RSS
 

Notki z tagiem ‘przedszkole’

Okuralki itp.

16 paź

Okuralki, korol, skartepki… Lubię te przekształcone słowa u małego i szkoda mi go poprawiać. Gonię go za „przyszłem” i tym podobne potworki, ale skartepek mi szkoda… Ostatnio jednak mały był pod opieką mojego brata, no i ten wbijał mu do głowy: kolo – r! Synek się nauczył oczywiście, tak samo szybko nauczy się wymawiać prawidłowo resztę tego typu wyrazów, więc nie przejmuję się tym i – jak napisałam – trochę mi żal.

Często włączamy sobie filmiki, które nakręcałam od początku życia synka. Najbardziej lubimy te, na których mały „mówi”: „A da da da daaaaaa? A da da da”. I inne tego typu wynurzenia. Całe szczęście nagrałam go wtedy, bo teraz bym już sobie nie potrafiła wyobrazić, że mały tak „gadał”. Teraz pięknie mówi – wg mnie. Czasami za dużo, uwielbia się przechwalać czy ktoś chce go słuchać czy nie. Np. ostatnio w szatni, jakaś matka opiernicza swoje dziecko (z grupy małego), a ten wyskakuje z tekstem: A ja idę jutro na zjeżdżalnie!! Na bilansie prawie nie dopuszczał lekarki do głosu, cały czas było: A wie pani, gdzie ja byłem? Na judo. Albo: A mama kupi mi loda! Zresztą z lekarką miałam inną wpadkę, wyszła z gabinetu i czekaliśmy na swoją wizytę kwadrans. Jak wróciła, mały wypalił: No wreszcie! Myślałam, że się spalę ze wstydu.

Ale to i tak lepiej niż dziś w sklepie. Jakaś mała dziewuszka, w wózku jeszcze jeżdżąca, na cały Rossmann oświadczyła: A w dupie to mam!

Amen.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Rumień i smog

24 lut

Zgłoszono przypadki rumienia zakaźnego – taka informacja pojawiła się u małego w przedszkolu. Zamieszczono też plastyczny opis objawów, że dziecko wygląda, jakby mu wymierzono „dwa siarczyste policzki”, a na kończynach wysypka układa się „girladowato”, cokolwiek to może oznaczać (że niby się wije na nogach??). Od wywieszenia kartki minęły trzy dni i mały dostał czerwonych polików. Lekarka stwierdziła, że to co syn ma na twarzy nie wygląda jak typowy rumień, ale zaraz też dodała, że ta choroba ma to do siebie, że często przebiega nietypowo… Tak czy siak mały musi siedzieć w domu, a my – ja i mężydło na zmianę – razem z nim. A lekarka chyba w złą chwilę wspomniała o nietypowych objawach, bo chociaż zazwyczaj są to: stan podgorączkowy i ból gardła jak przy przeziębieniu, u nas nic takiego nie wystąpiło, w zamian za to była sraczka (rozwolnienie znaczy…) i wymioty w nocy. Dlaczego wymioty ZAWSZE pojawiają się w nocy, kiedy to dom cichnie i człowiek zadowolony, że wszystko z dzieckiem OK, kładzie się do wyrka? Mały wymiotował w swoim życiu kilka razy i zawsze była to pora jakoś tak po północy. Super. Tym razem zdążyłam z miską, chociaż mały sprawy mi nie ułatwił; zamiast powiedzieć, że mu niedobrze, stwierdził, że… boli go szyja. Hmm…

Mieliśmy tu we Wrocławiu ostatnio kiepskie powietrze, o czym dowiedziałam się z tablicy na przystanku i poczułam się… bardzo źle…

Ale pogoda była za to naprawdę wiosennie przyjemna, toteż po południu, gdy odbierałam małego z przedszkola, spytałam, czy byli na dworze. Och, co za głupia nieświadoma matka! Mamy wszak XXI wiek i gdy na przystanku jest komunikat o złym stanie powietrza, wiadomym jest, że wtedy dzieci siedzą w przedszkolu w czterech ścianach, bo przedszkolanki mają zakaz od władz miasta na ich wyprowadzanie. Poczułam się przez chwilę jak w jakiejś Hieroszimie, kiedy pani pokazała mi na przedszkolnym korytarzu wywieszkę:

Po prostu super, dziękuję Wam wszystkim, palącym w piecach paletami, workami i innymi śmieciami, dzięki Wam moje dziecko nie przeziębi się nieupilnowane przez panią przedszkolankę na dworze, bo na ten dwór po prostu nie wyjdzie. Za to złapie wirusa rumienia zakaźnego, mającego się świetnie w niewietrzonych salach.  :-|

 

Akcja: wyjście na piwo, tydzień planowania

10 paź

Dziecko każde normalne wydarzenie zamienia w akcję. Może nawet w Akcję przez duże A. Ze zwykłego wyjścia do znajomych robi się Wielkie Przedsięwzięcie. Z drobnego wyjazdu na weekend – szczegółowo zaplanowane i rozpisane na kartce Wydarzenie. Teatr, urodziny, kino, grill, wczasy, zakupy (nie daj Boże większe zakupy typu wybór garnituru lub pralki… Syn do tej pory czasem pyta, czy pójdziemy do sklepu oglądać pralki, bo gdy my próbowaliśmy zdecydować się choćby na markę, on szalał po całej powierzchni sklepu albo wisiał mi na płaszczu… świetna zabawa była, mówię Wam, jak napisałam – do tej pory wspomina…).

Podam przykłady z kilku ostatnich tygodni.

Zostaliśmy zaproszeni na czterdziestkę kolegi. Do knajpy. Oko mi błysnęło, bo jak się ma dzieciaka, to wieczorne wyjście do knajpy to jest WOW! No i się zaczęło: jak się pozbyć małego? Misterny plan: podrzucimy go do mojego brata (i bratowej). Telefony, ustalanie (mieszkają pod miastem), kiedy zawieziemy, autem czy taksówką, kiedy odbierzemy, czy wracamy w nocy po imprezie czy rano jak się wyśpimy, ale wtedy trzeba uważać w nocy z piciem, żeby rano móc wsiąść za kierownicę itp. itd, parę dni łamania głowy. Dzień przed urodzinami: bratowa dzwoni, że ma problem z wyjściem z toalety. Nie że się zatrzasnęła, ale  tzw. grypa żołądkowa, wiecie, rozumiecie… Od razu cała rodzina mieszkająca z bratową została wykluczona przeze mnie z opieki, bo to dziadostwo roznosi się błyskawicznie i mało kogo oszczędza, a zarażają nawet ci, co jeszcze nie maja objawów. No to co robimy?! Kto przygarnie pięciolatka na noc??? Dziadkowie na wczasach, reszta rodziny daleko, większość znajomych zaproszona na tę samą imprezę i też kombinują, komu sprzedać dzieci. W końcu jednemu koledze oddaliśmy małego, całe szczęście jest grzeczny w gościach. Ale trzeba było pilnować czasu, bo obiecaliśmy go odebrać koło północy. Więc trzeba było szybciej wyjść. Taksówką podjechać, taksówkę zatrzymać, na trzecie piętro lecieć po zaspane dziecko, z powrotem do auta, do domu, zaspańca na trzecie piętro wtargać, położyć z powrotem spać… A chodziło tylko o to, by pobyć wśród ludzi i napić się piwa i wyluzować trochę… Dla bezdzietnych to taka norma, że się nawet nad tym nie zastanawiają, wychodząc wieczorem z domu…

Drugi przykład. Znowu postanowiliśmy zaszaleć. A raczej ja, a mężydło z ironicznym uśmieszkiem stwierdziło, że też pojedzie. Na koncert Bryana Adamsa, mojego idola z lat młodzieńczych. Bilety kupione pół roku wcześniej. Moja mama zaklepana takoż. Ponieważ rzecz miała mieć miejsce w powszedni dzień, więc ustalono: mały do przedszkola zostanie zaprowadzony. W międzyczasie moja mama przyjedzie z innego miasta. Ustalono godzinę pociągu. Że mężydło ją odbierze. W domu przekażę wszystkie must know. Dalej plan miał wyglądać tak: my do auta i jedziemy do Łodzi, a mama po raz pierwszy odbierze wnuka z przedszkola. Który został o tym uprzedzony kilka dni wcześniej i skakał pod sufit z radości. I za każdym razem, gdy go odbierałam, pytał rozczarowany, czemu babcia nie przyszła, tylko mama. Panie przedszkolanki uprzedziłam, że przyjdzie babcia. Dopisałam mamę do listy osób upoważnionych do odbioru dziecka, numer dowodu etc. Więc widzicie, akcja była wielka. Ale zawsze może być większa! Mały dzień przed całym tym zamieszaniem dostał gorączki. I kurka, cały plan wziął w łeb, trzeba było od nowa łamać głowy, co robić i jak robić, żeby było dobrze. Bo skoro do przedszkola nie może iść, to po co ciągnąć tu babcię. Więc zawieźliśmy młodego do mojej mamy, co wymagało znowu wielkiej gimnastyki umysłowej i kosztowało nerwów trochę. A chcieliśmy tylko pojechać na koncert, a nie zdobyć K2!

No i trzecia historia. Wczasy. Byliśmy w sierpniu, choć możemy wziąć urlop w każdym innym miesiącu i w każdym innym miesiącu byłoby taniej, mniej tłoczno i nie tak cholernie gorąco. No, ale w sierpniu zamykają przedszkole, nie ma co dyskutować. Wybraliśmy Cypr. Pomijam już pakowanie rzeczy małego typu wielka łopata na plażę, plastikowy laptopik, który wzbudził podejrzenie celników (ma baterię, zapomnieliśmy…), bo to oczywiste sprawy. Ale na wczasach (może lepiej mówić „wyjazd z dzieckiem”, bo wczasy to przecież odpoczynek i błogie lenistwo…) mały zrobił nam ponownie ten sam numer z uszami co na Krecie, czyli zapalenie. Co oznacza wzywanie lekarza do hotelu. Dogadać się jakoś trzeba, niby angielski się zna, ale jak są migdałki i angina po angielsku?? Bo chcieliśmy nadmienić, że tuż przed wczasami (tfu, wyjazdem z dzieckiem) mieliśmy atrakcję w postaci anginy ropnej i antybiotyk był brany, po którym mały dostał wysypki na całym ciele (i znowu byłam z nim u lekarza po jakieś leki odczulające) i że może by to trzeba było wziąć pod uwagę przy kolejnym antybiotyku na te uszy… A przecież to tylko wczasy miały być, zwykły Cypr, a nie jakieś Indie czy Peru, zwykła kąpiel w basenie (miliony się kąpią, a mój syn łapie zapalenie uszu), a nie skoki na spadochronie, ech… Nawiasem mówiąc, wizyta lekarza na Cyprze to koszt 100 euro.

Dodam jeszcze, że paradoksalnie z mniejszym małym było na wczasach łatwiej zwiedzać. Ładowało się go w wózek i albo zwiedzał z nami, albo spał. A teraz? Albo zwiedzał z nami, albo nie (tzn. siadał na chodniku i mówił, że on dalej nie idzie – i co takiemu zrobisz??), więc zwiedzanie ograniczyliśmy do minimum, bo nikt nie ma siły nosić 22 kg żywej wagi.

I tak mogłabym mnożyć przykłady. Staramy się żyć normalnie i tak, aby nie omijało nas zbyt wiele, ale czasem jest tak ciężko wszystko zgrać, że wolę machnąć ręką i po prostu zostać w domu, bo gra nie jest warta świeczki. Bo nawet jak już wykombinujemy, jakby tu gdzieś normalnie pojechać we dwoje, to i tak nie ma pełnego luzu, dzwonię i sprawdzam, czy jest OK. Mam wyrzuty sumienia, że kogoś obarczam moimi obowiązkami.

I jeszcze coś. Ostatnio, po tym całym planowaniu, jakby tu się pozbyć małego, by pojechać na koncert (który, nawiasem mówiąc, był nadspodziewanie zaje-sty), po euforii, że oto jesteśmy sami i nie martwimy się, że kogoś trzeba położyć spać, że ten ktoś wstanie o 7 rano i będzie marudził przy posiłkach, naszła mnie straszna tęsknota i pragnienie, by go jak najszybciej przytulić… I taka durna matka ze mnie.

 

Edukacja i polityka

15 wrz

Mały poszedł trzeci rok do przedszkola. Ależ zleciało, a tak jakby wczoraj odprowadzałam go po raz pierwszy z duszą na ramieniu, ze łzami w oczach… Teraz zazwyczaj za nim biegnę, bo w drodze do przedszkola jest „szybkim pociągiem” i gna przed siebie, nie zapominając jednak, by jedną ręką kręcić koła  (jak w lokomotywie… ) :)

Co więcej – za rok mały pójdzie do przedszkola po raz czwarty, bo musiałabym nieźle stanąć na głowie, żeby poszedł do pierwszej klasy jako sześciolatek. Niby można… a się nie da. Bo musiałby teraz chodzić do zerówki. A tak jakoś wyszło – przynajmniej u nas – że nikt nam tego nie umożliwił. Ale macham ręką. Kto wie, co jest lepsze. Na zebraniu rodziców był niezły rejwach, że jak to, że trzeba by samemu dziecko przygotowywać, że przydałoby się do psychologa po opinię iść, że może by panie dostosowały program do tych dzieci, które jednak by do pierwszej klasy za rok szły… I tak dalej. Siedziałam cicho. Nie będę wciskać syna tam, gdzie nie pasuje. Do klasy siedmiolatków, nieprzygotowany właściwie, po co ten stres? Politycy jeszcze nie raz zamieszają. Wprowadzają przecież z powrotem ośmioklasową podstawówkę.  :roll: Więc chyba TYLKO SPOKÓJ NAS URATUJE.

A tymczasem mały, który ma w nosie nowe ustawy o szkolnictwie, zupełnie niezachęcany, zaczął literować wyrazy! Tak po prostu, przy okazji przeglądania jakiejś książeczki przeliterował „drzewo”, potem w mieście odczytał „aptekę”. Szczęki nam opadły, bo, co prawda, literkami się od dawna interesował i potrafił je nazywać, to jednak nigdy mu nie klarowałam, że jak zbierze do kupy odpowiednie, to powstanie wyraz. Oczywiście pękam z dumy, ale nie naciskam, bo widzę, że się złości, kiedy zapomni, jak jakaś litera się nazywa albo pomyli mu się z angielskim (ach, ten You Tube i english alphabet…). Pomalutku. Nie sobie sam powoli odkrywa, jaką super rozrywką jest czytanie.

PS

Jak to dobrze, że mały jest na tyle mały, że nie będzie pomysłu, by grupa poszła do kina na ten film  na „S”, „inspirowany faktami”… Rodzice nastolatków – strzeżcie się!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Początek roku

15 sty

Chciałoby się z optymizmem wejść w nowy rok, nawet – ODPUKAĆ W PUSTE, NIEMALOWANE I JESZCZE W NIE WIEM CO – jako tako jesteśmy zdrowi. Mały dotrwał do dzisiejszego dnia – a bardzo się obawiałam, że się nie uda – i świetnie się bawił na balu karnawałowym. Uwielbia tańczyć, skacze do każdej muzyki, ostatnio zachwycony oglądał z babcią „Jaka to melodia” (mama jakoś nieszczególnie jest fanką), więc nie dziwię się, że dziś w emocjach opowiadał: „Mamo, ja tańczyłem cały czas! Kręciłem się w kółeczko, o tak! (pokazuje, pokazywał też babci przez telefon…) Pan grał na klawiszach!”. Nie wnikałam, jakiż to zespół wynajęło przedszkole, ale mały podśpiewywał wieczorem „Będzie, będzie zabawa, będzie się działo…”, więc to chyba jakaś kapela weselna sobie dorabia…

Zaliczyliśmy dziś tez wizytę kontrolną u laryngologa. Nie ma złudzeń, lekarz był nowy i nie znał dokładnie całej historii małego (czyli zapalenie ucha na przemian z anginą i w koło Macieju), ale ledwo zajrzał mu w gardło, od razu powiedział bez ogródek – wszystko do wycięcia, nie ma co zwlekać, takich migdałów nie wyleczy się niczym. Zmienił nam skierowanie z wycięcia jednego migdała na usunięcie wszystkich. Masakra, jak dla mnie. Boję się powikłań i bólu u synka, ale nie ma wyjścia, jak widać. Jeszcze miesiąc z hakiem. Jeszcze wcześniej jedna wizyta u poprzedniej doktor, czy na pewno to jedyne wyjście. Chciałabym być już po. Z niechrapiącym dzieckiem, z zamkniętą buzią. Z mniejszym moim strachem, czy już jest chory, czy jeszcze jednak nie, jeszcze ten dzień funkcjonujemy normalnie.

Z pozytywnych rzeczy jeszcze – udało się nam być w tym roku kilka razy na sankach! To rzadkość w ostatnich latach, jak wiadomo. Nawet bałwana dało się ulepić.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Znowu chorzy

23 gru

Kolejny raz choroba u nas w domu. Jestem już tym bardzo zmęczona, zwłaszcza że to powtórka z zeszłego roku, kiedy do świąt też przygotowywałam się z kaszlem i bólem głowy. Mały na przełomie listopada i grudnia złapał infekcję gardła. Niby nic bardzo złego, ale miał też stany podgorączkowe, więc po kilku dniach lekarka nakazała zbadać CRP. Wyszło prawie 70 przy normie do 2… No to antybiotyk poszedł w ruch. Po skończonej kuracji mały poszedł do przedszkola na 5 dni (całe 5!) i zaczęło się zapalenie ucha. Tyle że zdążył zaliczyć wizytę Mikołaja w przedszkolu. Ale ominęły go dwa wyjścia do teatru, jasełka, kiermasz świąteczny… To mnie bardzo boli, to dodatkowa strata, oprócz choroby, leków, nieprzyjemnych badań jeszcze to, że sporo fajnych rzeczy w przedszkolu mu umyka. Doszło do tego, że moje dziecko jęczące dotąd, że nie chce do przedszkola, teraz mnie prosi, żeby go tam zaprowadzić… Albo chociaż na plac zabaw, mamo… Serce mi się kraje.

Jak na zbawienie czekam na ten zabieg w lutym. Na razie jesteśmy zapisani na wycięcie trzeciego migdała, ale laryngolog mówi, że chyba trzeba zlikwidować też boczne. Oboje jesteśmy z mężem źli, że czekaliśmy tak długo. Lekarka nas uspokajała, że możemy czekać na ten lutowy termin, ale jakbym wiedziała, jak będzie, poszlibyśmy załatwić sprawę prywatnie już we wrześniu. Zabieg zawsze jest konieczny do przeprowadzenia, kiedy dziecko głuchnie, u nas tego nie ma, ale za to non stop tony leków, krople, syropy, zawiesiny… Już drugi tydzień leczymy małego bez antybiotyku, a to wiąże się z ciągłą kontrolą, czy się stan nie pogarsza, byliśmy już 4 razy u lekarza. Dodatkowo my się zarażamy od syna. Ja kaszlę tak, że mało płuc nie wypluję, męża łamie w kościach. W dodatku ta wiosna za oknem… Zero świątecznej atmosfery :( 

Mam nadzieję, że naprawdę po tym zabiegu się odmieni, trzymajcie kciuki. I wszystkiego dobrego na świąteczne dni!

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nowe umiejętności

02 paź

Mały w końcu przekonał się do roweru. Namawiałam go ROK, by wsiadł i trochę pojeździł (oczywiście z bocznymi kółeczkami, ja z kijem z tyłu). Wsiadł ze dwa razy może na 3 sekundy i tyle. Nigdy nie chciał też spróbować pojeździć na tych rowerkach biegowych. W domu miał auto i motorek do jeżdżenia tą „techniką”, ale też nie było jakichś szaleństw.

Aż tu nagle jakiś miesiąc temu na rowerek wsiadł i już omalże nie chciał zejść. Oczywiście okazało się, że coś ten rower za mały albo to synek już na niego za duży… Trzeba było załatwiać większy pojazd. Teraz codziennie do przedszkola mały jedzie na rowerze, ja lecę obok asekurując, zatrzymując przed ulicą, pchając pod górkę, ale warto!! Ogromny plus! Wcześniej, na piechotę, mały się SNUŁ. Szedł albo nie szedł. Marudził. Zawracał, stawał w miejscu itp. Trwało to masakrycznie długo, pół godziny na przykład. Teraz w 5 minut jesteśmy na miejscu. Hura.

O pływaniu w rękawkach już pisałam, też wielki postęp. Podobnie w obsłudze laptopa tudzież tabletu… Tu poszło o wiele szybciej niż z rowerem. I to bez zachęcania i tłumaczenia. Synek po prostu pewnego dnia stwierdził „Ja sam!” i zaczął z pamięci robić to co ja, żeby poleciała bajka. Włączył laptopa, poczekał, kliknął w odpowiednią ikonkę, poczekał (zaznaczam, że czekał, bo to dopiero osiągnięcie!), po czym poinformował mnie: „Ja jestem już duży dzielny chłopak!”.

OK, przynajmniej wiem, co panie dzieciom w przedszkolu kładą do głowy…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Po wakacjach

13 wrz

Już po lecie, po wakacjach, po urlopie… Ledwo weszliśmy w rytm praca-przedszkole, mały się rozchorował. Angina again. Nawet tygodnia do przedszkola nie pochodził. Marne pocieszenie, ale zawsze, jak to powiedziała lekarka, lepsza angina niż zapalenie uszu. Hmm… OK, ale czy naprawdę muszę poznać wszystkie antybiotyki dla dzieci dostępne na rynku?

Z milszych tematów – wakacje były bardzo udane, ponownie odwiedziliśmy Kretę i niewykluczone, że wybierzemy się tam znowu, jak dla mnie – choćby jutro. Trzęśliśmy się o małego przez cały pobyt, ilości leków, jakie miałam ze sobą, mogłaby mi pozazdrościć niejedna apteka, synek postraszył nas jedynie kilkudniową chrypą, ale tak ją zaatakowaliśmy miodowym syropem, antyseptycznymi lizakami, Argentinem i ibupromem, że poszła precz. A mały mógł dalej szaleć – nauczył się pływać w rękawkach (których to sobie do tej pory nie pozwalał założyć) i śmigał w basenie na pełnych głębokościach, a w morzu rzucał się na fale wyższe od niego ze 3 razy (taki urok wiatrów na Krecie).

Poniżej to zamazane coś w wodzie to moje dziecko :) Tuż po zjeździe ze zjeżdżalni-węża :) TO dziecko, które rok temu ani razu nie weszło na wczasach do basenu :)

Tu radocha pod grzybkiem :)

A takie wynalazki widziałam u niektórych dzieci na plaży. Nie wiem, czy coś takiego dotarło już do Polski, ale po pierwsze dla mnie to leciutka przesada (zwłaszcza, że mama i babcia tej akurat dziewczynki stały nad nią cały czas jak czaple), po drugie dziecko wygląda w tym jak terroryst(k)a z Afganistanu… Czy raczej jak jego/jej parodia… I śmieszno, i straszno.

Na koniec cykada, która udaje, że jej nie ma – otóż całe drzewo huczy od jej cykania (i jej koleżanek, i kolegów), ale gdy tylko się do takiego drzewa zbliżyć, robi się cicho… Na chwilę :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Trochę niusów

05 maj

Tradycyjnie już tuż przed długim weekendem mały się rozchorował. Tradycyjnie na ucho. Dobrze, że nie czekał do wieczoru 30.04, a rozłożył się dzień wcześniej, był czas na lekarza w normalnym trybie. Strasznie płakał, bolało go bardzo, przykro było patrzeć. Po ibupromie zasnął, a rano przybiegł do nas z wesołym okrzykiem „Już nie boli ucho!!!”. Ale oczywiście do lekarza poszliśmy, doktor podejrzewała, o zgrozo, pęknięcie błony bębenkowej, bo ból tak szybko minął i w dodatku rano ucho było całe zapaskudzone. Na gwałt umówiłam małego do laryngologa (oczywiście prywatnie, „na gwałt” w NFZ to wiecie, miesiąc czekania…), doktor odkurzyła ucho (dosłownie, takim mini odkurzaczem), tyle tego tam było, aż jej rurkę zatkało… Potem wprowadziła kamerkę (niech żyje nowoczesny sprzęt) i całe szczęście stwierdziła, że błona jednak jest cała. Tak czy siak siedzimy w domu na antybiotyku. Dziś na chwilę byliśmy na dworze, bo cieplej było niż w mieszkaniu, za to jutro znowu 16 stopni i deszcz ma być, huśtawka pogodowa straszna. Żeby już zakończyć temat chorowania – zapisałam synka na zabieg usunięcia trzeciego migdała na maj przyszłego roku, to chyba najszybszy termin we Wrocławiu, zobaczymy, co będzie do tego czasu. W grupie małego aż sześcioro dzieci ma ten sam migdałowy problem.

Całe szczęście udało się synkowi tydzień wcześniej pójść na pierwsze urodziny przedszkolnego kolegi, tzn. urodziny czwarte, ale pierwszy raz był na takiej imprezie :). Jak to często teraz bywa, wszystko odbyło się w tzw. małpim gaju w centrum handlowym. Ja nie przepadam za takimi miejscami, zawsze wolałam z dzieckiem pójść do parku czy na plac zabaw, w tych basenach kulkowych i na tych plastikowych zjeżdżalniach na pewno jest miliard bakterii w mm kwadratowym, niemal je widzę… Tam jakieś lampy odkażające powinny być, jak Boga kocham. No, ale co było zrobić. Trochę się zemściło na mnie to, że wcześniej właściwie tylko dwa czy trzy raz byliśmy w takim miejscu, bo mały latał tam jak w amoku. Nie zjadł ani tortu, ani ciasta, a pił „w locie”, jak mu podałam kubek pod nos. Oczywiście po 2 godzinach był ryk, że to już koniec. A nazajutrz, obudzony do przedszkola mały oświadczył, że chce na urodziny, a nie do przedszkola i był problem. Po przedszkolu zazwyczaj szliśmy na plac zabaw, tym razem znowu był ryk, że mamy iść na urodziny i do kolorowej rury… Nie było wyjścia i po paru dniach poszliśmy tam znowu, był piękny słoneczny dzień, więc chociaż nie było tłoku :D

Trzy i pół godziny. TRZY I PÓŁ GODZINY. Już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek stamtąd wyjdziemy. Mężydło przyniosło jedzenie z knajpy obok, żebyśmy jakoś przetrwali. Mały oczywiście ani jeść, ani pić, ani nic. Tylko skakał, biegał, zjeżdżał, tarzał się w kulkach, no wszystko co można. Wychodził z rykiem, co prawda, ale chyba się nasycił, bo na razie na temat kolorowej rury cisza…

 

Na tle innych…

21 mar

Nie wiem, co mam myśleć o pracach plastycznych małego – z jednej strony czego się spodziewać po 3,5-latku, to naturalne, że bazgroli po kartkach, krzywo przykleja papier, ciapie farbą etc. I gdybym te jego prace oglądała jako jedyne, nic by mnie nie zaniepokoiło. Ale nie da się ukryć, że na tle prac innych dzieci wypada kiepsko, jego prace wręcz się wyróżniają… na minus. Nie palę się do rozmowy z nauczycielkami, bo nie chcę znowu usłyszeć, że mam iść z dzieckiem do psychologa i tak, między Bogiem a prawdą, krzywo przyklejona bibuła czy wata to żaden problem, prawda? Tylko dlaczego inne dzieci przyklejają ją prosto w prawidłowych miejscach? Albo rośnie mi antytalencie plastyczne albo jakiś super artysta sprzeciwiający się mainstreamowi… Zresztą zobaczcie sami:

Niby całkiem sympatyczny kwiatek przedszkolaka:

Ale już wśród innych nie prezentuje się tak udanie:

Podobnie przebiśnieg:

Wszyscy uszanowali zieleń listków i biel kwiatków, tylko nie mój syn (praca ostatnia w drugim rzędzie).

No a ta wyklejanka? Praca małego jest najgorsza, chyba nie muszę pisać, że chodzi o pierwszą w drugim rzędzie?

Jeszcze jedno takie arcydzieło i chyba jednak zapytam pań, czy mały się upiera przy swoim chaotycznym pomyśle, nie daje sobie pomóc czy jeszcze coś innego jest przyczyną tego, że prace wyglądają tak, jak wyglądają. Kolorowanie malowanek w wykonaniu małego to po prostu zabazgrolenie wszystkiego na jeden-dwa kolory. Najlepsze jest to, że z dumą mi potem pokazuje te bohomazy – mamo, namalowałem w pseckolu, zobac, niebieskie i brązowe :) To fakt, nic więcej się nie da powiedzieć o takim rysunku, prócz tego, że jest niebieski i brązowy… Coś tam mu chyba panie mówią, bo ostatnio przy rysowaniu w domu pokrzykuje sam do siebie: nie wyjezdzaj poza linie!, ale efekty na razie marne. Raz widziałam jedną z prac dziewczynki z grupy małego, linie były tam rzeczą świętą, uciekłam czym prędzej z szatni… To niemożliwe, żeby trzylatka tak rysowała!!!

Od razu wspomnę, że synek nie jest daltonistą i w lutym był przebadany okulistycznie kolejny raz. U nas w rodzinie pełno okularników wszelkiej maści, a że mały mrużył oczy na bajkach, trzeba było to sprawdzić. Oczywiście jakieś dwa tygodnie przed wizytą przestał mrużyć, wiecie jak to jest. U lekarki bardzo ładnie wszystko pokazywał, a badała go na przeróżne sposoby. I rozpoznawanie kształtów i kolorów, i nazywanie obrazków z daleka, i wskazywanie obrazków w okularach takich jak na film 3D, i badanie ostrości wzroku, i wykluczanie zeza, i zakrapianie atropiną, i zaglądanie do oka z latarką. Odetchnęłam, nic niepokojącego nie wyszło. Po „niebieskich bucikach” i dmuchaniu nosem balonika (otovent) okularów już nam naprawdę nie trzeba. I tak jest wesoło.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS