RSS
 

Notki z tagiem ‘plac zabaw’

Po wakacjach

28 sie

Lato w Polsce się kończy, co mnie przygnębia – jak co roku. Zimne poranki, jeszcze zimniejsze wieczory i prawie mroźne noce… Zresztą, ile było ciepłych nocy w Polsce tego lata? Przeważnie 12 stopni, a ostatnio 8-9. Kiedyś się jeździło na wakacje pod namiot i nie było super karimat i termicznych śpiworów z jakichś tam kosmicznych włókien. Teraz bym się nie odważyła chyba…

Mały był pierwszy raz w życiu na półkoloniach. Spisał się świetnie, ale też program był bardzo ciekawy dla niego. Półkolonie nazywały się „Mały Odkrywca” i codziennie były inne „badania” i „eksperymenty”, trochę fizyki, trochę chemii, sporo kolorów i zabawy. Mały był zachwycony. Ani razu nie marudził, 9 godzin dziennie tam spędzał i odbierałam go uśmiechniętego od ucha do ucha.

Byliśmy też oczywiście na wymarzonych wczasach. W tym roku Majorka. Piękna wyspa, mnóstwo miejsc do zwiedzania. Mały nie był zadowolony z tego powodu. Zrobił mi awanturę po paru godzinach zwiedzania Palmy: „Mamo! Ty tylko chodzisz i ciągle robisz zdjęcia! I oglądasz kościoły! A ja nie chcę!”. No, mamy z nim co roku kłopot na wyjazdach, chociaż staramy się nie robić jakichś maratonów po zabytkach. Zawsze w takich momentach miło wspominam wózek… Siedział tam bąk spokojnie cały dzień i był spokój. Teraz, gdy się buntuje, że go bolą nogi i jest gorąco, działają tylko lody… I na czas lizania jest błoga cisza i żadnych protestów…

Zawsze zresztą staraliśmy się uatrakcyjniać zwiedzanie pod kontem małego (w Palmie np. było to ze 40 minut na placu zabaw; zupełnie nie męczyło go wspinanie się po drabinkach celem zjechania duszną gorącą blaszaną rurą; mało tego, te rury to był wg małego główny powód naszego przyjazdu do stolicy, zobaczył je raz z okien samochodu i nie było zmiłuj):

Założę się, że kto zwiedzał stolicę Majorki bez dzieci nie ma pojęcia o istnieniu takiej budowli w pobliżu Katedry…

Dwie wycieczki były stricte pod kątem małego – delfinarium z pokazem oraz akwarium (no dobra, ja też bardzo chciałam zobaczyć…:)) Myślę, że z tych dwóch miejsc to nie delfiny i inne morskie stworzenia najbardziej zapamiętał, bo największą atrakcja okazał się niewielki basen ze zjeżdżalniami (na tyle zignorowałam jego istnienie, że nawet nie wzięłam małemu kąpielówek – no po co brać kąpielówki na pokaz tresowanych delfinów??? A potem musiałam przekonywać małego, że nikt się nie będzie patrzył i śmiał z niego, że jest w majtkach – bo ostatecznie widząc jak rwał się do tego basenu nie miałam serca nie puścić go tam, tylko dlatego że nie miał gaci z odpowiednich tekstyliów… Przy okazji odkryłam, że już teraz, w wieku 6 lat, tego typu sprawy mają dla niego znaczenie…).

Z akwarium na pewno najlepiej zapamięta fontanny znienacka wytryskujące z chodnika, bawiła się tam cała dzieciarnia, a ja już byłam naszykowana, z kąpielówkami w torebce :) Więc mały miał radochę na sto dwa. A rodzice wznosili modły do nieba, żeby nie skończyło się to zapaleniem ucha, jak na Cyprze (zimne tryskające strumienie plus upał)…

Wiele by pisać jeszcze o Majorce, na dziś – tyle.

 

Bilansik

11 sie

Mój synek to już pięciolatek. Banalnie dodam, że nie wiem, kiedy to zleciało! Normalnie skandal, szok, niedowierzanie.

Mały bilans zrobię, bo ani się obejrzę, a będzie się szykował do studniówki. Chyba że dobra zmiana zlikwiduje studniówkę, bo czemu by nie. Jezu, lepiej nic o dobrej zmianie już nie pisać, bo mi zamkną bloga ;)

Mały ma 113 cm wzrostu.

Waży 21 kg.

Rozmiar buta: 32.

Zna literki, cyferki, wymawia wszystko ładnie, ale lubi się pieścić i wtedy sepleni.

Jest towarzyski – bawi się chętnie z dziećmi w przedszkolu i z wszystkimi swoimi kuzynami i kuzynkami, a piszę o tym, bo jednak miewa swoje schizy. Np. idziemy dla odmiany do innego niż zazwyczaj parku, gdzie jest fajny plac zabaw i karuzela dla dzieci taka w starym stylu –  z końmi i karocami. Mały dwie godziny przesiedzi na ławce, bo na placu zabaw „nie chce, żeby były dzieci”, a do karuzeli nawet nie chciał podejść. Albo – kolejny raz zrobił nam numer z basenem, powtórka z zeszłego roku. Upał, nowy basen, zjeżdżalnia, o której mały non stop mówi. Jesteśmy na tym cholernym basenie i co? I siedzimy dwie godziny na kocu. Nie wejdzie do wody, nie pójdzie na zjeżdżalnię. Bo nie. No, trzymajcie mnie!

Ulubiona potrawa: mięso. Oprócz słodyczy oczywiście. Ale nawet przedszkolanki mówiły, że tak, jeśli chodzi o obiady, z małym nie ma problemu, mięsko zawsze sam chętnie zje, potem może ziemniaki, za to suróweczka Boże broń.

Sport: bardzo się stara na lekcjach pływania, dobrze kopie piłkę, lubi różne fikołki i wygłupy na łóżku lub trampolinie, ale totalnie ma w nosie rower czy hulajnogę. Coś tam trochę pojeździ, ale nie widzę tego zapału, co u innych dzieci, za którymi biegają sprintem przerażone matki.

Inne umiejętności: obsługa laptopa, tabletu – proszę bardzo. Wszystko, byleby leciały bajki. Lubi te naprawdę stare, nawet za mojego dzieciństwa one już były stare: Krecik, Bajki z mchu i paproci, Zaczarowany ołówek, Pomysłowy Dobromir, Sąsiedzi. Z nowych bajek: ani razu nie obejrzał Kaczora Donalda, ale owszem, Shrek, Epoka Lodowcowa itp. bardzo chętnie. A propos Epoki lodowcowej i opisanych wyżej schiz/fochów. Chcieliśmy wziąć małego do kina na najnowszą część, reklamowaliśmy na wszelkie sposoby: wielki ekran, krzesełka, światełka itp. Tak histeryzował, że nie chce, że odpuściliśmy, a poza tym złapał – tradycyjnie już w upały – anginę. Właśnie skończyliśmy antybiotyk, w tym roku chyba trzeci. A są dzieci, które w jego wieku mają za sobą w ogóle max jeden antybiotyk; bardzo nad tym ubolewam.

Chorowanie małego to największa moja bolączka, największy stres i nerwy. Mam nadzieję, że za rok, na podsumowania sześciolatka będę mogła napisać – przestał chorować!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Jak nie urok, to sraczka albo szycie na żywca

21 paź

No nie da się inaczej tego nazwać – kiedy po pierwszych paru dniach w przedszkolu mały złapał anginę, po dwóch tygodniach chorowania poszedł do przedszkola, pochodził 3 dni i wrócił z gorączką, to pierwszy zdrowy weekend chcieliśmy uczcić po prostu siedząc na placu zabaw i łapiąc ostatki letniego słońca. Bo te wszystkie fajne ciepłe dni września siedzieliśmy w domu jak stare dziadki.

Mały bawił się w skakanie z ogrodzenia z kołków na piasek. Niestety dołączyła do niego jakaś dziewczynka. Gdybym ja to widziała, wzmogłabym czujność, jak Boga kocham, bo już nieraz się przekonałam, że takie dziewczynki na placach zabaw to często lubią popchnąć, szarpnąć, wepchać się w kolejkę do zjeżdżalni, wyrwać łopatkę z ręki etc. Przepraszam wszystkich rodziców dziewczynek, ale takie są moje obserwacje. No, ale synka pilnował tatuś. Ja siedziałam kawałek dalej na ławce z gazetką, no po prostu luksus! I co? I po chwili słyszę ryk małego, leci do mnie z wrzaskiem, za nim przestraszone mężydło. Okazało się, że dziewuszka straciła równowagę i spadając z tych kołków pociągnęła małego ze sobą. Wpadli na jakieś krzaczki – niby nic. Ona się obtarła trochę, za to mały rozciął rękę, dłoń w zasadzie. Jak można rozciąć dłoń upadając z wysokości metra na krzaczek – nie wiem, jest to dla nas zagadką jak dotąd, ale wyglądało to paskudnie, jak przecięcie żyletką. No i zaczęła się akcja, trzeba było jechać na chirurgię dziecięcą. Tam swoje odczekać. Mały wyje, ręki nie da dotknąć. W końcu wchodzimy do sali.

Lekarka stwierdziła, że trzeba szyć i że będzie szyła – uwaga – na żywca. Bo znieczulenie też boli i trzeba czekać, a tu myk, myk i zszyje. Zanim zdążyliśmy dobrze pomyśleć, posadziła małego na taborecie na kółkach (sic!), rękę położyła na leżance i dalejże do dzieła. Synka trzymał mąż, ja i pielęgniarka, a lekarka i tak się mocno dziwiła, jakie dziecko silne i się wyrywa. No żesz kurna! Ciekawe, czy sama by tak dała sobie w ranie grzebać! Nie wspomnę, że taborecik na kółkach nie ułatwiał sprawy, co za durny pomysł, sadzać na nim wyrywające się dziecko! Ale takie refleksje to doszły do mnie później, mądry Polak po szkodzie i takie tam…

Mały darł się tak, że myślałam, że po wyjściu z gabinetu poczekalnia będzie pusta, bo wszyscy uciekną. Na koniec dostał opatrunek, receptę na maść i tyle. Dalej nie było wiele łatwiej, bo za maścią trzeba było trochę pojeździć, a następnego dnia już w ogóle zgłupieliśmy, bo mały dostał prawie 40 stopni gorączki. No i pojechaliśmy z powrotem na tę chirurgię, bo to niedziela była.

Lekarz nie stwierdził widocznego zakażenia, ale dał antybiotyk (niestety, kolejny w tym roku) i kazał się w poniedziałek zarejestrować na wtorek, koniecznie osobiście, bo dodzwonić się nie sposób i jeszcze prócz tego przebadać małego pediatrycznie. No więc oczywiście wszystkie plany poniedziałkowe wzięły w łeb, ja musiałam wstać po szóstej, żeby lecieć małego rejestrować, mąż za to poszedł z nim do pediatry. Która nic nie stwierdziła, więc gorączka wzięła się po prostu z powietrza? Bo chirurg upierał się, że na pewno nie z rany. No OK, pediatra mówiła, że to jednak raczej reakcja na ranę. Chętnie posadziłabym takich dwóch lekarzy, co mają odmienne opinie, w jednej sali i niech dyskutują.

W rejestracji do poradni chirurgicznej zapachniało mi Bareją. Była 7:50, podeszłam do kontuaru, ale odgoniono mnie tekstem, że rejestracja od 8. OK, wybiła 8, podchodzę. Pańcia dwa razy kliknęła myszką, po czym rzecze: system się zawiesił, nie mogę rejestrować, proszę przyjść jutro. I TYLE. Koniec. Co miała zamiar robić przez resztę dnia, nie wiem. Ani słowa o tym, że może zaraz się naprawi, przyjdzie informatyk czy co. Ręce mi opadły.

Następnego dnia system był w porządku, dzięki Bogu, zarejestrowałam małego i zajęłam kolejkę. I obserwowałam, co dzieje się takiego w rejestracji, że nie można się do niej dodzwonić. Otóż, nic takiego się nie dzieje. Panie są dwie. Jedna rejestruje, ale tak bez szału, bo jakichś tłumów nie było, druga przekłada papiery, czegoś szuka w segregatorze, podaje koperty panu doktorowi… A telefon dzwoni. A niech se dzwoni, co za problem dojechać na 8 z drugiego końca miasta przez najbardziej zatłoczony plac we Wrocławiu! Bo rzecz miała się na Klinikach, a żeby dojechać na Kliniki, w 90 % przypadków trzeba jechać przez Plac Grunwaldzki, położony w centrum życia studenckiego i nie tylko, dość dodać, że w tramwaju stałam na jednej nodze przylepiona do drzwi. W takich miejscach jak szpitale i poradnie przyszpitalne czas jakby się zatrzymał w latach 80., kiedy to właśnie trzeba było swoje odstać, pilnować, kto za kim itp. Pamiętam, że w dzieciństwie masę czasu spędzałam w poczekalniach, to była męczarnia dla dziecka. Czekać i czekać w dodatku na nic przyjemnego. Jaki problem było zapisać ludzi w zeszycie co kwadrans? Nie potrzeba do tego komputera czy innej tajemnej maszyny, jedynie odrobinę dobrej woli. Nie mam pojęcia, dlaczego tak było – i dlaczego w niektórych placówkach NFZ nadal tak jest.

No nic, ostatecznie wszystko skończyło się dobrze, mały pochodził kilka dni do przedszkola z opatrunkiem, potem – całe szczęście – pediatra wyjęła mu szew (nie musieliśmy się tłuc ekstra na chirurgię znowu) i na razie – odpukuję, spluwam i co tam jeszcze trzeba – jest dobrze. Oby jak najdłużej.

A w przedszkolu wywiesili kartkę „Uwaga wszawica”. Ha ha ha :) To też powrót do PRL…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Maminkowo

20 maj

Czytam regularnie blog „Maminkowo”.  Poniżej zamieszczam prośbę autorki i proszę w jej imieniu o wsparcie:

Kochani zaprzyjaźnienie blogerzy i ludzie posiadający strony www!

Od wielu tygodniu dominuje u mnie jeden temat – konkurs Nivea. Dziś mam prośbę, bo spadamy na łeb i szyję w rankingu, żebyście zamieścili na swoich blogach apel o głosy dla wsi Górsk w powiecie toruńskim. Przewińcie sobie kilka wpisów z Maminkowa, a będziecie znacz przyczyny mojej nieobecności i stan rzeczy. Basia i Ignaś, o których tak lubicie czytać, potrzebują placu zabaw. Potrzebują go też wyjątkowe dzieciaki z osiedla.

(…)

Macie blogi, ludzie czytają je, wrzućcie apel, to nic nie kosztuje. Głos co dzień do końca maja – odebrać link aktywacyjny na skrzynce mejlowej i tyle!


http://www.nivea.pl/Porady/ext/pl-PL/podworko?dpl=deeplink-podworko

To nic nie kosztuje

Niedawno zamieszkałam w Górsku, wsi pod Toruniem. Rzucił mnie tu przypadek. Wiejska rzeczywistość poza urokami w postaci przyrody, ma też swoje minusy. Niektórzy mnie pytali, czy to dobry wybór dla dzieci. Według mnie najlepszy – mają las, łąki, rzekę, pola wkoło. Bezpiecznie, cicho. Ale co z tymi równymi szansami? Wierzę w potencjał każdego dziecka i poznałam tu cudowne maluchy i imponującą młodzież, której się chce pracować na przyszły sukces! Poznałam też dorosłych, którzy nie żałują swojego czasu, kompetencji i pracy dla dobra ogółu, nie chcąc niczego w zamian. Społeczność ta zaczyna działać jak sprawny organizm. To co ją ogranicza to brak środków finansowych. Szukamy wyjść i z tego. Aby wygrać plac zabaw dla tuzinów dzieciaków z naszej wsi, startujemy w konkursie Podwórko Nivea. To akurat nic nie kosztuje, poza naszym czasem i pracą. Wy też możecie pomóc spełnić nam marzenia naszych dzieci, które dzięki temu placowi mogą mieć madre i bezpieczne miejsce do zabawy. Proszę, w imieniu moich dzieci, Basi i Ignasia.

 

Więcej szczegółów na blogu: http://maminkowo.blog.onet.pl/

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Trochę niusów

05 maj

Tradycyjnie już tuż przed długim weekendem mały się rozchorował. Tradycyjnie na ucho. Dobrze, że nie czekał do wieczoru 30.04, a rozłożył się dzień wcześniej, był czas na lekarza w normalnym trybie. Strasznie płakał, bolało go bardzo, przykro było patrzeć. Po ibupromie zasnął, a rano przybiegł do nas z wesołym okrzykiem „Już nie boli ucho!!!”. Ale oczywiście do lekarza poszliśmy, doktor podejrzewała, o zgrozo, pęknięcie błony bębenkowej, bo ból tak szybko minął i w dodatku rano ucho było całe zapaskudzone. Na gwałt umówiłam małego do laryngologa (oczywiście prywatnie, „na gwałt” w NFZ to wiecie, miesiąc czekania…), doktor odkurzyła ucho (dosłownie, takim mini odkurzaczem), tyle tego tam było, aż jej rurkę zatkało… Potem wprowadziła kamerkę (niech żyje nowoczesny sprzęt) i całe szczęście stwierdziła, że błona jednak jest cała. Tak czy siak siedzimy w domu na antybiotyku. Dziś na chwilę byliśmy na dworze, bo cieplej było niż w mieszkaniu, za to jutro znowu 16 stopni i deszcz ma być, huśtawka pogodowa straszna. Żeby już zakończyć temat chorowania – zapisałam synka na zabieg usunięcia trzeciego migdała na maj przyszłego roku, to chyba najszybszy termin we Wrocławiu, zobaczymy, co będzie do tego czasu. W grupie małego aż sześcioro dzieci ma ten sam migdałowy problem.

Całe szczęście udało się synkowi tydzień wcześniej pójść na pierwsze urodziny przedszkolnego kolegi, tzn. urodziny czwarte, ale pierwszy raz był na takiej imprezie :). Jak to często teraz bywa, wszystko odbyło się w tzw. małpim gaju w centrum handlowym. Ja nie przepadam za takimi miejscami, zawsze wolałam z dzieckiem pójść do parku czy na plac zabaw, w tych basenach kulkowych i na tych plastikowych zjeżdżalniach na pewno jest miliard bakterii w mm kwadratowym, niemal je widzę… Tam jakieś lampy odkażające powinny być, jak Boga kocham. No, ale co było zrobić. Trochę się zemściło na mnie to, że wcześniej właściwie tylko dwa czy trzy raz byliśmy w takim miejscu, bo mały latał tam jak w amoku. Nie zjadł ani tortu, ani ciasta, a pił „w locie”, jak mu podałam kubek pod nos. Oczywiście po 2 godzinach był ryk, że to już koniec. A nazajutrz, obudzony do przedszkola mały oświadczył, że chce na urodziny, a nie do przedszkola i był problem. Po przedszkolu zazwyczaj szliśmy na plac zabaw, tym razem znowu był ryk, że mamy iść na urodziny i do kolorowej rury… Nie było wyjścia i po paru dniach poszliśmy tam znowu, był piękny słoneczny dzień, więc chociaż nie było tłoku :D

Trzy i pół godziny. TRZY I PÓŁ GODZINY. Już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek stamtąd wyjdziemy. Mężydło przyniosło jedzenie z knajpy obok, żebyśmy jakoś przetrwali. Mały oczywiście ani jeść, ani pić, ani nic. Tylko skakał, biegał, zjeżdżał, tarzał się w kulkach, no wszystko co można. Wychodził z rykiem, co prawda, ale chyba się nasycił, bo na razie na temat kolorowej rury cisza…

 

Urodziny były znów

11 sie

Mały skończył dwa dni temu 3 lata. Zrobiliśmy z tej okazji rodzinnego grilla w ogrodzie u moich rodziców. Brzmi prosto, ale umęczyłam się jak dziki osioł, żeby wszystko wyszło jak należy. Miałam listę spraw do załatwienia z rozpisaniem na dni, prawie jak przed weselem :) Np. półkruche rogaliki zrobiłam 3 dni wcześniej, kruche ciasto ze śliwkami dzień wcześniej, bezę do Pavlowej też (pierwszy raz piekłam i udała się!), mięso zamarynować też trzeba szybciej. Ale rozłożyć grilla, postawić namiot, nadmuchać baloniki, zrobić sałatki i szaszłyki, ubić śmietanę (do tej bezy), odebrać tort itp. to już w dniu urodzin, całe szczęście w końcu dojechało mężydło z delegacji i pomagało, marudząc jedynie z rzadka „a po co to, a czy koniecznie…”.

Upał był taki, jak ostatnio niemal codziennie, 34 stopnie, za to super siedziało się wieczorem, zwłaszcza, że była pełnia.

Długo wcześniej namyślaliśmy się nad prezentem dla synka, problem spory, bo mnóstwo rzeczy ma, ale tak dłużej niż 10 minut to bawi się kartonami albo piłką. Zazwyczaj na taki wiek kupuje się rowerek albo hulajnogę, ale nasz mały w ogóle nie zdradza ochoty na taką formę ruchu. Rowerek zresztą ma i nie obchodzi go on bardziej niż krzesło. Kupiliśmy więc w końcu takie gigantyczne klocki, tzw. wafle, z których można budować ściany, domek, wieże, czyli to, co mały układa z kartonów i chyba prezent się udał, chociaż nic nie przebije zwykłej piłki

To chyba ostatni taki pobyt u moich rodziców (prawie dwa tygodnie), bo od września mały do przedszkola, ja – prędzej czy później – do jakiejś pracy. Już wyjechać sobie ot tak nie będzie łatwo. Rodzinka moja kochana oczywiście postraszyła mnie trochę przedszkolem, nie żeby specjalnie, ale ja nerwowa jestem. Padły pytania, czy opowiedziałam dokładnie małemu, co w przedszkolu będzie, po kolei co tam będzie się działo, kiedy drzemka, kiedy obiadek itd. Zaoponowałam, że takich szczegółów ani on nie zrozumie, ani tym bardziej nie zapamięta. Mówię mu jedynie, że niedługo pójdzie do przedszkola, że będzie tam plac zabaw, będą dzieci i pani. Że będzie się bawił i będzie super. Moja siostra stwierdziła, że to za mało, że powinnam mu opowiedzieć krok po kroku cały rozkład dnia. Po pierwsze – sama dokładnie tego przecież nie wiem, po drugie – widzę, że mały niezupełnie kuma, nie potrafi się skupić, kiedy mówię mu więcej niż kilka zdań na jakiś temat. Ma 3 lata dopiero, na miłość boską!

Najważniejszą dla mnie sprawą jest, by zrozumiał, że będzie tam bez mamy, ale mama po niego przyjdzie, wróci. I to mu powtarzam. Co znowu nie podoba się mężowi, który uważa, że raczej trzeba małego nakręcać na zabawę i że będzie fajnie, a to, że bez mamy, to już mniej ważne. A ja tak naprawdę uważam, że mogę teraz nawet i 3 godziny przemawiać na temat edukacji przedszkolnej i wbijać małemu do głowy różne informacje z tym związane, a i tak oczami wyobraźni widzę, jak płacze i wije się u mych stóp, nie chcąc mnie wypuścić z sali czy gdzie tam go będę musiała zostawić. Może coś mi się rozświetli w głowie po zebraniu, jakie ma być pod koniec sierpnia w naszym przedszkolu. Inna sprawa, że chcemy iść na nie oboje, a zaznaczono, żeby przyjść bez dzieci. Musimy wykombinować, co zrobić z małym. Ech…

 

Gorąco

23 lip

Od dwóch tygodni upały. Ponad 30 stopni dzień w dzień, żadnych burz, deszczów – normalnie jak nie w Polsce. Żałuję, że nie mogę tych gorących dni spędzać nad wodą (we Wrocławiu na tzw. kąpieliskach jest tłoczno i – jak dla mnie – trochę syfiasto), zresztą tak naprawdę jedyny zbiornik wodny, który akceptuję do kąpieli, to morze. Kreta już dawno jest li i jedynie w sferze wspomnień, kolejnego wyjazdu, choćby nad Bałtyk, nie ma jak zorganizować, zresztą, jak stwierdziło mężydło – nie można mieć wiecznych wakacji… Jemu to łatwiej przyjąć do wiadomości, chodzi codziennie do biura, klimatyzowanego zresztą, i jak każdy normalny człowiek na etacie, bierze za oczywisty fakt, że dwa tygodnie urlopu były i już, wystarczy. A my? My siedzimy w domu.

Zmieniłam nasz rozkład dnia, zamiast w okolicach południa, wychodzimy grubo po obiedzie, a i tak mały narzeka, że „dzidzialnia go-onca”, czyli zjeżdżalnia gorąca. Mały się strasznie poci, zwłaszcza na głowie. Czapkę ma po chwili mokrą. A najwięcej energii i ciepła oddaje, jak zasypia. Muszę mu co wieczór zmieniać poduszkę, bo jest cała mokro-zimna. Pytałam o to lekarki, przy okazji niedawnego szczepienia przeciw ospie (pierwsza dawka, jedyne 200 zł, Chryste Panie), ponoć to zupełnie normalne.

Prawie codziennie synek tapla się w swoim baseniku na tarasie, godzinami przelewając wodę z butelki do kubka i z powrotem. Potrafi się skupić na tego typu czynnościach, to fakt. Np. fascynuje go zwijanie i rozwijanie centymetra krawieckiego, nawijanie i odwijanie sznurka na jojo, wyciąganie i chowanie miarki. Każdy, kto ma okazję to zaobserwować, nie może wyjść z podziwu, zwłaszcza, jeśli ma własne dzieci. „Jezu, on od pół godziny siedzi i zwija, i rozwija, i zwija!” – słyszę zazwyczaj zdumione komentarze. Nie wiem, czego to dowodzi, czy wewnętrznego spokoju, czy zadatków na geodetę, czy po prostu upodobania do powtarzalnych czynności. Nie wnikam, broń Boże nie narzekam, czasami w sklepie czy na poczcie ten spokój synka mnie ratuje dupsko (mogę coś załatwić), a innych wprowadza w zdumienie („Jak pani to robi, że on tak siedzi spokojnie?”). Nie mam tak zawsze, o nie, ciągle jeszcze zdarzają się histerie, wrzaski i jęczenie w kółko tego samego, ale nie mogę nie wspomnieć, że bywa naprawdę spokojnie, aż miło popatrzeć

Odnośnie jeszcze tych butelek (zwykłych po wodzie) czy centymetrów (2,5 zł w pasmanterii) – takie właśnie proste przedmioty, nawet nie są to zabawki przecież, dają najwięcej radości małemu. Prócz tego jeszcze wielkie kartony, z których buduje konstrukcje aż po sufit i zrzuca na siebie; rumoru przy tym sporo, ale ile radości! Zawsze jest mała tragedia, gdy pudło się rozwali „ojej! ojej! mama kleić? tam taśma, tam!” oraz wielkie święto, gdy tata przyniesie z pracy nowe kartony…

Z zabawek jedynie piłka ma spore poważanie, „ce kike kopać, ce kikałem” (chcę piłkę kopać, chcę być piłkarzem) słyszę kilka razy dziennie. No i kopiemy tę piłkę, w domu, w parku, na placu zabaw, wszędzie. Synek potrafi zrobić piękny nabieg (to się tak podobno nazywa, taki rozbieg przed piłką) i walnąć piękną bramkę. Już stwierdziliśmy z mężem, że nie mamy nic przeciwko, by został drugim Lewandowskim, zarabiał kupę kasy i kupił rodzicom willę pod miastem :)

W każdym razie – przez to upodobanie małego do prostych zabaw i zabawek mamy kłopot z prezentem urodzinowym. To problem, co? Myśleliśmy przez chwilę o rowerku biegowym, ale widzę, że to małego zupełnie nie kręci. Ma rowerek z pedałami i przez ostatnie pół roku siedział na nim może w sumie pięć minut. Widzę, jak dzieciaki śmigają na różnych hulajnogach i tych rowerkach właśnie i widzę też kompletną obojętność synka w stosunku do tych pojazdów. Od małego ma w domu autko do odpychania się nogami i jeździ na nim może raz na tydzień przez chwilę, podczas gdy moja siostra mówiła, że jej dzieci takie autka zajeździły po prostu na śmierć. Stanęło więc na wielkich klockach konstrukcyjnych, tzw. waflach, powinny się spodobać.

Za miesiąc z okładem mały idzie do przedszkola, ręce mi się pocą na samą myśl o tym. W każdym razie posłuchałam rad (głupich, jak się okazało) i zawczasu powysyłałam kilka CV tu i tam. I co? I odezwali się i praca była od zaraz i to taka, jaką chciałam. Szlag mnie trafia na myśl o tym, wolałabym być nieświadoma takiej okazji, nie będę szukać przecież z dnia na dzień niańki, to nie w moim stylu oddawać nagle synka gdzieś na łapu capu i w z takim stresem na głowie podejmować pracę. Zwłaszcza, że niedługo mąż wyjeżdża na jakiś czas i zostajemy z synkiem sami. Trudno, zrobię to w zgodzie ze sobą i zacznę szukać pracy, kiedy mały już okrzepnie w przedszkolu. A trudno mi sobie to wyobrazić, oj, trudno. Ale mąż oczywiście pociesza mnie zdroworozsądkowo – pożegnania z pieluchami też nie mogłaś sobie wyobrazić, to samo ze smoczkiem, biadoliłaś, że już zawsze będzie go ciamkał i tak dalej… No tak, racja. Ale to przedszkole to naprawdę spore wyzwanie i nie wiem, kto będzie bardziej je przeżywał, ja czy synek…

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

O moim dziecku parę uwag

09 lip

Nie mogę tego rozgryźć – kładę spać małego w pampersie – rano suchy jak pieprz i tak przez 2 tygodnie. Kładę bez pampersa – pościel zlana. Najgorsze jest to, że ostatnio nawet się nie zbudził i mnie nie zawołał, efekt – rano wszystko było zimno-mokre, a mały miał katar…

Nie udaje mi się nauczyć małego wypluwać pasty przy myciu zębów. Do tej pory używaliśmy żelu, którego połykanie jest nieszkodliwe, chciałabym jednak wprowadzić już pastę z fluorem, a ta już musi być wypluwana. Nie ce pluć!!! – krzyczy mały i wije się przed umywalką. Jakieś rady?

Powiodła się parę dni temu próba zostawienia synka u cioci na parę godzin. Byliśmy w kinie pierwszy raz od 3 lat!!! Co więcej, będziemy mogli to powtórzyć, gdyż mały świetnie się bawił z kuzynką i nie bardzo zwrócił  uwagę na nasz powrót. Nie łudzę się, że z przedszkolem pójdzie równie gładko, bo ani tam cioci, ani kuzynki nie będzie, ale jest jakieś światełko w tunelu… Staram się teraz jak najmniej ingerować w jego zabawy na placu zabaw, ale i tak co chwila patrzy, gdzie jestem. W domu, gdy pójdę do łazienki, zaraz słyszę: „Mamo, gdzie jes-teś?” (tak wymawia).

Bardzo jest wstydliwy. Bawi się z dziećmi na podwórku, najczęściej na wyścigi zjeżdżają ze zjeżdżalni, ganiają się. Ale jeśli go jakiś równolatek zapyta, jak się nazywa, mały spuszcza głowę i nic nie odpowiada. Martwi mnie to. Jak również fakt, że małemu łatwo odebrać zabawkę, którą się bawi. Nie umie zaprotestować. Mówi tylko np. że chce piłkę, którą akurat mu ktoś odebrał, ale nie próbuje jej odzyskać. A dzieci – wiadomo jakie są. Niejednemu wykręciłabym ucho. Jest taka jedna dziewuszka, która zna jedno zdanie – oddaj, to moje! Brutalnie wyrywa z łapek dzieciom wszystkie zabawki, nawet te, które przyniosły ze sobą. Uważnie się rozgląda i gdy tylko któreś złapie jakąś foremkę, wkracza do akcji niczym jakaś terrorystka. Niania czy babcia, która ją przyprowadza, oczywiście upomina, że tak nie wolno itp., ale mała ma to w nosie. Ostatnio rzuciła się na jakąś połamaną łopatkę, gdy tylko mały jej dotknął. Zainterweniowałam, bo już zaczęło mnie to wkurzać, zdaję sobie jednak sprawę, że w przedszkolu nikt nawet nie zauważy takiej sytuacji.

I tu kolejna moja bolączka się pojawia – wiem, że do „mojego” przedszkola przyjęto o wiele za dużo dzieci. Miasto chce bardzo pokazać, że miejsca są dla wszystkich, powiedzieć we wrześniu, że we Wrocławiu, proszę państwa, wszystkie dzieci przyjęto do przedszkola. Ale co o tym myśleć, kiedy w danej placówce miało być grup 5 a utworzono (bo urząd miasta kazał) 15? Nawet nie chcę myśleć, jak będzie wyglądała organizacja zajęć w takim tłoku.

 

Numer małego na wczasach

26 cze

Ech, na Krecie było tak fajnie, że aż nie mogłam się przemóc, by tu o niej pisać… Bo mi żal, że to już przeszłość… Szczerze mówiąc, jeszcze zanim zdążyliśmy rozpakować toreb, a już zaczęliśmy planować powrót w to samo miejsce. Bo opłacało się wcześniej grzebać kilka godzin w necie – wybrałam taki hotel i w takim miejscu, że nie było na co narzekać (nawet ja – JA! – nie znalazłam nic, by pomarudzić!). Plaża była dwie minuty drogi z hotelu i była piaszczysta – o co na Krecie trudno. Przy hotelu był świetny plac zabaw, a obok placu milutkie miejsce ze stolikami, gdzie – zerkając na małego – popijaliśmy kawę, piwko, drinki… Oba miejsca były zadaszone, od morza wiał wiaterek, więc upał zupełnie nie przeszkadzał. Oglądałam kilka innych hoteli w okolicy i uważam, że nasz miał najlepiej przemyślaną kwestię pt. „co by tu robić z dzieckiem, kiedy słońce praży, a nie chcesz siedzieć w hotelu”.

Bo oczywiście prawie całe wczasy planowaliśmy pod kątem dzieciara. Żeby nie trzeba było z nim daleko chodzić nad morze. Żeby zejście do wody było łagodne jak do Bałtyku. Żeby nie było daleko z lotniska (jak najmniej jechania po przylocie). Plac zabaw przy hotelu. I tak dalej. I prawie nam się udało to wczasowanie z małym, gdyby nam pod koniec nie wywinął numeru i nie zachorował… Najpierw, za przeproszeniem, zarzygał całą łazienkę, potem łóżeczko, a gdy wzięliśmy go do siebie (2 w nocy…), by je wyczyścić, zabrudził jeszcze nasze łóżko. No po prostu świetnie.

Nazajutrz myśleliśmy, że już po strachu, sprzątaczka posprzątała, mały marudny, ale już nie tryskający na lewo i prawo, ot – zatruł się albo brudne paluchy wziął do buzi. I myśleliśmy, że TO była ciężka noc. Podczas kolejnej myślałam, że się wykończę. Ze strachu, paniki i ze zmęczenia. Synek dostał wysokiej gorączki, dawałam mu paracetamol przywieziony z Polski (na wszelki wypadek!), przykładałam zimne okłady, co chwila mierzyłam temperaturę, ale efekt był taki, że o czwartej rano termometr pokazał 39,9, a ja poczułam, że zaraz zejdę na zawał. Zanieśliśmy go z mężem pod prysznic, mały wykazywał wyjątkową jak na okoliczności żywotność, wyrywał się i darł, jak obdzierany ze skóry, za długo więc nie dało się go tak chłodzić. Gorączka trochę się obniżyła, ale rano od razu wezwaliśmy doktora.

Przyszedł grubawy facio w koszulce polo. Kwadratowym angielskim stwierdził, że ucho jest „very irritated” i gardło też jest „irritated” i ogólnie „too much ice cream”. Czyli jednak żadne zatrucie. Cóż… Mały dostał swój pierwszy antybiotyk w życiu (jak już brać antybiotyk, to na Krecie!), krople do ucha etc. Oraz zakaz wychodzenia na dwór… Który to zakaz szybko złamaliśmy, bo mały po pierwszych dawkach leków dostał takiego wigoru (halo, jestem już zdrowy, zobaczcie!), że usiedzieć z nim w jednym pomieszczeniu przez 4 dni było po prostu niemożliwością. Jednak przystopowaliśmy ze zwiedzaniem, nie było wyjścia, choć planowaliśmy jeszcze sporo zobaczyć.

Całe szczęście przed chorobą małego zdążyliśmy zrobić sobie całodzienną wycieczkę wypożyczonym autem, być na dwóch organizowanych wycieczkach z biura podróży oraz w ogóle aktywnie spędzić czas, czy to spacerując po okolicy, czy to chlapiąc się w morzu. Kreta jest piękna i różnorodna, w co drugiej wiosce są ruiny sprzed setek lat albo chociaż wiekowe drzewa oliwne i cudne kościółki. Ludzie są mili, jedzenie pyszne, pogoda – sami wiecie, taka jak na wczasach być powinna. Zobaczyliśmy jedynie fragment tej pięknej wyspy, z okolicznych byliśmy „tylko” na Santorini, więc po prostu czujemy, że tam TRZEBA wrócić.

Następny wpis też o Krecie.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Motyla noga

04 mar

Jakiś czas temu na placu zabaw był chłopczyk wypowiadający się nawet nie zdaniami, to były całe przemowy, na tyle wyraźne artykułowane, że wszystko rozumiałam. Zamiast ugryźć się w język, spytałam oczywiście o jego wiek, a to co usłyszałam trochę, przyznam, trochę mnie zamurowało: Za miesiąc kończy dwa latka. Bardzo ładnie mówi – zauważyłam. Tak, gada odkąd skończył półtora roku… Hmm, cóż. 

Był czas, kiedy martwiłam się o mówienie małego. A raczej o jego brak. Teraz, co prawda, nadal nie wysławia się jakoś kwieciście, ale z dnia na dzień łapie więcej słówek i sporo po mnie powtarza. Raz nawet k… mać, ale całe szczęście nie zakodował sobie tego, ja zachowałam kamienną twarz i od tamtej pory staram się mówić motyla noga. Mały bardzo przekręca słowa (uczę go mówić dzień dobry, ale to, co po mnie powtarza, zupełnie tego nie przypomina), mówi tylko końcówki (tara to gitara) albo wymyśla swoje określenia, dość odjechane jak na mój gust (np. odkurzacz to tnata, nie mam pojęcia dlaczego). Ale z każdym dniem tych słów czy też pseudo-słów pojawia się więcej, więc jestem dobrej myśli. Pojawiają się też zdania: Ja chse, czyli wyrażenie swej potrzeby :) Najczęściej jest to ja chse lola (czyli: ja chcę loda) albo kukeke (cukierek), czasami mamy szyk przestawny: umte chse, kike chse (kupę chcę, piłkę chcę). No i dobra, zawsze to jakiś postęp. 

Odnośnie dobrych manier jeszcze – od dawna już tłukę małemu, że nie mówi się gołego nie, tylko nie, dziękuję. No i mam za swoje:

- Chodź, zjedz zupkę.

- Nie, kuje.

- Chcesz siusiu?

- Nie, kuje.

- Idziemy do domu?

- Nie, kuje.

Z tak kulturalną odpowiedzią trudno mi dyskutować…

No to ja dziękuję państwu za uwagę. To znaczy kuje.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS