RSS
 

Notki z tagiem ‘praca’

Wiedziałam, że tak będzie

02 paź

Wiedziała, kur…ka, że tak będzie. Że mężydło w delegacji, ja – pierwszy dzień do pracy, a mały w przeddzień usnął przed 22 dopiero, a zanim usnął, co 2 minuty czegoś chciał, krzyczał, płakał i się złościł (na przykład – drze się, że chce książeczkę do łóżka, ponieważ jest unieruchomiony przez te pieprzone ortezy, daję mu książeczkę, wychodzę z pokoju, po minucie słyszę, jak książeczka spada na podłogę – nie sama rzecz jasna – i słyszę kolejną prośbę o kolejną książeczkę lub o saksofonik lub o coś jeszcze innego; jeśli ignoruję krzyki małego, narastają nie do zniesienia). Na początku września zasypiał jak aniołek, wymęczony zapewne nowościami związanymi z przedszkolem, teraz tak nabiera wigoru wieczorami, że szlag mnie trafia, bo chciałabym w końcu usiąść z herbatą i nogami na ławie, a nie latać jak głupol do księciunia.

No więc wczoraj wieczorem było apogeum krzyków małego, że nie chce spać i mojego gderania, że ma już być cicho i że setny raz nie będę mu czytać „Kataru” Brzechwy. W końcu padł, zaraz potem ja, ale co z tego – 3 w nocy, słyszę, jak woła. Idę, poprawić kołderkę chce. 3:20 znowu coś. W końcu o 4 marudzi, że chce do mnie do łóżka. O tej porze zgadzam się na wszystko, nawet jakby chciał bombę atomową odpalić.  Ostatecznie usypia u mnie, ja wściekła przewracam się z boku na bok. Godzina 7 – budzik. Wstaję, mały nic. Zapalam światło, ubieram się. Mały nic. Oczywiście – śpi jak zabity, bo się nie wyspał. Budzę go, księciunio nie w humorze, płacze, histeryzuje, że nie chce do przedszkola, chce spać i chce bajkę.

Ja się już w środku gotuję, tłumaczę mu oczywiście, uspokajam etc. równocześnie ubieram siebie i jego. Zazwyczaj idzie to dobrze, mały się sam lubi ubierać, bo lubi się chwalić, co już umie zrobić. Zazwyczaj chętnie je rano kaszkę lub mleko z płatkami. Zazwyczaj jako tako myje zęby, szybko wkłada buty, kurtkę i idziemy. Ale nie dziś! Nie chce się ubierać, śniadania nie je, o zębach nie ma mowy, ryczy czerwony i zasmarkany. Ze strachem chcę mu zmierzyć temperaturę (jeszcze tego by mi brakowało), pierwszy raz muszę z nim walczyć, żeby włożyć termometr do ucha. Całe szczęście nic nie wyszło, nie ma zmiłuj, ciągnę małego na dwór. A ten całą drogę wyje „Nie ce do przeckola!!!”. Upociłam się jak górnik czy inny hutnik. W szatni masakry ciąg dalszy, potem ciągnięcie do sali, tam odrywanie go od siebie… Gorzej niż pierwszego września. Wyczuł skubaniec, że się spieszę, czy jak??!

Zamiast przewidzianych 40 minut cała operacja zajęła mi ponad godzinę, bez śniadania, bez kawy, pognałam na tramwaj.

Jakoś poszło. Ale nie lubię tak. Cały dzień się martwię, jak zostawiam synka płaczącego. Taki jakby niesmak, nieprzyjemne uczucie zostaje w człowieku. W głowie mam obrazek zapłakanego małego, więc wydaje się, że przez cały dzień będzie się tak zachowywał. Potem panie mi mówią, że się rozkręcił i było dobrze, ale…

Moja nowa praca wymaga ode mnie dużego skupienia i przyswojenia wielu szczegółowych informacji. Będę się zajmowała ekspozycją produktów mojej firmy w kilku punktach w mieście. Trzeba dokładać, porządkować, robić wyprzedaże i promocje, wprowadzać nowe serie według wytycznych. Podoba mi się to, ale muszę się jeszcze wiele nauczyć, ryki małego z samego rana nie nastrajają mnie zbyt dobrze, całe szczęście w końcu wraca mężydło i weźmie na siebie trochę tego stresu…

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Praca a poczucie własnej wartości

30 sty

Przeczytałam bardzo uważnie wszystkie komentarze dotyczące dylematu praca versus opieka nad dzieckiem. Jedna z osób zadała ważne pytanie – dlaczego posiadanie pracy utożsamia się z posiadaniem własnej wartości? No, cóż.  Pewnie dlatego, że praca w domu jest lekceważona i niedoceniana.

Jeśli powiem: pracuję w biurze/sklepie/na stoisku/etc. , to jestem odebrana jako ktoś, kto sobie radzi, kto robi coś, za co mu płacą, a więc – robi coś ważnego, potrzebnego, ZAUWAŻONEGO. A pozmywane naczynia, wyprane, wyprasowane i powieszone w szafie koszule, umyty kibel, przetarte lustra, odkurzony dywan, zmieniona pościel, błyszcząca umywalka i wanna, wyczyszczone z kamienia krany, ugotowany obiad, pieczywo w chlebaku, wędlina, sery, pomidory w lodówce, mleko w szafce, kawa w słoiku (czyli zakupy robione na bieżąco) PLUS nakarmione kilka razy dziennie dziecko, z czystą pieluchą, z aktualnymi badaniami i szczepieniami (czyli zadbane) to… to po prostu się dzieje, to po prostu jest… Jeślibym to wszystko robiła u kogoś za pieniądze, jako sprzątaczka i opiekunka, miałabym niezłą pensyjkę…

Od pół roku pracuję na full pełny etat. Full pełny, bo 24 h na dobę. Bez dnia wolnego, bez prawa do urlopu i do chorobowego. Czas nienormowany, przerwa na posiłki – niekoniecznie, siusiu w wolnej chwili. Robię jako sprzątaczka, kucharka, praczka, opiekunka. Wykonuję kawał dobrej roboty, wielki kawał. A mimo to czuję się okropnie, jak jakiś mały nieistotny żuczek, kiedy mówię, że siedzę w domu z dzieckiem i na razie tak pozostanie, idę na wychowawczy, nie szukam opiekunki, nie dam dziecka do żłobka.

Niskie poczucie własnej wartości? Na pewno. Przez naświetlenie sobie samej tego problemu czuję się trochę lepiej, pewniej. Kto prycha na pracę w domu niech zatrudni sprzątaczkę i opiekunkę do dziecka, a zobaczy, ile to kosztuje, ile taka praca jest warta. Na razie jestem najlepszą osobą do jej wykonywania, we własnym domu, ze swoim dzieckiem. Pomogły mi komentarze czytelniczek, dziękuję.

 

A co powiecie na wyznaczenie sobie pensji? Wypłacanej przez męża? :) Nie będę zdzierać, stówka za dniówkę…

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Kończy mi się macierzyński…

25 sty

Kończy mi się macierzyński… W związku z tym ostatnio nie jest mi zbyt wesoło, eufemistycznie mówiąc. Na swoje stanowisko wrócić nie mogę, bo moje biuro zostało przeniesione poza Wrocław, dojazdy nie wchodzą w grę. Zresztą moją pracę wykonuje już inna dziewczyna, wyszkolona zresztą przeze mnie…
Siedząc w domu teoretycznie mogłabym wykonywać część pracy zdalnie (o czymś takim bąkał mój szef, gdy odchodziłam na zwolnienie), teraz jednak widzę, że nie jest to takie proste. Albo zawalałabym obowiązki, albo opiekę nad małym. Co miałabym wybrać, jeśli dostałabym pilne zlecenie zorganizowania transportu i równocześnie mały by się zanosił płaczem? A tak się dzieje, jeśli się nudzi/jest głodny/jest zmęczony/jest senny, czyli prawie zawsze.
Rozmyślając o mojej sytuacji wpadłam w wielki dół, co tam dół, to był Rów Mariański! Po pierwsze, szef nie zaproponował mi jak na razie nic do roboty, co jest dla mnie jasnym komunikatem; poczułam się niepotrzebna i zapomniana. Po drugie – nawet jeśli coś mi zaproponuje, chyba będę musiała odmówić. Nie chcę powierzać dziecka obcej babie (czytaj: opiekunce), tym bardziej żłobek nie wchodzi w grę; zresztą moja praca byłaby wówczas kompletnie nieopłacalna. Z drugiej strony – nie chcę zasiedzieć się domu… I tak źle, i tak niedobrze.
Mój niepokój zwiększyła dodatkowo koleżanka, do której zadzwoniłam na swobodne plotki. Zamiast relaksującej rozmowy wysłuchałam wykładu o tym, jak to jeszcze trochę i nie będę w stanie wrócić na rynek pracy, a moje CV będzie totalnie zepsute przez to, że będzie miało defekt pt. kilkuletnia opieka nad dzieckiem. Dowiedziałam się, że urlop macierzyński to marnowanie czasu, a wychowawczy to już w ogóle czarna dziura, z której się nie wygrzebię (jak to z czarnej dziury…).
Miotałam się strasznie po tej rozmowie; sama już nie wiedziałam, co jest ważne i w którą stronę powinnam iść.
Jak zwykle pomógł mi mój rozsądny i poukładany mąż, który stwierdził, że teraz jest czas dla dziecka. I najlepiej zajmie się nim jego mama… A gdy przyjdzie czas na żłobek/przedszkole, pomyśli się o moim powrocie do pracy. Niby proste, logiczne i przede wszystkim rozsądne… Niepokój jednak pozostał. Że nie będę mieć własnych pieniędzy, że zbytnio przyzwyczaję się do siedzenia w domu, że poczucie własnej wartości zleci mi na łeb na szyję (już teraz nie jest z tym najlepiej…).
Do końca miesiąca muszę określić się w moich kadrach… Ech.

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Moje humanistyczne wykształcenie to szajs na rynku pracy

12 sty

Nie wiem, gdzie chciałabym pracować. Dlatego nie zmieniam mojej obecnej pracy, chociaż zawsze rano idę do niej niechętnie, a po południu jak najszybciej się zmywam :) Pytania z cyklu – co chciałabyś robic, co lubisz robić – stresują mnie straszliwie, bo odpowiedzi na nie szukam od kilkunastu lat i – ani widu, ani słychu. Mam swoje preferencje, ulubione zajęcia, zainteresowania – ale nic z tego nie nadaje się na pracę. Zarobkową pracę. Moje humanistyczne wykształcenie to szajs na rynku pracy. Nic tego nie zmieni, chyba że zaczną płacić za czytanie książek i oglądanie filmów. Płacą co prawda za pisanie książek i kręcenie filmów, w moim przypadku to pierwsze jest nawet możliwe do realizacji, tylko… nie jest to takie proste, jak kiedyś myślałam i prawdą jest wypowiedź jakiegoś pisarza, że pisanie książki to piłowanie trupa, a w dodatku małe są szanse, żeby pociekła krew…
Mam na swoim dysku kilka takich pokiereszowanych trupów i nie wiem, co będzie z nimi dalej…
Nie rzucam więc mojej nużącej pracy, bo jest nieciężka i nie zabiera mi weekendów (w przeciwieństwie do poprzedniej), a odpoczynek od niej podaruje mi moje dziecko, kiedy je już urodzę – a wtedy zacznie się zupełnie inne pracowanie…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS