RSS
 

Notki z tagiem ‘spacer’

Wiosna, ale luty

25 lut

Wiosna w pełni. Grzech nie wyjść z dzieckiem, choć czasem mi się strasznie nie chce, zwłaszcza, że nic w takim wyjściu nie jest proste. Począwszy od ubioru – no, jest te 10 stopni, ale w sumie luty, no to jednak rajtki, na rajtki portki, sweterek, kurtka, szalik, czapka, buty… i już jestem upocona. Bo też mały nie zawsze chce wyjść i słabo współpracuje (czyli wyrywa mi się z rąk, kładzie się, ucieka do kuchni etc.), ale już ja go znam – jak tylko wyjdzie, będzie się cieszył, mało tego, będzie robił aferę, gdy przyjdzie czas powrotu, czytaj: gdy matka będzie już głodna, ale z pełnym pęcherzem, znudzona babkami w piasku, zmęczona kopaniem piłki oraz marząca o kubku pełnym kawy.

A mały co, jak głodny, to mama da bułkę (moje dziecko uwielbia suche bułki z ziarnami), gdy się zmęczy, to pakuje się do wózka, gdy mu się znudzi jedna zabawa, leci w inne miejsce i wymyśla nową formę dręczenia matki, np. woła: łap kółko! i rzuca sitkiem z piaskownicy niczym ringo.

Pełnym pęcherzem mały się też nie przejmuje, wiadomo – pampers na tyłku jest, choć muszę przyznać, że ostatnio baaaardzo rzadko korzysta z tej możliwości. Hip hip, hurra!! Już jestem spokojna, że zanim pójdzie do przedszkola na pewno nadrobi pewne niedociągnięcia, a mianowicie zacznie informować o siusianiu. Bo tak - od jakiegoś miesiąca po nocy ma suchą pieluchę, rano wysadzam go i siura. I tak cały dzień – posadzę go na nocnik lub na nakładkę na sedes (mniej chętnie korzysta), sika aż miło. Ale zanim to nastąpi, idzie w zaparte, że siusiu nie chce. Raz go przetrzymałam, pytając co chwila, czy chce. No i zaprzeczał nawet wtedy, kiedy już moczył spodnie… Generalnie zakładam mu jeszcze kontrolnie pieluchę na spanie i na dwór, ale widzę, że to już łabędzi śpiew. W końcu!

Wracając do poprzedniej myśli – małemu niczego na podwórku nie brakuje, wręcz przeciwnie, więc powroty są długie i trudne. Synek nabrał paskudnego nawyku pokazywania palcem wskazującym kierunku jazdy wózkiem: tam! – obwieszcza – i jeśli go nie słucham, rzuca się jak piskorz i wrzeszczy. Milutko, nie?

Moja mama miała ostatnio wykonany zabieg na kolanie, artroskopię. Z grubsza chodzi o pozbycie się z kolana różnych bolesnych zwyrodnień narosłych na kości. Ponieważ było to w szpitalu na Borowskiej, gdzie miałam wątpliwy zaszczyt wydać na świat potomka, wróciło do mnie sporo wspomnień. Kolejki do okienek, tłum w holu, chaos… Jak dobrze być tam tylko odwiedzającym.

Dzień po zabiegu mama miała próbować wstawać. I pierwsze słowa lekarza do niej: a gdzie ma pani kule? Okazało się, że nie tylko papier toaletowy, sztućce i kubeczek trzeba mieć swoje. Ech… Kule można pożyczyć w kilku miejscach we Wrocławiu, w sklepach ze sprzętem rehabilitacyjnym. Taki sklep jest również w szpitalu na Borowskiej, ale tam nie pożyczają… Dlaczego? A cholera wie.

Raz byłam u mamy w odwiedzinach sama, mały został z mężydłem w domu, mężydło się urlopowało przez jeden dzień. Ale drugi raz już pojechałam z gościem w wózku, bo zostawić przecież go nie mogę, choć bardzo bym chciała. Ledwo upocona (znowu – bo pchałam wózek, niosłam kule i siatkę z rzeczami) przysiadłam na krzesełku przy łóżku, wpadła pielęgniarka i rzuca: No wie pani, z takim dzieckiem! Ja bym takiego dziecka do szpitala nie przywoziła! Mamie, uradowanej z widoku wnuka, zrzedła mina. Hmm… Nie wspomnę, że przyjść musiałam, bo przywiozłam te kule. Oraz kilka innych rzeczy, których szpital jakoś nie zapewnia. Mały siedział w wózku i niczego nie dotykał. No i byłam na oddziale ortopedii, ale po słowach pielęgniarki zaczęłam wszędzie widzieć prątki gruźlicy…

Całe szczęście mamę szybko wypisali, zresztą zupełnie znienacka, bez uprzedzenia, mówili wstępnie o piątku, a wypisali w czwartek, przez co parę godzin musiała czekać na tatę, żeby się wyszykował i przyjechał (moi rodzice nie mieszkają we Wrocławiu).

Jeszcze żeby prywatnie było lepiej, a gdzie tam. Mama robiła trzy podchody do tego zabiegu w prywatnej klinice. Za każdym razem przyjeżdżała spoza Wrocławia. Zdenerwowana czekającym ją zabiegiem, ale i umęczona bólem kolana. Zawsze wcześniej przez parę tygodni musiała brać zastrzyki w brzuch (ani przyjemne to, ani tanie), rozrzedzające krew. Dla jasności: przed każdym planowanym zabiegiem, czyli trzy razy po kilka tygodni. I co? Albo w ostatniej chwili okazywało się, że w dniu zabiegu mama już nie powinna była brać zastrzyku: Nikt pani nie uprzedził? No cóż, trudno, zabieg odwołany. Albo wychodziło na jaw, że wyniki zrobione kilka dni wcześniej w tej klinice (mama była specjalnie je tam zrobić, bo nie honorowano z innego laboratorium) były niezadowalające i zabieg trzeba było przełożyć: Nikt do pani nie dzwonił wczoraj, żeby uprzedzić? Ojej, widocznie zapomniał. Albo anestezjolog zażądał znienacka EKG – To pani nie ma aktualnego EKG? Nikt nie powiedział, żeby zrobić? I mamę ze stołu operacyjnego odsyłano do domu.

Tym sposobem trzy razy odsyłano chorą siedemdziesięcioletnią kobietę o 20 wieczorem do domu, mając w dupie, że nie jest z Wrocławia. Nie sądziłam więc, że to powiem, ale już lepiej zajęli się tym w szpitalu na NFZ niż w tej pożałowania godnej przychodni/klinice. 

Wniosek? Zanim na jakiś zabieg/operację się udamy, należy spojrzeć w szklaną kulę i wyczytać przyszłość. Dowiedzieć się, co będzie, co robić, a czego się wystrzegać. Bo nikt nie kwapi się informować o czymkolwiek, bo niby czemu. Nie wiedzieliście? No to już wiecie.

 

Na spacerze – jesień to czy zima??

17 gru

 

Doba z małym cz. 2

22 lis

Koło ósmej zwlekam się z łóżka, zwłaszcza, że mały popędza: kaka! kaka! Chcesz kaszkę? – upewniam się. Taaaaaaaaaaak!!! No to wstaję, bo mi dziecko z głodu padnie. Mąż też tak jakoś powoli oko odmyka, nie ma konkretnej godziny na pojawienie się w robocie, szczęśliwiec jeden. Czasami, gdy jednak musi szybciej być w pracy i o ósmej już go nie ma, mały zawiedziony klepie w pustą poduszkę Tata nie ma? Tata nie ma?

Chociaż od wielu miesięcy nasze poranki wyglądają tak samo, mały nadal mi ucieka, gdy chcę mu zmienić pieluchę i go ubrać, walczy ze mną, więc trochę trwa, zanim w końcu znajdziemy się w kuchni. Synek leci do swojego krzesełka, ja w panice grzeję mleko, bo to już tak późno, a dziecko głodne, po czym najczęściej, kiedy kasza już gotowa, okazuje się, że wcale aż takiego apetytu nie ma i jedzenie idzie opornie.

Po śniadaniu mały trochę się bawi, woła o bajki, gapi się na reklamy. Ja zerkam na telewizor dla odmiany pomiędzy reklamami, bo leci Dzień Dobry TVN. I tak się wymieniamy – na reklamach ja mogę zająć się sobą, posiedzieć w łazience, zjeść śniadanie, a gdy leci program, mały stęka, marudzi i wisi mi na nodze. Zazwyczaj żebrze o ciastko (Cia, cia, cia?!) lub podjada mi z talerza, zależnie od tego, co mam. Jeśli jem płatki z mlekiem, podjada na 100%.

Potem, około 10-11, jeśli jest pogoda w miarę, czyli nie leje, wychodzimy na dwór. Znowu ubieranie, przebieranie (w domu synek lata w dresach, na plac zabaw zazwyczaj ubieram mu coś konkretniejszego: dżinsy, sztruksy), szykowanie różnych rzeczy na dwór sine qua non. Picie, przegryzki, mokre chusteczki, ostatnio żel antybakteryjny zaczęłam też nosić, bo gdy mały po piaskownicy chce koniecznie jeść bułkę, to mało nie mdleję na widok jego usmarowanych rąk i prędzej bym padła, niż jedzenie mu dała.

Zanim plac zabaw, to jeszcze 3 piętra po schodach, różnie z tym bywa – czasem schodzi sam, czasem tak marudzi, cofa się i wisi na mnie, że chyba ze 20 minut nam to zajmuje. Z piwnicy biorę wózek, ładuje doń małego i heja, teraz idzie już szybciej, bo gość jest zapięty i nie ma jak stawiać oporu. Uff! Spędzamy na dworze jakieś dwie godziny, jak mam szczęście, to na jednym placu zabaw, ale zazwyczaj są to dwa place plus bieganie między nimi plus zakupy. No i trzeba zarządzić odwrót, tu też jest różnie, nieraz mały sam się ładuje do wózka, bo chce wracać na Pepę (Świnka Pepa) i robi papa dzieciom, często jednak jest bunt, gorące dyskusje i przemoc (z obu stron – ja zapinam na siłę potwora w wózku, a potwór mnie kopie). Czasem gościu niby chce jechać do domu, a pod klatką urządza mi cyrk, z czego wnoszę, że zmienił zdanie – ot, rozrywka taka, nigdy nie wiem, na co trafię, nie ma nudy!

Zakupy z wózkiem zostają w piwnicy, potem muszę po nie zejść, a tymczasem nas czeka mozolne wdrapywanie się do góry i znowu – raz mały leci sam, czasem chce, żebym szła przodem, a on wlecze się za mną i nie wolno mi się odwracać i kontrolować, co robi i czy nie spada ze schodów, bo się obraża i nie wchodzi wcale, często dopiero w tym momencie pokazuje, że się rozmyślił i jednak do domu nie wraca i wrzeszczy, i kładzie się itp. – milusio jest. Pół biedy, kiedy łaskawie pozwala się wziąć na ręce, chociaż gały mi już wychodzą z orbit, gdy go niosę i pewnie jakaś żyła na czoło wychodzi. Czasem sąsiadka aż zaglądnie, co się dzieje – niezbyt mi na rękę robienie z siebie widowiska, z drugiej strony wówczas mały się mityguje i nagle wraca mu rozum, i grzecznie maszeruje po schodach, co świetnie świadczy o mnie jako matce – widać musiałam mu coś robić, że wrzeszczał, bo tak, o proszę, spokojne dziecko.

Kiedy już cała upocona w końcu jestem w mieszkaniu, kiedy rozbiorę dzieciaka i siebie, to już tylko myśl o tym, że zaraz kawa ( dla mnie) i drzemka (dla małego) pozwala mi się jakoś trzymać. Bo jeszcze tylko zmiana pieluchy i ubrania (spodnie zazwyczaj nie nadają się do niczego innego poza praniem), jeszcze tylko drugie śniadanie potworowi dać i zęby mu umyć, jeszcze tylko spełnić obietnicę puszczenia bajki, jeszcze tylko ubrać go na powrót jak na dwór, jeszcze tylko załadować go do drugiego wózka na tarasie i przykryć kocem i już, już można pstryknąć ekspres i usiąść, i maile odebrać, i Pudelka przejrzeć, i coś kupić i sprzedać, ale nie za długo, tyle co kawa i czekoladka (no dobra, kilka czekoladek), bo jeszcze poodkurzać, obiad naszykować, pralkę włączyć, coś wyprasować, coś zszyć… i nagle około 15-16 słychać stękanie i wołanie z tarasu mama…, mama…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Życie codzienne… z dwulatkiem

19 wrz

Mały ostatnio znowu daje mi popalić. Już kiedyś miałam z nim problem z wracaniem do domu, potem to się zmieniło diametralnie, synek sam wdrapywał się do wózka, kończąc tym samym pobyt na placu zabaw i spokojnie wracaliśmy do siebie. Mały sam po schodach wchodził! Ideał. A teraz od jakiegoś czasu urządza mi cyrk, nie daje się zapiąć w wózku, bo on nie chce iść do domu. I koniec dyskusji, zero porozumienia. Mogę sobie gadać, tłumaczyć i kusić bajkami i ciastkami (bardzo pedagogiczne to zresztą).

Nic to, że zimnica straszna, że już dwie godziny lata po dworze, że mija nam właśnie pora drzemki (kiedy wychodzę z nim po śniadaniu) albo jest już pora kolacji (kiedy wychodzimy po obiedzie). Im większy wicher i ziąb, tym bardziej się upiera siedzieć na dworze, do tego najlepiej taplać się w kałuży, a jak zacznie kropić, to już w ogóle czad! Zupełnie odmienne ode mnie ma upodobania pogodowe. Zaczęłam nawet ostatnio nosić czapkę, bo normalnie nie dawałam rady tyle czasu na dworze z gołą głową.

Nawet jak uda mi się go w końcu skusić perspektywą bajki i daje się łaskawie zawieźć do klatki, to tam następuje kolejna histeria i nie mogę go z kolei z tego wózka wypiąć, macha łapami, kopie i drze się wniebogłosy. A ja muszę przecież wózek zostawić w piwnicy i pokonać 4 piętra; z wyrywającym się dzieckiem – miodzio, zwłaszcza, gdy kopie z całej siły buciorami i bije mnie po twarzy z wściekłym wzrokiem. To jest tak okropne, że kiedy już zawlokę go do domu, chce mi się wyć, rzucać talerzami i oczywiście zlać tyłek małego na kwaśne jabłko.

I wstyd mi przed ludźmi, tymi na dworze, bo nieraz komentują (a co on tak krzyczy) i sąsiadami. Dwie sąsiadki regularnie wychodzą na klatkę, zapewne sprawdzić, czy nie maltretuję własnego dziecka. Nie ma w moim bloku znieczulicy, o nie. A najlepsze jest, że przy obcych mały się uspokaja, słucha, co mówią, nawet wchodzi sam po schodach, a one (te sąsiadki) tylko och i ach, jaki słodki. Wychodzę wtedy na wariatkę, bo to ze mną takie histerie wyprawia. W dodatku to nie koniec, bo gdy tylko zamknę drzwi mieszkania, koncert zaczyna się od nowa. Rzucanie się na podłogę, kopanie w drzwi, rzucanie butami, szarpanie mnie za nogawki…

Zanim uda mi się gościa uspokoić na tyle, by go przebrać, zmyć błoto z rąk i twarzy, nakarmić i położyć na drzemkę, mija masa czasu, a przecież dopiero jak uśnie, ja mogę coś ze sobą zrobić. Kawy się napić. Usiąść na dupie. Skorzystać z toalety. Zebrać myśli i zrobić obiad. Ogarnąć dom. Aż do chwili, gdy usłyszę kwękanie  - oho, księciunio już wyspany, z nową energią do działania (matce na nerwy)!

Druga część dnia – marudzenie przy obiedzie (bo niezbyt się chce jeść), marudzenie po obiedzie (bo bardzo chce się jeść – ciastka i czekoladę), jęczenie o bajkę (staram się mu ograniczać, inaczej oglądałby cały dzień). Jeśli idzie sam do swojego pokoju i się ładnie bawi – nie ma się co cieszyć, bo to znak, że robi kupę. Pytam go – robisz kupkę? – Nie. – Chcesz na nocnik? – Nie. A widzę, że ciśnie, purpura na twarzy i szklane oczy. Dziś udało mi się go przekupić bajką, siadł na nocniku przed telewizorem, co z tego, skoro już prawie wszystko było w pampersie, umazał tylko nocnik, siebie, dywan i skarpetki, oszczędzę Wam szczegółów, jak to się stało. I miałam za swoje, haha, siadł na nocniku? Siadł. Potem musiałam wszystko czyścić, młodego pod prysznicem wymyć, a ta cała harówa, zanim zdążyłam zjeść śniadanie…

Szlag mnie trafia, że innym to tak lekko idzie, dzieciaki wołają siku kupa zanim skończą dwa lata. A u mnie to tak opornie idzie, ręce mi opadają.

Najgorsze, że mąż mnie nie rozumie. I nie zrozumie. Czasem udaje, że rozumie, ale ja wiem, że tylko mi przytakuje dla świętego spokoju, bo wiem, że tego wszystkiego nie da się pojąć, jeśli się samemu tego nie przeżyje. Mąż nigdy nie spędził całego dnia z synkiem sam, nie miał dylematów, co zrobić, gdy dziecko wlezie w rzadką kupę ma trawniku i mazia się nią całe (to moja ostatnia „przygoda”…), nie szykował przez 2 godziny obiadku, który potem lądował wszędzie, tylko nie w buzi, nie miał na głowie cały dzień jęczącego, domagającego się uwagi non stop potwora.

Proszę męża czasami, by wrócił wcześniej z pracy (ma taką możliwość) i po prostu wyszedł z małym na dwór; weekend to za mało na takie bywanie razem, zwłaszcza że, jak na złość, gdy tylko mamy zaplanowany spacer na sobotę lub niedzielę, to leje równo noc i dzień – i wymówka robi się sama.

Nie chcę, by wyszło, że tylko narzekam. Mam z synkiem też urocze momenty, kiedy się przytula z całych sił, kiedy tak słodko pachnie po drzemce, że nic, tylko całować ciepłe ciałko, kiedy się cieszy i skacze z radości, kiedy piszczy z uciechy, kiedy układa klocki w sobie tylko znanym porządku, kiedy w zadumie przegląda moją gazetę, kiedy turlamy się po łóżku i chowamy pod kołdrą, kiedy pluska się w wannie – mnóstwo tego jest, ale nie stanowi to, niestety, sedna naszych wspólnych dni.

To co zawsze być musi, to posiłki i wychodzenie na dwór. To, co ograniczane być musi, to słodycze, telewizja i różne głupie pomysły, typu wieszanie się na firance. I tu się rodzą te największe spięcia i stresowe sytuacje. Na tyle mocne, że zaczęłam już ostatnio sprawdzać zasady rekrutacji do przedszkoli w przyszłym roku…

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nieustanna walka, czyli moje dziecko to wrzeszczący potwór zamieniający matkę we wrak człowieka

22 maj

Nie mam sił ani czasu, by zrobić porządny wpis. I jestem załamana. Sfrustrowana. Wściekła i bliska płaczu. Wypompowana psychicznie i zmęczona fizycznie.

Poprzednie histerie małego to był pikuś. Teraz dopiero się zaczęło być ciekawie… Od paru dni walczę z moim dzieckiem o wszystko. O to, by zjadł, a wcześniej usiadł w krzesełku, o to, by mu zmienić pieluchę, potem jest szarpanina z ubieraniem na dwór, następnie są wrzaski i kopanina przy wychodzeniu z domu, potem kotłujemy się przy wózku. Jeśli jakimś cudem uda się nam dotrzeć na plac zabaw, jest chwila normalności i mój syn zachowuje się po prostu jak dziecko; nawet obsypywanie się piaskiem czy ucieczki z placu jestem w stanie spokojnie znieść.

Zawsze jednak jest ten moment, gdy trzeba wrócić do domu albo zrobić zakupy. Kolejna walka przy wózku – żeby wsiadł. Poziom mojego stresu rośnie gwałtownie, bo wiem, co będzie dalej. Najlepsze zaczyna się na klatce, wrzask taki, że od razu boli mnie głowa, młody wije się, wierzga, kopie, nie chce stać, nie chce na ręce, nie chce iść, k…wa, nijak nie mogę sobie z nim poradzić. Muszę go wnieść na trzecie piętro, w tym czasie robi wszystko, by wyrwać mi się z rąk.

Po powrocie do domu jest wściekły i drze się nawet i godzinę. Jest to tak głośne i wkurzające, że zaczęłam stosować stopery do uszu. Wszędzie radzą, by przeczekać taki cyrk i nie zwracać uwagi. Trudno jednak olać pękające bębenki w uszach. Nie dociera do niego nic: ani że jest spragniony (dwie godziny w słońcu bez picia, bo nie), ani głodny, ani brudny (mycie rąk to czysty wrestling). Ja jestem wykończona psychicznie własnym nieradzeniem sobie z synem plus czuję normalne zmęczenie fizyczne – bo długi spacer był, bo zakupy, bo nosiłam gościa tu i tam i wniosłam na trzecie piętro. Muszę do toalety, chce mi się pić i jeść, marzę o kawie, ale jak mam to wszystko zrobić, kiedy ten rzuca się po meblach??? Przytulam, uspokajam, tłumaczę, a w środku chce mi się wyć. I też kopać, bić i wrzeszczeć.

Sytuacji na pewno nie ułatwia fakt, że próbuję wyeliminować smoczek. Ze smokiem mały był bardziej skory do współpracy, jednak boję się, że pokrzywi sobie zęby, zresztą strasznie się z nim ślini i postanowiłam sobie, że w drugi rok życia synek wejdzie z pustą buzią. Powiedzmy, że wrzaski dzienne mogę jakoś znieść, chociaż zauważyłam, że trzęsą mi się ręce jak alkoholikowi jakiemuś (widocznie nawet, gdy mam pokerową twarz, nerwy muszą się jakoś pokazać), gorzej z nocą. Młody nie uśnie bez smoczka w gębie, zresztą jakie: uśnie, nawet nie przyłoży głowy do poduszki. Zabieramy mu smoka, jak już śpi, ale po jakiejś godzinie budzi się z głośnym ciamkaniem i po chwili daje koncert a’la Vader. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie, że kiedyś nie będzie chciał smoczka i strasznie mnie to frustruje.

Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, było pięknie. Synek, gdy tylko widział, że się zbieram do wyjścia, sam leciał do drzwi, chwytał swoje buciki, potem wybiegał na klatkę, schodził grzecznie za rączkę po schodach. Widać było, jaką przyjemność mu to sprawiało i po prostu cieszył się, że wychodzimy na spacer. Cieszyłam się razem z nim. Zdarzało mu się nawet wracać w spokoju i samodzielnie, schodek po schodku. Teraz jest problem z ubieraniem, z wychodzeniem, z wchodzeniem, z jedzeniem, z kąpaniem, ze wszystkim!!! Chodzę z wielką kulą nerwów w gardle, jeśli wiecie, o co mi chodzi. Doszło do tego, że chciałabym, żeby padało przez tydzień, byle tylko mieć wymówkę i nie wychodzić z młodym z domu.

A odnośnie jedzenia – od czterech dni mały nie je obiadów, ot tak. Dostaje histerii, gdy tylko stawiam przed nim talerz i wszystko jedno, czy są to jego ukochane niegdyś racuszki z ricottą, rosołek z makaronem czy kotlecik. Z kolacją nie jest lepiej, dziś np. poszedł spać bez. Luzik – rano niemal na siłę zjadł trochę kaszki, potem z łaską Danonka i banana i to by było na tyle. Kur…ca mnie bierze, gdy to wszystko widzę.

To tyle na dziś z pola walki. Jak tak mają wyglądać słodkie chwile z dzieckiem w wieku przedszkolnym, to czarno widzę swoją kondycję psychofizyczną.

PS

Mąż znalazł taki linka, przez chwilę po przeczytaniu było mi lżej.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Quinny Buzz – so small and so expensive…

13 kwi

Mały wchodzi w dziewiąty miesiąc. Chociaż jeszcze nie siedzi, musimy zmienić gondolę (w której się już ledwo mieści) na spacerówkę. Wózki Quinny Buzz mają absurdalnie małe gondole. Dobrze, że jest już wiosna. Gdybyśmy mieli np. mroźny grudzień, nie byłoby korzystnie przekładać teraz małego do spacerówki, gdzie jest bardziej narażony na wiatr i niską temperaturę. Ale musielibyśmy to zrobić, bo w kombinezonie i śpiworku za Chiny Ludowe byśmy go nie upchali w tej gondoleczce, nie wspomnę o kocyku czy kołderce.

Minigondola to zresztą nie jedyna wada tych wózków. Mężydło zawsze mnie upomina, że darowanemu koniowi… etc., ale nie ma co zaprzeczać faktom. Wózek dostaliśmy od znajomych i chwała im za to, na pewno byśmy sobie tak drogiego wozidła nie kupili. Ale szlag mnie zawsze trafia, kiedy muszę składać to ustrojstwo: jednym kciukiem trzeba przesunąć taki duży plastikowy element, drugim równocześnie wcisnąć bliźniaczy element po drugiej stronie i… cisnąć stelaż do dołu po skosie, w bardzo niewygodnej pochylonej pozycji. Kciuki omdlewają, dziadostwo się opiera i chwila nieuwagi, a słyszymy ssssssssyk i hop, stelaż rozłożony, nasze z trudem osiągnięte 3 cm w dół poszły na marne. A dlaczego tak się robi? Bo prawdą jest, że ten wózek się bardzo łatwo i błyskawicznie rozkłada, producent wszędzie to podkreśla; złożone ustrojstwo wystarczy dosłownie lekko pociągnąć, ot, niemal musnąć i już z sykiem (za sprawą jakiejś nowatorskiej sprężyny gazowej) tworzy nam się stelaż pod gondolę czy spacerówkę.

Co jeszcze o wózku Quinny Buzz? Bardzo ciężko, wręcz topornie zdejmuje się z niego gondolę. „Zdejmuje” to zresztą eufemizm w tym przypadku, gondolę właściwie trzeba wyszarpywać, wciskając równocześnie dwa przyciski. Wygląda to tak, że targa się całym wózkiem nerwowymi szarpnięciami do góry, po czym po jakiejś chwili stelaż w końcu odpada. Muszę powtarzać ten taniec z Quinnym dość często – kółka bowiem zostają w piwnicy, gondolę zaś niosę do mieszkania, bo mały w niej śpi na tarasie (ma taki pseudospacer…).

Tylne kółka wózek ma dobre – duże, pompowane; przednie też są OK, piankowe, tylko funkcja ułatwiająca skręcanie to jakaś pomyłka, kiedy kółka są odblokowane, wózka nie sposób prowadzić, kółka się blokują, stają w poprzek… Masakra.

Nie mam kosza w tym wózku, za drogi (kosztuje 200 zł) i niefunkcjonalny (płytki i malutki); już się przyzwyczaiłam, ale na początku z zazdrością i obsesyjnie patrzyłam pod mijane wózki, wszystkie bez wyjątku miały pod sobą pakowny kosz mieszczący pieluchy, zakupy typu 5 kg ziemniaków, dodatkową kurtkę i sto innych rzeczy. Niby zamiast kosza mam doczepianą torbę, ale niewygodnie się ją zakłada, niewygodnie wkłada do niej cokolwiek i kopie się ją od czasu do czasu butem. I jeśli załadować ją cięższymi rzeczami, stwarza niebezpieczeństwo przeważenia wózka. Ech…

Sprawiedliwie dodam, że Buzz ma kilka zalet. Jest lekki, ma regulowana rączkę i niezły wygląd, ale to chyba za mało za dwa tysiące z hakiem… Zobaczymy jak się spisze spacerówka.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Operacja SPACER

21 paź

Spędziłam ostatnio parę dni u moich rodziców w mieście pod Wrocławiem. Mieszkają w pobliżu lasów i łąk, pogoda była świetna, więc grzechem by było nie spacerować z małym w wózku. We Wrocławiu nie zawsze mi się chce wychodzić, bo jest to cała logistyczna operacja.  Muszę synka znieść na rękach 4 piętra po schodach, oprócz niego niosę też torbę, kocyki etc., następnie muszę wytargać wózek z piwnicy [wciąż z małym na rękach], ułożyć w nim zwykle już wrzeszczącego i wijącego się gościa [chociaż w domu już mi ładnie usnął] i dopiero wtedy mogę wyjechać na Boży świat. Wtedy na dwoje babka wróżyła – albo mały na powrót uśnie, albo będzie już tak wkurzony polką w piwnicy, że będzie to głośno manifestował i wtedy nie pozostaje mi nic innego, jak powtórzyć wszystko w odwrotnej kolejności i paść na kanapę z wyczerpania… Ponieważ jest prikaz, że niemowlak musi być codziennie na świeżym powietrzu (wrrrr…), najczęściej wypełniam go tak, że eksmituję małego w samej gondoli na taras…

Moi rodzice mieszkają w domku jednorodzinnym, więc wyjście na spacer było bułką z masłem (pomijając wsadzenie w kombinezon młodego machajacego wściekle wszystkimi kończynami; można sobie to pozornie ułatwić i ubierać go dopiero jak uśnie, jednak wtedy istnieje ryzyko, że się obudzi i zapewniam, że nie będzie zadowolony…). A propos kombinezonów i ubierania, w najbliższym czasie planuję o tym notkę, bo temat jest tego wart.
A poniżej kilka fotek ze spacerów.










 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS