoch – czy mam się spakować w torbę z Ikei, żeby to wszystko
pomieścić???

W międzyczasie spotkałam się ze swoją koleżanką, majacą
rewelacje szpitalno-porodowe już za sobą i usłyszałam od niej, jak to
przenosili ją z miejsca na miejsce (a to trzeba było zwolnić łóżko, a to
przenieść się do innej sali) i musiała targać tę swoją TORBĘ, bo pielęgniarka
orzekła, że niczyim tragarzem nie jest… Czyż nie miała racji? Ależ miała! Czy
szpital nam zapewnia papier toaletowy, podpaski i pieluszki? Ależ nie!

Zabrałam się do kolejnego przepakowywania. Uzgodniłam z
mężydłem, że rzeczy dla dziecka doniesie mi, jak już to dziecko będzie. I
mogłam torbę skrócić z jednej strony. Po rozmowie z położną z Borowskiej
wyjęłam obydwie paczki mega podpasek, bo szpital daje ligninę… I mogłam
skrócić torbę z drugiej strony. Po rozmowie z siostrą dowiedziałam się, że owszem,
ona ligninę dostała, ale z przykazaniem, że ma oszczędzać, bo to przydział na
cały pobyt. Jedna paczka podpasek wróciła więc do torby, która znowu urosła z
jednej strony…

Przepakowywałam ją jeszcze kilka razy, a to coś wyjmowałam,
a to wkładałam z powrotem, potem znowu spanikowana sprawdzałam, czy aby na
pewno wszystkie ważne rzeczy są, bo może w przypływie lekkomyślności wyjęłam
coś ważnego… A to człowiek chce czuć się bezpiecznie i niezależny od czyjegoś
widzimisię, a to znowu myśli, że przecież na bezludną wyspę nie jedzie…
Zwariować można. Dodatkowo, jak się ma świadomość, że być może będą nas
odsyłali z braku miejsc od szpitala do szpitala, a każda placówka ma inne
preferencje co do zawartości torby pacjentki, to poziom stresu wzrasta błyskawicznie,
a TORBA staje się problemem budzącym największe dylematy od czasu podejmowania
decyzji, kogo zaprosić na wesele… 

 Po tych wszystkich gimnastykach z TORBĄ, kiedy w końcu dałam
już jej spokój, uspakajając siebie, że jakby co, to mężydło dowiezie, czystą
rozrywką było zapoznawanie się z listą pt. "Co zabrać do szpitala"
zawartą w jednym z poradników ciążowych (amerykańskiego pochodzenia). Oto jej
wybrane punkty umieszczone na czołowych pozycjach(sic!); (w nawiasach komenarze
moje):

 

  • plan porodu w kilku kopiach, by personel znał twoje oczekiwania (już widzę minę rzeczonego personelu…)
  • radio lub magnetofon z ulubionymi nagraniami z relaksującą muzyką do słuchania podczas karmienia (jak wyżej)
  • aparat fotograficzny i kamerę wideo (kamera zwłaszcza się przyda… zmęczona położnica z tłustymi włosami plus wrzeszczący dzieciak – oto godny obrazek do utrwalenia)
  • kanapki dla tatusia, aby nie musiał cię opuszczać, gdy zgłodnieje (nie ma litości dla tatusiów!)
  • butelka szampana dla uczczenia wydarzenia – możesz poprosić położną o przechowanie jej w lodówce (hehehehe)
  • podpaski ulubionej firmy (firma faktycznie ma tu znaczenie…)
I tak dalej w tym tonie… Jeszcze coś wspominają, że pieluszki dla dziecka zapewnia szpital i tego typu androny. Nie czepiałabym się, jeśli w książce nie byłoby informacji, że została ona dostosowana do warunków polskich…

W najbliższych dniach wybieramy się do szpitala, bo to już czterdziesty tydzień. Patrzę teraz na tę moją torbę i jak pomyślę, że będę poza domem około tygodnia, to mam ochotę co chwila coś do niej dopakować…

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 
 

  • RSS