RSS
 

Notki z tagiem ‘stres’

Sedno rodzicielstwa

19 sty

Ja tu się rozpisuję i tak, i siak, a tak naprawdę zazwyczaj chodzi mi o to, co poniżej ujęto na czterech obrazkach. Boże, jakie to prawdziwe! Zazdroszczę trafienia w sedno!

Pozdrawiam wszystkich rodziców wściekłych na swoje bachory za ich zachowanie, co nie przeszkadza im o dowolnej porze dnia i nocy lecieć na ratunek (albo pomóc szukać autka… albo kulki…, albo zbudować namiot z koca i krzeseł…).

 

 

źródło: https://www.facebook.com/blogojciec/?hc_ref=NEWSFEED&fref=nf

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Akcja: wyjście na piwo, tydzień planowania

10 paź

Dziecko każde normalne wydarzenie zamienia w akcję. Może nawet w Akcję przez duże A. Ze zwykłego wyjścia do znajomych robi się Wielkie Przedsięwzięcie. Z drobnego wyjazdu na weekend – szczegółowo zaplanowane i rozpisane na kartce Wydarzenie. Teatr, urodziny, kino, grill, wczasy, zakupy (nie daj Boże większe zakupy typu wybór garnituru lub pralki… Syn do tej pory czasem pyta, czy pójdziemy do sklepu oglądać pralki, bo gdy my próbowaliśmy zdecydować się choćby na markę, on szalał po całej powierzchni sklepu albo wisiał mi na płaszczu… świetna zabawa była, mówię Wam, jak napisałam – do tej pory wspomina…).

Podam przykłady z kilku ostatnich tygodni.

Zostaliśmy zaproszeni na czterdziestkę kolegi. Do knajpy. Oko mi błysnęło, bo jak się ma dzieciaka, to wieczorne wyjście do knajpy to jest WOW! No i się zaczęło: jak się pozbyć małego? Misterny plan: podrzucimy go do mojego brata (i bratowej). Telefony, ustalanie (mieszkają pod miastem), kiedy zawieziemy, autem czy taksówką, kiedy odbierzemy, czy wracamy w nocy po imprezie czy rano jak się wyśpimy, ale wtedy trzeba uważać w nocy z piciem, żeby rano móc wsiąść za kierownicę itp. itd, parę dni łamania głowy. Dzień przed urodzinami: bratowa dzwoni, że ma problem z wyjściem z toalety. Nie że się zatrzasnęła, ale  tzw. grypa żołądkowa, wiecie, rozumiecie… Od razu cała rodzina mieszkająca z bratową została wykluczona przeze mnie z opieki, bo to dziadostwo roznosi się błyskawicznie i mało kogo oszczędza, a zarażają nawet ci, co jeszcze nie maja objawów. No to co robimy?! Kto przygarnie pięciolatka na noc??? Dziadkowie na wczasach, reszta rodziny daleko, większość znajomych zaproszona na tę samą imprezę i też kombinują, komu sprzedać dzieci. W końcu jednemu koledze oddaliśmy małego, całe szczęście jest grzeczny w gościach. Ale trzeba było pilnować czasu, bo obiecaliśmy go odebrać koło północy. Więc trzeba było szybciej wyjść. Taksówką podjechać, taksówkę zatrzymać, na trzecie piętro lecieć po zaspane dziecko, z powrotem do auta, do domu, zaspańca na trzecie piętro wtargać, położyć z powrotem spać… A chodziło tylko o to, by pobyć wśród ludzi i napić się piwa i wyluzować trochę… Dla bezdzietnych to taka norma, że się nawet nad tym nie zastanawiają, wychodząc wieczorem z domu…

Drugi przykład. Znowu postanowiliśmy zaszaleć. A raczej ja, a mężydło z ironicznym uśmieszkiem stwierdziło, że też pojedzie. Na koncert Bryana Adamsa, mojego idola z lat młodzieńczych. Bilety kupione pół roku wcześniej. Moja mama zaklepana takoż. Ponieważ rzecz miała mieć miejsce w powszedni dzień, więc ustalono: mały do przedszkola zostanie zaprowadzony. W międzyczasie moja mama przyjedzie z innego miasta. Ustalono godzinę pociągu. Że mężydło ją odbierze. W domu przekażę wszystkie must know. Dalej plan miał wyglądać tak: my do auta i jedziemy do Łodzi, a mama po raz pierwszy odbierze wnuka z przedszkola. Który został o tym uprzedzony kilka dni wcześniej i skakał pod sufit z radości. I za każdym razem, gdy go odbierałam, pytał rozczarowany, czemu babcia nie przyszła, tylko mama. Panie przedszkolanki uprzedziłam, że przyjdzie babcia. Dopisałam mamę do listy osób upoważnionych do odbioru dziecka, numer dowodu etc. Więc widzicie, akcja była wielka. Ale zawsze może być większa! Mały dzień przed całym tym zamieszaniem dostał gorączki. I kurka, cały plan wziął w łeb, trzeba było od nowa łamać głowy, co robić i jak robić, żeby było dobrze. Bo skoro do przedszkola nie może iść, to po co ciągnąć tu babcię. Więc zawieźliśmy młodego do mojej mamy, co wymagało znowu wielkiej gimnastyki umysłowej i kosztowało nerwów trochę. A chcieliśmy tylko pojechać na koncert, a nie zdobyć K2!

No i trzecia historia. Wczasy. Byliśmy w sierpniu, choć możemy wziąć urlop w każdym innym miesiącu i w każdym innym miesiącu byłoby taniej, mniej tłoczno i nie tak cholernie gorąco. No, ale w sierpniu zamykają przedszkole, nie ma co dyskutować. Wybraliśmy Cypr. Pomijam już pakowanie rzeczy małego typu wielka łopata na plażę, plastikowy laptopik, który wzbudził podejrzenie celników (ma baterię, zapomnieliśmy…), bo to oczywiste sprawy. Ale na wczasach (może lepiej mówić „wyjazd z dzieckiem”, bo wczasy to przecież odpoczynek i błogie lenistwo…) mały zrobił nam ponownie ten sam numer z uszami co na Krecie, czyli zapalenie. Co oznacza wzywanie lekarza do hotelu. Dogadać się jakoś trzeba, niby angielski się zna, ale jak są migdałki i angina po angielsku?? Bo chcieliśmy nadmienić, że tuż przed wczasami (tfu, wyjazdem z dzieckiem) mieliśmy atrakcję w postaci anginy ropnej i antybiotyk był brany, po którym mały dostał wysypki na całym ciele (i znowu byłam z nim u lekarza po jakieś leki odczulające) i że może by to trzeba było wziąć pod uwagę przy kolejnym antybiotyku na te uszy… A przecież to tylko wczasy miały być, zwykły Cypr, a nie jakieś Indie czy Peru, zwykła kąpiel w basenie (miliony się kąpią, a mój syn łapie zapalenie uszu), a nie skoki na spadochronie, ech… Nawiasem mówiąc, wizyta lekarza na Cyprze to koszt 100 euro.

Dodam jeszcze, że paradoksalnie z mniejszym małym było na wczasach łatwiej zwiedzać. Ładowało się go w wózek i albo zwiedzał z nami, albo spał. A teraz? Albo zwiedzał z nami, albo nie (tzn. siadał na chodniku i mówił, że on dalej nie idzie – i co takiemu zrobisz??), więc zwiedzanie ograniczyliśmy do minimum, bo nikt nie ma siły nosić 22 kg żywej wagi.

I tak mogłabym mnożyć przykłady. Staramy się żyć normalnie i tak, aby nie omijało nas zbyt wiele, ale czasem jest tak ciężko wszystko zgrać, że wolę machnąć ręką i po prostu zostać w domu, bo gra nie jest warta świeczki. Bo nawet jak już wykombinujemy, jakby tu gdzieś normalnie pojechać we dwoje, to i tak nie ma pełnego luzu, dzwonię i sprawdzam, czy jest OK. Mam wyrzuty sumienia, że kogoś obarczam moimi obowiązkami.

I jeszcze coś. Ostatnio, po tym całym planowaniu, jakby tu się pozbyć małego, by pojechać na koncert (który, nawiasem mówiąc, był nadspodziewanie zaje-sty), po euforii, że oto jesteśmy sami i nie martwimy się, że kogoś trzeba położyć spać, że ten ktoś wstanie o 7 rano i będzie marudził przy posiłkach, naszła mnie straszna tęsknota i pragnienie, by go jak najszybciej przytulić… I taka durna matka ze mnie.

 

Bilansik

11 sie

Mój synek to już pięciolatek. Banalnie dodam, że nie wiem, kiedy to zleciało! Normalnie skandal, szok, niedowierzanie.

Mały bilans zrobię, bo ani się obejrzę, a będzie się szykował do studniówki. Chyba że dobra zmiana zlikwiduje studniówkę, bo czemu by nie. Jezu, lepiej nic o dobrej zmianie już nie pisać, bo mi zamkną bloga ;)

Mały ma 113 cm wzrostu.

Waży 21 kg.

Rozmiar buta: 32.

Zna literki, cyferki, wymawia wszystko ładnie, ale lubi się pieścić i wtedy sepleni.

Jest towarzyski – bawi się chętnie z dziećmi w przedszkolu i z wszystkimi swoimi kuzynami i kuzynkami, a piszę o tym, bo jednak miewa swoje schizy. Np. idziemy dla odmiany do innego niż zazwyczaj parku, gdzie jest fajny plac zabaw i karuzela dla dzieci taka w starym stylu –  z końmi i karocami. Mały dwie godziny przesiedzi na ławce, bo na placu zabaw „nie chce, żeby były dzieci”, a do karuzeli nawet nie chciał podejść. Albo – kolejny raz zrobił nam numer z basenem, powtórka z zeszłego roku. Upał, nowy basen, zjeżdżalnia, o której mały non stop mówi. Jesteśmy na tym cholernym basenie i co? I siedzimy dwie godziny na kocu. Nie wejdzie do wody, nie pójdzie na zjeżdżalnię. Bo nie. No, trzymajcie mnie!

Ulubiona potrawa: mięso. Oprócz słodyczy oczywiście. Ale nawet przedszkolanki mówiły, że tak, jeśli chodzi o obiady, z małym nie ma problemu, mięsko zawsze sam chętnie zje, potem może ziemniaki, za to suróweczka Boże broń.

Sport: bardzo się stara na lekcjach pływania, dobrze kopie piłkę, lubi różne fikołki i wygłupy na łóżku lub trampolinie, ale totalnie ma w nosie rower czy hulajnogę. Coś tam trochę pojeździ, ale nie widzę tego zapału, co u innych dzieci, za którymi biegają sprintem przerażone matki.

Inne umiejętności: obsługa laptopa, tabletu – proszę bardzo. Wszystko, byleby leciały bajki. Lubi te naprawdę stare, nawet za mojego dzieciństwa one już były stare: Krecik, Bajki z mchu i paproci, Zaczarowany ołówek, Pomysłowy Dobromir, Sąsiedzi. Z nowych bajek: ani razu nie obejrzał Kaczora Donalda, ale owszem, Shrek, Epoka Lodowcowa itp. bardzo chętnie. A propos Epoki lodowcowej i opisanych wyżej schiz/fochów. Chcieliśmy wziąć małego do kina na najnowszą część, reklamowaliśmy na wszelkie sposoby: wielki ekran, krzesełka, światełka itp. Tak histeryzował, że nie chce, że odpuściliśmy, a poza tym złapał – tradycyjnie już w upały – anginę. Właśnie skończyliśmy antybiotyk, w tym roku chyba trzeci. A są dzieci, które w jego wieku mają za sobą w ogóle max jeden antybiotyk; bardzo nad tym ubolewam.

Chorowanie małego to największa moja bolączka, największy stres i nerwy. Mam nadzieję, że za rok, na podsumowania sześciolatka będę mogła napisać – przestał chorować!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Jak nie urok, to sraczka albo szycie na żywca

21 paź

No nie da się inaczej tego nazwać – kiedy po pierwszych paru dniach w przedszkolu mały złapał anginę, po dwóch tygodniach chorowania poszedł do przedszkola, pochodził 3 dni i wrócił z gorączką, to pierwszy zdrowy weekend chcieliśmy uczcić po prostu siedząc na placu zabaw i łapiąc ostatki letniego słońca. Bo te wszystkie fajne ciepłe dni września siedzieliśmy w domu jak stare dziadki.

Mały bawił się w skakanie z ogrodzenia z kołków na piasek. Niestety dołączyła do niego jakaś dziewczynka. Gdybym ja to widziała, wzmogłabym czujność, jak Boga kocham, bo już nieraz się przekonałam, że takie dziewczynki na placach zabaw to często lubią popchnąć, szarpnąć, wepchać się w kolejkę do zjeżdżalni, wyrwać łopatkę z ręki etc. Przepraszam wszystkich rodziców dziewczynek, ale takie są moje obserwacje. No, ale synka pilnował tatuś. Ja siedziałam kawałek dalej na ławce z gazetką, no po prostu luksus! I co? I po chwili słyszę ryk małego, leci do mnie z wrzaskiem, za nim przestraszone mężydło. Okazało się, że dziewuszka straciła równowagę i spadając z tych kołków pociągnęła małego ze sobą. Wpadli na jakieś krzaczki – niby nic. Ona się obtarła trochę, za to mały rozciął rękę, dłoń w zasadzie. Jak można rozciąć dłoń upadając z wysokości metra na krzaczek – nie wiem, jest to dla nas zagadką jak dotąd, ale wyglądało to paskudnie, jak przecięcie żyletką. No i zaczęła się akcja, trzeba było jechać na chirurgię dziecięcą. Tam swoje odczekać. Mały wyje, ręki nie da dotknąć. W końcu wchodzimy do sali.

Lekarka stwierdziła, że trzeba szyć i że będzie szyła – uwaga – na żywca. Bo znieczulenie też boli i trzeba czekać, a tu myk, myk i zszyje. Zanim zdążyliśmy dobrze pomyśleć, posadziła małego na taborecie na kółkach (sic!), rękę położyła na leżance i dalejże do dzieła. Synka trzymał mąż, ja i pielęgniarka, a lekarka i tak się mocno dziwiła, jakie dziecko silne i się wyrywa. No żesz kurna! Ciekawe, czy sama by tak dała sobie w ranie grzebać! Nie wspomnę, że taborecik na kółkach nie ułatwiał sprawy, co za durny pomysł, sadzać na nim wyrywające się dziecko! Ale takie refleksje to doszły do mnie później, mądry Polak po szkodzie i takie tam…

Mały darł się tak, że myślałam, że po wyjściu z gabinetu poczekalnia będzie pusta, bo wszyscy uciekną. Na koniec dostał opatrunek, receptę na maść i tyle. Dalej nie było wiele łatwiej, bo za maścią trzeba było trochę pojeździć, a następnego dnia już w ogóle zgłupieliśmy, bo mały dostał prawie 40 stopni gorączki. No i pojechaliśmy z powrotem na tę chirurgię, bo to niedziela była.

Lekarz nie stwierdził widocznego zakażenia, ale dał antybiotyk (niestety, kolejny w tym roku) i kazał się w poniedziałek zarejestrować na wtorek, koniecznie osobiście, bo dodzwonić się nie sposób i jeszcze prócz tego przebadać małego pediatrycznie. No więc oczywiście wszystkie plany poniedziałkowe wzięły w łeb, ja musiałam wstać po szóstej, żeby lecieć małego rejestrować, mąż za to poszedł z nim do pediatry. Która nic nie stwierdziła, więc gorączka wzięła się po prostu z powietrza? Bo chirurg upierał się, że na pewno nie z rany. No OK, pediatra mówiła, że to jednak raczej reakcja na ranę. Chętnie posadziłabym takich dwóch lekarzy, co mają odmienne opinie, w jednej sali i niech dyskutują.

W rejestracji do poradni chirurgicznej zapachniało mi Bareją. Była 7:50, podeszłam do kontuaru, ale odgoniono mnie tekstem, że rejestracja od 8. OK, wybiła 8, podchodzę. Pańcia dwa razy kliknęła myszką, po czym rzecze: system się zawiesił, nie mogę rejestrować, proszę przyjść jutro. I TYLE. Koniec. Co miała zamiar robić przez resztę dnia, nie wiem. Ani słowa o tym, że może zaraz się naprawi, przyjdzie informatyk czy co. Ręce mi opadły.

Następnego dnia system był w porządku, dzięki Bogu, zarejestrowałam małego i zajęłam kolejkę. I obserwowałam, co dzieje się takiego w rejestracji, że nie można się do niej dodzwonić. Otóż, nic takiego się nie dzieje. Panie są dwie. Jedna rejestruje, ale tak bez szału, bo jakichś tłumów nie było, druga przekłada papiery, czegoś szuka w segregatorze, podaje koperty panu doktorowi… A telefon dzwoni. A niech se dzwoni, co za problem dojechać na 8 z drugiego końca miasta przez najbardziej zatłoczony plac we Wrocławiu! Bo rzecz miała się na Klinikach, a żeby dojechać na Kliniki, w 90 % przypadków trzeba jechać przez Plac Grunwaldzki, położony w centrum życia studenckiego i nie tylko, dość dodać, że w tramwaju stałam na jednej nodze przylepiona do drzwi. W takich miejscach jak szpitale i poradnie przyszpitalne czas jakby się zatrzymał w latach 80., kiedy to właśnie trzeba było swoje odstać, pilnować, kto za kim itp. Pamiętam, że w dzieciństwie masę czasu spędzałam w poczekalniach, to była męczarnia dla dziecka. Czekać i czekać w dodatku na nic przyjemnego. Jaki problem było zapisać ludzi w zeszycie co kwadrans? Nie potrzeba do tego komputera czy innej tajemnej maszyny, jedynie odrobinę dobrej woli. Nie mam pojęcia, dlaczego tak było – i dlaczego w niektórych placówkach NFZ nadal tak jest.

No nic, ostatecznie wszystko skończyło się dobrze, mały pochodził kilka dni do przedszkola z opatrunkiem, potem – całe szczęście – pediatra wyjęła mu szew (nie musieliśmy się tłuc ekstra na chirurgię znowu) i na razie – odpukuję, spluwam i co tam jeszcze trzeba – jest dobrze. Oby jak najdłużej.

A w przedszkolu wywiesili kartkę „Uwaga wszawica”. Ha ha ha :) To też powrót do PRL…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Rozrywkowy czerwiec

21 cze

Kolejne zapalenie ucha za nami, tym razem udało się bez antybiotyku, juhu!! Ale przez tydzień podawałam ibuprom i krople, i jeszcze jedne krople, i spray do nosa, i… Uff, dobrze, że na razie koniec. Tydzień z małym w domu był… cóż, męczący. Jedyną „rozrywką” były kontrolne wizyty u lekarza. Aha, pisałam już, że mały zawsze rozkłada się na długie weekendy? Otóż tym razem nie było inaczej, zaczął skarżyć się na ucho tuż po Bożym Ciele…

Po paru dniach w domu z synem marzyłam, by iść do pracy, bo naprawdę, co można robić w domu z dzieckiem codziennie przez tyle dni (a nie wolno wyjść na dwór!)?! Błogosławiony internet, wszelkie filmiki i bajki dla dzieci – co ludzie robili z dziećmi, gdy do oglądania dostępna była jedynie wieczorynka??? Oczywiście nie chcę, by mały non stop gapił się w ekran, ale kiedy już poukładamy klocki (drewniane, Duplo i piankowe) i puzzle (przeróżne), pomalujemy (flamastrami, farbami, kredkami, a także wodą specjalne malowanki), pojeździmy autkami, ulepimy z ciastoliny robale (ulubione przez syna) i powygłupiamy się na łóżku zostaje jeszcze mnóstwo czasu, a wtedy właśnie ratują mnie bajki i Youtube. Zwłaszcza, że nie bez przyczyny ujęłam wszystkie te czynności w liczbie mnogiej – mały nie bardzo chce się bawić sam, coś tam chwilę podłubie, powywraca, ale generalnie chce, bym mu towarzyszyła. Ewentualnie woła mnie co dwie minuty „mamo, zobacz jak poukładałem” albo „mamo, pomóż mi, bo się zepsuło” – w efekcie wracają czasy noworodkowe, kiedy to nie miałam czasu ani na siku, ani na wypicie kawy…

Całe szczęście udało się nam wyjechać na dawno zaplanowany weekend do Wieliczki, przezornie i jasnowidząco zabukowany nie na długi weekend. I było świetnie! Wprawdzie z prawie trzech godzin chodzenia po kopalni mały najlepiej zapamiętał schody, windę i tunele, ale dobre i to :) Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, jak wielkie na mnie wrażenie zrobi kaplica św. Kingi, sama kopalnia oczywiście ciekawa, ale powiedzmy – przewidywalna, natomiast po wejściu do kaplicy w głowie miałam jedno wielkie WOW! Wrażenie piorunujące. I jeziorka podziemne bardzo mi się też podobały, urocze i tajemnicze. Polecam, zwiedzanie bardzo dobrze zorganizowane, każdy turysta dostaje własny wzmacniacz i słuchawkę, więc nie trzeba trzymać się kurczowo przewodnika, a wszystko słychać. Na marginesie – w drodze powrotnej w aucie wynikła dyskusja – co potem z tymi słuchawkami się dzieje? Bo magnetofonik się oddawało, a słuchawki wrzucało do wielkiego pudła. Padły głosy, że strażnicy w nocy je rozplątują i z powrotem pakują do woreczków… Mało higieniczne… I cholernie frustrujące… Z drugiej strony rocznie odwiedza kopalnię milion turystów. Wyrzucałoby się milion słuchawek?? Może macie jakąś teorię?

Z osiągnięć małego: sam zjechał windą w hotelu… Czym przyprawił mnie o szybsze bicie serca. Ale to jeszcze nic, wywołał też stan przedzawałowy, bo wrzucił kartę otwierającą drzwi w supercienką szczelinę między ścianą a wielkim drewnianym zagłówkiem przykręconym do tej ściany… Pozwoliłam mu się bawić tą kartą, bo stwierdziłam, że w pokoju jej przecież nie zgubi. Minutę potem słyszę „mamo, gdzie jest karta?”, „no, gdzie?” – odpowiadam. „Tutaj” – i pokazuje tę milimetrową szczelinę. A mieliśmy już opuszczać pokój. No i dawaj, odsuwać podwójne łoże (żeby stwierdzić, że zagłówek nadal tkwi przy ścianie – nie odsunął się razem z leżem… Potem szarpać za to rzeźbione ustrojstwo… Na szczęście okazało się, że wisi na hakach… A mały tak się zestresował sytuacją, że poleciał do mojej mamy pokój obok (bo wzięliśmy moich rodziców ze sobą, by mieć na wyjeździe godzinkę dla siebie…) i właściwie się do niej przykleił… No i takie to rozrywki z dzieckiem :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Jakbym czytała o sobie i swoim synu :)

04 cze

Poniżej fragment rozmowy z „Twojego Stylu” z Agnieszką Grochowską. Mogłabym sobie przybić piątkę z p. Agnieszką odnośnie jej zdania o macierzyństwie oraz charakter(k)u jej synka. Różowe wyróżnienia są moje.

Twoje pierwsze trzy miesiące w roli matki?

- Były bolesne. Odbierałam je jako stuprocentowe ubezwłasnowolnienie. Nie spodziewałam się tego. I nie chodziło już nawet o to, że nie mogę wyjść gdzieś, gdzie miałabym ochotę. Trudno było mi znaleźć krótką chwilę choćby na prysznic. Pamiętam, że były dni, gdy nie marzyłam już nawet o jednej wolnej godzinie, ale o pięciu minutach – literalnie pięć razy sześćdziesiąt sekund – wyłącznie dla siebie. Tylko tyle. I często… z tego też nic nie wychodziło. To się na pewno brało z mojego podejścia. Przez pierwsze trzy miesiące byłam niemal bez przerwy spięta. Nieprzytomna ze zmęczenia. Miałam kłopot z zaakceptowaniem zmiany, która zaszła w moim życiu. Aż w końcu dotarło do mnie, że macierzyństwo to coś, od czego nie ma urlopu. Nie ma przerwy i nie będzie. Kiedy dopuściłam tę myśl do siebie, coś we mnie odpuściło i od tamtej pory jakoś łatwiej znoszę ograniczenia.

Pierwsze miesiące przy dzieciach też kojarzyły mi się głównie z niekończącym się zmęczeniem. Za to potem zupełnie nie rozumiałam, o co mi chodziło. Taki sielankowy czas.

- Ja też, kiedy teraz siebie słucham, myślę sobie: Grochowska, o jakich ty trudnościach mówisz?! Takie maleńkie dziecko, no nic, tylko je nosić w chuście, przytulać, uśmiechać się, przecież to pełnia szczęście. Ale wtedy monotonia mnie przytłaczała. No, taka jest prawda. Tamtego roku była akurat rekordowo długa zima. (…) A ja przez te pierwsze sześć ponurych jesienno-zimowych miesięcy, okutana w szalik i czapkę, codziennie jechałam z wózkiem tą samą trasą przez park – tam i z powrotem. Dzień w dzień te same ślady: człowiek lub dwoje ludzi, trzy koła, cztery łapy psa. Czasem wydawało mi się, że tylko my tamtędy chodzimy. Zastanawiałam się, kiedy ta monotonia się skończy. Jeśli są kobiety, które potrafią przez ten czas przejść wyłącznie w uniesieniu, to je podziwiam. Szczerze. I zazdroszczę. (śmiech)

Wyobrażałaś sobie, jeszcze przed narodzinami dziecka, jaką będziesz matką? Albo jaką na pewno nie chcesz być?

- Nie robiłam żadnych założeń. Może tylko takie, żeby do niczego mojego syna nie zmuszać, nie narzucać mu własnej wizji, pomysłów. Jednak tak asertywny egzemplarz mi się trafił, że nawet gdybym chciała mu coś narzucić, nie byłoby szans. (śmiech) To też było jedno z moich zaskoczeń. Jego zdecydowanie. Osobność już od pierwszych chwil. Bywa, że patrzę na niego i myślę: Boże, gdybym ja umiała z taką stuprocentową pewnością, w tak oczywisty sposób mówić: „nie, bo nie”, „tak, bo tak”. Żyłoby mi się prościej.

Mówisz o tym z rozczuleniem, a przecież taka cecha dziecka nieraz bywa źródłem napięć i frustracji dla rodzica.

- No pewnie. Choćby ostatnio. Zawiozłam go w sobotę na dziewiątą rano na wspaniałe zajęcia prowadzone w duchu Montessori. Nikt niczego tam nie planuje, nie narzuca, jest za to fasola, którą można przesypywać, latarki, którymi można świecić, woda, którą można przelewać. Dzieci same wybierają, co chcą robić, i są tym zachwycone. Wszystkie poza moim synem, który nawet nie chciał przekroczyć progu sali. Za to spokojnie tłumaczył mi, że chętnie poszedłby do kawiarni obok i wypił tam kawę zbożową. Ale ja nie po to przecież obudziłam się przed siódmą, robiłam mu śniadanie, wyprowadzałam psa i jechałam przez pół Warszawy na te wspaniałe zajęcia, żeby zakończyć przygodę w kawiarni.

I kto postawił na swoim?

- Spróbowałam opanować frustrację, stłumić negatywne emocje i przekonać go, żeby może chociaż na chwilę wszedł i zobaczył, jak fajnie bawią się inne dzieci, że im to się bardzo podoba. A on ze spokojem przyglądał się moim wysiłkom, aż w końcu zupełnie szczerze, bez cienia urazy czy złości, powiedział do mnie: „Mamo, innym dzieciom się podoba, ale mnie się nie podoba”. I natychmiast mnie tym rozluźnił. Pomyślałam: „No, synu, zaimponowałeś mi”. To jest zdanie, które sama w taki właśnie sposób chciałabym powiedzieć pewnie kilka razy w tygodniu: „Innym się podoba, ale mnie nie, dziękuję”. Zwykle jest to trudne. Albo człowiek się boi, że kogoś urazi, albo – jeśli już mówi coś takiego, to z negatywnymi emocjami. Skończyło się tak, że w końcu poszliśmy razem do tej kawiarni, wypiliśmy kawę zbożową i nawet zjedliśmy ciastko. (śmiech) I było naprawdę fajnie. A tydzień później syn oznajmił, że już chciałby pójść na zajęcia z latarkami i do dziś jest nimi zachwycony.

Czytaj więcej na http://www.styl.pl/magazyn/wywiady/news-agnieszka-grochowska-moja-nowa-rola-glowna,nId,1714395#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

 

Taaaa… Zazwyczaj z moimi super pomysłami odnośnie małego trafiam kulą w płot. Tak było właśnie z zajęciami dla dzieci, coś jak wyżej. O wyprawie na sanki pisałam. A przykłady z ostatnich dni? Ależ proszę. Z okazji dnia dziecka wymyśliłam wyprawę do dinoparku. Mały lubi dinozaury, ogląda o nich bajki, książeczki, ma zabawkowe tyranozaury, którymi czasem mnie „straszy” :) Wiecie, jak George ze „Świnki Peppy”. No więc jedziemy tam i mówię, że świetna zabawa będzie, dinozaury wielkie, można oglądać, dotknąć. Nie, on nie chce. Hmm… No nic, może się odkorkuje, jak zobaczy na miejscu. Spójrz, jaki fajny dinozaur synku. Nie. Może pójdziemy obejrzeć. Nie. Chodź, możemy sobie zrobić zdjęcie. Nie. Aha, no cóż… Ale ale, nagle mały biegnie roześmiany, mamo, mamo, chodź. Zobaczył dmuchany zamek. Taki do zjeżdżania i skakania. I spędził w ten sposób dwie godziny, włosy miał w strąkach z potu i emocji. Jechać kilkanaście kilometrów i wywalić pięć dych na wstęp, aby poskakać na dmuchańcu? Czemu nie…

Historia numer dwa. Mały ostatnio marudzi przed kąpielą, trzeba go na siłę prawie wrzucać do wanny, chyba ze ma jakąś super zabawkę typu plastikowy pisolet czy kubek. Oczywiście codziennie inny. Kupiłam mu więc taką piankową strzykawę. Będzie super, choć raz chętnie pójdzie się kąpać. O mój Boże, było gorzej niż zwykle, ponieważ strzykawa, owszem, spodobała się małemu, ale absolutnie nie chciał jej zamoczyć!!! Zaczął udawać, że to mikrofon, że w wodzie się zepsuje (no oczywiście, nie wolno przecież moczyć elektronicznych sprzętów!) i bronił się przed kąpielą sto razy bardziej niż zwykle. Był ryk, smarki i wrzaski. Ekstra po prostu. A na drugi dzień mały, jak gdyby nigdy nic, poszedł do wanny ze strzykawą i psikał po ścianie aż miło… Teraz czekam, aż zacznie męczyć o park dinozaurów…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Różne takie

18 lis

Trzeci tydzień siedzimy w domu. Tak bardzo bym już chciała, żeby sytuacja się unormowała – bo i my z mężem urywamy się z pracy, i mały opuszcza przedszkole, i nudzi mu się, marudzi, że chce na dwór i wcale mu się nie dziwię. Ja wiem, wszyscy mówili, o, przedszkole, to będzie chorował, moja siostra mówi – idzie zima, szykuj się i take tam. OK, OK, ale myślałam, że to jakoś z przerwami będzie! A tu jak na Wszystkich Świętych mały dostał znienacka gorączki, tak do tej pory ciągle coś się dzieje, z jednym dniem przerwy, o którym za chwilę. Najgorszy był ten poranek z wymiotami – nagle mały po obudzeniu się zaczął płakać i zaczęło nim szarpać. Biedak, nie wiedział, co się dzieje. Doktor stwierdziła, że to być może początki szkarlatyny, co i ja zdiagnozowałam wcześniej na podstawie wiedzy z internetu (jak większość ludzie chyba teraz…). Mały był czerwony na buzi, ale z bladym trójkątem przy ustach. No i dlatego dostał ten antybiotyk, tyle że prawie tydzień już bierze, niby jest OK, a tu wczoraj na wieczór stan podgorączkowy, no żesz kurna!

Właśnie to mnie najgorzej wkurza w tym chorowaniu, niby nic, niby dobrze, a tu nagle niespodzianka! I kolejny tydzień w plecy. Stary jak ma chorować to czuje, tu coś zaboli, gardło drapie, katar się zaczyna, można się przygotować. A u dziecka? Skacze, tańczy, śpiewa, okaz zdrowia po prostu, po czym w jednej chwili 40 stopni gorączki. I to zawsze w sobotę wieczorem.

A ten jeden wspomniany dzień to był 10. listopada. Jak teraz o nim myślę, to totalnie nierealny mi się wydaje! Mały wydawał się już zdrowy, więc poszedł do przedszkola, a ja z mężem mieliśmy wolne w pracy, oddane za 01.11. I co? I, kurna, poszliśmy do kina! Na przedpołudniowy seans, ha ha. A potem na obiad, super było! Wyrobiliśmy się z naszą „randką” do godziny 16, kiedy to trzeba było iść po dziecko do przedszkola :) Polecam wszystkim młodym rodzicom takie małe szaleństwo, czułam się niesamowicie, jakby czas się cofnął o 10 lat. Zwłaszcza, że włożyłam spódnicę i obcasy, tak niepraktyczne, jeśli jest się gdzieś z dzieckiem.

A wracając jeszcze do dziecka mojego kochanego. Rozśpiewał się ostatnio bardzo (na pewno coś mu umknęło przez te tygodnie w przedszkolu), śpiewa „Przedszkolaczka”, o którym już pisałam, „Sto lat” (bo co chwila któreś dziecko ma urodziny), a ostatnio „Kotki dwa”. Nawet siedząc na kibelku sobie podśpiewuje :)

I moim zdaniem rozwija się bardzo ładnie, lepiej wymawia słowa, nabywa nowych umiejętności. Od września nauczył się (prawie) sam ubierać i rozbierać, korzystać z toalety, jeść bez wielkiego rozchlapywania. Mało? Na to wygląda. Ostatnio przedszkolanka mnie zgasiła (jak mały jeszcze chodził). Że ona pisze opinię kwartalną (czy jak to się tam nazywa) i dziecko powinno liczyć do pięciu, a synek pomija trzy! Chryste Panie, no coś strasznego! Liczy jeden, dwa, cztery, pięć, no wiecie co, na takim etapie rozwoju to skandal! Ale to akurat pryszcz. Jeden dzień nauki w domu i mały liczy do dziesięciu. Żaden problem, ani dla mnie, ani dla niego. Bardziej mnie zmartwiło to, co jeszcze mówiła. Że mały jest nerwowy i ambitny i gdy mu coś nie wychodzi, strasznie się denerwuje i nie można się z nim wówczas dogadać. To akurat dobrze wiem i znam z domu. Tylko wstrząsnęło mną, jak babka powiedziała, że inne dzieci tak nie robię i moje dziecko odstaje od grupy. To zabolało. I zmartwiło mnie bardzo. Przedszkolanka poradziła wizytę u psychologa szkolnego. Bo gdy np. dzieci mają przebrać się na gimnastykę, to mały od razu płacze, bo wie, że nie zdąży się przebrać, a nie zdąży, bo nie trafi nogą w nogawkę i się wkurzy i rozhisteryzuje i wpadnie w panikę, bo inne dzieci już będą wychodzić z sali a on jeszcze nieprzebrany.

Wiem, że one (przedszkolanki) są tylko dwie, a dzieci dwadzieścioro parę. I nie ma czasu się każdym ekstra zająć. Z drugiej strony – to tylko trzylatki. Nie jest normalne, że się złoszczą i histeryzują? I nie zachowują się jak żołnierze w jednostce? To było bardzo przykre słuchać, że moje dziecko jako jedyne takie sprawia kłopoty. Bo wiem, że jak mu powiedzieć jasno i wyraźnie, że ma zdjąć czy włożyć spodnie, to on to zrobi i zwróci uwagę na właściwą nogawkę, tylko zajmie mu to trochę czasu. Czy to takie dziwne u trzylatka?

Na razie wizyta u psychologa się oddaliła, bo mały choruje i nie mam na to głowy. Ale temat pewnie wróci…

 

Oczami – nomen omen! – dziecka

04 lis

Wiecie, co to jest? Mały przy śniadaniu (nieustannie hitem są płatki kukurydziane i kółka zbożowe) woła: Mamo, spójs! Otunat z ocami!

- czyli odkurzacz z oczami znany małemu z Teletubisiów:

(źródło – strona http://craftsite.pl/)

Żeby zostać w temacie okulistycznym – Mamusiu, gitala ma oczy!

No i powiedzcie, że nie:

Albo taka zabawa – spory worek foliowy mały ściskał mocno w rękach, a potem rzucał na podłogę i patrzył jak „rósł” – mamo, dmucham materac!

Ostatnio na cmentarzu mały wołał, że jest dużo „plusów” – mama, plus plus, zobac! Trochę go poedukowałam i pierwszego listopada już mówił „krzyżyki”.

Uwielbiam te jego odkrycia i skojarzenia. I zadziwienia – jak ostatnio, gdy włożyłam niebieskie rajtuzy. Mamo, a co ty masz? Niebieskie nogi? Ja tez mam niebieskie nogi! – chodzi oczywiście o te jego nieszczęsne ortezy. Które mam nadzieję za miesiąc pójdą w kąt, już zarejestrowałam nas na wizytę i jeśli doktor nadal będzie obstawał przy tego typu rozwiązaniach, poszukam innego fachowca. Wg mnie nóżki synka wyglądają tak samo iksowato jak dwa miesiące temu, kiedy to zaczęliśmy zakładać mu na noc to ustrojstwo. Ale może oczekiwałam zbyt spektakularnych efektów? Przydałaby się jakaś nagroda za te wszystkie łzy i krzyki.

Pracuję pełną parą, niedługo pierwsza wypłata, ha! Zgodziłam się też raz w tygodniu jeździć autem do innego miasta i tam również serwisować punkty. Kierowcą jestem bardzo średnim i traktuję to jako wyzwanie. I jestem z siebie dumna, że jeżdżę sama!

Musiałam zrobić badania psychotechniczne, by móc służbowo jeździć samochodem. No i to było hmm… ciekawe doświadczenie. Mężydło miało już kiedyś takie testy i najbardziej się emocjonowało ustawianiem prętów dżojstikami w jednej linii (ćwiczenie na prawidłowe ocenianie, co jest bliżej, a co dalej). Stwierdziłam, że dam radę i nie wnikałam, co tam jeszcze na tych badaniach sprawdzają. A tu, kurka, dostaliśmy (ja i jakiś facet, o którym za chwilę) testy z figurami geometrycznymi do dopasowania, testy z ciągiem różnych cyfr i znaków z pustymi miejscami do uzupełnienia i tego typu zgadywanki logiczne rodem z mensy, których nie lubię, nie umiem i nie spodziewałam się! (dzięki mężu, że mnie ostrzegłeś…). W dodatku to było na czas! Jak usłyszałam „Macie państwo 2 minuty” wpadłam w panikę. I tak męcząc się nad jakimś rombem i zastanawiając się, czy jego lustrzane odbicie kryje się pod odpowiedzią A, B, C lub D, zagadnęłam gościa obok (babka od testów na chwilę wyszła), co tam zaznaczył u siebie. Niechętnie odpowiedział. A co pan ma w dziewiętnastym? A ten mi wypala – wie pani, uważam, że powinniśmy rozwiązywać te zadania indywidualnie… Jezu, jak mnie zatkało! Trafiłam na faceta, który zapewne w szkole pisząc sprawdzian zakrywał ręką to, co pisze! Kujon cholerny. Dokończyłam wszystko sama. I wiecie co? I zdałam! Po testach już była łatwizna, te pręty właśnie, błyski w ciemni i naciskanie guzików na czas. W porównaniu z dopasowywaniem figur i cyfr – zabawa.

Cieszę się, że trochę mi się poszerzyły horyzonty poza deskę do prasowania i mop, z drugiej strony prawda jest taka, że prasować i myć podłogi nadal trzeba. I robić zakupy. I gotować obiady. I szorować wannę. I kible. I umywalki. I zetrzeć kurze. I zmienić pościel. I powiesić pranie. I, kurde, milion innych rzeczy nadal trzeba robić, mimo, że czasu mam o wiele mniej. Kłócimy się o to z mężem. Bo jemu nie przeszkadza. Bo się przyzwyczaił. Bo wymyślam. A tak w ogóle on idzie się położyć. Teraz ma odkurzać??

Męża się nie wybiera – usłyszałam ostatnio… Od męża zresztą. Głębokie, co?

 

 

Łatwo nie jest

10 paź

Życie zdecydowanie przyspieszyło, latam jak chomik w kołowrotku. Rano trzeba oporządzić siebie i dzieciaka (wcześniej bywało, że snułam się w piżamie po mieszkaniu do południa, ech, piękne czasy…), potem całe szczęście najczęściej mąż zwleka się z łóżka i odprowadza małego do przedszkola, a ja się „dokańczam” i wychodzę zarabiać na waciki. W pracy się… męczę psychicznie, bo cały czas poznaję coś nowego. Mózg mam nastawiony na najwyższe obroty, bo za kilka dni kończę szkolenie, po którym mam sobie już radzić ze wszystkim sama, staram się więc do tego czasu wchłonąć jak najwięcej informacji. Co po paru godzinach objawia się ziewaniem i totalną sieczką we łbie… Wracam do domu tak wypompowana, że marzy mi się jedynie ciepły obiad i bezmyślne oglądanie telewizji. Zamiast tego jest bieg po małego do przedszkola, plac zabaw – by wykorzystać ostatnie, jak sądzę, ciepłe dni – oraz ogarnianie chaosu w domu.

Wcześniej miałam wszystko zrobione na tip top, namiętnie oglądałam „Perfekcyjną panią domu” łapiąc się za głowę, co to ludzie mają w domach za syf. Teraz u mnie hałda prania leży na kanapie parę dni czekając na prasowanie, zmywara albo parę dni stoi załadowana czystymi rzeczami, albo pusta (za to zlew pełny…), a odkurzanie zaplanowane na poniedziałek zaczęłam robić dziś, czyli w piątek. Zaczęłam, bo – szlag jasny – odkurzacz mi się w trakcie zepsuł. Wyłączył się i już nie raczył ponownie ruszyć, pewnie się obraził za tak długie oczekiwanie…

Z synkiem bywa różnie. Jego zachowanie głównie zależy ostatnio od tego, czy uda mu się samodzielnie włożyć buty/kapcie czy nie. Bywa więc tak, że za pierwszym razem szczęśliwie wsunie stopę w but/kapeć, równiutko zapnie rzepy (poprawia kilka razy, nie może być krzywo) i cały dumny i zadowolony jest gotów do dalszego działania, czyli pójścia do przedszkola, do sali swojej grupy albo powrotu ze mną do domu (w myślach śpiewam wtedy alleluja!!!).

Ale zdarza się, że coś mu to wkładanie obuwia nie idzie, zagnie się język albo mu się tylko wydaje, że się zagiął i wtedy zaczyna się MEGA CYRK. Mały się wkurza na maksa, rzuca butem, ryczy, krzyczy, smarka, a moje próby pomocy jeszcze bardziej go nakręcają. „Ja sam! Ja sam umiem!” – krzyczy zasmarkany i w takim stanie ponawia próbę, ale już niedokładnie, więc znowu nie wychodzi i jest jeszcze gorzej… Nie działa nic. Pomoc – jak napisałam – odpada. Racjonalne tłumaczenie też. Przytulanie, uspokajanie pomaga na sekundę. Groźby zaogniają sprawę, udawanie, że się tego wszystkiego nie widzi również prowadzi do eskalacji problemu. Ostatnio trwało to godzinę, GODZINĘ!!! Już przedszkole zamykali, a ten dalej z butem walczył. Ciśnienie miałam chyba 1000/800. Miałam ochotę… oj, chyba nie napiszę, co miałam ochotę zrobić z własnym dzieckiem. W końcu włożyłam mu tego buta wbrew protestom o mocy 300 decybeli. Całą drogę wrzeszczał, że chciał to zrobić sam. Czerwony, spocony, zachrypnięty, ciągnięty przeze mnie za rękę. WSZYSCY SIĘ NA NAS GAPILI. Just great.

Przeklinam dzień, w którym uczyłam go zakładania butów mówiąc, jakie to ważne, by umiał sam to robić (na prośbę przedszkolanki to zrobiłam zresztą). Zazdroszczę innym rodzicom, kiedy widzę, że ich dzieci w szatni wyciągają w ich stronę nogi „do obsłużenia”. I już drżę na myśl o zimowym obuwiu, trudniejszym w obsłudze od półbutów.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Wrzesień wrze

24 wrz

Przeładowany ten wrzesień wydarzeniami. Jedno pociąga za sobą drugie, za chwilę dzieje się coś jeszcze, coś nowego z tego wynika i tak to wszystko kołuje, że chwilami wysiadam. Ptak Nakręcacz chyba zwariował, nakręcił sprężynę na maksa (mam nadzieję, że to już max).

Samo przedszkole to temat rzeka. Chwilami nie poznaję własnego dziecka. Gdy wracamy do domu, nagle zaczyna tańczyć albo machać rękami „jak ptak, mamusiu”, albo iść na palcach, albo maszerować. „A piosenka była? A pani puściła? Pani Ewa. Pani Sylwia. A rękami o tak!” – i podnosi do góry. O tym, co działo się w przedszkolu, opowiada właśnie pytaniami: „A styka była?”. „Jaka styka? Plastyka?” – pytam. „Nie! Styka”. Po jakimś kwadransie doznaję oświecenia: „Gimnastyka!”. „Tak!! I tak robiłem!” – i coś a’la breakdance mały wykonuje na chodniku. „Ze strusiem!!!” – dodaje, bo od pierwszych dni przytulanka struś towarzyszy synkowi w przedszkolu. Kupiłam mu nawet drugi egzemplarz i tak piorę je na zmianę, bo nie mogę patrzeć, jak najpierw cały dzień go szura po przedszkolu (podłoga, szatnia etc.), a potem chce z nim spać…

Tak więc mały stał się rozmowny, na swój sposób opowiada, co przeżył nowego, wtrąca słowa, których nie używał wcześniej. Np. kiedy coś mu smakuje, woła „Pyszne!”. Kiedy go pytam, czy zjadł kotlecik, dopowiada „Z sosikiem!” – ewidentnie powtarza za panią, która pomaga dzieciom przy posiłkach. Od wczoraj klepie się po kolanach i woła „Ram tam tam, ram tam tam” – z czego wnioskuję, że uczą się piosenki o przedszkolaczku. Niby nic – powiecie – ale dla mnie to są niesamowite odkrycia, totalnie nowe doświadczenie. Widzę jak na dłoni, jak mały się rozwija i uspołecznia. Stał się odważniejszy, woła dzień dobry i do widzenia, podaje rękę, na ostatnim zjeździe rodzinnym witał się pięknie ze wszystkimi, nawet z pierwszy raz widzianymi osobami.

Widzę, jak wcześniej trochę się „kisiliśmy” we dwójkę. Być może za bardzo go wyręczałam, z wygody i przyzwyczajenia. Trudno wyczuć, kiedy nagle przestać coś robić i przerzucić to na dziecko (np. podciąganie majtek). Brakowało mi też pomysłów i ochoty, by codziennie uczyć go czegoś nowego. Brakowało wiedzy, jak to robić i czego właściwie powinnam wymagać i oczekiwać. Mały zresztą też na pewno potrzebował bodźca, zachęty ze strony pań, których pewnie bardziej słucha niż matki, a i grupa też oddziaływuje. Synek zaczął zupełnie samodzielnie jeść, bez ponagleń umie się rozebrać, z małą pomocą się ubiera, w dwa dni nauczył się wkładać kapcie (zdejmować umiał wcześniej, bo był to warunek skakania po łóżku…), odkłada buty na półkę, kojarzy też oczywiście, gdzie jest jego miejsce w szatni. W końcu zaczął też wreszcie sam trzymać siusiaka przy siusianiu. I zamiast „dziękuję” zaczął mówić „dziękujemy” :)

Tak więc nieraz przecieram oczy ze zdumienia, myślę sobie „o, kurde, ale czad!”, kiedy widzę kolejny postęp, kolejne novum u mojego dziecka. Czasem nie nadążam, nieświadoma jego nowych umiejętności próbuję coś zrobić, a mały protestuje, ponieważ woli to zrobić sam, bo – jak się okazuje – już potrafi!

Żeby nie było tak kolorowo, muszę dodać, że rogów mały nie zgubił i nadal świetnie udaje mu się doprowadzić mnie do szału. Zwłaszcza, gdy uprze się robić coś, co mu się nie udaje, uuu, ratuj się, kto może, klocki czy co tam innego fruwają po pokoju…

Oprócz przedszkola i nowinek z nim związanych wrzesień przyniósł mi jeszcze propozycję pracy. Szybko i niespodziewanie, nie miałam nawet czasu wpaść w depresję z powodu „pustego gniazda”. Byłam na rozmowie, medycynę pracy odwiedziłam, zaczynam od października, zestresowana i stremowana. Modlę się tylko, by mały był zdrowy, żeby nie zaczynać nowej pracy od L4. Szczegóły później…

Nieobecność małego w domu przez te parę godzin dziennie zmobilizowała mnie do generalnych porządków oraz do różnych czynności, na które nie mogłam sobie pozwolić mając go na karku. Chwilami padałam na pysk. Ot, durna, zamiast siedzieć z kawką w fotelu i cieszyć się ciszą w domu… O tym też później.

„Niebieskie buciki” zakładamy co wieczór i co wieczór serce mi się kraje. Jest coraz gorzej, synek coraz bardziej się buntuje, zamiast się przyzwyczajać, robi coraz większe burdy. Nie wiem, co dalej, jeszcze ponad dwa miesiące…

Co tam dalej? Od dwóch tygodni jestem podziębiona. I w takim nieciekawym stanie zdrowia zrobiłam swoje urodziny na kilkanaście osób, plując sobie w brodę i sycząc do mężydła – „jeśli jeszcze raz wpadnę na pomysł organizowania imprezy ciągnącej się przez 3 dni, kopnij mnie w tyłek i wybij mi to z głowy”. Było super, miałam niezapomniane urodziny, ale urobiłam się strasznie i choć jedzenia było mnóstwo, schudłam 4 kilo i głodna zrobiłam się dopiero po wyjeździe ostatnich gości…

Coś dodatkowo? Tak, jeszcze parę innych spraw pomieścił ten wrzesień, ale o tym już nie dziś…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS