RSS
 

Notki z tagiem ‘sylwester’

Nowy rok

08 sty

Zaczął się kolejny rok, a jego początek świętowaliśmy na hucznym balu sylwestrowym, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się dwa dni wcześniej. Jakoś tak zgadaliśmy się ze znajomymi, że mają wolne miejsca przy stoliku, a my nie mamy żadnych planów. Z pewnymi wyrzutami sumienia podrzuciliśmy małego moim rodzicom i wystrojeni w cekiny (ja) i szpilki (ja), pojechaliśmy do restauracji. Było fajnie, mimo średniego jedzenia i nieprzemyślanej muzyki. Sama w pół godziny ułożyłabym taka listę hitów, że goście nie usiedliby ani na moment, niestety para, która puszczała piosenki – bo daleko im było do didżejowania – uznała, że świetnym pomysłem jest totalny mix nastrojów i gatunków muzycznych, na zasadzie – chyba – „dla każdego coś miłego, co trzy minuty co innego”. Tak więc po Abbie poleciał dr Alban, następnie Krawczyk, po nim jakieś techno, od razu „Jesteś szalona” i tak dalej, to było straszne po prostu. Ale z mężydłem mamy na to sposób! Przyjechaliśmy do domu po drugiej i jeszcze z godzinę tańczyliśmy sobie do wszystkich tych hitów, jakich nam zabrakło na zabawie. Wariaci? Być może :)

Święta minęły fajnie, jak co roku rodzinnie i bez śniegu. Dzieciaki zostały obsypane prezentami, co zawsze wzbudza we mnie wątpliwości, czy nie za dużo tego dobrego. Mąż określił się dosadniej: za rok jeden prezent i koniec! To prawda, mały ma mnóstwo zabawek, a i tak najchętniej bawi się z nami w jakieś totalne wariactwa na łóżku typu „goni mnie potwór”, kończące się gilgotaniem pod kołdrą. Wiem, że najlepiej bawiłby się z drugim chłopcem w podobnym wieku i męczy mnie to, że nie zafundowałam mu brata i nie mam w planach takich „prezentów”, zresztą na „podobny wiek” już za późno. Kto ma więcej praw w takiej sytuacji? Matka, która nie chce mieć więcej dzieci czy dziecko, które chciałoby mieć w domu towarzysza zabaw? Złapałam się na tym, że jestem tak nastawiona na mojego syna, że o ewentualnym potomku myślę tylko w kategorii „kolegi do wspólnych zabaw”. A wiadomo, że to scenariusz totalnie nieprawdziwy, nie mający nic wspólnego z wrzeszczącym niemowlakiem i niewyspaną matką.

Zmieńmy temat: ze zdrowiem małego lepiej; ostatni antybiotyk brał w sierpniu – najpierw na lekką anginę, potem na wczasach na ucho. Od tamtej pory spokój i jest to chyba najdłuższy okres bezantybiotykowy odkąd mały poszedł do przedszkola (czyli od 2,5 roku). Jesienią był jedynie dwa razy lekko przeziębiony, a ostatnio uatrakcyjnił nam noc nagłymi wymiotami, ale nie zrobiły na nim jakiegoś większego wrażenia:

- Mamo, a dlaczego ja wymiotowałem?

- Nie wiem, synku.

- Mamo, a co to za zielone pudełko?

- …?

- Mamo, a czemu tak szybko do mnie biegłaś?

- …? Bo słyszałam, że wymiotujesz…

- Aha.

Chodzimy nadal do laryngolog i alergolog, ale chyba one same nie wiedzą, co dalej robić. Mały ma przewlekle zatkany nos. Z testów alergicznych na skórze nic nie wyszło, z krwi wyszedł słabo kot i kakao, za słabo, by dawać objaw zatkanego nosa, zwłaszcza, że nie mamy kota! Zrobiliśmy kolejne badania – wymaz z nosa i gardła, czekamy na wyniki. Mały był zachwycony kolejną wizytą w labie, nie ma co…

Ahoj.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Sztafeta

05 sty

Rok 2014 zakończyłam rzężąc, kaszląc i odcharkując za przeproszeniem. Listopad i grudzień to była sztafeta, a przekazywane było choróbsko. Oczywiście najpierw syncio przywlókł zarazę z wylęgarni chorób, czyli z przedszkola. Kaszelek, gorączka, katarek – pisałam już o tym. Dzień po tym, jak mały skończył antybiotyk i nadal przetrzymywany był w domu celem dojścia do jakiej takiej formy, kaszleć zaczął mąż. Czyli tak – nie posyłamy dziecka do przedszkola, bo – jak powiedziała doktor – jak tylko ktoś na niego kichnie, zachoruje nam na święta, a tu nagle nawet w domu przestało być bezpiecznie! Zła byłam na męża jak sto diabli, że kaszle i rozsiewa bakterie, jak tu chronić dziecko, zwłaszcza takie, które co rano ładuje się nam do łóżka? Na nic tłumaczenia, że tatuś chory, piąta rano, „ja chcę do taty” i koniec.

Mąż przechorował całe Święta jadąc na antybiotyku. Ledwo skończył, ja zaczęłam tak kaszleć, że myślałam, że się przekręcę. Dwa dni przed Sylwestrem diagnoza – jeszcze trochę i zapalenie oskrzeli, rzęzi mi tu – doktor wskazała na stetoskop na moim dekolcie. Zresztą po poleceniu „głęboko oddychać” mało się nie udusiłam. Oczywiście antybiotyk. W ciągu dwóch miesięcy wydatki apteczne oceniam na jakieś 500 zł. Po prostu zgroza.

Mały dla odmiany poszedł w końcu do przedszkola na dwa dni. Wrócił „tylko” z glutowatym katarem. W panice mierzę mu co wieczór temperaturę, aż przyjął, że to tak się robi normalnie, jak mycie zębów.

Na nowy rok życzę wszystkim i sobie – zdrowia i odporności. Amen.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Refleksje poświąteczne i okołosylwestrowe

30 gru

Święta, święta, święta… Jedzenie, jedzenie, jedzenie… Mnóstwo jedzenia. Mniam! Ale ileż można. Pierwszy obiad, jaki zrobiłam po świętach, to był ryż z jabłkami. Na nic cięższego nie mogliśmy patrzeć. 

Było miło i rodzinnie, niby nie mam wielkiej rodziny, ale na Wigilii nazbierało się prawie 30 osób. Najmilszy moment? Gdy mały rozpakowywał prezenty. Widać było, że już dobrze kuma, że pod kolorowym papierem jest coś fajnego dla niego, specjalnie więc porobiłam więcej paczek, zamiast wszystko pakować w jedną. Rozrywał opakowania i buzia mu się śmiała. Wszystkie podarki dla dzieci były trafione, bo robiliśmy je my – ich rodzice. Tak ustaliliśmy w tym roku – dzieciom prezenty szykują ich rodzice, bo rok temu było z tym wielkie zamieszanie, rozliczanie się, oddawanie pieniędzy (bo ty wiesz co kupić swojemu, to kup, ja dam pieniążki).

Głównym prezentem była tablica dwustronna – z jednej tradycyjna czarna, z drugiej magnetyczna biała. Mały lubi rysować i szybko załapał, o co chodzi. Sporo teraz po niej bazgrze, ja tylko sprzątam pył kredowy…  W dzieciństwie miałam taką tablicę (tylko oczywiście bez magnetycznej strony, kto to wtedy słyszał o białej tablicy, po której można pisać flamastrem) i pamiętam, że nieustannie bawiłam się w szkołę.

Stara baba już jestem, ale co Boże Narodzenie, to przy prezentach jakoś mi tak smutno, że nie jestem już tą małą dziewczynką, obsypaną górą wspaniałych torebek do odpakowania. Zawsze u nas było (za mojego dzieciństwa), jak to się mówi, „na bogato”, nawet wtedy, gdy było biednie-komunistycznie. I teraz, gdy z tony paczek spod choinki na mnie przypada jedna, przygotowana przez mojego męża, to mnie zawsze tak dziwnie w gardle ściska. I czuję się bardziej staro niż na swoich urodzinach.

Teraz szykujemy się do Sylwestra, tzn. ja szykuję, bo mężydło w pracy. Powinnam teraz piec biszkopt, a nie siedzieć w necie :) Zapraszamy kilkoro znajomych, posiedzimy, pogadamy, popijemy  i jakoś zleci ten dzień, za którym nie przepadam. To odliczanie, petardy za oknem, celebrowanie wybicia północy wprawia mnie w jakiś taki nerwowy nastrój. Że to już, już, teraz szybko, szampan i życzenia!!! Spędzałam Sylwestra i w domu, i na dyskotekach, we dwójkę i na dużych imprezach, na trzeźwo (chora na ospę albo w ciąży) i po wypiciu mnóstwa wódki, w parze i jako singielka, i zawsze jakaś taka melancholia, nostalgia i nieprzyjemna nerwowość mnie dopadała.

Nie ma rady na Sylwestra, jakoś go trzeba spędzić-przepędzić. I doczekać nowego roku.

Życzę wszystkim wspaniałego dwatysięceczternastego!!!

 

 

Po co nam te dzieci?

03 sty

No i mamy kolejny rok. Jedna z pierwszych myśli, jakie przyszły mi do głowy odnośnie tego wydarzenia, to: mały w tym roku skończy 2 lata. I tu pojawić się musi banalny okrzyk: kiedy to minęło?! Naprawdę, trudno uwierzyć w upływający czas, kiedy każdy dzień jest niemal identyczny z poprzednim… Mały co prawda rośnie i ciągle ma nowe pomysły na zdemolowanie naszego mieszkania, jednak ogólny rozkład dnia jest niezmienny – ubieram go, zmieniam pieluchy, chodzę na spacerki, karmię, usypiam, uspokajam, zabawiam, wieczorem kąpiel, piżamka, kolacja… A rano od nowa.

Zmiany oczywiście są, zwłaszcza jeśli ma się pod ręką małe dziecko do porównania. Byliśmy u znajomych na Sylwestra, mają czteromiesięczną dziewczynkę i nagle przy niej mój synek okazał się kolosem :) Nie mogłam też wyjść z podziwu (i lekkiej zazdrości) jak łatwo idzie przebieranie i zmiana pieluchy u takiego dzieciątka. ONO PO PROSTU LEŻY! JEDYNE ZAOBSERWOWANE RUCHY TO LEKKIE MACHANIE RĄCZKAMI I NÓŻKAMI! Moje dziecko podczas przebierania zamienia się w ośmiornico-wija i jeśli matka (czyli ja) nie okaże się dość pomysłowa w zabawianiu, ze zmiany pampersa nici, a kupsko rozmazane na plecach. Powzdychałam więc nad tym czteromiesięcznym maleństwem, wysłuchałam, jak to zaniepokojeni rodzice uczą je turlania, żeby biedactwo nie leżało tak bez ruchu na pleckach, po czym skoczyłam ratować podłogę przed zalaniem, bo kątem oka zobaczyłam, że mój synuś dorwał konewkę z wodą, beztrosko postawioną w zasięgu jego rączek.

Taaaaaak, mieszkania ludzi z dzieckiem niechodzącym różnią się znacznie od tych, w których grasuje mały krasnal na pałąkowatych nogach. U tych moich znajomych na kanapie leżał laptop z kablem, z monitora na szafce też zwisał kabelek, na niskich półeczkach stały figurki i kwiatki, w kącie na podłodze choinka pełna bombek, a po imprezie sylwestrowej w kuchni butelki po winie i szampanie, których brzdęk natychmiast usłyszeliśmy, kiedy wkroczył tam mój mały.

Ogólnie Sylwester wyglądał tak, że na zmianę biegaliśmy do pokoju obok, by setny raz położyć małego spać w łóżeczku turystycznym (musieliśmy przecież nocować, bo niby jak po północy wracać ze śpiącym dzieckiem w piżamce?). Synek usnął w końcu po 22, wtedy koncertować zaczęła mała, potem mnie się zachciało spać, bo przecież ludzie z dzieckiem, to ludzie niewyspani… Towarzysząca nam para znajomych starających się dopiero o potomka obserwowała nasze działania, a ich miny mówiły: czy my naprawdę musimy mieć to dziecko?

To jest trudne to wytłumaczenia, a nawet chyba niemożliwe, ta chęć posiadania dzieci. Z dzieckiem jest masa roboty niemal non stop, nie masz swojego życia – jak stwierdziła bezdzietna z premedytacją Maria Czubaszek. Przed jakimś większym wyjściem nie malujesz w skupieniu paznokci, tylko sprawdzasz, czy zapakowałaś mleko i butelkę, i pampersy, i smoczek, i łóżeczko turystyczne, i sto innych rzeczy (to opis mojego szykowania się na Sylwestra). Przy wigilijnym stole nie rozkoszujesz się uszkami z barszczykiem, tylko latasz po sali za swoim dzieckiem, szarpiącym za obrus tudzież wlatującym paniom kelnerkom pod nogi (to opis mojej ostatniej Wigilii).

A jednak chcemy mieć te dzieci. Staramy się o nie, a potem dbamy i kochamy do szaleństwa. Wydajemy na nie majątek, najpierw żeby w ogóle się poczęły, potem urodziły, a następnie dobrze chowały. Nie widzę w tym za grosz logiki.

I tu muszę chyba zakończyć pompatycznym stwierdzeniem, że miłość nie jest logiczna, po prostu. A innej motywacji, niż miłość, do posiadania tych małych terrorystów nie widzę.

Miałam pisać o czymś konkretniejszym, ale chyba ten deszczowy początek nowego roku tak mnie nastroił filozoficznie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Całe szczęście już po Sylwestrze

01 sty

Sylwestry miewałam różne, ale bardzo rzadko udane. Nieodzownym elementem imprezy sylwestrowej jest odliczanie do północy – zawsze mnie to jakoś krępowało; każdy ściska kieliszek z pseudoszampanem w ręku i czeka na wybicie dwunastej w nocy, po czym należy się wówczas rzucać na szyję wszystkim ludziom dookoła, czy się ich zna czy nie… Po życzeniach zabawa ma trwać dalej, tylko zazwyczaj już impetu brakuje. No i petardy – lubię patrzeć w niebo, jak rozbłyskują wysoko kolorowymi iskrami, ale nie lubię mijać w noc sylwestrową grupek rozochoconych chłopaków, odpalających znienacka różne wybuchające cuda, które, co gorsza, mają nieprzewidziany tor lotu. W tym roku słyszałam o jednej ofierze śmiertelnej, od petardy. Boże, co za durna śmierć! 

Ostatnie lata 31.12 raczej spędzam w domu, ze znajomymi lub tylko z mężem i jakoś ten czas się spędza. W tym roku było trochę smętnie, mężydło się rozchorowało i leżało w łóżku bez życia i chęci na cokolwiek, ja uwijałam się w kuchni przy sałatce, ciasteczkach etc. tylko po to, by wieczorem zadać sobie pytanie – po co to wszystko? Mąż jęczy, że nic nie przełknie, mi się też odechciało… 
Ale najgorsze miało nadejść – Sylwester w Dwójce. O my God, co to było? Prawie nikt nie potrafił śpiewać, za to każdy wprowadzał na scenę zastępy tancerzy, baletnic, chórków, była też jedna gimnastyczka wijąca się na szarfach… Niedługo nikt nie wyjdzie na scenę bez lwa skaczącego przez płonące obręcze i pary karłów wykonującej fikołki na słoniu.
Wznieśliśmy toast z mężem szampanem "Scooby Doo" (ja w ciąży, on na lekach) i z ulgą poszliśmy spać. 
Chciałam wymóc na mężu obietnicę spędzenia przyszłego Sylwestra z jakimiś niesamowitymi atrakcjami, w ramach rekompensaty za tą biedę w tym roku, ale przypomniałam sobie, że za rok to ja już nie będę w ciąży…, a to co z ciąży wyniknie pewnie będzie się darło w łóżeczku…
 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS