RSS
 

Notki z tagiem ‘szczepienia’

Gorąco

23 lip

Od dwóch tygodni upały. Ponad 30 stopni dzień w dzień, żadnych burz, deszczów – normalnie jak nie w Polsce. Żałuję, że nie mogę tych gorących dni spędzać nad wodą (we Wrocławiu na tzw. kąpieliskach jest tłoczno i – jak dla mnie – trochę syfiasto), zresztą tak naprawdę jedyny zbiornik wodny, który akceptuję do kąpieli, to morze. Kreta już dawno jest li i jedynie w sferze wspomnień, kolejnego wyjazdu, choćby nad Bałtyk, nie ma jak zorganizować, zresztą, jak stwierdziło mężydło – nie można mieć wiecznych wakacji… Jemu to łatwiej przyjąć do wiadomości, chodzi codziennie do biura, klimatyzowanego zresztą, i jak każdy normalny człowiek na etacie, bierze za oczywisty fakt, że dwa tygodnie urlopu były i już, wystarczy. A my? My siedzimy w domu.

Zmieniłam nasz rozkład dnia, zamiast w okolicach południa, wychodzimy grubo po obiedzie, a i tak mały narzeka, że „dzidzialnia go-onca”, czyli zjeżdżalnia gorąca. Mały się strasznie poci, zwłaszcza na głowie. Czapkę ma po chwili mokrą. A najwięcej energii i ciepła oddaje, jak zasypia. Muszę mu co wieczór zmieniać poduszkę, bo jest cała mokro-zimna. Pytałam o to lekarki, przy okazji niedawnego szczepienia przeciw ospie (pierwsza dawka, jedyne 200 zł, Chryste Panie), ponoć to zupełnie normalne.

Prawie codziennie synek tapla się w swoim baseniku na tarasie, godzinami przelewając wodę z butelki do kubka i z powrotem. Potrafi się skupić na tego typu czynnościach, to fakt. Np. fascynuje go zwijanie i rozwijanie centymetra krawieckiego, nawijanie i odwijanie sznurka na jojo, wyciąganie i chowanie miarki. Każdy, kto ma okazję to zaobserwować, nie może wyjść z podziwu, zwłaszcza, jeśli ma własne dzieci. „Jezu, on od pół godziny siedzi i zwija, i rozwija, i zwija!” – słyszę zazwyczaj zdumione komentarze. Nie wiem, czego to dowodzi, czy wewnętrznego spokoju, czy zadatków na geodetę, czy po prostu upodobania do powtarzalnych czynności. Nie wnikam, broń Boże nie narzekam, czasami w sklepie czy na poczcie ten spokój synka mnie ratuje dupsko (mogę coś załatwić), a innych wprowadza w zdumienie („Jak pani to robi, że on tak siedzi spokojnie?”). Nie mam tak zawsze, o nie, ciągle jeszcze zdarzają się histerie, wrzaski i jęczenie w kółko tego samego, ale nie mogę nie wspomnieć, że bywa naprawdę spokojnie, aż miło popatrzeć

Odnośnie jeszcze tych butelek (zwykłych po wodzie) czy centymetrów (2,5 zł w pasmanterii) – takie właśnie proste przedmioty, nawet nie są to zabawki przecież, dają najwięcej radości małemu. Prócz tego jeszcze wielkie kartony, z których buduje konstrukcje aż po sufit i zrzuca na siebie; rumoru przy tym sporo, ale ile radości! Zawsze jest mała tragedia, gdy pudło się rozwali „ojej! ojej! mama kleić? tam taśma, tam!” oraz wielkie święto, gdy tata przyniesie z pracy nowe kartony…

Z zabawek jedynie piłka ma spore poważanie, „ce kike kopać, ce kikałem” (chcę piłkę kopać, chcę być piłkarzem) słyszę kilka razy dziennie. No i kopiemy tę piłkę, w domu, w parku, na placu zabaw, wszędzie. Synek potrafi zrobić piękny nabieg (to się tak podobno nazywa, taki rozbieg przed piłką) i walnąć piękną bramkę. Już stwierdziliśmy z mężem, że nie mamy nic przeciwko, by został drugim Lewandowskim, zarabiał kupę kasy i kupił rodzicom willę pod miastem :)

W każdym razie – przez to upodobanie małego do prostych zabaw i zabawek mamy kłopot z prezentem urodzinowym. To problem, co? Myśleliśmy przez chwilę o rowerku biegowym, ale widzę, że to małego zupełnie nie kręci. Ma rowerek z pedałami i przez ostatnie pół roku siedział na nim może w sumie pięć minut. Widzę, jak dzieciaki śmigają na różnych hulajnogach i tych rowerkach właśnie i widzę też kompletną obojętność synka w stosunku do tych pojazdów. Od małego ma w domu autko do odpychania się nogami i jeździ na nim może raz na tydzień przez chwilę, podczas gdy moja siostra mówiła, że jej dzieci takie autka zajeździły po prostu na śmierć. Stanęło więc na wielkich klockach konstrukcyjnych, tzw. waflach, powinny się spodobać.

Za miesiąc z okładem mały idzie do przedszkola, ręce mi się pocą na samą myśl o tym. W każdym razie posłuchałam rad (głupich, jak się okazało) i zawczasu powysyłałam kilka CV tu i tam. I co? I odezwali się i praca była od zaraz i to taka, jaką chciałam. Szlag mnie trafia na myśl o tym, wolałabym być nieświadoma takiej okazji, nie będę szukać przecież z dnia na dzień niańki, to nie w moim stylu oddawać nagle synka gdzieś na łapu capu i w z takim stresem na głowie podejmować pracę. Zwłaszcza, że niedługo mąż wyjeżdża na jakiś czas i zostajemy z synkiem sami. Trudno, zrobię to w zgodzie ze sobą i zacznę szukać pracy, kiedy mały już okrzepnie w przedszkolu. A trudno mi sobie to wyobrazić, oj, trudno. Ale mąż oczywiście pociesza mnie zdroworozsądkowo – pożegnania z pieluchami też nie mogłaś sobie wyobrazić, to samo ze smoczkiem, biadoliłaś, że już zawsze będzie go ciamkał i tak dalej… No tak, racja. Ale to przedszkole to naprawdę spore wyzwanie i nie wiem, kto będzie bardziej je przeżywał, ja czy synek…

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Odczepcie się od szczepień

30 kwi

Za każdym razem, kiedy słyszę, że szczepionki szkodzą i powodują autyzm, a tak w ogóle to po co truć dziecko i lepiej nie szczepić, wołam o pomstę do nieba i pytam: czy my żyjemy w średniowieczu? W tzw. wiekach ciemnoty i zabobonu? Czy też może mamy XXI wiek, usuwamy blizny laserem, na zapalenie płuc stosujemy antybiotyki, badamy się tomografem, sprawdzamy rozwój płodu przez USG oraz – uwaga – szczepimy się na te choroby, na które, dzięki Bogu i naukowcom – wynaleziono szczepionki.

Może trochę faktów:

„W 1980 r. zniknęła czarna ospa, zbierająca wcześniej obfite śmiertelne żniwo. Z kolei szczepionka na polio wyeliminowała tę chorobę w Ameryce i Europie, co spowodowało, że kilkadziesiąt tysięcy dzieci nie staje się każdego roku kalekami.

A jednak od lat 90. XX w. niechęć do szczepionek systematycznie rośnie. W 2010 r. Kalifornia odnotowała 5,2 tys. przypadków krztuśca (ostrej choroby zakaźnej wywoływanej przez bakterie), najwięcej od ponad pół wieku. W tym roku nastąpił zaś 13-krotny wzrost, w porównaniu z 2011 r., liczby przypadków tej choroby w stanie Waszyngton. Prof. Steven Salzberg z Johns Hopkins University, wybitny specjalista od chorób zakaźnych, tak komentuje te dane na swoim blogu: „z powodu antyszczepionkowej histerii Stany Zjednoczone znajdują się w środku największej epidemii krztuśca od 70 lat”. W innych rejonach Ameryki wybuchają z kolei lokalne epidemie odry. Podobnie dzieje się w Wielkiej Brytanii. A wszystko to spowodowane jest wzrostem liczby osób odmawiających szczepienia dzieci na te choroby.”

I trochę historii genezy antyszczepionkowej propagandy:

„26 lutego 1998 r. dr Wakefield (chirurg specjalizujący się w chorobach układu pokarmowego – przyp. mój) wystąpił na konferencji prasowej [...], podczas której poinformował dziennikarzy, że istnieje „uzasadnione podejrzenie” związku między potrójną dziecięcą szczepionką MMR (przeciw odrze, śwince i różyczce) a autyzmem. Dwa dni później prestiżowe czasopismo medyczne „The Lancet” opublikowało artykuł na ten temat, którego głównym autorem był ów brytyjski chirurg. Dowodził, że przewlekłe zapalenie jelita grubego u dzieci jest związane z autyzmem. A obydwie choroby miałby wywoływać wirus odry. Przy czym dostawałby się on do organizmu w trójskładnikowej szczepionce MMR.

Choć większość specjalistów od początku bardzo sceptycznie podchodziła do tej publikacji, opartej jedynie na analizie 12 przypadków chorych dzieci, dopiero w 2004 r. prawda wyszła na jaw. Teoria brytyjskiego chirurga oraz mające udowadniać ją badania okazały się zwykłym oszustwem (wszystkie podkreślenia moje). Zostało ono wykryte w wyniku jednego z najdłuższych śledztw w historii dziennikarstwa, przeprowadzonego przez znanego w Anglii reportera Briana Deera z „Sunday Times”. Za jego sprawą Brytyjska Komisja Medyczna wszczęła dochodzenie. Potwierdziło ono, że Wakefield fałszował wyniki, m.in. licząc na zarobek. Dogadał się bowiem z firmami mającymi produkować zestawy diagnostyczne do wykrywania rzekomego schorzenia jelit wywoływanego przez wirusa oraz alternatywne wobec MMR szczepionki.

W 2010 r. „The Lancet” wycofał publikację Wakefielda sprzed 12 lat. Natomiast Brytyjska Komisji Medyczna w maju 2010 r. uznała chirurga za winnego nieuczciwości, nieetycznego postępowania i poddawania dzieci nieuzasadnionym, inwazyjnym badaniom klinicznym. Dlatego został on usunięty z rejestru lekarzy.”

Mimo tych niezaprzeczalnych faktów, nadal słyszę wśród rodziców małych dzieci, że boją się je szczepić, bo to może spowodować autyzm, bo gdzieś coś o tym słyszeli, a że słyszeli niedokładnie, na wszelki wypadek boją się wszystkich szczepionek, nie tylko oskarżonej o najgorsze MMR. Czyli idą o krok dalej niż twórca całej tej pseudoteorii.

Drugi winny szczepionkowej histerii to tiomersal (w USA występujący pod nazwą thimerosal), czyli substancja konserwująca zawierająca rtęć (a dokładnie jej organiczny związek zwany etylortęcią). Obecnie wycofany ze szczepionek, również w Polsce. Nie ma dowodu, że był to rzeczywiście niebezpieczny konserwant, jednak znowu: „…nieliczni naukowcy zaczęli głosić teorie o związku szczepień z autyzmem. W USA był to duet lekarzy Mark i David Geier, ojciec i syn, niezatrudnieni w żadnej instytucji naukowej, za to posiadający bardzo kiepsko wyposażone własne laboratorium, mieszczące się w piwnicy ich domu.

Tezy Geierów trafiły na bardzo podatny grunt w postaci prężnych amerykańskich stowarzyszeń rodziców dzieci chorych na autyzm. Dla nich wskazanie przyczyny choroby, a więc również winnego, było niezwykle ważne z psychologicznego punktu widzenia.”

Bardzo współczuję rodzicom dzieci chorych na autyzm, samym dzieciom również, rozumiem też, że trudniej zaakceptować chorobę „znikąd” od takiej, która ma konkretne przyczyny. Nie akceptuję jednak nagonki na szczepienia, uważam, że jest niebezpieczna, bo skłania niezdecydowanych do unikania szczepionek, a konkretniej – do narażenia własnych dzieci na ryzyko zachorowania na groźne choroby. A to wszystko w imię ich dobra… Nie wspomnę już o „wskrzeszaniu z martwych” chorób, o których dawno już wszyscy zapomnieli, lekarze też, dlatego często maja kłopot z rozpoznaniem, gdy już trafi im się taki „prehistoryczny” przypadek.

W artykule, który tu cytuję (Zastrzyk strachu Marcina Rotkiewicza z Polityki z 31.07.12) opisana jest Jenny McCarthy, była modelka, prezenterka, aktorka i matka autystycznego chłopca. „Kilka lat temu zaczęła prowadzić w USA szeroko zakrojoną kampanię przeciw szczepieniom [...]. Od tamtego czasu gorąco propaguje tezy Geierów oraz Wakefielda (napisała nawet przedmowę do jego książki) oraz niebezpieczne „alternatywne metody” leczenia autyzmu.

W 2007 r. wydała własne dzieło „Louder Than Words: A Mother’s Journey in Healing Autism”. W trakcie promocji tej książki była zapraszana do najpopularniejszych telewizyjnych talk-shows w Ameryce. Gdy gościła u słynnej Ophry Winfrey [...], w pewnym momencie padło pytanie, skąd czerpie specjalistyczną wiedzę na temat zgubnego wpływu szczepionek. McCarthy bez mrugnięcia okiem odpowiedziała: „Swój tytuł zdobyłam na uniwersytecie Google” (czyli posiadam wiedzę wyłącznie z Internetu), a poza tym „kieruję się instynktem matki”.

Gratuluję…

Osobiście większe zaufanie mam do nieco lepiej wykształconych osób, dlatego gorąco polecam blog pani Ewy Krawczyk – dr nauk medycznych i specjalistki w dziedzinie mikrobiologii lekarskiej. Pani doktor jest absolwentką Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, a od ponad 7 lat pracuje na Georgetown University w Waszyngtonie.  W Polityce z 13.03.12 ukazała się rozmowa z nią, dotycząca wprawdzie leczenia raka (Wyhodować pacjenta), ale zahaczająca również o temat szczepionek:

Zajmuje się też pani popularyzowaniem nauki – m.in. prowadzi po polsku blog 
http://sporothrix.wordpress.com
. A w nim sporo energii poświęca histerii wokół szczepionek. Dlaczego akurat ten temat wydał się pani tak istotny?

Niestety, wielu ludzi daje posłuch szarlatanom twierdzącym, że szczepionki przed niczym nie chronią i że są szkodliwe. Nie jest to zjawisko nowe, ale przybiera na sile. Efektem tego jest wzrost liczby przypadków chorób, które dzięki szczepionkom były już bardzo rzadkie. Histeria wokół szczepionek stanowi zatem zagrożenie dla nas wszystkich. Popularyzowanie nauki jest w tym wypadku dawaniem oręża do walki z pseudonauką – oręża, którego czasem może brakować niespecjalistom. Uważam więc, że warto to robić, i chciałabym mieć na to trochę więcej czasu.”

Nic dodać, nic ująć.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Bunty i bu(n)ciki

24 sie

Roczny bilans nie poszedł dobrze. To znaczy, ze zdrowiem małego wszystko jak najbardziej w porządku (dzięki Bogu!), przytył, urósł, obwód łebka się powiększył etc. Ale wizyta to był jeden wielki ryk. Pani doktor jest be, przewijak be, rozbierał się nie będę, co to za zaglądanie w gardło, a ten stetoskop zaraz wyrwę i rzucę na podłogę! Chcecie mnie zważyć? A guzik, nie położę się na tej beznadziejnej wadze. A co to? Centymetr? Wsadź se go, kurde, nie dam się zmierzyć! Mam pokazać jak chodzę? A nie chce mi się teraz! I tak dalej, w ten deseń. W ogóle nie słyszałam, co mówi lekarka, ledwo utrzymałam wrzeszczącego małego na rękach. Cała struchlała poszłam do gabinetu zabiegowego, gdzie pielęgniarka robi szczepienia… Tak jak przewidywałam, po wstrzyknięciu zabójcy meningokoków wrzask osiągnął apogeum. Jeszcze tylko 120 zł przy kontuarze i mogliśmy wziąć nogi za pas…

Dwa tygodnie później na szczepienie MMRII (odra, świnka, różyczka) szykowałam się jak na wojnę. Chrupeczki, bączek ulubiony, gryzaczek do łapki, pozytywka z ulubioną melodyjką… Dość powiedzieć, że mogłam se to wsadzić. Mały znowu się darł i jak przez mgłę pamiętam, że chyba jesienią mam przestać podawać witaminę D, ale kurde, będę musiała to sprawdzić.

Chyba idzie ku gorszemu, bo kiedy w czerwcu byliśmy na wizycie u okulisty, nie było tak źle, a wtedy bardziej się obawiałam reakcji małego. Ale nie, dał sobie oczy zakropić, patrzył na światełko, wodził wzrokiem za kuleczką itp., trudności pojawiły się tylko przy badaniu dna oka, ale to zupełnie zrozumiałe. Kto lubi, jak mu w oko świecą i powiekę wywijają; trzy pielęgniarki unieruchamiające małego na leżance plus wspomniana pozytywka załatwiły sprawę. Nawiasem mówiąc, prawdopodobnie mały zezik, który był powodem wizyty, nie jest niczym groźnym.

Już zapowiedziałam mężydłowi, że w grudniu, na kolejne szczepienia, idzie ze mną.

A wczoraj wieczorem wielki ryk, jaki wydobył z gardzieli mały uświadomił mi, że krzyki w gabinecie lekarskim to był pikuś. Dlaczego krzyczał, skąd ta wściekłość i wrzask, panie Faulkner? Otóż, po moich opowieściach o załamujących ręce mijających nas paniach „A gdzie ty masz buciki, chłopczyku?” oraz dających się słyszeć ze spacerówek spostrzeżeń „Mamo, a ta dzidzia jest boso!” mąż postanowił przymierzyć małemu buciki. Ja wcześniej tylko nieśmiało próbowałam i szybko się wycofywałam, mężydło poszło jednak w zaparte i sandałki nałożyło. Po czym mały mógł startować w konkursie na najbardziej nieszczęśliwe dziecko świata.

Nie za bardzo pomagały spacerki po mieszkaniu, synek tuptał jak kaczka, ale wcale go to nie bawiło i na dobrą sprawę humor odzyskał dopiero puszczony swobodnie na bosaka.

Jest jednak światełko w tunelu – dziś po śniadaniu udało mi się obuć go na chwilę i krzyki było odrobiną cichsze…

 

PS z innej beczki

Małemu w końcu zaczęły iść kolejne zęby, aż do tej pory miał w paszczy jedynie czterozębny kasownik. Pojawiła się dwójka, ale nie na spodziewanym dole, a u góry oraz kawałek dalej, po tej samej stronie (sic!) widać czwórkę. Zdecydowanie nie idzie to książkowo…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Szczepienia

09 paź

Za nami pierwsze szczepienia, zrobione w szóstym tygodniu życia małego; z braku czasu dopiero teraz o nich piszę. Zdecydowaliśmy się na płatną wersję – te, które oferuje Sanepid wiążą się z większą ilością wkłuć oraz z większym prawdopodobieństwem powikłań. A to dlatego, że wszczepiane są całe komórki bakterii, natomiast te płatne są w ogóle bezkomórkowe. Dodatkowo zafundowaliśmy małemu szczepienie przeciw pneumokokom i rotawirusom. Wyszła nam za to wszystko okrągła sumka: 700 zł. A to przecież dopiero początek…

Niech żyje polityka prorodzinna i prozrowotna… 
Jak czytam w ulotce o szczepieniach: "Szczepionki pełnokomórkowe nie są już stosowane ani w USA, ani w większości krajów europejskich. Szczepionki 5 w 1 oraz 6 w 1 (…) są powszechnie stosowane w kalendarzach obowiązkowych [podkr. moje] wielu krajów UE (np. Niemiec, Austrii, Belgii, Wielkiej Brytanii, Czech oraz Słowacji)".

No dobra, Belgia, Niemcy…, ale Czechy i Słowacja? Co jest? Dlaczego u nas jest gorzej niż w takich Czechach???

Mały podczas szczepienia był bardzo dzielny. Rotawirusa pięknie połknął. Do wkłucia pierwszą nóżkę dał bez gadania, przy drugiej już płakał, a przy rączce już ryczał wniebogłosy, jednak – o dziwo – udało mi się go jakoś uspokoić, a po wyjściu z przychodni po prostu zasnął w wózku. Kochany chłopak!

Następny drenaż portfela na początku listopada…
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS