RSS
 

Notki z tagiem ‘schody’

Ściąganie piżamki: 15 minut. Wkładanie majteczek: 20. Spodenek: 15. Skarpetek: 15. Jeszcze tylko koszulka i sweterek… I kapcie.

07 maj

Ciężkie dni. Mały tak mi daje popalić, że co najmniej raz dziennie dziękuję sama sobie, że nie zdecydowałam się na drugie dziecko. To nie na mój charakter, nie na moją logikę, nie na moje nerwy. Muszę wykłócać się o każdą czynność, siłować się z synem fizycznie i na słowa (dyskusja jest zresztą mało merytoryczna, gdyż jedynym argumentem małego jest jego „niechcenie”). Ze wszystkiego robione jest wielkie halo i ogromny problem, co, po pierwsze, jest wyczerpujące, po drugie (i to mnie chyba wkurza najbardziej) zajmuje mnóstwo czasu.

Rano na przykład jest walka, by mały się ubrał. Szarpie się przy ściąganiu piżamy. Ucieka przy próbie włożenia majtek czy spodni. Czynność, która normalnie zajęłaby 10 minut, rozciąga się do kilkudziesięciu, przy czym mały ryczy i wije się na podłodze, a ja się wściekam. Z sikaniem to samo. Po całej nocy ma suchą pieluchę, w nocy pił wodę, naturalne jest, że ma pełny pęcherz, nie wyparowało przecież z niego. No i co? Nie ce!!! Ani prośby, ani groźby, ani przekupstwo. Nie i już. Jest tak uparty, że potrafi przez cały dzień z łaską załatwić się tylko dwa razy.

Byliśmy ostatnio u koleżanki (bezdzietnej, ale mocno starającej się). Skomentowała tę naszą szarpaninę o wszystko, że jak tak może takie małe dziecko rządzić i po co go w ogóle o coś pytać, co i tak musi być zrobione. Hmm… Fajnie by było, gdybym tak mogła wymóc siłą na małym to, na co się nie zgadza. Czyli np. posadzić na kibelku czy zapiąć w foteliku. Ale – może to śmieszne – jest na tyle silny, że wymiękam; wije się i pręży – kto  potrafi zmusić ciałko wygięte w łuk, by przyjęło pozycję siedzącą – powodzenia i zapraszam do siebie na demonstrację. Chętnie popatrzę. Wg mnie – nie da się, a już na pewno nie są to warunki na siusianie czy spokojne zjedzenie posiłku (zależy, co było celem), więc po prostu odpuszczam. I tylko mam nadzieję, że jakieś schorzenie z tego nie wyniknie.

A pytanie dziecka o zdanie – no cóż, staram się okazywać synkowi szacunek i pozwalać mu decydować w drobnych sprawach, przecież to wsio rawno, czy założy czerwoną koszulkę czy niebieską i czy do domu pójdziemy prawą stroną drogi czy lewą. Problem zaczyna się, kiedy żadna z proponowanych opcji nie wchodzi w grę. A jeszcze, gdy małemu włączy się zdarta płyta, tzn. bez końca powtarza, co to on by chciał (czyli np. na spacerze: Na łoki, na łoki, na łoki, na łoki!!! Nie synku, nie wezmę cię na rączki, jesteś już duży i ciężki. Na łoki, na łoki, na łoki!!! Nie synku, mama nie weźmie cię na rączki. Na łoki, na łoki!! Na łoki!!!) lub nie chciał (Nie ce auta!! Nie ce auta!! Nie ce auta!! Synku, wsiadaj do auta, deszcz pada, wracamy do domu. Nie ce auta, nie ce auta!!! Nie ce auta!! I tak dalej, i tak dalej), to wznoszę oczy do nieba i modlę się o cierpliwość i siły, by to przetrwać.

Próbuję różnych sposobów i niektóre nawet działają, ale – znowu – ogólnie wszystko to zajmuje tyle czasu, że nawet, gdy w końcu osiągnę cel, jestem zła i wymęczona. Czyli np. gdy mały odmawia wejścia na 3. piętro do domu – OK, zostawiam go samego na schodach. Po 10 minutach albo włazi sam, albo mnie woła, wtedy schodzę po niego i już grzecznie za rączkę wchodzi. Zanim jednak do tego dojdzie, denerwuję się, że spadnie, nasłuchuję, czy ktoś nie idzie po schodach etc. W niektórych sytuacjach pomaga odwrócenie uwagi, czyli – nie wchodzę z synkiem w dyskusję, tylko zagaduję o czymś innym. Co też wymaga czasu, chęci i inwencji. I kłóci się z moim zdrowym rozsądkiem, no bo jak, celem jest np. włożenie kurteczki, a pokazuję małemu gołębie na chodniku i opowiadam, co też one tam ciekawego robią. Paranoja!

Czasami jest komicznie: mały słania się na nogach, histeryzuje ze zmęczenia, w dzień nie miał drzemki (ku mojej rozpaczy), jest godzina 21 i co słyszymy, my rodzice marzący o chwili dla siebie? Nie ce pać!!! Nie ce pać!!! W takiej sytuacji sił dodaje mi świadomość, że jeśli w końcu uda mi się przekonać synka, by choć na sekundę położył głowę na poduszce, to wiem, że od razu zaśnie. No i w końcu nareszcie zalegnie cisza. Aż do następnego dnia…

Jeszcze jedno – synek dobrze wie, jak mnie rozbroić. Kiedy już naprawdę przesadzi i każę mu iść do swojego pokoju i tam się wykrzyczeć do woli, po jakimś czasie przybiega skruszony i zasmarkany i mówi, że chce się tulić. No i się tulimy, czuję mocno zaciskające się na mnie rączki i staram się go zrozumieć. Że to taki durny wiek. Że musi wypróbować, na ile może sobie pozwolić. Że musi poznać, gdzie są granice i że nie warto odmrażać sobie uszu na złość mamie. Przez jakiś czas jest dobrze, aż niestety znowu matka coś wymyśli. Np. zupkę. Albo kąpiel. Albo powie, że to już ostatnia bajka i wyłączamy telewizor. I znowu rozgrywa się wielka tragedia. Po raz enty danego dnia.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Doba z małym cz. 2

22 lis

Koło ósmej zwlekam się z łóżka, zwłaszcza, że mały popędza: kaka! kaka! Chcesz kaszkę? – upewniam się. Taaaaaaaaaaak!!! No to wstaję, bo mi dziecko z głodu padnie. Mąż też tak jakoś powoli oko odmyka, nie ma konkretnej godziny na pojawienie się w robocie, szczęśliwiec jeden. Czasami, gdy jednak musi szybciej być w pracy i o ósmej już go nie ma, mały zawiedziony klepie w pustą poduszkę Tata nie ma? Tata nie ma?

Chociaż od wielu miesięcy nasze poranki wyglądają tak samo, mały nadal mi ucieka, gdy chcę mu zmienić pieluchę i go ubrać, walczy ze mną, więc trochę trwa, zanim w końcu znajdziemy się w kuchni. Synek leci do swojego krzesełka, ja w panice grzeję mleko, bo to już tak późno, a dziecko głodne, po czym najczęściej, kiedy kasza już gotowa, okazuje się, że wcale aż takiego apetytu nie ma i jedzenie idzie opornie.

Po śniadaniu mały trochę się bawi, woła o bajki, gapi się na reklamy. Ja zerkam na telewizor dla odmiany pomiędzy reklamami, bo leci Dzień Dobry TVN. I tak się wymieniamy – na reklamach ja mogę zająć się sobą, posiedzieć w łazience, zjeść śniadanie, a gdy leci program, mały stęka, marudzi i wisi mi na nodze. Zazwyczaj żebrze o ciastko (Cia, cia, cia?!) lub podjada mi z talerza, zależnie od tego, co mam. Jeśli jem płatki z mlekiem, podjada na 100%.

Potem, około 10-11, jeśli jest pogoda w miarę, czyli nie leje, wychodzimy na dwór. Znowu ubieranie, przebieranie (w domu synek lata w dresach, na plac zabaw zazwyczaj ubieram mu coś konkretniejszego: dżinsy, sztruksy), szykowanie różnych rzeczy na dwór sine qua non. Picie, przegryzki, mokre chusteczki, ostatnio żel antybakteryjny zaczęłam też nosić, bo gdy mały po piaskownicy chce koniecznie jeść bułkę, to mało nie mdleję na widok jego usmarowanych rąk i prędzej bym padła, niż jedzenie mu dała.

Zanim plac zabaw, to jeszcze 3 piętra po schodach, różnie z tym bywa – czasem schodzi sam, czasem tak marudzi, cofa się i wisi na mnie, że chyba ze 20 minut nam to zajmuje. Z piwnicy biorę wózek, ładuje doń małego i heja, teraz idzie już szybciej, bo gość jest zapięty i nie ma jak stawiać oporu. Uff! Spędzamy na dworze jakieś dwie godziny, jak mam szczęście, to na jednym placu zabaw, ale zazwyczaj są to dwa place plus bieganie między nimi plus zakupy. No i trzeba zarządzić odwrót, tu też jest różnie, nieraz mały sam się ładuje do wózka, bo chce wracać na Pepę (Świnka Pepa) i robi papa dzieciom, często jednak jest bunt, gorące dyskusje i przemoc (z obu stron – ja zapinam na siłę potwora w wózku, a potwór mnie kopie). Czasem gościu niby chce jechać do domu, a pod klatką urządza mi cyrk, z czego wnoszę, że zmienił zdanie – ot, rozrywka taka, nigdy nie wiem, na co trafię, nie ma nudy!

Zakupy z wózkiem zostają w piwnicy, potem muszę po nie zejść, a tymczasem nas czeka mozolne wdrapywanie się do góry i znowu – raz mały leci sam, czasem chce, żebym szła przodem, a on wlecze się za mną i nie wolno mi się odwracać i kontrolować, co robi i czy nie spada ze schodów, bo się obraża i nie wchodzi wcale, często dopiero w tym momencie pokazuje, że się rozmyślił i jednak do domu nie wraca i wrzeszczy, i kładzie się itp. – milusio jest. Pół biedy, kiedy łaskawie pozwala się wziąć na ręce, chociaż gały mi już wychodzą z orbit, gdy go niosę i pewnie jakaś żyła na czoło wychodzi. Czasem sąsiadka aż zaglądnie, co się dzieje – niezbyt mi na rękę robienie z siebie widowiska, z drugiej strony wówczas mały się mityguje i nagle wraca mu rozum, i grzecznie maszeruje po schodach, co świetnie świadczy o mnie jako matce – widać musiałam mu coś robić, że wrzeszczał, bo tak, o proszę, spokojne dziecko.

Kiedy już cała upocona w końcu jestem w mieszkaniu, kiedy rozbiorę dzieciaka i siebie, to już tylko myśl o tym, że zaraz kawa ( dla mnie) i drzemka (dla małego) pozwala mi się jakoś trzymać. Bo jeszcze tylko zmiana pieluchy i ubrania (spodnie zazwyczaj nie nadają się do niczego innego poza praniem), jeszcze tylko drugie śniadanie potworowi dać i zęby mu umyć, jeszcze tylko spełnić obietnicę puszczenia bajki, jeszcze tylko ubrać go na powrót jak na dwór, jeszcze tylko załadować go do drugiego wózka na tarasie i przykryć kocem i już, już można pstryknąć ekspres i usiąść, i maile odebrać, i Pudelka przejrzeć, i coś kupić i sprzedać, ale nie za długo, tyle co kawa i czekoladka (no dobra, kilka czekoladek), bo jeszcze poodkurzać, obiad naszykować, pralkę włączyć, coś wyprasować, coś zszyć… i nagle około 15-16 słychać stękanie i wołanie z tarasu mama…, mama…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Życie codzienne… z dwulatkiem

19 wrz

Mały ostatnio znowu daje mi popalić. Już kiedyś miałam z nim problem z wracaniem do domu, potem to się zmieniło diametralnie, synek sam wdrapywał się do wózka, kończąc tym samym pobyt na placu zabaw i spokojnie wracaliśmy do siebie. Mały sam po schodach wchodził! Ideał. A teraz od jakiegoś czasu urządza mi cyrk, nie daje się zapiąć w wózku, bo on nie chce iść do domu. I koniec dyskusji, zero porozumienia. Mogę sobie gadać, tłumaczyć i kusić bajkami i ciastkami (bardzo pedagogiczne to zresztą).

Nic to, że zimnica straszna, że już dwie godziny lata po dworze, że mija nam właśnie pora drzemki (kiedy wychodzę z nim po śniadaniu) albo jest już pora kolacji (kiedy wychodzimy po obiedzie). Im większy wicher i ziąb, tym bardziej się upiera siedzieć na dworze, do tego najlepiej taplać się w kałuży, a jak zacznie kropić, to już w ogóle czad! Zupełnie odmienne ode mnie ma upodobania pogodowe. Zaczęłam nawet ostatnio nosić czapkę, bo normalnie nie dawałam rady tyle czasu na dworze z gołą głową.

Nawet jak uda mi się go w końcu skusić perspektywą bajki i daje się łaskawie zawieźć do klatki, to tam następuje kolejna histeria i nie mogę go z kolei z tego wózka wypiąć, macha łapami, kopie i drze się wniebogłosy. A ja muszę przecież wózek zostawić w piwnicy i pokonać 4 piętra; z wyrywającym się dzieckiem – miodzio, zwłaszcza, gdy kopie z całej siły buciorami i bije mnie po twarzy z wściekłym wzrokiem. To jest tak okropne, że kiedy już zawlokę go do domu, chce mi się wyć, rzucać talerzami i oczywiście zlać tyłek małego na kwaśne jabłko.

I wstyd mi przed ludźmi, tymi na dworze, bo nieraz komentują (a co on tak krzyczy) i sąsiadami. Dwie sąsiadki regularnie wychodzą na klatkę, zapewne sprawdzić, czy nie maltretuję własnego dziecka. Nie ma w moim bloku znieczulicy, o nie. A najlepsze jest, że przy obcych mały się uspokaja, słucha, co mówią, nawet wchodzi sam po schodach, a one (te sąsiadki) tylko och i ach, jaki słodki. Wychodzę wtedy na wariatkę, bo to ze mną takie histerie wyprawia. W dodatku to nie koniec, bo gdy tylko zamknę drzwi mieszkania, koncert zaczyna się od nowa. Rzucanie się na podłogę, kopanie w drzwi, rzucanie butami, szarpanie mnie za nogawki…

Zanim uda mi się gościa uspokoić na tyle, by go przebrać, zmyć błoto z rąk i twarzy, nakarmić i położyć na drzemkę, mija masa czasu, a przecież dopiero jak uśnie, ja mogę coś ze sobą zrobić. Kawy się napić. Usiąść na dupie. Skorzystać z toalety. Zebrać myśli i zrobić obiad. Ogarnąć dom. Aż do chwili, gdy usłyszę kwękanie  - oho, księciunio już wyspany, z nową energią do działania (matce na nerwy)!

Druga część dnia – marudzenie przy obiedzie (bo niezbyt się chce jeść), marudzenie po obiedzie (bo bardzo chce się jeść – ciastka i czekoladę), jęczenie o bajkę (staram się mu ograniczać, inaczej oglądałby cały dzień). Jeśli idzie sam do swojego pokoju i się ładnie bawi – nie ma się co cieszyć, bo to znak, że robi kupę. Pytam go – robisz kupkę? – Nie. – Chcesz na nocnik? – Nie. A widzę, że ciśnie, purpura na twarzy i szklane oczy. Dziś udało mi się go przekupić bajką, siadł na nocniku przed telewizorem, co z tego, skoro już prawie wszystko było w pampersie, umazał tylko nocnik, siebie, dywan i skarpetki, oszczędzę Wam szczegółów, jak to się stało. I miałam za swoje, haha, siadł na nocniku? Siadł. Potem musiałam wszystko czyścić, młodego pod prysznicem wymyć, a ta cała harówa, zanim zdążyłam zjeść śniadanie…

Szlag mnie trafia, że innym to tak lekko idzie, dzieciaki wołają siku kupa zanim skończą dwa lata. A u mnie to tak opornie idzie, ręce mi opadają.

Najgorsze, że mąż mnie nie rozumie. I nie zrozumie. Czasem udaje, że rozumie, ale ja wiem, że tylko mi przytakuje dla świętego spokoju, bo wiem, że tego wszystkiego nie da się pojąć, jeśli się samemu tego nie przeżyje. Mąż nigdy nie spędził całego dnia z synkiem sam, nie miał dylematów, co zrobić, gdy dziecko wlezie w rzadką kupę ma trawniku i mazia się nią całe (to moja ostatnia „przygoda”…), nie szykował przez 2 godziny obiadku, który potem lądował wszędzie, tylko nie w buzi, nie miał na głowie cały dzień jęczącego, domagającego się uwagi non stop potwora.

Proszę męża czasami, by wrócił wcześniej z pracy (ma taką możliwość) i po prostu wyszedł z małym na dwór; weekend to za mało na takie bywanie razem, zwłaszcza że, jak na złość, gdy tylko mamy zaplanowany spacer na sobotę lub niedzielę, to leje równo noc i dzień – i wymówka robi się sama.

Nie chcę, by wyszło, że tylko narzekam. Mam z synkiem też urocze momenty, kiedy się przytula z całych sił, kiedy tak słodko pachnie po drzemce, że nic, tylko całować ciepłe ciałko, kiedy się cieszy i skacze z radości, kiedy piszczy z uciechy, kiedy układa klocki w sobie tylko znanym porządku, kiedy w zadumie przegląda moją gazetę, kiedy turlamy się po łóżku i chowamy pod kołdrą, kiedy pluska się w wannie – mnóstwo tego jest, ale nie stanowi to, niestety, sedna naszych wspólnych dni.

To co zawsze być musi, to posiłki i wychodzenie na dwór. To, co ograniczane być musi, to słodycze, telewizja i różne głupie pomysły, typu wieszanie się na firance. I tu się rodzą te największe spięcia i stresowe sytuacje. Na tyle mocne, że zaczęłam już ostatnio sprawdzać zasady rekrutacji do przedszkoli w przyszłym roku…

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Upodobania

12 lis

Mały jest już na tyle duży, że potrafi pokazać, co lubi, a co mu nie odpowiada. Mimo braku porozumienia lingwistycznego, rozumiemy się świetnie :).

Na pierwszym miejscu ex aequo są reklamy w TV oraz biszkopciki. Zrobiliśmy pewną zabudowę przed telewizorem, żeby gościu nie miał do niego dostępu (składa się ta zeriba z ławy, pufa, krzesła i fotela i, jak można się domyślić, wygląda uroczo), nie ma więc możliwości klepania ekranu rączkami tudzież samochodzikami, nic jednak nie możemy poradzić na oglądanie reklam. Kolory migają, muzyczka gra – jest super! Mały stoi jak zahipnotyzowany i nic do niego nie dociera. Włączamy funkcję mute i to trochę odbiera atrakcyjności prezentowanym filmikom, jednak jeśli nie chcemy wychować telemaniaka, telewizor musi być jak najrzadziej włączany.

Wszystko, co się lubi, jest tuczące i niezdrowe – znacie pewnie tę zasadę, poznał ją i mały. Nawet będąc w największej histerii i fochu, kiedy to wrzask przekracza bezpieczną granicę decybeli, a łzy tryskają jak fontanna, kiedy to, jak się wydaje, nic do purpurowego ze wściekłości człowieczka nie dociera, mały nie omieszka przegapić okazji zjedzenia biszkopcika. Kątem oka dojrzy, że trzymam go w dłoni i… CCC – Ciasteczko Czyni Cuda. Nagle zapada cisza, zakłócona jedynie chrupaniem i ciamkaniem. Alleluja! Byłby świetny w reklamowaniu tych ciastek.

Całe szczęście wizja otyłego nastolatka zalegającego przez telewizorem niekoniecznie się urzeczywistni – otóż mały lubi ruch i to dość wyczynowy, bo po schodach. Mamy zamontowaną furtkę, ale jeśli tylko zostaje ona uchylona, synek natychmiast zaczyna się wspinać. Próbuje różnych metod – na czworakach, z jedną ręką na poręczy lub (to najczęściej praktykujemy) podtrzymywany za ręce przez mamę (to ja! :)) lub tatę.

Prócz wspinaczki mały trenuje taniec. Buja się na boki i płynnie wymachuje rączkami… Jeśli ktoś kojarzy taneczne ruchy Joey’a z „Przyjaciół”, przypominające nieco mieszanie gigantyczną chochlą w równie wielkim kotle – to będzie mniej więcej to! I nie nabijam się z własnego dziecka, skąd! Jestem jego pierwszą i największą fanką! Czasem ćwiczymy w parze, zazwyczaj walca lub tango i też nam nieźle wychodzi…

Jeśli synek nie zostanie tancerzem, to być może perkusistą – stukanie wszystkim, co pod ręką, we wszystko, co pod ręką, to kolejne zajęcie, któremu oddaje się pasjami. Mamy już podziurkowane krzesła i parkiet, jako tako udało się uchować wspomnianą ławę – okryta jest prześcieradłem i kocem. Jeśli wspomnę, że stoi centralnie w salonie i przypomnę, iż stanowi główną zaporę przed telewizorem, możecie sobie wyobrazić, jak cudnie to wygląda…

Nie mogę się doczekać, kiedy mieszkanie znów zacznie przypominać to sprzed ery małego człowieka-demolki. Kiedy meble staną na swoich pierwotnych miejscach, z szafek i szuflad znikną tajemnicze zamki, a spod zabawek będzie widać dywan…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Hop i już – nie dla każdego, czyli fiku miku kontra zastrzyki w brzuch

08 paź

Odebrałam kilka dni temu paszport małego. Wyprawa do miasta z wózkiem to niezły sprawdzian uczynności dla wrocławian. Muszę powiedzieć, że zdany na piątkę. Ale z drugiej strony szkoda, że taki test muszę przeprowadzać. Nie ma jednak takiej opcji, żebym sama wtargała wózek z małym do tramwaju. Akurat pod urząd jeździ pojazd starego typu, taki z dwoma wielkimi schodami. Gdyby nie pomoc przypadkowych osób, nie byłabym w stanie wsiąść, nie wspomnę o wysiadaniu. Tak jak wspomniałam, ludzie byli bardzo uczynni, sami oferowali pomoc, przeżyłam jednak chwile grozy w drodze powrotnej, kiedy to tramwaj coraz bardziej pustoszał. Dzięki Bogu ostał się jeden pasażer i pomógł mi wyjść, w przeciwnym wypadku pozostawały mi albo nerwowe okrzyki do ludzi stojących na przystanku (jeśliby takowi byli) albo podróż na pętlę i pomoc motorniczego. Już nigdy nie wsiądę do drugiego wagonu, bo nie miałam nawet możliwości zastukać do kierowcy.

Moja przyjaciółka dwa tygodnie temu poddała się zabiegowi in vitro. Jutro robi badanie z krwi na obecność ciąży. Inna moja koleżanka już dwa lata temu przeszła całą tę kosztowną procedurę i dziś cieszy się córeczką. Zawsze przy takich okazjach nachodzi mnie refleksja, jak to jest – w jednym przypadku (np. w moim) wystarczy miłe fiku miku i już, i raczej większość uwagi w tej kwestii poświęca się na niedopuszczenie na powtórkę z rozrywki, a w innym (i to coraz częściej) trzeba stanąć na głowie (wziąć kredyt, przejść badania, robić sobie zastrzyki w brzuch), żeby dać sobie szansę na zajście w ciążę.

Jedni dużo wydają na antykoncepcję, a drudzy na in vitro. Ironia losu.

Nigdy nie zastanawiałam się, co by było, gdybym nie mogła zajść w ciążę, to się po prostu stało. Ci, co mają mniej szczęścia, miewają na ten temat obsesję. To chyba trochę jak z tymi schodami w tramwaju – nikt, kto pokonuje je w dwie sekundy, nie rozmyśla nad ich istnieniem. Hop – i już.

Trochę marne porównanie, wiem, ale coś w tym jest.

 

Listonosz… nie dzwoni w ogóle

03 wrz

Mój listonosz (tj. ten, który przynosi listy do mojego bloku) stosuje różne dziwne taktyki, wkurzające mnie maksymalnie.

1) Zostawia list polecony w skrzynce podczas mojej nieobecności (a w liście była cenna biżuteria i wolałabym, żeby list ten czekał na mnie na poczcie), przy czym podpis odbiorcy musiał podrobić, jak sądzę.

2) Zostawia awizo w skrzynce, mimo że siedzę kamieniem w mieszkaniu czekając na dzwonek u drzwi, zwiastujący listonosza z przesyłką w ręku. Przekleństwa, jakie miotam, kiedy po całym dniu przebywaniu w domu otwieram skrzynkę i znajduję awizo, na którym jak byk stoi: NIE ZASTAŁ OSOBY UPOWAŻNIONEJ DO ODEBRANIA, są naprawdę wymyślne, ale ulgę przynoszą minimalną.

3) Ostatnio zaś zostawił mi… liścik, ale nie taki, na jaki czekałam:

 

Szkoda, że z takim awizo ja muszę jakoś być w stanie się zabrać z wózkiem z jedenastokilowym dzieckiem w środku na pocztę, do której prowadzą pokaźne schody, a chętnych do wnoszenia jakoś na zawołanie nie ma. Właśnie kwestia tych schodów wkurza mnie najbardziej, bo na pocztę mogę się przejść, swoje w kolejce odstać, wysłuchać sapania, wzdychania i biadolenia współkolejkowiczów (co ona tam robi? ale się guzdrze, myśli, że my tu mamy czas tak stać; popatrz pani, trzy okienka, jedno czynne, co to się porobiło: gdzie jest kierownik! co, robić się nie chce! poszła i zginęła; jaka przerwa, pani chyba żartuje! halo, jedna kolejka do wszystkich okienek! itd.), ale żeby w ogóle móc stanąć w tej pieprzonej kolejce, muszę kogoś prosić o pomoc przy wtarganiu wózka (i przy późniejszym opuszczaniu tego przybytku).

Nawiasem mówiąc, lata wyczekiwania na swoją kolej na poczcie (kilka razy w tygodniu wysyłałam faktury z mojej firmy) uodporniły mnie na wiele i powiedzmy, że potrafię czekać bez podwyższonego ciśnienia. Wiele razy widziałam, jak frustraci wyżywają się na babeczkach w okienkach i generalnie jestem po ich stronie (babeczek). I wierzę mocno, że kiedyś nastanie dzień, kiedy nie będą musiały segregować listów w pudełkach po kiwi, trzymać spinaczy w pojemnikach po jogurtach, odrywać kwitków na linijce, a list zagraniczny nie będzie musiał być wpisywany trzy razy w jakieś tajemnicze księgi, pamiętające jeszcze PRL…

I oby nadeszły takie czasy, w których listonosz będzie w stanie się zabrać i ze swoją robotą uporać. Amen.

 

PS

Na mojej poczcie jest nalepka z symbolem człowieka na wózku, ale to oznacza tylko tyle, że jedno okienko ma nieco obniżoną ladę. Jak ktoś na wózku ma wjechać po schodach do sali z okienkami (a potem zjechać) pozostaje słodką tajemnicą.

 
 

  • RSS