RSS
 

Notki z tagiem ‘laktator’

Rzeczy

20 gru

Przy dziecku bardziej się czuje upływ czasu, tak tak, brzmi banalnie, wiadomo – dziecko rośnie, rozwija się, więc oczywiste jest, że doskonale widać po nim, jak czas szybko biegnie. Mam tu jednak na myśli jeszcze coś innego – zmianę otaczających nas przedmiotów. To właśnie chowając laktator do szafy czy wyrzucając ostatni wyciamkany smoczek najbardziej docierało do mnie, że tyle już za nami, tak wiele się zdarzyło i trzeba nastawić się na kolejne zmiany i wyzwania.

Ja przywiązuję się do rzeczy, do rutyny i porządku; nie przepadam za rewolucjami w życiu. Pewnie dlatego za każdym razem, kiedy jakiś przedmiot przestawał być potrzebny, choć przez tyle miesięcy był niezbędny, czuję pewien niepokój, a po głowie krąży mi myśl „To już? Tak szybko? Znowu zmiana?”. Osobie, która ma od lat ten sam zegarek i nadal przechowuje pióro z podstawówki, chociaż studia ukończyła dawno temu, naprawdę czasem trudno nadążyć za wymianą rzeczy towarzyszących dziecku.

A wymieniać trzeba. Ostatnio mały dostał nowe łóżko, długie na 160 cm. Trzeba było złożyć łóżeczko szczebelkowe… A pamiętam, jak najpierw tylko obniżaliśmy w nim dno, raz i drugi, potem samo łóżeczko wywędrowało z naszej sypialni do pokoju synka, w międzyczasie wyjęliśmy z niego 2 szczeble – to były małe rewolucje! A teraz, złożone, czeka na moją decyzję o sprzedaniu…

Wózek oddałam właścicielom dopiero, gdy mały skończył 3 lata. Niektórzy zwracali mi uwagę, że dziecko już duże i że oni to wózka już dla dwulatka nie używali, ja jednak widziałam wiele zalet długiego wózkowania. Poruszanie się po mieście, zakupy, załatwianie spraw – wszystko to jest łatwiejsze, kiedy dziecko przypięte, a ciężary wiszą na wózku. Nawet targanie go samolotem na Kretę miało sens, ba, wzięliśmy go na Santorini! W upale mały często po prostu zasypiał, bez wózka któreś z nas musiałoby go nieść – bez sensu. No i siła przyzwyczajenia – pewnie nadal pchałabym przed sobą spacerówkę z małym, gdyby nie była już tak strasznie ciężka, niczym taczka z workiem cementu :)

Przewijak nadal mamy w użyciu – jako blat pod lepienie ciastoliny, jako zjeżdżalnia dla samochodów itp. W szafie mam ciągle laktator, podgrzewacz do wody, torbę termiczną, nocnik, ba, nawet sznureczek z przypinką do smoczka, mój Boże, jak ważne to były kiedyś rzeczy! Dlatego trudno mi się ich po prostu pozbyć. Tylko ubranka wędrują po znajomych, chociaż, muszę przyznać, kilka sobie zachowałam, jakieś śpioszki, śpiworek – jestem sentymentalna do bólu…

I coraz częściej ze zdumieniem patrzę na moje dziecko – gdy powtarza kwestię z bajki typu Ojej! Rozsypało się, to był wypadek!, w toalecie trzyma sobie siusiaka, potem spuszcza wodę i niezdarnie podciąga majtki lub znienacka zaczyna liczyć po angielsku (niewiele sobie robię z faktu, że mają angielski w przedszkolu, tj. niewiele oczekuję). Czy to jest ten sam człowieczek, któremu pomagałam się przewracać z pleców na brzuszek? Któremu zmieniałam pampersa 12 razy na dobę? I odmierzałam pół łyżeczki kaszy manny, by łagodnie wprowadzić gluten? Czy to w ogóle miało miejsce?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Śliniak i inne gadżety

19 paź

Mały ślini się na maksa. To niezaprzeczalny fakt, niestety. Średnio na dzień schodzi mi 4-5 sztuk tych półokrągłych szmatek podbitych ceratką, przy czym pisząc „schodzi mi” mam na myśli to, że mały zaślinia je dokumentnie, tak że aż są ciężkie. Moja siostra, matka dwójki dzieci, obserwując mojego synka, powiedziała: dopiero teraz rozumiem, czemu to się nazywa śliniak… Sama bowiem używała śliniaków jedynie do ochrony ubranka przed plamami z jedzenia.

Małemu wychodzą zęby, to go trochę tłumaczy. Górna piątka jest nadal w natarciu, a na dole po obu stronach idą chyba czwórki. Dziąsła ma spuchnięte i obolałe, muszę bardzo delikatnie czyścić mu paszczę, żeby nie urazić i tak już bolących miejsc. Oględziny paszczęki mojego dziecka pozwoliły mi wysnuć wniosek, że problem ślinienia nie zniknie z dnia na dzień. Postanowiłam przeszukać Allegro pod kątem śliniaków właśnie, licząc na jakąś atrakcyjną ofertę zakupu hurtowego, bo chociaż co chwila piorę te cholerstwa i tak po jakimś czasie nabywają na stałe jakichś brązowo-pomarańczowych niespieralnych plam.

Przeglądając oferty doznałam kilku wstrząsów. Pierwszy był związany z odkryciem, że ludzie (przedsiębiorcze matki zapewne) sprzedają śliniaki używane! Pomysłowość ludzka nie zna granic. Po drugie odkryłam, że można żądać za śliniak 30 zł, tylko dlatego, że jest firmy Babybjorn i „pasuje” do nosidełka tejże marki. Wow! Trzy dychy za kawałek „oddychającej tkaniny frotte” to też przejaw sporej pomysłowości. Po trzecie, trafiłam na ofertę chusteczek będących alternatywą dla bohatera dzisiejszego wpisu. Ładne, kolorowe i dizajnerskie. Cena – prawie 30 zł. Pewnie sprzedają po kilka sztuk w paczce – pomyślałam. Nic bardziej błędnego, 30 zł to koszt jednej sztuki kawałka szmatki wielkości chustki do nosa. Niepodszytej w dodatku żadna folią, przez co mój syn po jakiejś godzinie miałby już mokrą bluzkę i bodziaka, czyli nadawałby się do przebrania. A tego właśnie chcę uniknąć!

Spasowałam w temacie śliniaków z Allegro, ale zaczęłam przeglądać inne wynalazki. Mojej mamie zdarzyło się raz pomacać pupę małego z komentarzem: może ma mokro, a chwilę później wygłosić pochwałę pampersów oraz słyszałam, jak z podziwem mówiła do mojego taty o mnie szykującej kolację dla małego: ty wiesz, mleko z proszku zmieszała, kaszkę dodała i już, żadnego gotowania, przypalania garnka… Mniej więcej tak się czułam oglądając cuda w necie: nakładki na skarpetki zapobiegające ich zsuwaniu (sic!), nocnik składany na płasko, który można również dopasować do deski sedesowej, do tego  jednorazowe wkłady z „pochłaniaczem cieczy” (czyli koniec z wygrzebywaniem kupska ze środka…) oraz, uwaga, to mój faworyt: obrotowa łyżeczka z odważnikiem na końcu, który utrzymuje ów kosmiczny sztuciec cały czas jest w pozycji poziomej, „co zapobiega spadaniu jedzenia z łyżki”, jak zapewnia sprzedawca. Ciekawe, czy zapobiega wściekłemu rzutowi pełną łyżką o podłogę lub ścianę, nie wiem, może ta łycha ma też funkcję lewitacji…?

Odnośnie łyżeczek do nauki jedzenia - zakupiłam ostatnio małemu taką krzywą, ułatwiającą trafienie do buzi, ale synek odniósł się do niej ze sporą dozą podejrzliwości (czytaj – nie chciał jej wziąć do rączki, a jak już wziął, to po to, by rzucić na podłogę). On widzi, że coś z nią jest nie tak – skomentowało mężydło. Cóż, może obrotowa zyskałaby większą aprobatę, w końcu kosztuje nie 3 zł, a 33…

Na koniec odkryłam coś, o czym mówiłam żartem, kiedy mały obijał się o meble stawiając pierwsze kroki – kask do nauki chodzenia! „Wyposażony w 30 otworów co gwarantuje właściwy poziom wentylacji głowy”! Skomentuję to w ten sposób – wydaje mi się, że mój synek nauczył się bezpiecznie pokonywać przeszkody oraz schylać się pod stołem, bo po prostu kilka razy najzwyczajniej w świecie się walnął. Ot co.

Nie jestem przeciwniczką przeróżnych udogodnień dla dziecka, a przede wszystkim dla rodzica, broń Boże. Sama z wielu korzystam, byłaby to więc hipokryzja. Według mnie trzeba jednak zachować umiar, żeby, po pierwsze, nie wychować kosmity, który nie będzie wiedział, co się robi ze zwykłą łyżką a pierwszy raz w głowę uderzy się w wieku 10 lat (i poczuje to!); po drugie, żebyśmy nie utonęli w zalewie dizajnerskich gadżetów, zapominając, co tak naprawdę jest ważne i sprawdza się w potrzebie. Moi znajomi np. zaopatrzyli się w monitor oddechu, a zapomnieli zakupić termometr dla dziecka; nabyli najdroższy na rynku laktator, zamiast dowiedzieć się, jak dziecko powinno chwytać pierś, by popłynęło z niej mleko; pół roku wybierali kolor wózka i rodzaj kół, a przegapili datę pierwszego szczepienia…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Czy noworodek gryzie?

06 wrz

Moja koleżanka A., która 3 tygodnie temu urodziła (w sposób naturalny) córeczkę, ma problem z karmieniem piersią. Do tej pory winą za moje kłopoty w tej kwestii obarczałam głównie cesarkę. Głównie – bo musiało mi przeszkodzić coś jeszcze, wiele kobiet po cięciu karmi przecież bez problemu. Reguły nie ma jednak także u tych, jak widać, którym udało się urodzić naturalnie. Pokarm A. ma (ale coraz mniej, o czym za chwilę), gorzej z samym przystawianiem do piersi. A. skarży się na ból sutków, na to, że córka ją „gryzie”. Cudzysłów – bo jednak mnie gryzienie kojarzy się z zębami…

W związku z powyższym A. zaczęła karmić w kapturkach oraz odciągać pokarm i podawać go córce w butelce. Parę dni temu zadzwoniła nieco spanikowana z pytaniem, co ja robiłam, gdy miałam za mało pokarmu. Czerwona lampa mi się zaświeciła we łbie. Spytałam ją, czy jak karmi w kapturku, to dziecko ma całą brodawkę w buzi? Nie, tylko sutek. W dodatku strasznie długo wtedy ssie (nawet godzinę) , więc coraz częściej w ruch idzie laktator. Wg mnie to prosta droga do zatrzymania produkcji mleka. Dziecko nie pobudza gruczołów mlecznych ssaniem, bo ich po prostu nie ma w buzi, zresztą nawet jeśli, przez silikon byłoby trudno. Pewnie dlatego tak długo ssie. Poza tym sam laktator tylko ściągnie to, co jest, ilości pokarmu nie zwiększy – uważam tak z własnego doświadczenia. Wobec tego trzeba dziecko dokarmić. I tu się zaczyna świetnie znana mi polka, której nie życzę nikomu. Ile podawać, ile to może stać nie wypite, jak ze sobą brać na spacer, jak podgrzewać itp., itd.

Przez prawie godzinę mówiłam A. jak to u mnie było. Jakie mleko jest dobre. Ile mniej więcej podawać. Że podgrzewacz się przyda. Że to, że tamto. Ale w głębi duszy jestem trochę na nią zła. Ja byłam najszczęśliwsza i mega podjarana, kiedy mój mały złapał cyca i ssał. To było jak święto. Kiedy kilka razy najadł się samym cycem, chciało mi się płakać ze szczęścia. Samo karmienie piersią mogę opisać jako przyjemne. Co u licha boli tam A.? Zwłaszcza, że w szpitalu mała dobrze chwytała pierś? Co się potem stało? I czy to taki ból, że nie można wytrzymać? Zaleczyć przez dzień-dwa i wrócić do karmienia? Zostawiłam dla siebie te przemyślenia, bo z drugiej strony wiem, jak na początku jest trudno, wszystko wydaje się nie do przejścia, a tak w ogóle to chce się spać i nic więcej. Staram się wierzyć w dobre intencje A. Radzę jej najlepiej, jak umiem, mówię o wszystkim, co mnie pomagało w podobnym okresie. Często do mnie dzwoni, bo inne koleżanki z karmieniem kłopotów nie miały – pamiętam ten stan wyalienowania: wszystkie karmiły, a ja nie mogłam.

Siedzę więc cicho i nie pouczam. Choć mnie uwiera zaprzepaszczanie tego, o co sama tak długo walczyłam. Karmienie butelką wydaje się wygodniejsze. Ale to złudzenie, wystarczy wymienić wszystkie gadżety potrzebne do tego – odpowiednia woda, podgrzewacz, butelka, smoczek, laktator, mleko oczywiście, trzeba wszystko myć i wyparzać, pamiętać, żeby był zapas, no i te ceny… Pogryzione sutki, hmm… Nie umiem być obiektywna…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Jeszcze raz o „Języku niemowląt”

24 lut

Udało mi się skończyć ten dość specyficzny poradnik, w którym to autorka traktuje początkujące matki jak jakieś durne ciemnoty pozbawione empatii (inna sprawa, że same rodzicielki często się o to proszą…). Główna idea książki jest wg mnie słuszna – trzeba poznać swoje dziecko, żeby wiedzieć jak z nim postępować (czyli – kiedy dawać sutek/butelkę w dziób, kiedy przytulać, a kiedy zabawiać). Zadanie to ułatwia notowanie pór karmienia, spania, siusiania etc. Dzięki temu nie tylko radykalnie zmniejsza się ryzyko przegłodzenia/przekarmienia, ale matka zyskuje też jaką taką kontrolę nad swoim życiem (potrafi mniej więcej przewidzieć, kiedy potwór zaśnie i będzie mogła iść umyć zęby).

Zapiski odnośnie papu i kaka robię niemal od pierwszego dnia pojawienia się małego terrorysty w moim życiu. To naprawdę pomaga ogarnąć cały ten mleczno-pampersowy chaos i pozwala uniknąć ciągłego łamania sobie głowy, czy dziecko jest głodne. Otóż jeśli godzinę temu aktywnie ciągnęło cyca przez czterdzieści minut lub opróżniło pokaźną butlę, to na pewno przyczyną jego marudzenia czy wrzasku nie jest głód..

Poza tą główną ideą, niemal wszystkie pozostałe teorie i wskazówki budzą we mnie liczne zastrzeżenia… A już zalecenia odnośnie wprowadzania nowości do menu wręcz mnie zszokowały, cytuję: „… można w dziewiątym miesiącu dawać dziecku rosół z kury [...]. Proponuję natomiast wstrzymanie się z mięsem, jajkami i pełnotłustym mlekiem do ukończenia pierwszego roku życia”. Dalej pani Hogg podaje w tabelce podzielonej na miesiące, jakie pokarmy dziecku podawać, prócz mleka z piersi/butelki. Jest tam gruszka (jako pierwszy wprowadzany owoc!), potem dynia, słodki ziemniak (afrykańskie bataty, czy co?), brzoskwinia, banan, marchewka (dopiero w 8 miesiącu), groszek, fasolka i w końcu, w wieku 9 miesięcy, uwaga, chyba uznane za bardzo uczulające i ryzykowne, więc dlatego tak późno, po brzoskwiniach i fasolce, ta dammm! JABŁKO!

I tu pytanie: czy pani Hogg, dyplomowana pielęgniarka i położna z doświadczeniem, pracująca w Anglii i USA, nie słyszała o wprowadzaniu drobiu i króliczego mięska już w piątym miesiącu, żółtka jaja kurzego w siódmym, że o jabłuszku na początek zmian w menu niemowlęcia nie wspomnę? Czy nie słyszała, żeby nie podawać dziecku wywaru z gotowanego mięsa (czyli rosołu), ze względu na dużą ilość uczulającego białka w owym? Nie jest jej wiadomym fakt, iż maluch potrzebuje tłuszczu, czyli oleju, oliwy lub masła? A może to nasze polskie (europejskie?) zalecenia są błędne i przeładowane? Czy takie koncerny jak Hipp czy Nutricia na każdy kraj mają inne produkty? Zaciekawił mnie ten temat, interesujące, co jest w słoiczkach z jedzeniem dla dzieci w innych krajach. Czy decydują o tym zwyczaje w danym regionie? Przyzwyczajenia ludzi? Kultura? Moda? Myślałam, że chodzi o zdrowie i rozwój dziecka, że są jakieś ogólnoświatowe badania wskazujące, co i kiedy powinno jeść niemowlę. W wolnej chwili spróbuję zgłębić ten temat.

Co tam jeszcze wyczytać można w „Języku…” ? Ano, dowiedziałam się, że moje z laktatorem boje były… bezzasadne, że nadzieja na zwiększenie ilości mleka poprzez mozolne pompowanie piersi była bez sensu! „Ssanie uaktywnia zatoki mlekonośne, czego żaden mechaniczny laktator nie może zrobić. Ssanie noworodka powoduje wysyłanie komunikatów do mózgu matki, które uruchamiają wydzielanie pokarmu; mechaniczna pompka jedynie opróżnia pęcherzyki mleczne, w których pokarm się gromadzi.[...] Ściąganie mleka [...] za pomocą laktatorów nie pozwala podtrzymać jego wydzielania dłużej niż przez pięć tygodni”. Jednym słowem, nie ma ssania -mleko zanika,  mało mleka = mało ssania, mało ssania = mało mleka, obojętnie czy pompujesz cycek czy nie… Hmm… Powiem tak – w moim przypadku to by pasowało idealnie, mimo „laktatowania” pokarmu miałam coraz mniej. Z drugiej strony jednak wiem, że wielu kobietom laktator pomógł, po paru dniach odciągania miały piersi pełne mleka. A więc???

Kolejny kontrowersyjny temat książki to podejście do niemowlaka „pełne szacunku”. Wg autorki, niedopuszczalna jest np. zmiana pieluchy bez… uprzedzenia o tym dziecka. Poinformowanie niemowlaka  ”A teraz będę ci zmieniać pieluszkę” działa na niego uspokajajaco i jest wyrazem szacunku właśnie. Podobne zachowanie autorka zaleca przy wszystkich czynnościach przy dziecku. Aha, i nie mówimy dziecko, tylko zwracamy się po imieniu… Nieustannie przypominając o szacunku, autorka zakazuje układania niemowlaka spać w pokoju gościnnym czy innym pomieszczeniu niebędącym jego sypialnią, argumentując, że nikt z nas nie chciałby spać w takich warunkach. Itd., itp…

Wszystko fajnie, ale mój mały ignoruje moje zapowiedzi ubierania go, nawet jeśli używam najłagodniejszego tembru głosu. Ma je w głębokim poważaniu i z uporem maniaka udaje wija na przemian z ośmiornicą, bylebym tylko nie trafiła ręką w rękaw… Informacja o zmianie pampersa też nie robi na nim wrażenia, na ostrzeżenie o kupie wkłada w nią piętę… Jeśli zgodzić się z rozsądną, moim zdaniem, tezą autorki, że dzieciak niczego nie robi złośliwie, (nawiasem mówiąc warto o tym pamiętać, twierdzenie to studzi nasze negatywne emocje do wrzeszczącego potwora…), muszę nie zgodzić się z istotnością informowania małego, co mam zamiar z nim robić za pięć minut.

Z całym szacunkiem do małych ludzi uważam, że jednak nie kumają, o co chodzi, nie rozumieją słowa rajtuzy, ani przestrogi „bez czapki zmarzniesz”… (Przypomnę, że w książce jest głównie mowa o noworodkach i 2-6 miesięcznych niemowlakach). Jestem przeciwna zrównywaniu niemowlęcia z dorosłym. Zupełnie nie przemawiają do mnie argumenty typu: nie róbcie tak, bo sami byście nie chcieli być tak traktowani. Gadam oczywiście do małego prawie cały czas, ale żebym zaraz miała wierzyć, że wie, o co mi chodzi, to nie, nie ma tak lekko. Jeśli mi zaśnie podczas karmienia, nie budzę go, by był świadomy przenoszenia do łóżeczka, tylko go po prostu przenoszę. Wg autorki powoduje to szok i zamęt w głowie dziecka, gdy budzi się w miejscu innym od tego, w którym zasypiało. Jeśli poranne radosne  gaworzenie i wesołe machanie łapkami jest wyrazem szoku, to ja przepraszam bardzo!

Na koniec pochwalę autorkę, żeby nie było tak kwaśno :) Gorąco zaleca włączać partnerów w opiekę nad dzieckiem i tu przyznaję jej całkowitą rację. Należy to jednak robić w sposób inteligentny, radzi pani Hogg: „Niektóre znane mi kobiety robią to w sposób beznadziejny, stając mężowi nad głową, krytykując każdy jego ruch, narzekając i twierdząc, że wszystko robi źle”. Cóż, jeśli ktoś chce robić przy dziecku ABSOLUTNIE WSZYSTKO I BEZ NICZYJEJ POMOCY, niech tak postępuje… Ja przychylam się do zdania autorki, że do zbyt luźno założonej pieluchy dziecko zrobi zrobi kupę tak samo, jak do tej perfekcyjnie zapiętej…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Czas pilnie poszukiwany…

25 wrz

Cierpię na chroniczny brak czasu. Jako pedantka przeżywam katusze widząc, jak moje mieszkanie pokrywa się kurzem, pranie wisi na suszarce po trzy dni, sterta do prasowania zmienia się ze Śnieżki w K2, a na płycie ceramicznej coraz trudniej dojrzeć kółka pod garnki… W dodatku moje kochane mężydło coraz częściej robi sobie samo kanapki do pracy… Co ze mnie za żona… ;)

Nasz mały nie jest jakimś bardzo płaczliwym czy marudnym dzieckiem, jednak zdarza mu się budzić w dzień co 15 minut z płaczem i wtedy trzeba się nim natychmiast zająć, utulić, może nakarmić lub zmienić pieluszkę, lub zmienić całe ubranko, bo się za przeproszeniem obrzygał zważonym mlekiem… Zdarzyło mi się ostatnio gotować barszcz przez pięć godzin, bo gdy wstawiłam wodę z udkami na kuchenkę, zaczął płakać, utuliłam, minęło 20 minut, następnie wrzuciłam kostkę rosołową, zaczął płakać, utuliłam, minął kwadrans, obrałam marchewkę i buraki, zaczął płakać, dałam mu jeść, minęło pół godziny… Zdesperowana zostawiłam go w końcu w salonie (połączonym z kuchnią) nieśpiącego, żeby wreszcie zetrzeć warzywa w robocie i zakończyć operację barszcz, uruchomiłam przeraźliwie głośną machinę, starłam wszystko w trymiga i – przekonana, że przestraszony hałasem będzie straszliwie wrzeszczał, pobiegłam do niego – a tu surprise! Usnął… 
Moje mężydło pomaga mi bardzo i , dzięki Bogu, jest bardzo cierpliwy. Po całym dniu spędzonym z małym marzę o chwili dla siebie, więc gdy mąż tylko staje w drzwiach po powrocie z pracy, niemal od razu wręczam mu synka, żeby poczuł ojcowską więź… Ostatnio mąż cały uradowany wkroczył do domu z nowym super zasilaczem do komputera, o którym gadał już od paru tygodni. Podczas kilku godzin zdążył zerwać z pudełka folię do połowy… Resztę zdjął dopiero następnego dnia, a całość zamontował jeszcze w kolejnym dniu. 
Ja, ostatnio, żeby w miarę w spokoju skorzystać z toalety, nakręciłam małemu nad łóżeczkiem karuzelkę na maksa i dopóki grało i się kręciło, było OK, potem już szybko musiałam z kibelka lecieć do purpurowego, zanoszącego się płaczem wściekłego na swoją matkę bobasa…
Czasem mały nas zaskakuje i śpi pięć godzin. Nie znamy jednak dnia ani godziny tego przypływu dobroci dla rodziców, nie można więc niczego z góry zaplanować. Często jest więc tak, że nie zaczynam jakiejś roboty lub nie kładę się spać, bo – zaraz się zbudzi i się nie opłaca – a ten śpi sobie w najlepsze i ma w nosie, że trzyma mnie w napięciu; częściej jednak, co włączę żelazko lub włożę głowę pod kran, z łóżeczka odzywa się ostrzegawcze postękiwanie, które w porę niestłumione zmienia się we wściekły wrzask…
Notka miała być dłuższa, ale obowiązki wzywają – ciągle jeszcze ściągam pokarm laktatorem między karmieniami, żeby dać tym moim cyckom do myślenia (że jednak trzeba produkować mleko, bo jest zapotrzebowanie). Od paru dni jest mi łatwiej, bo udało się nam pożyczyć Swinga, czyli elektryczny laktator Medeli, wart jakieś 500 zł. To taki mercedesik wśród laktatorów. Całe szczęście mój mąż, zamiast gadać z kumplami o dupie Maryni, rzucił temat laktacji i jak się okazało, jeden z kolegów miał w domu niepotrzebnego już Swinga pasującego do mojego Harmony… (kto siedzi w temacie laktatorów, ten wie, o czym mowa). 
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS