RSS
 

Notki z tagiem ‘nocnik’

Sypialnia odzyskana/Kije muszą być

10 kwi

Wyeksmitowaliśmy małego (a raczej jego łóżeczko) z naszej sypialni do jego pokoju, piętro niżej w dodatku. Bałam się histerii (małego) i latania po schodach po nocy (mojego), ale poszło prawie bezboleśnie. Łóżeczko znieśliśmy w dzień, żeby synek się przyzwyczaił, ale jakby tego nie zauważył, ignorował całkowicie nowy mebel w swoim pokoju aż do wieczora, kiedy to spania przyszedł czas. Tam pać! Tam pać! – płakał rozdzierająco wskazując rączką na piętro. Mnie oczywiście pękało serce i rozważałabym powrót łóżeczka do nas, gdyby nie było wcześniej ogromnych mecyi z noszeniem go po schodach oraz z przeciskaniem się z nim przez drzwi pokoju. Oszczędzę opisu, ale chodziło o milimetry i dość sporą akrobatykę (bo oczywiście pierwotnie łóżeczko przyszło w paczce w częściach i złożone zostało w naszej sypialni).

Całe szczęście mały ostatecznie się przystosował, woła tylko raz w nocy, około 3, kiedy tak się rozkopie, że aż zmarznie. Schodzi wtedy to z nas, które akurat słyszy (zazwyczaj ja), opatula i koniec. Synek jednak nadal jednak nie pozwala demontować szczebli z boku. Myślałam, że to będzie dla niego szał ciał, zabawa z włażeniem i wyłażeniem, martwiłam się nawet, że zabrudzi i wyszura pościel pakując się do łóżka za dnia. Nic podobnego. Kolejny raz wyjęliśmy szczeble i mały kolejny raz postawił warunek położenia głowy na poduszce – Kije, kije! Założyć kije? Tak!

Tym bardziej więc cieszę się, że w biurze podróży kupując wczasy upieraliśmy się przy łóżeczku dla niego, bo, jak się okazało, łóżeczko dziecięce przysługuje dzieciom do lat dwóch, a potem dają dostawkę. Babka specjalnie kontaktowała się z hotelem w tej sprawie i obiecano nam łóżeczko. Bo jak on bez szczebli nie czuje się komfortowo, to co dopiero na zwykłym tapczanie, czy jak tam wygląda ta dostawka.

Lecimy latem na tę Kretę i nie ma dnia, bym o tym nie myślała, w różnych kontekstach… Z jednej strony rozmarzam się o plaży i ciepłym morzu i że nie będę musiała sprzątać i gotować… A z drugiej oczywiście martwię się, jak to z małym będzie. Dobre rady mile widziane. Już czytałam o dziecku w samolocie – że kocyk wziąć, bo bywa zimno, że wygodne ubranie. No OK. Kupiłam też kilka nowych zabawek, które mały zobaczy dopiero w samolocie (jeśli będzie marudził, bo może akurat będzie zarajcowany lotem, nowe zabawki przydadzą się wówczas na inną czarną godzinę). No i chyba do bagażu podręcznego wezmę nocnik? Bo, nie daj Boże, jakaś kupa? Siusiu chyba też już świadomie w pieluchę nie zrobi, ale na wszelki wypadek chyba założę mu pampersa, bo ja wiem? Lot niby nie taki długi, ale zanim co, to 2 godziny na lotnisku spędzimy. A mały jak się zatnie, to się nie wysika i koniec, aż bywa za późno.

No a to zatykanie uszu przy starcie/lądowaniu? Synek nie pije już od dawna przez smoczek, lizaków ani żadnych twardych cukierków do ciamkania mu nie daję, gumy do żucia broń panie Boże. To jakieś ciastko mu dać? Czy to ma w ogóle aż takie znaczenie, czy może w necie, jak zwykle, przesadzają?…

Kolejna rzecz – mały co rano woła o kaszkę. All inclusive all inclusivem, ale kaszki bym się nie spodziwała w menu, a na pewno nie codziennie… Biorę więc własną, trudno, będziemy robić przy stole w jadalni.

I weź tu się, człowieku, normalnie spakuj… Łopatki, wiaderko, grabki, piłka taka, piłka siaka, konewka, nadstawka na sedes, kaszki, ulubiony struś do spania z różową szyją… Chyba gdzieś wcisnę strój kąpielowy i klapki, co?

PS

Mały lubi pukać w różne drzwi i wołać Kto tam?! Ostatnio widziałam, jak stukał w klapę od sedesu. Kto tam? Kto tam?! Hmmm…

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Wiosna, ale luty

25 lut

Wiosna w pełni. Grzech nie wyjść z dzieckiem, choć czasem mi się strasznie nie chce, zwłaszcza, że nic w takim wyjściu nie jest proste. Począwszy od ubioru – no, jest te 10 stopni, ale w sumie luty, no to jednak rajtki, na rajtki portki, sweterek, kurtka, szalik, czapka, buty… i już jestem upocona. Bo też mały nie zawsze chce wyjść i słabo współpracuje (czyli wyrywa mi się z rąk, kładzie się, ucieka do kuchni etc.), ale już ja go znam – jak tylko wyjdzie, będzie się cieszył, mało tego, będzie robił aferę, gdy przyjdzie czas powrotu, czytaj: gdy matka będzie już głodna, ale z pełnym pęcherzem, znudzona babkami w piasku, zmęczona kopaniem piłki oraz marząca o kubku pełnym kawy.

A mały co, jak głodny, to mama da bułkę (moje dziecko uwielbia suche bułki z ziarnami), gdy się zmęczy, to pakuje się do wózka, gdy mu się znudzi jedna zabawa, leci w inne miejsce i wymyśla nową formę dręczenia matki, np. woła: łap kółko! i rzuca sitkiem z piaskownicy niczym ringo.

Pełnym pęcherzem mały się też nie przejmuje, wiadomo – pampers na tyłku jest, choć muszę przyznać, że ostatnio baaaardzo rzadko korzysta z tej możliwości. Hip hip, hurra!! Już jestem spokojna, że zanim pójdzie do przedszkola na pewno nadrobi pewne niedociągnięcia, a mianowicie zacznie informować o siusianiu. Bo tak - od jakiegoś miesiąca po nocy ma suchą pieluchę, rano wysadzam go i siura. I tak cały dzień – posadzę go na nocnik lub na nakładkę na sedes (mniej chętnie korzysta), sika aż miło. Ale zanim to nastąpi, idzie w zaparte, że siusiu nie chce. Raz go przetrzymałam, pytając co chwila, czy chce. No i zaprzeczał nawet wtedy, kiedy już moczył spodnie… Generalnie zakładam mu jeszcze kontrolnie pieluchę na spanie i na dwór, ale widzę, że to już łabędzi śpiew. W końcu!

Wracając do poprzedniej myśli – małemu niczego na podwórku nie brakuje, wręcz przeciwnie, więc powroty są długie i trudne. Synek nabrał paskudnego nawyku pokazywania palcem wskazującym kierunku jazdy wózkiem: tam! – obwieszcza – i jeśli go nie słucham, rzuca się jak piskorz i wrzeszczy. Milutko, nie?

Moja mama miała ostatnio wykonany zabieg na kolanie, artroskopię. Z grubsza chodzi o pozbycie się z kolana różnych bolesnych zwyrodnień narosłych na kości. Ponieważ było to w szpitalu na Borowskiej, gdzie miałam wątpliwy zaszczyt wydać na świat potomka, wróciło do mnie sporo wspomnień. Kolejki do okienek, tłum w holu, chaos… Jak dobrze być tam tylko odwiedzającym.

Dzień po zabiegu mama miała próbować wstawać. I pierwsze słowa lekarza do niej: a gdzie ma pani kule? Okazało się, że nie tylko papier toaletowy, sztućce i kubeczek trzeba mieć swoje. Ech… Kule można pożyczyć w kilku miejscach we Wrocławiu, w sklepach ze sprzętem rehabilitacyjnym. Taki sklep jest również w szpitalu na Borowskiej, ale tam nie pożyczają… Dlaczego? A cholera wie.

Raz byłam u mamy w odwiedzinach sama, mały został z mężydłem w domu, mężydło się urlopowało przez jeden dzień. Ale drugi raz już pojechałam z gościem w wózku, bo zostawić przecież go nie mogę, choć bardzo bym chciała. Ledwo upocona (znowu – bo pchałam wózek, niosłam kule i siatkę z rzeczami) przysiadłam na krzesełku przy łóżku, wpadła pielęgniarka i rzuca: No wie pani, z takim dzieckiem! Ja bym takiego dziecka do szpitala nie przywoziła! Mamie, uradowanej z widoku wnuka, zrzedła mina. Hmm… Nie wspomnę, że przyjść musiałam, bo przywiozłam te kule. Oraz kilka innych rzeczy, których szpital jakoś nie zapewnia. Mały siedział w wózku i niczego nie dotykał. No i byłam na oddziale ortopedii, ale po słowach pielęgniarki zaczęłam wszędzie widzieć prątki gruźlicy…

Całe szczęście mamę szybko wypisali, zresztą zupełnie znienacka, bez uprzedzenia, mówili wstępnie o piątku, a wypisali w czwartek, przez co parę godzin musiała czekać na tatę, żeby się wyszykował i przyjechał (moi rodzice nie mieszkają we Wrocławiu).

Jeszcze żeby prywatnie było lepiej, a gdzie tam. Mama robiła trzy podchody do tego zabiegu w prywatnej klinice. Za każdym razem przyjeżdżała spoza Wrocławia. Zdenerwowana czekającym ją zabiegiem, ale i umęczona bólem kolana. Zawsze wcześniej przez parę tygodni musiała brać zastrzyki w brzuch (ani przyjemne to, ani tanie), rozrzedzające krew. Dla jasności: przed każdym planowanym zabiegiem, czyli trzy razy po kilka tygodni. I co? Albo w ostatniej chwili okazywało się, że w dniu zabiegu mama już nie powinna była brać zastrzyku: Nikt pani nie uprzedził? No cóż, trudno, zabieg odwołany. Albo wychodziło na jaw, że wyniki zrobione kilka dni wcześniej w tej klinice (mama była specjalnie je tam zrobić, bo nie honorowano z innego laboratorium) były niezadowalające i zabieg trzeba było przełożyć: Nikt do pani nie dzwonił wczoraj, żeby uprzedzić? Ojej, widocznie zapomniał. Albo anestezjolog zażądał znienacka EKG – To pani nie ma aktualnego EKG? Nikt nie powiedział, żeby zrobić? I mamę ze stołu operacyjnego odsyłano do domu.

Tym sposobem trzy razy odsyłano chorą siedemdziesięcioletnią kobietę o 20 wieczorem do domu, mając w dupie, że nie jest z Wrocławia. Nie sądziłam więc, że to powiem, ale już lepiej zajęli się tym w szpitalu na NFZ niż w tej pożałowania godnej przychodni/klinice. 

Wniosek? Zanim na jakiś zabieg/operację się udamy, należy spojrzeć w szklaną kulę i wyczytać przyszłość. Dowiedzieć się, co będzie, co robić, a czego się wystrzegać. Bo nikt nie kwapi się informować o czymkolwiek, bo niby czemu. Nie wiedzieliście? No to już wiecie.

 

Co tam u nas

13 lut

I pomyśleć, że kiedyś myślałam, że wyśpię się dopiero, gdy mały już będzie duży i pójdzie na swoje… Okazuje się, że tak małe dziecko potrafi spać nawet do 9:30! Nie codziennie i nie zawsze wtedy, kiedy mnie to na rękę, ale jednak! Wczoraj musieliśmy coś załatwić z rana, wstałam o 7:30, odsłoniłam rolety, trzaskałam drzwiami od szafy, rozmawiałam z mężem, w końcu przeszłam do bardziej inwazyjnych metod, czyli wołałam po imieniu, potrząsałam ciepłym ciałkiem i ściągnęłam z niego kołdrę. Mały odemknął oko, po czym szybko znowu je zamknął… Widzę, że będzie wesoło, kiedy będę musiała go prowadzić na 7 do przedszkola…

Synek ostatnio zakochał się w bajce pt. Tiny planets, o dość abstrakcyjnej tematyce, z dziwacznymi bohaterami mającymi absurdalne przygody w kosmosie. W życiu bym nie pomyślała, że coś takiego go zainteresuje, a tu proszę. Musiałam odsunąć ławę sprzed telewizora, bo mały oglądając tę bajkę równocześnie tańczy, skacze i naśladuje ruchy bohaterów, tak na niego działa. Boki można zrywać.

To naśladownictwo mu się od jakiegoś czasu wzięło. Ostatnio, gdy w Peppie było pokazywane lepienie z gliny, szalał z ciastoliną, gdy Peppa bawi się klockami, mały krzyczy: koki, koki! i leci do pokoju po swoje klocki i znosi przed telewizor. No, a gdy wszyscy zaczynają skakać w błotku (wtajemniczeni wiedzą, że to główny motyw Świnki Peppy), synek podskakuje jak szalony; jestem przekonana, że u sąsiadów z dołu drży żyrandol…

Całe szczęście z mojego Wielkiego Smarkania mały wyszedł bez szwanku i zdrów jest jak ryba. Byliśmy ostatnio u ortopedy skontrolować szpotawość nóżek, lekarz stwierdził poprawę, ale że nie jest jeszcze idealnie zalecił siadanie po turecku. Dobrze, że nie szyny a’la Forrest Gump… Synek w takim siadzie wytrzymuje góra minutę, zobaczymy, co z tym dalej będzie.

Mamy małe sukcesy toaletowe – mały woła, gdy chce kupę (już nie pamiętam, kiedy zrobił w pieluchę, zresztą jaka pielucha bo TO pomieściła…), nawet ostatnio pokazał, ze umie TRZYMAĆ… Okazało się to pewnego wieczora, gdy przez dłuższą chwilę nie zwracaliśmy uwagi na wołanie gościa z łóżeczka – wykąpany, położony, ma spać i tyle. No, ale mężydło w końcu zajrzało na niego i zobaczyło szklany wzrok i przestępowanie z nogi na nogę… Nie chce siadać na nakładkę na toalecie i upiera się tylko przy konkretnym nocniku (mamy dwa różne), lubi robić TO w samotności, więc kiedy tylko posadzę go na nocnik woła: mama źwi, mama źwi, co oznacza, że mam zamknąć drzwi i sobie pójść.

Co do siuśków, to mały tu już się tak bardzo nie przejmuje. Jeśli sadzam go na nocnik co dwie-trzy godziny, to nasika, ale tak jakby mimochodem. Nie rajcuje się wcale zawartością nocnika, jak to ma miejsce z kupą. Jeśli go nie posadzę, zleje się w pieluchę lub – jeśli jej nie ma – po prostu w spodnie. Tak więc jeszcze trochę pracy przed nami, ale jestem dobrej myśli.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Rekrutacja kandydatów…

21 sty

Trochę ostatnio rozmawialiśmy z mężem o wakacjach, pewnie dlatego, że zaczął padać śnieg… Przeglądaliśmy oferty w necie, a to na czerwiec, a to na wrzesień… Luz. Dopiero na drugi dzień dotarło do mnie, że wrzesień przecież odpada, bo posyłamy małego do przedszkola! Tzn. chcemy posłać, a jak będzie, to zobaczymy (miejsc oczywiście mniej niż dzieci), chociaż nie bardzo sobie wyobrażam kolejny rok siedzieć z nim w domu, nie będzie to dobre ani dla mnie, ani dla niego. Już od zeszłego roku sprawdzam, czy pojawiły się zasady i termin rekrutacji, ale najpierw był  tylko trzymający w niepewności komunikat, że trzeba czekać na to, co rząd ogłosi, a teraz jest taka informacja:

Dnia 3 stycznia 2014 r. ogłoszona została nowelizacja ustawy o systemie oświaty w zakresie zasad i kryteriów rekrutacji do przedszkoli, szkół i placówek oświatowych (Dz. U. 2014, poz. 7). Ustawa wchodzi w życie po upływie 14 dni od dnia ogłoszenia tj. 18 stycznia 2014 r.

 W związku z powyższym trwają prace nad przyjęciem zasad i terminów rekrutacji do placówek przedszkolnych oraz szkół podstawowych na rok szkolny 2014/2015. 

Zadałam sobie trud przejrzenia tej ustawy i zasady rekrutacji tam określone nie poprawiły mi humoru. Zresztą nic nowego, do tej pory też premiowane były, cytuję za w/w ustawą:

1) wielodzietność rodziny kandydata;

2) niepełnosprawność kandydata;

3) niepełnosprawność jednego z rodziców kandydata;

4) niepełnosprawność obojga rodziców kandydata;

5) niepełnosprawność rodzeństwa kandydata;

6) samotne wychowywanie kandydata w rodzinie;

7) objęcie kandydata pieczą zastępczą.

Nie podlegamy pod żaden w/w punkt, więc obawiam się, że znowu będzie bój o miejsca. Gdzie ten niż demograficzny, pytam się?

Zanim jednak do przedszkola „kandydat” pójdzie, musi się nauczyć funkcjonować bez pieluch i tu jest nieciekawie. To, że szykuje się na kupsko, zazwyczaj wyłapię. Choć mały nie ułatwia zadania, nagle przestaje mi przeszkadzać, robi się cichutki i grzeczniutki i zazwyczaj na chwilę usypia tym moją czujność – jest cicho, bawi się – super! A tymczasem twarz mu purpurowieje… Wie, co to kupa, pokazuje mi je nawet na dworze na trawniku (brawa i podziękowania dla właścicieli psów), kiedyś nawet zdarzyło mu się zawołać i ostrzec, co się szykuje. Teraz muszę działać szybko i bez ceregieli, mały oczywiście mówi nie, nie, nie, macha rękami i mnie odpycha (to już twarda oznaka, że nie mogę zwlekać), rozbieram gościa i sadzam na nocnik. Zgadza się siedzieć pod warunkiem, że sobie pójdę i jeszcze zamknę drzwi… Intymności mu się zachciało!

No, więc jako tako to idzie. Z kupą.

Z siusianiem jest masakra. Puszczałam małego ostatnio co wieczór bez pieluchy – efekt był taki, że po paru dniach nie miałam go w co ubrać. Lał po nogach bez krępacji, tu jakoś mu nie trzeba było zapewniać spokojnego kącika. Po fakcie na nieco rozstawionych nogach biegał i bawił się jak zwykle. Chyba dam na mszę, żeby w końcu załapał, bo ręce opadają. Taki niby rozumny, kojarzy różne odległe fakty, naśladuje to, co w bajkach… Ostatnio pękaliśmy ze śmiechu, oglądał Peppę, odcinek o badaniu wzroku i okularach. W pewnym momencie Peppa zamyka oczy i woła, że nic nie widzi; nagle mąż mnie szturcha i mówi – patrz, co mały robi. A on siedzi z zaciśniętymi oczkami i oznajmia Ninewidze, ninewidze… Oj, przydałby się odcinek Peppy o nauce siusiania do toalety…

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Postępy (w swoim czasie)

02 paź

Chcąc rozwijać zdolności manualne małego dałam mu ciastolinę. Etap brania wszystkiego do buzi mamy już dawno za sobą, Bogu dzięki, ale widziałam, że ukradkiem tej ciastolinki spróbował, bo i pachnie ładnie. Wypluł chwilę potem z niesmakiem i nawet trochę coś tam lepił, ostatecznie jednak, gdy tylko zostawiłam go samego na kwadrans, rozkruszył całe dziadostwo po pokoju, tak że tylko odkurzacz dał radę w posprzątaniu tego.

Staram się małemu urozmaicić siedzenie w domu (jakby się czymś zajął, to i matka by skorzystali…), tak więc prócz tej ciastoliny kredki mu daję, ale większość już połamał. Trochę rysuje, ale to chyba jeszcze nie ten etap. Siostra mówi dawać kredki, dawać, bo zapisała teraz swoją trzylatkę do przedszkola i widzi, że jedne dzieci całą kartkę dokładnie i zamaszyście zamażą, a inne postawią pięć kropek i na tym kończą dzieło sztuki. Nie jestem pewna, czy jest to dowód na to, że te pierwsze dziatki już w łonie mamy miały swoje flamasterki, a te drugie bidule nie wiedzą, co to takiego ta kredka. Po prostu dzieci różnie podchodzą do różnych zadań, wg mnie. (Poza tym może te kropki będą kiedyś warte fortunę, kto wie?).

Coś Wam zacytuję: „W latach sześćdziesiątych szwajcarski psycholog Jean Piaget przyjechał do Stanów Zjednoczonych, aby propagować swoją teorię stadiów rozwoju u dzieci. Po niemal każdym odczycie ktoś z publiczności zadawał pytanie, które Piaget zaczął określać jako ‚pytanie amerykańskie’. Brzmiało tak: ‚Jak możemy przyspieszyć te stadia?’. Wtedy on odpowiadał: ‚Ale po co je przyspieszać?’. Jego zdaniem zbyt wczesne zmuszanie dzieci do opanowywania nowych zdolności nie było ani możliwe, ani pożądane. Uważał, że dzieci będą się rozwijać we własnym rytmie, napędzane własnymi siłami wewnętrznymi”. I tego się będę, kurka, trzymać.

Bo takie klocki na przykład. Mój mały klocków nie składa, najczęściej nimi po prostu rzuca. Widać nie bez kozery jest na opakowaniu napis 3+. Ale siostra się uparła, że klocki, że jej dzieci kochają, całymi dniami budują, składają, klocki i koniec. Kupiła mu, pokazywała, jak jeden sczepić  z drugim (tak jakbym ja mu nie pokazywała!). Mały popatrzył, popatrzył i sru! klockami przez pokój. A ja coraz mniej się przejmuję takimi akcjami. Widzę, że mały jest kumaty, ale też, że niełatwo poddaje się presji, hmm, tak to można eufemistycznie nazwać.

Synek lubi wymyślać własne zabawy i to takie, jakie mnie nie przyszłyby do głowy. Fascynuje go wszystko, co się kręci, swoje auta przewraca na bok lub do góry nogami, kręci kółkami i patrzy zafascynowany. Czasem układa coś na tych kręcących się kółkach i aż piszczy z uciechy, jak po kolei wszystko z nich spada. Taka zabawa! Latem największą frajdę miał z wodą – przelewanie, rozlewanie, chlapanie, nieważne, czy w swoim baseniku czy w deszczówce w wiadrze u dziadka na ogródku. Teraz szaleje z piłkami, chociaż złości go, że nie może wziąć wszystkich trzech na raz w ręce. Rzuca, kładzie się na nie, kopie, turla, cudem nic nie niszcząc w domu (odpukać). Ostatnio dostał balon w sklepie i też się na nim kładł, patrzyłam na to z trwogą, ukradkiem zatykając uszy, całe szczęście balon skapitulował po cichu, zeszło z niego powietrze i mały z obrzydzeniem na twarzy kazał mi zabrać miękkie zwłoki… A jeszcze odnośnie piłek, to latem synek miał okazję znaleźć się w takim basenie piłkowym. Byłam pewna, że będzie się w nim tarzał jak szalony, bo robi tak na podłodze ze swoimi zabawkami, robiły tak zresztą wszystkie dzieci obok. Ale nie – mój mały metodycznie piłki te zbierał, próbował układać, jak najwięcej zmieścić w ręce i ani myślał zanurzyć się w piłową toń. Może naczytał się o milionach bakterii zamieszkujących takie piłkowe baseny? ;)

Z innych spraw: smoczek nadal w użyciu, nocnik nadal w odstawce. Tzn. z nocnikiem jest tak, że potrafi na nim siedzieć godzinami i oglądać bajki, ale jeśli chcę go posadzić w konkretnym celu zrobienia kupy (bo widzę, że się elegancko szykuje) są wrzaski, ucieczki i rzucania nocnikiem właśnie. Mam wrażenie, że każdemu innemu rodzicowi poszło lepiej z nauką korzystania z nocnika niż mnie. Generalnie małemu wisi czy ma pieluchę, czy majtki, czy sika na siebie, na podłogę czy w pampersa. Zachęta w postaci bajek zemściła się na mnie, bo kiedy pytam czy może kupka lub siusiu, mały odpowiada mi pytaniem: Papa? (czyli czy puszczę Świnkę Peppę) lub: Tede? (czy puszczę Sąsiadów), innymi słowy targuje się ze mną i obwieszcza, że proszę, na nocnik to on chętnie siądzie, ale tylko wtedy, gdy polecą bajki). Ostatnio siedział tak 3 godziny, po czym wstał, zostawił za sobą pusty nocnik, ale za to minutę później nalał na wykładzinę. To co usłyszał od wściekłej matki… Hmm… A kupę to on chce robić na stojąco i to bez mojego towarzystwa (wygania mnie z pokoju, wypycha), więc proszę bardzo, co mam robić, ręce opadają, do matury będzie chodził z pampersem i i zasypiał ze smokiem w gębie w łóżku.

Bo smok musi być przy zasypianiu i koniec, inaczej mieszkanie wypełnia tak żałosny płacz, z którego daje się wyłowić rozdzierające serce „mama!!!”, ryk, wrzask i histeria, że ani ja, ani mąż (bardziej wytrzymały i mniej empatyczny ode mnie) nie jesteśmy w stanie tego znieść. Gdy tylko młody mocno zaśnie, smoka zabieramy i potrafi bez niego spać do 5 rano i jest to na razie jedyny nasz sukces w tej sprawie.

No i co, mogę napominać, powtarzać, jak należy robić, ale zmusić nie jestem w stanie – ani mówić zdaniami, ani budować wieży z klocków, ani siusiania do nocnika (jedynie coś mogę w sprawie ze smoczkiem, ale zapraszam każdego, kto chce rzucić we mnie kamieniem – niech przyjdzie i posłucha, co się dzieje, gdy próbuję położyć spać synka z pustą buzią).

Postanawiam nie obwiniać się więcej, że moje dziecko coś jeszcze robi lub czegoś jeszcze nie opanowało, ja mogę mu dawać możliwości, a on może skorzystać z nich w swoim czasie.

PS

Cytat pochodzi z książki „W Paryżu dzieci nie grymaszą” Pameli Druckerman, którą obecnie pochłaniam i wkrótce na pewno opiszę wnioski i wrażenia :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Wakacjowanie

06 sie

Upał dziś taki, że strach z domu wychodzić. Chodzą po domu dwa golasy – ja w majtkach i staniku, mały w pampersie. Wczoraj, po deszczowej nocy wyszliśmy na plac zabaw, myślałam, że będzie trochę chłodniej, tymczasem niemal widać było, jak paruje wilgotny piasek w piaskownicy. Klimat jak w dżungli, trudno było usiedzieć.

Miniony tydzień, również upalny, spędziłam z małym u moich rodziców. Synek szalał na całego, bo to i nowe wnętrza, i podwórko, i ogród. Masa atrakcji – obserwowanie ślimaka, „pomoc” dziadkowi przy podlewaniu, bieganie po trawie na bosaka. Wyjście na podwórko trwało 3 sekundy – czasem nawet w kapciach. Nie to co w domu – trzeba się wyszykować, trzy piętra pokonać… Dobrze teraz rozumiem, że ludzie często decydują się na domek z ogródkiem , kiedy pojawiają się dzieci. Jest wygodniej (dla rodziców) i bardziej interesująco (dla dzieci). No cóż, co zrobić. Pocieszam się, że i tak mieszkamy w fajnej okolicy, z placami zabaw, parkami, skwerami. Nie wiem, co robią rodzice z dziećmi na osiedlach-typowych blokowiskach. Mieszkałam na takich, we Wrocławiu na Kozanowie i Różance. Klasyczna komunistyczna wielka płyta, 11 pięter. Na podwórku głównie auta i śmietniki. Dla dzieci? Połamana huśtawka. Dramat.

Wracając do pobytu u rodziców – upał był też znośniejszy, bo chodziliśmy na basen. Basen w małym mieście a basen we Wrocławiu to zupełnie inne światy. W powszedni dzień przed południem w ogromnym brodziku było może dziesięcioro dzieci. Wstęp z wózkiem – 4 złote. Dla mnie bomba. Dla synka też. Chlapał się fajnie, wlewał wodę do dmuchanego kółka (to dopiero syzyfowa praca…), w ruch poszły też akcesoria piaskownicowe – podbierał dzieciom wiaderka i łopatki, bo mnie do głowy nie przyszło, że coś takiego przyda się na basenie. No i tylko dziecko ma taką fantazję, by grabić wodę…

Przy okazji pobytu u rodziców zrobiliśmy grilla urodzinowego, synek na dniach kończy dwa latka. Mnóstwo rozumie, czasem się dziwię, że tak dużo, ale zasób słów niestety ubogi bardzo. Przeszkadza to nam w dogadaniu się co do sposobu i miejsca robienia siku i kupki. Od dwóch tygodni próbuję działać z nocnikiem, ale efekty mizerne. Na koncie mam za to kilka siuśkowych kałuż w różnych miejscach w domu i, za przeproszeniem, kupę na kanapie… Jak to zrobić, jak go nauczyć? Sposoby koleżanek na razie nie działają. Opowieści o półtorarocznych dzieciach wołających siusiu dołują i irytują… „Najlepiej teraz, latem”, „Już ma dwa latka, to już teraz musi wołać”, „Mój jakoś sam na nocnik siadł i nie chciał już pampersa”, „Mój zobaczył u taty i od razu chciał tak samo siusiać”, „Założyłam tetrę i jak poczuła, że ma mokro, to już wiedziała, że trzeba wcześniej wołać”. Hmm, a mój potrafi latać zasikany, nie robi problemu z kupy w pielusze, od nocnika ucieka, a tacie próbował podstawiać miseczkę przy sikaniu… Tak jak pod kran…

Z siusiakiem jest jeszcze inna kwestia. Odciągamy napletek, tak jak nam każe pani doktor, dwa tygodnie temu chyba mąż przesadził trochę i mały miał zaczerwienione bardzo te napletkowe miejsca. Byłam u lekarza, dostałam (tzn. kupiłam w aptece…) maść i teraz już jest OK. Staramy się z mężydłem dobrze rozpracować ten problem, żeby nie mieć w przyszłości chirurga na karku.

A wracając do grilla – to był drugi w życiu synka i drugi raz mnie zdumiał tym, z jakim apetytem wsuwał upieczoną karkówkę. Nic go nie zrażało, że trochę twarde czy suche, wrąbał dwa szaszłyki bez mrugnięcia okiem, chętniej niż naleśnika czy inny typowo dziecięcy posiłek. Potem doprawił dwoma kawałkami tortu (nie mogłam mu odmówić, urodzinowy w końcu) i pobiegł dalej szaleć po ogrodzie.

Jest na pewno takie prawo Murphy’ego mówiące o tym, że przed urlopem jest super pogoda, wręcz umierasz z upału, a gdy już wyjedziesz nad tę wodę, to zaczyna się niżowy front czy coś w tym stylu. Obawiam się, że tak u nas będzie, upał nie może trwać wiecznie i skończy się zapewne pierwszego dnia naszego urlopu… Trudno, moja w tym rola, żeby zapakować WSZYSTKO – i kąpielówki, i kurtki, i swetry. Wiadomo, jak to nad polskim morzem -trzeba mieć ze sobą i okulary słoneczne, i parasol. A najlepiej dwa…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Prawdziwy czerwiec

13 cze

Coś niebywałego, jest czerwiec i od 3 dni jest tak ciepło, jak w czerwcu! Jeszcze w poniedziałek musiałam wozić małego po folią, ale już przedwczoraj i wczoraj całe popołudnie byliśmy na dworze, w – uwaga – letnich ubraniach!! Krótki rękaw! Czapka na głowie na słońce, a nie z powodu wichru lodowatego! Nadal nie mogę się otrząsnąć…

Mały ma nieco denerwująco długi okres aklimatyzacji, w niedzielę byliśmy pod Wrocławiem w miejscu o nazwie „Sielska zagroda”, z placem zabaw i zwierzętami. Pominę litościwie fakt, iż na fotografiach wyglądało to wszystko znacznie lepiej, sielsko właśnie, a w rzeczywistości… No, wiecie, rzeczywistość/pospolitość skrzeczy, jak pisał klasyk. No, dobra, ale plac zabaw był i zwierzaki (koń, kury, króliki itp.) też. Wielka atrakcja dla dziecka, czyż nie? Dla mojego tak, ale po dwóch godzinach wiszenia to na mamie, to na tacie i jęczenia, i płakania, i marudzenia… Obiadu nie zjadł, jogurcika nie chciał, pić nie, biegać nie… A co tak? Na ręce, do mamy lub taty!

Ja już wysiadam z noszeniem małego na rękach, 14 kilo to naprawdę sporo. Już myślałam, że nici z rozrywki, kiedy w końcu mały dał się namówić na jogurt, czyli wrzucił coś do pustego brzucha i się odblokował. Szalał na zjeżdżalniach (głową w dół…), oglądał zwierzaki, miło było popatrzeć. Szkoda, że tyle czasu zmarnował na biadolenie.

Kiedy przychodzimy na nasz znajomy plac zabaw, jest podobnie. Dziwnie to wygląda, dzieciaki szaleją, karuzela, piaskownica, zjeżdżalnia, a ten z wózka wyjść nie chce. Siadam, czekam cierpliwie, w końcu po dłuższej chwili pozwala odpiąć szelki, ale nadal siedzi. Po jakimś czasie schodzi i… nagle wielki banan na buzi, lata, skacze, popiskuje. Kiedyś nie był taki zdystansowany, to pojawiło się z wiekiem. Pewnie chodzi o większą świadomość, że oto nowe miejsce, jakieś dzieci, jacyś obcy panowie i panie… A dawniej po prostu nie zwracał na to uwagi.

Ciągle mam w głowie to, że powinnam już zacząć uczyć małego korzystać z nocnika. Zupełnie nie wiem, od której strony temat zacząć. Nocnik jest już dawno, mały kilka razy na nim usiadł w ubraniu, raz go próbowałam gołą pupą posadzić, to uciekł. Wydaje mi się, że to jeszcze za wcześnie, z drugiej strony wszyscy dookoła huczą, że już już. Mam puścić małego po domu bez pieluchy i czekać aż się zmoczy? I co wtedy, pokazać nocnik? Przebrać i znowu czekać, próbować trafić w moment? Normalnie, chętnie bym to komuś zleciła, mogę spisać umowę i zapłacić…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS