RSS
 

Notki z tagiem ‘szkola-rodzenia’

Teoria kontra praktyka, czyli co się tak naprawdę sprawdza cz. 2

07 lis

Szkoły rodzenia tak naprawdę powinny się nazywać szkołami dla przyszłych rodziców, bo poruszają mnóstwo różnych tematów, a skurcze, parcie i rozszerzająca się szyjka to tylko jeden z nich. Ja z góry wiedziałam o czekającym mnie cięciu cesarskim, więc z początku myślałam, że szkoła rodzenia jest nie dla mnie. Całe szczęście jednak w porę uświadomiono mi, że mogę się tam dowiedzieć o wielu praktycznych sprawach dotyczących opieki nad małym ludkiem i nikt nie będzie mnie terroryzował nauką oddychania. 


Do tej pory czasem zerkam do swoich notatek z zajęć. Większość rad bardzo mi się przydała, niektóre zweryfikowałam. Poniżej zamieszczam małe sprawozdanie ze szkoły rodzenia, uzupełnione o moje doświadczenia:

1. Pieluchy tetrowe

Przydają się do wycierania buzi z ulanego jedzenia lub śliny, rozkładam je też na prześcieradle pod głową małego; wycierają się w nie włosy z głowy, czasem jakaś smużka śliny pocieknie… :) Łatwiej zmienić pieluchę niż od razu całe prześcieradło. Pieluchę kładę na ramię, kiedy biorę małego do pionu do odbicia – czasem nie samym powietrzem mu się odbije… Co nie znaczy, że uniknęłam oplucia rękawa… Zazwyczaj zdarza się to, gdy tylko włożę czystą bluzkę…

Pielucha przydaje się też jako osłona przed słońcem na wózku – nie mam parasolki, więc wieszałam tetrę na budzie, dawała lekki cień (dzieci nie znoszą, gdy je razi słońce, od razu jest ryk). W upały pielucha tetrowa zastąpić może kocyk, potrzebna jest tez podczas wizyty u lekarza – podściela się ją na przewijaku i na wadze. W pieluchy zawija się też dziecko dla uspokojenia (u mnie sprawdzało się przez jakieś 1,5 miesiąca, potem już wydawało mi się, że synek jest na to za duży); tak na marginesie – polecam techniki kojenia płaczu dziecka doktora Karpa - 
http://www.happiestbaby.com/
, o tym sympatycznym facecie też dowiedziałam się w szkole rodzenia. 

Pieluchy tetrowe (ale też flanelowe) potrzebne są również do tzw. szerokiego pieluchowania, w celu prawidłowego ułożenia dziecku bioder. Oczywiście można używać ich też do tego, do czego zostały pierwotnie stworzone, ja spróbowałam kilka razy, kończyło się na przemoczonym ubranku i tym, na czym dziecko leżało. Pewnie trzeba było zastosować ceratkę, ale wg mnie lepszy pampers niż mokra tetra owinięta ceratą. 

Położna w szkole mówiła, że można używać pieluch tetrowych, żeby nauczyć dziecko wołać siku – mokry okład na tyłku szybciej je do tego skłoni niż komfortowy pampers – wypróbowanie tej metody jeszcze przede mną.
Generalnie trzeba mieć tych pieluch kilkadziesiąt, ja mam 50 sztuk. W ciągu dnia zużyje się ich 2-3, ale żeby nastawić pralkę, potrzebna jest większa ilość po prostu. Chyba że rzeczy dziecięce będziemy prać ze swoimi, wtedy szybciej uzbiera się stosik do prania, wówczas jednak "marnujemy" drogi dziecięcy proszek na nasze ubrania.

2. Materacyk do łóżeczka

Dostępne są przeróżne, tak jak i dla dorosłych. Można kupić jakiś ekstra z kokosa czy innego bambusa :), warto jednak pamiętać, że na materac, a pod prześcieradło trzeba położyć specjalną ceratę. I co nam po ekstra włóknach, jeśli zakryjemy je folią? Jak nie zakryjemy, istnieje niebezpieczeństwo zsikania i wtedy materacyk raczej jest do wyrzucenia. Warto też wziąć pod uwagę fakt, że różne wynalazki typu trawa czy kokos w materacu może uczulać. W szkole położna poleciła najprostszą piankę i u mnie się to sprawdza. Nie należy kupować używanych materaców, są siedliskiem bakterii. Piankowe są naprawdę tanie.

3. Przewijak

Przy zakupie sprawdzić, czy ma blokady uniemożliwiające zsunięcie się go z łóżeczka.

4. Rożek 

Rożek z napami raczej się nie sprawdza, bo po zapięciu i tak jest za luźny i nie spełni dobrze swojego zadania ciasnego otulenia dziecka; lepiej jest ubrać go w zwykłą poszewkę na poduszkę i ścisnąć malucha tasiemką. Rożek z twardym wsadem w ogóle jest niepraktyczny i nawet niebezpieczny – dziecko może się nam z niego po prostu wysunąć.

5. Odstające uszy

Położna powiedziała, że można używać czapki lub przyklejać je do głowy taśmą klejącą (sic!), którą należy odklejać przy pomocy oliwki. Nie musiałam całe szczęście sprawdzać, czy to działa, bo synek ma uszy przylegające ładnie do głowy. Warto jednak wiedzieć, że niektórm dzieciom ucho się podwija podczas snu i może zostać w ten sposób zniekształcone – na tyle miękka i nieukształtowana jest to chrząstka.

6. Ubranka

Najlepiej bez guzików – istnieje ryzyko połknięcia; zatrzaski najlepiej metalowe, bo plastikowe można ponoć stopić żelazkiem (nie zdarzyło mi się). Najpraktyczniejsze ubranko – body; nie podjeżdża pod brodę jak bluzka. Dodatkowo teraz body jest mi niezbędne w celu trzymania podkładu z pieluch na swoim miejscu (przy szerokim pieluchowaniu). Położna zakazała body na ramiączkach; ramiona dziecka muszą być zakryte.

Uwaga na metki - wg mnie powinien być zakaz umieszczania ostrych metek przy dziecięcych ubrankach; jeśli już, to gdzieś przy pupie, bo wtedy ciałko dziecka chronione jest pieluchą. Jednak metki najczęściej są przy szyi. Trzeba je wówczas obcinać lub zaklejać plastrem, bo inaczej dziecko będzie płakać z powodu podrażnienia, a my się za Chiny nie domyślimy, o co chodzi. 

Od siebie dodam, że najwygodniejsze ubranka to te zapinane "po całości", bodziaki też takie można dostać, warto poszukać. Wkładanie przez głowę jest uciążliwe i dla nas, i dla dziecka. Kłopot jest nie tylko z głowa, ale i trudniej wkładać rączki w rękawki. Poza tym jest problem z dekoltem – najłatwiej ubiera się oczywiście wtedy, kiedy dziura na głowę jest po byku, wtedy jednak dziecko ma gołą klatkę piersiową (nie przesadzam, niektóre ubranka tak się rozciągają). Najlepiej, gdy są zapięcia przy szyi.

Spodenki – w szkole nie polecano gumek w pasie i w pełni się zgadzam; niemowlak potrafi mieć spory okrągły brzuszek, żal taki ściskać gumą. Lepiej już, aby był ściągacz, a najlepiej sprawdzają się spodenki zapinane na ramionach. Wtedy dużym ułatwieniem jest, jeśli mają rozpinany krok. W ogóle trzeba zwracać uwagę, żeby był jak najłatwiejszy dostęp do pieluchy, zmieniamy ją przecież jakieś 10 razy dziennie…

Co do prasowania zdania są podzielone – w jednej szkole położna zalecała prasować wszystko i zawsze; w drugiej – ubranka tylko na początku, a zawsze – pościel. Ja do tej pory prasowałam wszystko, jednak powoli juz odpuszczam – mały kończy trzeci miesiąc, nie ma też żadnych problemów ze skórą. Podobnie z dwukrotnym płukaniem ubrań w pralce – powoli odchodzę od tego.

Ciąg dalszy nastąpi :)
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Lęki laktacyjne i nie tylko

04 lip

Zakończyliśmy już zajęcia w prywatnej szkole rodzenia, ja chodzę jeszcze na darmowe, do przychodni. Generalnie obie położne prowadzące mówiły jednym głosem, jakiegoś wielkiego mętliku nam w głowie na szczęście nie zrobiły skrajnie różnymi teoriami. Na plus szkole prywatnej podam warunki zajęć: cztery pary, czyli lepszy kontakt z prowadzącą; do tego kawka, woda mineralna, broszurki, instruktażowe płyty CD, próbki kosmetyków. W szkole bezpłatnej jest dość tłoczno – kilkanaście par i brak wygód. Ale za to położna poświęca nam więcej czasu, niekiedy aż za dużo (przeciąga zajęcia przez mówienie oczywistości). Dla prywatnej czas to pieniądz, zapłaciliśmy za 1,5 ha zajęć i do widzenia, przychodzą kolejni zainteresowani, nie ma czasu na dywagacje.


Oprócz wiadomości wyniesionych z zajęć, douczam się z książek i pism typu "Twoje Dziecko" i, niestety, przyniosło to efekt odwrotny do zamierzonego. Moja głowa wypełniła się po brzegi wątpliwościami i zaczęłam panikować; to było to samo uczucie, jakie miałam przed sesją na studiach – nagle wydaje mi się, ze jedyne, co wiem, to to, że nic nie wiem i nie jestem sobie w stanie przypomnieć nawet tego, kto to powiedział… ;) 
Stres przedegzaminacyjny do tej pory pojawia się w moich najgorszych snach – mam mieć egzamin za parę dni, a nie wiem z czego, nie mam żadnych notatek, a wiem, że przez ostatnie miesiące się nie uczyłam i po prostu nie podołam… Przez to okropne panikowanie zakończyłam studia na tytule magistra, uciekając z murów uczelni jak najdalej. 
Niestety, teraz czuję się też jak przed egzaminem, ba – jak przed wielką sesją, w której stawką jest zdrowie i życie bezbronnego człowieka. Chwilami tracę wszelki dystatns, a moja głowa  pęka od nadmiaru pytań i wątpliwości: czy będę umiała karmić, czy w ogóle będę miała pokarm, a jak nie, to czy będę umiała te wszystkie mieszanki dobrze podać, nie mam przecież żadnych butelek; mogę zostać zignorowana w szpitalu – będzie natłok rodzących, zniecierpliwione położne, nikt sparaliżowanej znieczuleniem babie nie poda dziecka z braku czasu, pielęgiary dokarmią je butelką i potem ono nie chwyci dobrze piersi i skrzywdzę swoje dziecko, nie dając mu tego, czego najbardziej potrzebuje – mojego pokarmu. 

Nie wiem, czy kupować na zapas laktator i tę specjalną butelkę odwzorowującą pierś – Calmę. Czy nie będę musiała męża gonić o północy po aptekach, żeby ten sprzęt kupił, bo inaczej stracę laktację. Z drugiej strony położna ze szkoły rodzenia przestrzegała przed niepotrzebnym wydawaniem pieniędzy na laktatory, bo często można się bez nich obejść. Można też przesadzić z odciąganiem. I bądź tu mądry.

Oto moje lęki laktacyjne spowodowane czytaniem dziesiątek broszurek o niepowtarzalności i wyjątkowości mleka matki. Jedna z nich nazywa karmienie piersią "wyrazem najgłębszej matczynej miłości" – czy można bardziej zdołować przyszłą matkę, która NIE WIE, czy uda się jej karmić swoje dziecko piersią??! Przecież od takiego stwierdzenia najprostsza droga do konkluzji – nie karmisz piersią=nie kochasz swojego bobasa, krzywdzisz go sztucznym żarciem i narażasz na setki chorób z nagłą śmiercią łóżeczkową włącznie.

Z laktacją wiąże się kolejny problem – dieta matki karmiącej. Co jeść, żeby dziecku nie zaszkodzić. Kiedy czytam porady typu: jeść wszystko, oprócz – i tu leci długaśna lista produktów – to słabo mi się robi. Po przeczytaniu takiego artykułu nadal nie wiem, co do paszczy będę mogła włożyć i przeżuć. Słynny gotowany kurczak z marchewką jedzony dzień w dzień wykończy i matkę, i dziecko. Przepisy na przykładowe obiady dla karmiacych bywają tak wymyślne, że nawet teraz ręce mi opadają, a co dopiero będzie w połogu, z bolesną raną na brzuchu, z wrzeszczącym dzieckiem na ręku i mega podpaską między nogami na – za przeproszeniem – odchody popołogowe.

Aha, po porodzie jest zakaz stresowania się, bo można stracić pokarm – to dopiero dobre. Pokażcie mi zrelaksowaną matkę z trzydniowym noworodkiem na ręku. Ech…

Laktacja to oczywiście jedno z setek zagadnień, które krążą mi po głowie, budząc lęk i stres. Kolejne to:
- alergie (i zgaduj-zgadula na co),
- kalendarz szczepień (obowiązkowych i dodatkowych; przegapisz termin i dzieciaka już się nie da zaszczepić),
- odpowiednio ustawione bioderka (można dziecko zaniedbać i będzie skrzywione na całe życie),
- ubieranie dziecka stosownie do pogody w prawidłowo wyprane i wyprasowane ubranka (to osobny rozdział…),
- gorączka, wymioty, biegunka w środku nocy – lecieć do szpitala czy podać czopek?
- prawidłowa pielęgnacja pępka,
- odparzenia, pleśniawki, potówki, kolki…

Do tego wszystkiego dochodzi gadanie najbliższych: "Tobie to dobrze, nie musisz pracować". Doprowadza mnie to do szału. Kto tak mówi, nie rozumie, jak czuje się człowiek, który nagle po 10 latach pracy rano budzi się i czuje pustkę. Nie motywuje go płynący czas – wszak na żadną godzinę się z nikim nie umawiał; nie motywują go ludzie, liczący na jego doświadczenie i kompetencje. Taki człowiek snuje się po mieszkaniu i jeśli nie zorganizuje sobie odpowiednio czasu, przez cały dzień nie zrobi nic znaczącego, a wieczorem wpadnie w panikę, że dzień przeleciał przez palce i będzie chciał nadrobić: o 23 umyć gary i podłogę równocześnie, do tego poprać i poprasować… Koszmar. Rano znowu wstanie i nie będzie się z niczym spieszyć, bo po co, skoro cały dzień przed nim…
Nigdy nie mówcie człowiekowi, który jest przymusowo bez pracy, że mu dobrze, bo nie musi rano lecieć na autobus i wysłuchiwać uwag szefa. 
Parafrazując Grabaża z "Moralnego salta":
"Nie fajnie mu z tym

Nie pytaj czy mu fajnie"

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Szkoła rodzenia

12 cze

Za nami dwa spotkania w szkole rodzenia. Trafiliśmy do niej trochę z przypadku – to darmowa szkoła przy przychodni, w której mam swojego gina i pewnego razu na korytarzu wyhaczyła mnie położna prowadząca zajęcia. "A dlaczego ja pani nie kojarzę?" – zapytała, patrząc na mój brzuch. Wyłuszczyłam jej powody, dlaczego zdecydowaliśmy się zapisać gdzie indziej. Nie będę rodzić, więc niepotrzebne mi ćwiczenia z oddychania, parcia i wzmacniania mięśni krocza… I sam ogrom zajęć (przez trzy miesiące dwie godziny tygodniowo od godziny 19) trochę mnie przeraził. Zapisaliśmy się więc na płatne zajęcia, prowadzone o normalnej porze – przed południem w sobotę. Obejmują trzy spotkania po półtorej godziny, podzielone tematycznie: połóg, karmienie, kąpiel. Taki przejrzysty i konkretny plan zajęć bardziej do mnie przemówił, pora również dogodna – bo w tygodniu, wieczorem to ja chcę mieć już święty spokój, a nie tkwić w sali pełnej przejętych ciężarnych gdzieś na drugim końcu miasta i słuchać przemądrych rad położnej. No, ale tak mnie babka nakręciła, że w końcu okazało się, że co robię po 8 godzinach pracy na drugim końcu miasta? Tkwię w sali pełnej przejętych ciężarnych i słucham przemądrych rad położnej…

Moje uczucia do szkół rodzenia są mieszane. Sama jestem też oczywiście przejętą ciężarną i chcę posiąść wiedzę na temat tego, co robić, żeby dziecka nie uszkodzić. I czuję się oszołomiona ilością WSZYSTKIEGO NIEZBĘDNEGO DO ZAJMOWANIA SIĘ DZIECKIEM, bo każda dziedzina – czy to karmienie, czy kąpanie, czy przewijanie, czy jazda samochodem, czy, kurde, zapinanie kurteczki – wiąże się z setką gadżetów, tysiącem przestróg i milionem jedynych PRAWIDŁOWYCH ZACHOWAŃ ZALECANYCH PRZEZ AMERYKAŃSKICH NAUKOWCÓW. Jak od tego wszystkiego nie dostać depresji przedporodowej – chcę się dowiedzieć w szkole rodzenia. 
Z drugiej strony – jak przyszłam na pierwsze zajęcia i zobaczyłam te wszystkie przyszłe matki rozwalone na modnych kolorowych worko-fotelach typu sak (za przeproszeniem, ale inaczej na czymś takim siedzieć się nie da), to mi się coś w brzuchu przewaliło i nie było to moje dziecko. 
Wszystko dlatego, że jestem przeciwna poglądowi, że baba w ciąży ma chodzić w za dużych dresach, w butach o płaskiej podeszwie i rozciągniętej bluzce kryjącej biust, brzuch i w ogóle całą kobietę. Ciężarna dodatkowo ma być bez makijażu, biżuterii i ma się gładzić po brzuchu 3 razy na minutę. Jestem temu wszystkiemu przeciwna, a taki obrazek zobaczyłam na tych nieszczęsnych zajęciach. Mina mojego męża wyrażała wszystko to, co sobie pomyślałam, patrząc na te piękne młode kobiety, zaprzeczające ze wszystkich sił swojej kobiecości (bo szykują się wszak do roli matek!) i aż go złapałam za rękę, żeby nie zrobił w tył zwrot:) 
Zostaliśmy oczywiście na miejscu, przez dwie bite godziny wysłuchując mądrości na temat materacyków, ubranek i pieluszek. Robiłam notatki, nie powiem, że nie, ale uważam, że wszystko to można było przekazać w nieco bardziej zwartym bloku. O godzinie 21, kiedy słowotok położnej w końcu się uciszył, byliśmy wszyscy wykończeni, a w dodatku, jak się okazało, była to dopiero pierwsza część zajęć z opieki nad noworodkiem. 
Na następnych zajęciach byłam juz sama (mąż się zbuntował), a położna tak namiętnie forsowała jedną jedyną firmę kosmetyczną (bo inne uczulają), że zaczęłam się zastanawiać, czy nie uczestniczymy w programie "Ulicy Sezamkowej" sponsorowanym przez literki J&J. 
Po powrocie do domu mąż spytał, jak było i co było, opowiedziałam mu wszystkie najistotniejsze zagadnienia poruszane podczas 120 minut i okazało się, że po kwadransie wyczerpałam temat. Co tylko potwiedza, że kilka spotkań po dwie godziny na temat czym smarować dziecko i dlaczego pampersy są lepsze od tetry to stanowczo za dużo. Zaczynam tu węszyć jakieś unijne zalecenia co do ilości zajęć położnej z ciężarnymi.
Pochodzimy jeszcze na kilka tych darmowych zajęć, a potem zaczynamy nasze wybrane spotkania prywatne i zobaczymy, jaka jest różnica, jeśli będzie. Obiecuję relację.
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Szkoła rodzenia, czyli co to będzie po powrocie ze szpitala…

02 maj

Znajomi pożyczyli nam wózek. Bardzo fajny, nowoczesny, ale jednak wydał mi się trochę ciężki.
Ja: Kurczę, trochę ciężki ten wózek…
Oni: Najlżejszy jaki wtedy był do kupienia, 12 kg.
Ja: Ale jednak do autobusu będzie mi to ciężko wnieść…
Mężydło: Do jakiego autobusu, nie będziesz jeździć autobusem. Będziesz spacerować po parku!

Jak widać, wg męża, okres po porodzie spędzać mam na świeżym powietrzu, li i jedynie wśród drzew i ławek. Milutko. Ciekawe tylko, kto będzie robił zakupy, chodził/jeździł z dzieckiem do lekarza, załatwiał różne sprawy na tzw. mieście… :) Park to i tak postęp, bo jak ostatnio martwiłam się, że po schodach w naszym mieszkaniu będzie mi ciężko chodzić na początku, usłyszałam, że nigdzie mam nie chodzić! Łazienka jest na tym samym piętrze, co sypialnia!
Moje obawy i uwagi mężydła rodem z Iraku wynikają oczywiście z niewiedzy. Dlatego bardzo chcę nas zapisać do szkoły rodzenia. Rodzić, jak wiadomo, nie będę, ale tam uczą też jak pielęgnować niemowlaka, jak karmić, kąpać itp. Niby jest Internet i książki, a także rady tych, co już rodziły, jednak dla mnie to za mało.
Poza tym, te, które już wiedzą, o co chodzi, zazwyczaj na moje pytania odpowiadają – wszystkiego się nauczysz… Jak dobrze trzymać dziecko podczas kąpieli? Nauczysz się… Podobno nie można na początku kąpać ze względu na gojący się pępek? Nauczysz się, będziesz wiedziała… I tak dalej.
Nie wiem, może wszystkie po powrocie z noworodkiem ze szpitala są już alfami i omegami w sprawach pielęgnacji, ja jednak mam co do tego masę wątpliwości, a rozpisane na 10 punktów kolejne kroki postępowania z dzieckiem podczas kąpania czy ubierania (podawane w prasie ciążowej) bardziej mnie przerażają niż uspokajają. Mam się tego uczyć na pamięć czy powiesić sobie nad wanienką?
Mój mąż też na pewno skorzysta z nauk położnej, prawdopodobnie nawet więcej zapamięta, bo ja jestem nerwus i w stresie mogę wszystko pomylić. Chcę, żeby też trochę kumał, o co chodzi w opiece nad dzieckiem, bo inaczej wszystko będzie na mojej głowie. Obydwoje jesteśmy zieloni w sprawach niemowlakowych, ja coś tam czytam w książkach i czasopismach, nie chcę być jednak nauczycielką w sprawach, w których sama czuję się mocno niepewnie.
Stąd ta szkoła rodzenia. Ta, na której mi najbardziej zależy, jest już zapchana. Naciskałam jednak dziś położną prowadzącą zajęcia i za tydzień ma mi powiedzieć, czy na pewno nie znajdzie się dla nas miejsce. Jeśli nie – zapiszemy się do jakiejś innej, choćby płatnej. Na pewno nie zaszkodzi (chociaż zdaniem niektórych to fanaberia…).

Mała uwaga na koniec odnośnie naszych znajomych. Podzielili się mianowicie na trzy ugrupowania:
1. ci, co sprawy dzieciowe mają uregulowane – gratulują mi i pytają co czas jakiś, co słychać;
2. ci, co ze sprawami dzieciowymi mają kłopot – jakby trochę zniknęli z pola widzenia (a niektórzy w ogóle zerwali kontakt);
3. ci, co wcześniej jakoś nie myśleli o sprawach dzieciowych – zainspirowali się mną i zachodzenie w ciążę planują.

Wszystkie postawy – jak najbardziej dla mnie zrozumiałe.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 
 

  • RSS