RSS
 

Notki z tagiem ‘laktacja’

Wojna matek

09 wrz

Byliśmy z małym ostatnio na bilansie. W naszej przychodni wygląda to tak, że najpierw pielęgniarka zważyła go i zmierzyła (wyniki podaję w Ważnych datach) oraz próbowała zmierzyć ciśnienie (co momentalnie wywołało podkówkę na buzi i łzy w oczach), a potem pani doktor osłuchała, w paszczę zajrzała, jądra pomacała i wynik pozytywny zapisała. Mały w miarę dał się obadać, zwłaszcza wtedy, kiedy zabrał doktorce taki zmyślny centymetr z obracającym się kółkiem zwijającym całość. Z tym centymetrem dał sobie nawet zmierzyć w drugiej próbie ciśnienie, a także postanowił zabrać go ze sobą. Musieliśmy interweniować, więc ostatecznie wychodziliśmy z przychodni z krzykiem (tj. krzyczał mały), ale bez mienia lekarskiego.

Trochę mnie ten bilans rozczarował, myślałam, że inaczej będzie wyglądał, że będzie jakieś rozpoznawanie obrazków, pokazywanie części ciała etc. A tu tylko zapytano mnie, czy moim zdaniem (sic!) dziecko zezuje i czy nie zauważyłam kłopotów ze słuchem. Mały co prawda głuchnie przy napominaniu go w piaskownicy za sypanie piachem dookoła, ale to się chyba nie liczy?… Z tego wszystkiego zapomniałam zapytać, ile jeszcze mam dawać witaminę D (bo oczywiście w różnych miejscach różnie podają) oraz kiedy mam zacząć rozglądać się za logopedą, co wcale mi się nie uśmiecha.

Nie wiem, jak wygląda praca logopedy z dwulatkiem, ale czarno to widzę i wolałabym uniknąć tej przyjemności. Mały mówi słów pięć: mama, tata, dzidzia, tak, nie. Reszta tego, co wydobywa się z jego buzi, to jakaś swobodna interpretacja języka polskiego, z przewagą sylab ta-da. Bardziej już z intonacji można odgadnąć, czego chce (bajki, ciasteczka, herbatniczka…) lub nie chce (iść do domu, jeść obiadu, siadać na nocniku, powtarzać za mamą „kaczka”…).

Pełno porażek w tym moim macierzyństwie, z nocnikiem nie wychodzi, smoka nie można się pozbyć, przy jedzeniu trzeba zabawiać. Czasem mi naprawdę z tym źle. Nie pomaga tu powszechna rywalizacja matek. Na urlopie udało mi się przeczytać świetną książkę „Wyznania upiornej mamuśki” Jill Smokler i oprócz tego, że zostałam pozytywnie zaskoczona (myślałam, że to jakiś wydumany amerykański poradnik), to doznałam olśnienia w kwestii rywalizacji między matkami właśnie. Że ona, ta rywalizacja, faktycznie istnieje i to ona niejednokrotnie psuje mi krew. A może nawet jest to wojna?

Wesoło zaczyna się już w ciąży, zewsząd można usłyszeć nokautujące wyznania i porady: ” ja przytyłam tylko 9 kilo, a ty?”, „wcale nie wymiotowałam”, „jadłam tylko ekologiczne produkty, przecież nie można truć dziecka”, „codziennie ćwiczyłam jogę i medytowałam”, „pijesz kawę?! w twoim stanie?!”. Dalej jest jeszcze ciekawiej, rozmowy, która ma jakiego lekarza, jakie badania zrobiła, gdzie, z kim i jak rodzi, za ile wykupiła osobistą położną potrafią wpędzić w poważną depresję przedporodową.

Po porodzie mamy dalsze szufladkowanie – na te matki doskonałe – rodzące siłami natury (chyba raczej mięśni brzucha i krocza, hmm…) i te gorsze, po cesarce; dalej: na te karmiące cyckami (i tu są też podziały, w zależności, ile to karmienie trwało, odnoszę wrażenie, że najwyżej punktowane są te karmiące 2 lata) i te wyrodne od mleka w proszku i butelek. I tak dalej, i tak dalej.

Jak pisze autorka, po porodzie należy ustalić, do jakiej grupy się pasuje: „Czy należę do mam nastawionych ekologicznie, noszących dziecię w chuście i  głoszących peany na temat pieluch tetrowych? Czy mam zadatki na mamę aktywną i zamiast leniwie spacerować z wózkiem po galerii handlowej, wolę za nim biegać (…) A może na mamę starającą się nadążać za najnowszymi trendami mody?”. Uff, zwariować można. Tyle jest do roboty z noworodkiem, a tu jeszcze trzeba się opowiedzieć za daną opcją.

Jedynym rozsądnym wyjściem w tym całym wyścigu szczurów, tj. matek, wydaje mi się głębokie skupienie na samej sobie, wsłuchanie się w swoją intuicję i machnięcie ręką na te wszystkie złote porady i uwagi, bombardujące nas na spacerze, w przychodni i u cioci na imieninach. Co słabszym jednostkom (do których się zaliczam) może być trudno. Ale po lekturze „Wyznań…” czuję się nieco pokrzepiona. Zwłaszcza, gdy przypomnę sobie reakcję autorki na po raz setny zadane jej pytanie przez obcą kobietę, czy karmi piersią. „A czy ty golisz swoja cipkę?” – odparła, na co tamta się zapowietrzyła, że nie życzy sobie osobistych pytań. Otóż to!

PS Do książki jeszcze wrócę.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Czy noworodek gryzie?

06 wrz

Moja koleżanka A., która 3 tygodnie temu urodziła (w sposób naturalny) córeczkę, ma problem z karmieniem piersią. Do tej pory winą za moje kłopoty w tej kwestii obarczałam głównie cesarkę. Głównie – bo musiało mi przeszkodzić coś jeszcze, wiele kobiet po cięciu karmi przecież bez problemu. Reguły nie ma jednak także u tych, jak widać, którym udało się urodzić naturalnie. Pokarm A. ma (ale coraz mniej, o czym za chwilę), gorzej z samym przystawianiem do piersi. A. skarży się na ból sutków, na to, że córka ją „gryzie”. Cudzysłów – bo jednak mnie gryzienie kojarzy się z zębami…

W związku z powyższym A. zaczęła karmić w kapturkach oraz odciągać pokarm i podawać go córce w butelce. Parę dni temu zadzwoniła nieco spanikowana z pytaniem, co ja robiłam, gdy miałam za mało pokarmu. Czerwona lampa mi się zaświeciła we łbie. Spytałam ją, czy jak karmi w kapturku, to dziecko ma całą brodawkę w buzi? Nie, tylko sutek. W dodatku strasznie długo wtedy ssie (nawet godzinę) , więc coraz częściej w ruch idzie laktator. Wg mnie to prosta droga do zatrzymania produkcji mleka. Dziecko nie pobudza gruczołów mlecznych ssaniem, bo ich po prostu nie ma w buzi, zresztą nawet jeśli, przez silikon byłoby trudno. Pewnie dlatego tak długo ssie. Poza tym sam laktator tylko ściągnie to, co jest, ilości pokarmu nie zwiększy – uważam tak z własnego doświadczenia. Wobec tego trzeba dziecko dokarmić. I tu się zaczyna świetnie znana mi polka, której nie życzę nikomu. Ile podawać, ile to może stać nie wypite, jak ze sobą brać na spacer, jak podgrzewać itp., itd.

Przez prawie godzinę mówiłam A. jak to u mnie było. Jakie mleko jest dobre. Ile mniej więcej podawać. Że podgrzewacz się przyda. Że to, że tamto. Ale w głębi duszy jestem trochę na nią zła. Ja byłam najszczęśliwsza i mega podjarana, kiedy mój mały złapał cyca i ssał. To było jak święto. Kiedy kilka razy najadł się samym cycem, chciało mi się płakać ze szczęścia. Samo karmienie piersią mogę opisać jako przyjemne. Co u licha boli tam A.? Zwłaszcza, że w szpitalu mała dobrze chwytała pierś? Co się potem stało? I czy to taki ból, że nie można wytrzymać? Zaleczyć przez dzień-dwa i wrócić do karmienia? Zostawiłam dla siebie te przemyślenia, bo z drugiej strony wiem, jak na początku jest trudno, wszystko wydaje się nie do przejścia, a tak w ogóle to chce się spać i nic więcej. Staram się wierzyć w dobre intencje A. Radzę jej najlepiej, jak umiem, mówię o wszystkim, co mnie pomagało w podobnym okresie. Często do mnie dzwoni, bo inne koleżanki z karmieniem kłopotów nie miały – pamiętam ten stan wyalienowania: wszystkie karmiły, a ja nie mogłam.

Siedzę więc cicho i nie pouczam. Choć mnie uwiera zaprzepaszczanie tego, o co sama tak długo walczyłam. Karmienie butelką wydaje się wygodniejsze. Ale to złudzenie, wystarczy wymienić wszystkie gadżety potrzebne do tego – odpowiednia woda, podgrzewacz, butelka, smoczek, laktator, mleko oczywiście, trzeba wszystko myć i wyparzać, pamiętać, żeby był zapas, no i te ceny… Pogryzione sutki, hmm… Nie umiem być obiektywna…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Jeszcze raz o „Języku niemowląt”

24 lut

Udało mi się skończyć ten dość specyficzny poradnik, w którym to autorka traktuje początkujące matki jak jakieś durne ciemnoty pozbawione empatii (inna sprawa, że same rodzicielki często się o to proszą…). Główna idea książki jest wg mnie słuszna – trzeba poznać swoje dziecko, żeby wiedzieć jak z nim postępować (czyli – kiedy dawać sutek/butelkę w dziób, kiedy przytulać, a kiedy zabawiać). Zadanie to ułatwia notowanie pór karmienia, spania, siusiania etc. Dzięki temu nie tylko radykalnie zmniejsza się ryzyko przegłodzenia/przekarmienia, ale matka zyskuje też jaką taką kontrolę nad swoim życiem (potrafi mniej więcej przewidzieć, kiedy potwór zaśnie i będzie mogła iść umyć zęby).

Zapiski odnośnie papu i kaka robię niemal od pierwszego dnia pojawienia się małego terrorysty w moim życiu. To naprawdę pomaga ogarnąć cały ten mleczno-pampersowy chaos i pozwala uniknąć ciągłego łamania sobie głowy, czy dziecko jest głodne. Otóż jeśli godzinę temu aktywnie ciągnęło cyca przez czterdzieści minut lub opróżniło pokaźną butlę, to na pewno przyczyną jego marudzenia czy wrzasku nie jest głód..

Poza tą główną ideą, niemal wszystkie pozostałe teorie i wskazówki budzą we mnie liczne zastrzeżenia… A już zalecenia odnośnie wprowadzania nowości do menu wręcz mnie zszokowały, cytuję: „… można w dziewiątym miesiącu dawać dziecku rosół z kury [...]. Proponuję natomiast wstrzymanie się z mięsem, jajkami i pełnotłustym mlekiem do ukończenia pierwszego roku życia”. Dalej pani Hogg podaje w tabelce podzielonej na miesiące, jakie pokarmy dziecku podawać, prócz mleka z piersi/butelki. Jest tam gruszka (jako pierwszy wprowadzany owoc!), potem dynia, słodki ziemniak (afrykańskie bataty, czy co?), brzoskwinia, banan, marchewka (dopiero w 8 miesiącu), groszek, fasolka i w końcu, w wieku 9 miesięcy, uwaga, chyba uznane za bardzo uczulające i ryzykowne, więc dlatego tak późno, po brzoskwiniach i fasolce, ta dammm! JABŁKO!

I tu pytanie: czy pani Hogg, dyplomowana pielęgniarka i położna z doświadczeniem, pracująca w Anglii i USA, nie słyszała o wprowadzaniu drobiu i króliczego mięska już w piątym miesiącu, żółtka jaja kurzego w siódmym, że o jabłuszku na początek zmian w menu niemowlęcia nie wspomnę? Czy nie słyszała, żeby nie podawać dziecku wywaru z gotowanego mięsa (czyli rosołu), ze względu na dużą ilość uczulającego białka w owym? Nie jest jej wiadomym fakt, iż maluch potrzebuje tłuszczu, czyli oleju, oliwy lub masła? A może to nasze polskie (europejskie?) zalecenia są błędne i przeładowane? Czy takie koncerny jak Hipp czy Nutricia na każdy kraj mają inne produkty? Zaciekawił mnie ten temat, interesujące, co jest w słoiczkach z jedzeniem dla dzieci w innych krajach. Czy decydują o tym zwyczaje w danym regionie? Przyzwyczajenia ludzi? Kultura? Moda? Myślałam, że chodzi o zdrowie i rozwój dziecka, że są jakieś ogólnoświatowe badania wskazujące, co i kiedy powinno jeść niemowlę. W wolnej chwili spróbuję zgłębić ten temat.

Co tam jeszcze wyczytać można w „Języku…” ? Ano, dowiedziałam się, że moje z laktatorem boje były… bezzasadne, że nadzieja na zwiększenie ilości mleka poprzez mozolne pompowanie piersi była bez sensu! „Ssanie uaktywnia zatoki mlekonośne, czego żaden mechaniczny laktator nie może zrobić. Ssanie noworodka powoduje wysyłanie komunikatów do mózgu matki, które uruchamiają wydzielanie pokarmu; mechaniczna pompka jedynie opróżnia pęcherzyki mleczne, w których pokarm się gromadzi.[...] Ściąganie mleka [...] za pomocą laktatorów nie pozwala podtrzymać jego wydzielania dłużej niż przez pięć tygodni”. Jednym słowem, nie ma ssania -mleko zanika,  mało mleka = mało ssania, mało ssania = mało mleka, obojętnie czy pompujesz cycek czy nie… Hmm… Powiem tak – w moim przypadku to by pasowało idealnie, mimo „laktatowania” pokarmu miałam coraz mniej. Z drugiej strony jednak wiem, że wielu kobietom laktator pomógł, po paru dniach odciągania miały piersi pełne mleka. A więc???

Kolejny kontrowersyjny temat książki to podejście do niemowlaka „pełne szacunku”. Wg autorki, niedopuszczalna jest np. zmiana pieluchy bez… uprzedzenia o tym dziecka. Poinformowanie niemowlaka  ”A teraz będę ci zmieniać pieluszkę” działa na niego uspokajajaco i jest wyrazem szacunku właśnie. Podobne zachowanie autorka zaleca przy wszystkich czynnościach przy dziecku. Aha, i nie mówimy dziecko, tylko zwracamy się po imieniu… Nieustannie przypominając o szacunku, autorka zakazuje układania niemowlaka spać w pokoju gościnnym czy innym pomieszczeniu niebędącym jego sypialnią, argumentując, że nikt z nas nie chciałby spać w takich warunkach. Itd., itp…

Wszystko fajnie, ale mój mały ignoruje moje zapowiedzi ubierania go, nawet jeśli używam najłagodniejszego tembru głosu. Ma je w głębokim poważaniu i z uporem maniaka udaje wija na przemian z ośmiornicą, bylebym tylko nie trafiła ręką w rękaw… Informacja o zmianie pampersa też nie robi na nim wrażenia, na ostrzeżenie o kupie wkłada w nią piętę… Jeśli zgodzić się z rozsądną, moim zdaniem, tezą autorki, że dzieciak niczego nie robi złośliwie, (nawiasem mówiąc warto o tym pamiętać, twierdzenie to studzi nasze negatywne emocje do wrzeszczącego potwora…), muszę nie zgodzić się z istotnością informowania małego, co mam zamiar z nim robić za pięć minut.

Z całym szacunkiem do małych ludzi uważam, że jednak nie kumają, o co chodzi, nie rozumieją słowa rajtuzy, ani przestrogi „bez czapki zmarzniesz”… (Przypomnę, że w książce jest głównie mowa o noworodkach i 2-6 miesięcznych niemowlakach). Jestem przeciwna zrównywaniu niemowlęcia z dorosłym. Zupełnie nie przemawiają do mnie argumenty typu: nie róbcie tak, bo sami byście nie chcieli być tak traktowani. Gadam oczywiście do małego prawie cały czas, ale żebym zaraz miała wierzyć, że wie, o co mi chodzi, to nie, nie ma tak lekko. Jeśli mi zaśnie podczas karmienia, nie budzę go, by był świadomy przenoszenia do łóżeczka, tylko go po prostu przenoszę. Wg autorki powoduje to szok i zamęt w głowie dziecka, gdy budzi się w miejscu innym od tego, w którym zasypiało. Jeśli poranne radosne  gaworzenie i wesołe machanie łapkami jest wyrazem szoku, to ja przepraszam bardzo!

Na koniec pochwalę autorkę, żeby nie było tak kwaśno :) Gorąco zaleca włączać partnerów w opiekę nad dzieckiem i tu przyznaję jej całkowitą rację. Należy to jednak robić w sposób inteligentny, radzi pani Hogg: „Niektóre znane mi kobiety robią to w sposób beznadziejny, stając mężowi nad głową, krytykując każdy jego ruch, narzekając i twierdząc, że wszystko robi źle”. Cóż, jeśli ktoś chce robić przy dziecku ABSOLUTNIE WSZYSTKO I BEZ NICZYJEJ POMOCY, niech tak postępuje… Ja przychylam się do zdania autorki, że do zbyt luźno założonej pieluchy dziecko zrobi zrobi kupę tak samo, jak do tej perfekcyjnie zapiętej…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Melancholija mnie dopadła…

28 gru

Święta wprowadziły mnie w nastrój melancholijno-depresyjny z lekka… Najpewniej dlatego, że tak szybko przeminęły, niewspółmiernie szybko do ilości czasu poświęconego na ich przygotowanie.  Tyle kupowania, kombinowania z prezentami, wpatrywania się z niepokojem w szybę piekarnika, czy sernik nie siada… A tu szast-prast i po wszystkim.

Jak zwykle zjechała się cała moja najbliższa rodzina (w sumie kilkanaście osób) i, jak zwykle, nie udało się ze wszystkimi spokojnie porozmawiać, przez co czuję spory niedosyt.

W Wigilię, urządzaną u mojego brata, było zamieszanie z rozpakowywaniem się,  z przygotowywaniem potraw, z upychaniem w lodówce i w spiżarce tego, co przywieźliśmy do jedzenia… Już dzień wcześniej chodziłam cała zestresowana – bałam się, że czegoś zapomnę zabrać, sto razy sprawdzałam – czy pieluchy wzięte, czy ubranka na zmianę, Bebilon, butelki, smoczki, wózek, kocyk… Wyjazd z domu z małym dzieckiem to całe logistyczne przedsięwzięcie, jak to dobrze, że wzięłam sobie męża z autem typu kombi…

W pierwszy dzień Świąt dojeżdżała na raty reszta rodziny. Gwar, wrzaski dzieciaków, szał wśród prezentów, z rozpakowaniem których wstrzymaliśmy się do momentu przyjazdu wszystkich ciotek i wujków… W tzw. międzyczasie mieliśmy z mężem na głowie karmienie małego, usypianie, zmiany pieluch, mycie dupska z marchewkowej kupy… Nie dość więc, że z każdym by się chciało zamienić więcej niż słowo, to jeszcze sporo czasu zajęła nam po prostu opieka nad małym. To nowe doświadczenie po tylu latach zajmowania się tylko sobą…

I tak naprawdę wieczorem, kiedy wreszcie można było usiąść spokojnie i pogadać, my musieliśmy się zebrać i wracać do siebie, żeby rano pojechać z wizytą do rodziny męża.

Co dziwne, mały całe to zamieszanie zniósł lepiej ode mnie. Mimo hałasu i tłumu nieznanych mu osób, z których każda chciała go brać na ręce lub co najmniej pomachać mu przed nosem nową zabawką, był zadowolony i uśmiechnięty, marudził chyba mniej, niż zazwyczaj! Nie przejął się za bardzo rozbitym rytmem dnia, nie złościł się, kiedy w środku zabawy pakowaliśmy go w kombinezon i do auta, ani kiedy wyciągaliśmy go z fotelika akurat, gdy właśnie uciął sobie drzemkę. Po prostu dziecko stworzone do podróżowania i imprezowania! Po całym tym kołowrocie ze zrozumieniem przyjął fakt, że jego kąpiel ma kilkugodzinny poślizg, po czym usnął spokojnie na całą noc (Bogu dzięki!).

Smutno jest mi też, bo musiałam zakończyć moją walkę o mleko w piersiach. Miałam go coraz mniej, mały ssał niechętnie i krótko, denerwował się, bo leciało mało i powoli, w końcu już w ogóle o cycu nie chciał słyszeć. Myślałam, że będę się cieszyć, że wreszcie mogę ciepnąć laktator w kąt, napić się wina i zjeść wszystko, bez oglądania się na dietę matki karmiącej. Wcale jednak nie miałam ochoty na odmawiane sobie tyle czasu pomarańcze czy pierogi z kapustą, a lampka wina stała się raczej przypieczętowaniem mojej porażki niż miłym odprężającym akcentem wieczoru. Nie było mi też przyjemnie przed rodziną, pytania i teksty w rodzaju: „A co, już nie karmisz?”, „Możesz pić wino?”, „Może za mało jadłaś i dlatego straciłaś pokarm?”, „Już dajesz mu papki, może za wcześnie? Aha, bo ja karmiłam piersią, to tak szybko nie musiałam wprowadzać…”, „Moje dzieci nie znały innego smaku niż mleko do końca szóstego miesiąca…” łykałam jak gorzkie pigułki.

Co jeszcze mi tak zwichrowuje nastrój? Nie wiem, co z moją pracą w nowym roku, w styczniu kończy mi się urlop macierzyński, a razem z nim przelewy z ZUS-u. Były, co prawda, jakieś mgliste plany mojego szefa o moim pracowaniu w domu, ale coś mi się zdaje, że to było bardziej gadane ot tak, niż faktycznie brane realnie pod uwagę…

Mały jest coraz bardziej absorbujący i nie mogę się za bardzo łudzić, że zrozumie, gdy powiem mu: Teraz mama ma do wykonania ważne zlecenie i przez najbliższe dwie godziny nie może cię nosić ani zabawiać… I tak, z jednej strony nie wyobrażam sobie opiekowania się małym i równocześnie zajmowania się logistyką i transportem w mojej prawie-byłej firmie, z drugiej – jakże to, będę miała puste konto? Brak dochodów?

Dziwnie mi i smutno zarazem.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Odnośnie komentarzy

04 gru

Dziękuję za komentarze, zawsze się cieszę z każdego – miło wiedzieć, że nie mówi się do ściany… 

Jelizawieta, rzeczywiście ostatnio sporo we mnie frustracji i zniecierpliwienia… Składa się na to wiele czynników, przede wszystkim niewyspanie. Synek od kilku nocy śpi gorzej niż kiedy był noworodkiem, ostatniej nocy, na przykład, musiałam wstawać do niego o pierwszej (karmienie), o czwartej (karmienie), o piątej (zadowolił się smoczkiem), o szóstej (karmienie), po czym o ósmej już był gotów na kolejny dzień, czyli nie obudził się, by jeść, ale żeby wyciągnąć go z łóżeczka, pogadać do niego, wysłuchać przemowy ("auuu, aa uu, łełe"), ponosić etc. 
Nie będę ukrywać, że to cholernie męczące! Dochodzi do tego zezłoszczenie, bo zapewne księciunio tak często posila się nocą, bo nie pojadł za dnia. Jakbym go głodziła, to spoko, rozumiem… Ale nie, za dnia muszę godzić się z porażką piersiową (chce ssać pierś raz na trzy karmienia; mimo tak długiego czasu wciąż się z tym nie pogodziłam i za każdym razem jest mi przykro, kiedy odwraca się od cyca na rzecz butelki), poza tym butla też nie zawsze zyskuje jego uznanie. Jednym słowem, w dzień mocno się napocę, żeby cokolwiek zjadł, za to w nocy przesiaduję na kanapie z biustem na wierzchu oraz biegam do kuchni grzać mleko. W weekendy pomaga mi mąż, ale w tygodniu nie mogę go angażować w nocne eskapady do kuchni, bo po prostu musi pójść w miarę wyspany do pracy.
Muszę jednak się przyznać, że tak w ogóle jestem typem pesymistycznym i niewiele mi potrzeba, by wpaść w czarną rozpacz, więc mam nadzieję, że moim gderaniem nie odstraszyłam żadnej babeczki planującej dzidziusia. Miliony kobiet na pewno lepiej znosi trudy wczesnego macierzyństwa ode mnie, zapewne dlatego decydują się na kolejne dzieci. Kłaniam im się nisko. 
Kalinitis – ja jedna wiem, jak wiele mnie kosztowało tzw. rozbudzanie laktacji. Stosowałam się do wszystkich zaleceń doświadczonej konsultantki laktacyjnej, męczyłam cyce laktatorem dniem i nocą. Niestety, u mnie to nie zadziałało, z ilością pokarmu byłam ciągle w tyle za potrzebami małego. Nie rozumiem, co to znaczy często przystawiać – jak przystawiać dziecko do pustej piersi? Ono pociamka chwilę i jak tylko poczuje, że nic nie leci, buzia wygina się w podkówkę i jest jeden wielki szloch, trudno o smutniejszy obrazek. Zamiast tego zawzięcie przystawiałam się do laktatora i pompowałam… powietrze. Ech…
Chcę dawać synkowi pierś przez pół roku, mimo że to jest takie na pół gwizdka u mnie. Na przestawianie na samą pierś jest już na pewno za późno. Wielka szkoda, bo faktycznie mleko kobiece jest tłuste – na moim, jeśli chwilę postoi w butelce, potrafi się zrobić półcentymetrowa warstwa żółtego tłuszczyku.
Tak na marginesie – smoczek od butelki nie rozleniwił małego, stosowałam Calmę Medeli, przy której trzeba się napracować, żeby cokolwiek pociekło. Nie zaniedbałam niczego, jeśli chodzi o walkę o mleko w cycach. Czy to się podoba konsultantkom laktacyjnym czy nie – czasami się nie udaje.
Odnośnie spania w łóżku z dzieckiem, u mnie się to nie sprawdziło. Mały nie chciał w tej pozycji chwytać piersi, więc i tak musiałam wstawać i karmić na siedząco. Po takim karmieniu lepiej było mi odłożyć dziecko do łóżeczka niż kłaść je obok siebie w pościeli. Poza tym z moim lekkim snem co chwila się budziłam, mając przy sobie stękające i kwilące przez sen maleństwo. Mam wrażenie, że i ono lepiej i spokojniej śpi, leżąc u siebie, mogąc dowolnie rozkładać rączki na boki. No i chrapiący tata jest daleko :)
Kolejny temat – chusta… No cóż, narażę się teraz wszystkim chustomankom… Mnie jest z dzieckiem w chuście ciężko. Po prostu. Trochę małego noszę, kiedy muszę na chwilę wyskoczyć do sklepu i nie ma sensu brać wózka, ale żeby to było takie wygodne, to nie powiem. Siedem kilo to siedem kilo, dodajmy do tego torbę z zakupami albo i dwie i czołganie się do domu mamy jak w banku… Poza tym zawsze przeżywam gehennę, jak małego w to ustrojstwo pakuję, wrzeszczy wniebogłosy, kiedy mu nóżki przewlekam przez te poły, nie chce być tak ciasno przyciśnięty do mnie… Po jakimś czasie co prawda zasypia, ale wtedy jest jeszcze cięższy, niż normalnie, bo bezwładny… 
Czytałam w opisie mojej chusty, że odkładanie w niej śpiącego dziecka na łóżko to prościzna… Oszczędzę tu moim nielicznym czytelniczkom opisu szaleńczego wyplątywania się z tego ustrojstwa przy jednoczesnym dbaniu o niezakłócenie snu mojemu dziecku…
We wszystkich powyższych tematach różnię się bardzo od mojej siostry. Po dwa lata karmiła dwójkę swoich dzieci piersią; laktatora nie widziała na oczy. Spała z nimi w jednym łóżku (właśnie jest w trakcie oduczania od tego swoją półtoraroczną córeczkę). Bardzo sobie chwali chustę. 
To tylko dowodzi tego, jak bardzo różne mogą być doświadczenia macierzyństwa.

Ważne, by mieć odskocznię od powtarzajacego się do znudzenia cyklu: karmienie, przewijanie, usypianie… Od niedawna znowu czytam książki. A moje mężydło gra na komputerze. Ostatnio, kiedy zawołałam go do łóżka, żeby szedł spać, usłyszałam wypowiedziane z przejęciem:
- Zaraz, tylko założę zbroję!

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Twoje cycki nie należą już do ciebie – czyli o karmieniu piersią

18 paź
Moje karmienie piersią nie jest typowe. Mimo ciężkiej pracy z laktatorem (przez pierwszy miesiąc odciąganie po każdym karmieniu, nawet o 3 w nocy) nie udało mi się wyeliminować dokarmiania mieszanką. W nocy małemu pierś wystarcza, ładnie ssie i zasypia najedzony, w dzień jednak domaga się dodatkowego jedzenia, a czasami w ogóle odmawia piersi i rodzierający wrzask ucisza tylko butla. Udało mi się znacznie zredukować dokarmianie sztuczne, ale nie widzę możliwości zupełnego jego wyeliminowania. 
Są zalety takiego stanu rzeczy: 
- na pewno nie będę miała kłopotu z odstawieniem od piersi, 
- nie muszę być obecna przy każdym karmieniu.
Wady:
- jak wbito mi do głowy w szkołach rodzenia – mleko matki to najlepsze, co mogę dać dziecku do jedzenia, więc mieszanka jest nie teges…
- mycie butelek i smoczka milion razy dziennie,
- jakby nie było – puszka takiego Bebilonu kosztuje 30 zł…

Z początków tzw. rozbudzania laktacji został mi nawyk wypełniania tabelki. Notuję datę, godzinę, czy było karmienie piersią, ilość odciągniętego i podanego pokarmu, czy było siku, czy coś więcej, oraz ilość podanej mieszanki. Choć teraz już nie jest to konieczne, prowadzę te zapiski i polecam je każdej początkującej mamie. Zaznaczam w nich też podane witaminy i inne szczegóły dotyczące małego. Niewyspany człowiek średnio kontaktuje i naprawdę czasami trudno było mi sobie przypomnieć, czy aplikowałam mu już D, czy moźe to było wczoraj? I czy dobrze mi się wydaje, że już od trzech dni nie było kupy?
Odnośnie tego ostatniego, to tak jak w pierwszych tygodniach kupa była po każdym karmieniu, tak teraz pojawia się raz na kilka dni i powiem, że tak źle i tak niedobrze. Lekarka mówi, że i jedno, i drugie jest normalne. Ja już chyba wolałabym wycierać małemu pupę przy każdym przewijaniu, niż zmagać się, wprawdzie raz na kilka dni, z wijącym się na przewijaku małym obsranym po pachy (za przeproszeniem)…

No, ale miało być o karmieniu. Ciąża = różne totalnie nowe doświadczenia i odczucia, począwszy od noszenia coraz większego brzucha, przez kopniaki dziecka w środku, poród/cesarka, w końcu – karmienie cycem. Dziwne to uczucie, naprawdę… Dla mnie szokiem było, kiedy po wielu dniach pobudzania piersi podczas karmienia poczułam, że z drugą, nieużywaną wtedy piersią zaczęło się dziać coś dziwnego… Poczułam lekkie drętwienie i mrowienie i nagle zaczęło z niej kapać mleko… Rzecz normalna u kobiet karmiących bez problemów, dla mnie to była rewolucja! Poczułam się wtajemniczona… Miałam jeszcze w pamięci wysoce niedelikatne pytanie mojej siostry, która dwójkę dzieci bez problemów wykarmiła cycem i nie mogła sobie wyobrazić, że u mnie są z tym kłopoty – no, ale jak karmisz jednym, to nie leci ci z drugiego?? To było w czasie, kiedy po półgodzinie pompowania laktatorem miałam na dnie butelki 5-7 mililitrów mleka… Teraz potrafię "udoić" ponad 100ml i jest to mój mały sukces…

Decyzja kobiety dotycząca karmienia to jej wyłączna sprawa. Ja mogę tylko podzielić się swoimi wrażeniami. Lubię patrzeć, jak synek puszcza moją pierś podczas karmienia tylko po to, by się do mnie uśmiechnąć lub powiedzieć "ghu ghu" i po chwili, z zawadiacką miną (sic!) ponownie przyssać się do cyca; niezły widok jest też, gdy mały jest naprawdę bardzo głodny, wtedy z błyskiem w oku wręcz rzuca się na pierś, robi takie "chap!" i już ssie, prawie się dławiąc; czasami zaś zanim złapie brodawkę, robi nieśmiałą minę, jakby chciał powiedzieć "że ja? mam ssać pierś? no, doobra…"; zabawne jest też odgrywanie przez niego tragedii, kiedy w jednej piersi mleko już się skończyło i trzeba kilku sekund, żeby go przystawić do drugiej – jest wtedy wielki płacz, rozpacz wręcz (mąż mówi, że synek wygląda wtedy jak Ciastek ze Shreka…), po czym po chwili na już ssącej buzi pojawia się błogość…

Często liczę miesiące, kiedy już odstawię małego i odzyskam pełną władzę nad swoim ciałem – będę mogła przestać nosić te beznadziejne staniki do karmienia… odkorkuję swoje ulubione wino… zacznę znowu brać pigułki…

Nie żałuję jednak, że zawalczyłam o laktację.
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Bardzo trudne początki

15 wrz

Już ponad miesiąc mały jest z nami. Największą radością jest to, że jest zdrowy i świetnie się rozwija, oglądała go i położna, i pediatra, nie miały żadnych zastrzeżeń. Największym problemem są… nieprzespane noce. Nie jestem w tym oczywiście oryginalna… teraz jednak mogę to z własnego doświadczenia stwierdzić – jest cholernie trudno co dwie-trzy godziny zwlec się z łóżka w nocy i poświęcić małemu minimum godzinę…

Byłoby łatwiej, gdybym normalnie karmiła piersią. Jednak tak jak już w szpitalu był problem, żeby synka nakarmić, tak zostało mu to do dziś. 
Najpierw rwałam włosy z głowy, że nie jestem w stanie nakarmić sama swego dziecka, w głowie wciąż miałam te broszurki o laktacji, te zalecenia o karmieniu piersią, te przestrogi przed butelką i w ogóle odsądzenia od czci i wiary matek niekarmiących cycem… 
Przyznaję, że pierwsze dni były pełne płaczu nie tylko mojego synka, ale i mojego. Płakałam z bezsilności, rozpaczałam nad każdą porcją modyfikowanego mleka, którą musiałam mu zaserwować, obsesyjnie wypełniałam zalecenia konsultantki laktacyjnej…
Bo zaraz tego samego dnia, kiedy wypisano mnie ze szpitala, na wieczór umówiliśmy się z babką od laktacji, która prowadziła zajęcia w naszej szkole rodzenia. Nie wspominam dobrze tej wizyty. Oględnie mówiąc, po tym całym pieprzonym szpitalu nie byłam w najlepszej kondycji psychicznej, a ona potraktowała mnie jak uczennicę, która nie odrobiła zadania domowego. 
Skrytykowała z miejsca wszystko – że metka przy ubranku dziecka nie obcięta, że za ciepło ubrany, że od początku powinnam była używać laktatora (tak jakby nie było ledwie 4 dni po porodzie a 4 tygodnie), że plastik przy pępku obciąć trzeba, że to, że sio. Swoim pouczaniem doprowadziła mnie prawie na skraj załamania nerwowego.
Koniec końców wg jej zaleceń miałam karmić małego z piersi tyle, ile się da, tuż po karmieniu ściągać się laktatorem pół godziny, małego oszukać w tym czasie wodą, następnie podać mu to, co ściągnę i ewentualnie mieszankę. I powtarzać ten cykl jak najczęściej… Konsultantka skasowała nas 160 zł i poszła, a mój mąż pojechał czym prędzej szukać mleka, laktatora i specjalnego smoczka Medeli – Calmy, który nie zaburza u dziecka odruchu ssania piersi. Zdążył to wszystko kupić niemal w ostatniej chwili, bo dochodziła 21. 
Konsultantka powiedziała, że za parę dni czeka mnie nawał i laktator okaże się niepotrzebny. Niestety jej zapowiedzi się nie sprawdziły, tak jak nieprawdziwe w moim przypadku okazały się teorie głoszące, że tyle, ile mleka się ściągnie, to o tyle więcej piersi wyprodukują przy następnym karmieniu. Wszędzie w poradach jest przedstawione proste równanie: jeśli dziecko wyssie z piersi 60ml, a laktatorem ściągnę 30ml, to w następnym karmieniu będę miała w piersiach 90 ml…
Nie wiem, czy jestem trudnym przypadkiem, czy też taka matematyka jest li i jedynie wymysłem producentów laktatorów. Mija miesiąc, jak rozbudzam swoją laktację i mam wprawdzie więcej mleka niż na początku, ale mój synek też z dnia na dzień więcej go potrzebuje i jestem ciągle kilka kroków za nim. Każde karmienie to jedna wielka zgadywanka – ile przygotować mleka, skoro przez 20 minut karmiłam go piersią, dokarmiłam tym, co ściagnęłam wcześniej laktatorem, a on nadal jest głodny? Bez ogródek stwierdzam – to męczarnia. Nie wiem, jak długo jeszcze dam radę uprawiać tę żonglerkę. 
Dzięki Bogu i moja położna, i pediatra nie cisną mnie w kwestii karmienia piersią, zgodnie zadając kłam tym wszystkim gadkom wciskanym ludziom w szkołach karmienia, że każda matka jest w stanie wykarmić swoje dziecko. Może i tak, ale butelką…
Proszę o pomysły, co pożytecznego można zrobić z trzema paczkami wkładek laktacyjnych do biustonosza :)
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Lęki laktacyjne i nie tylko

04 lip

Zakończyliśmy już zajęcia w prywatnej szkole rodzenia, ja chodzę jeszcze na darmowe, do przychodni. Generalnie obie położne prowadzące mówiły jednym głosem, jakiegoś wielkiego mętliku nam w głowie na szczęście nie zrobiły skrajnie różnymi teoriami. Na plus szkole prywatnej podam warunki zajęć: cztery pary, czyli lepszy kontakt z prowadzącą; do tego kawka, woda mineralna, broszurki, instruktażowe płyty CD, próbki kosmetyków. W szkole bezpłatnej jest dość tłoczno – kilkanaście par i brak wygód. Ale za to położna poświęca nam więcej czasu, niekiedy aż za dużo (przeciąga zajęcia przez mówienie oczywistości). Dla prywatnej czas to pieniądz, zapłaciliśmy za 1,5 ha zajęć i do widzenia, przychodzą kolejni zainteresowani, nie ma czasu na dywagacje.


Oprócz wiadomości wyniesionych z zajęć, douczam się z książek i pism typu "Twoje Dziecko" i, niestety, przyniosło to efekt odwrotny do zamierzonego. Moja głowa wypełniła się po brzegi wątpliwościami i zaczęłam panikować; to było to samo uczucie, jakie miałam przed sesją na studiach – nagle wydaje mi się, ze jedyne, co wiem, to to, że nic nie wiem i nie jestem sobie w stanie przypomnieć nawet tego, kto to powiedział… ;) 
Stres przedegzaminacyjny do tej pory pojawia się w moich najgorszych snach – mam mieć egzamin za parę dni, a nie wiem z czego, nie mam żadnych notatek, a wiem, że przez ostatnie miesiące się nie uczyłam i po prostu nie podołam… Przez to okropne panikowanie zakończyłam studia na tytule magistra, uciekając z murów uczelni jak najdalej. 
Niestety, teraz czuję się też jak przed egzaminem, ba – jak przed wielką sesją, w której stawką jest zdrowie i życie bezbronnego człowieka. Chwilami tracę wszelki dystatns, a moja głowa  pęka od nadmiaru pytań i wątpliwości: czy będę umiała karmić, czy w ogóle będę miała pokarm, a jak nie, to czy będę umiała te wszystkie mieszanki dobrze podać, nie mam przecież żadnych butelek; mogę zostać zignorowana w szpitalu – będzie natłok rodzących, zniecierpliwione położne, nikt sparaliżowanej znieczuleniem babie nie poda dziecka z braku czasu, pielęgiary dokarmią je butelką i potem ono nie chwyci dobrze piersi i skrzywdzę swoje dziecko, nie dając mu tego, czego najbardziej potrzebuje – mojego pokarmu. 

Nie wiem, czy kupować na zapas laktator i tę specjalną butelkę odwzorowującą pierś – Calmę. Czy nie będę musiała męża gonić o północy po aptekach, żeby ten sprzęt kupił, bo inaczej stracę laktację. Z drugiej strony położna ze szkoły rodzenia przestrzegała przed niepotrzebnym wydawaniem pieniędzy na laktatory, bo często można się bez nich obejść. Można też przesadzić z odciąganiem. I bądź tu mądry.

Oto moje lęki laktacyjne spowodowane czytaniem dziesiątek broszurek o niepowtarzalności i wyjątkowości mleka matki. Jedna z nich nazywa karmienie piersią "wyrazem najgłębszej matczynej miłości" – czy można bardziej zdołować przyszłą matkę, która NIE WIE, czy uda się jej karmić swoje dziecko piersią??! Przecież od takiego stwierdzenia najprostsza droga do konkluzji – nie karmisz piersią=nie kochasz swojego bobasa, krzywdzisz go sztucznym żarciem i narażasz na setki chorób z nagłą śmiercią łóżeczkową włącznie.

Z laktacją wiąże się kolejny problem – dieta matki karmiącej. Co jeść, żeby dziecku nie zaszkodzić. Kiedy czytam porady typu: jeść wszystko, oprócz – i tu leci długaśna lista produktów – to słabo mi się robi. Po przeczytaniu takiego artykułu nadal nie wiem, co do paszczy będę mogła włożyć i przeżuć. Słynny gotowany kurczak z marchewką jedzony dzień w dzień wykończy i matkę, i dziecko. Przepisy na przykładowe obiady dla karmiacych bywają tak wymyślne, że nawet teraz ręce mi opadają, a co dopiero będzie w połogu, z bolesną raną na brzuchu, z wrzeszczącym dzieckiem na ręku i mega podpaską między nogami na – za przeproszeniem – odchody popołogowe.

Aha, po porodzie jest zakaz stresowania się, bo można stracić pokarm – to dopiero dobre. Pokażcie mi zrelaksowaną matkę z trzydniowym noworodkiem na ręku. Ech…

Laktacja to oczywiście jedno z setek zagadnień, które krążą mi po głowie, budząc lęk i stres. Kolejne to:
- alergie (i zgaduj-zgadula na co),
- kalendarz szczepień (obowiązkowych i dodatkowych; przegapisz termin i dzieciaka już się nie da zaszczepić),
- odpowiednio ustawione bioderka (można dziecko zaniedbać i będzie skrzywione na całe życie),
- ubieranie dziecka stosownie do pogody w prawidłowo wyprane i wyprasowane ubranka (to osobny rozdział…),
- gorączka, wymioty, biegunka w środku nocy – lecieć do szpitala czy podać czopek?
- prawidłowa pielęgnacja pępka,
- odparzenia, pleśniawki, potówki, kolki…

Do tego wszystkiego dochodzi gadanie najbliższych: "Tobie to dobrze, nie musisz pracować". Doprowadza mnie to do szału. Kto tak mówi, nie rozumie, jak czuje się człowiek, który nagle po 10 latach pracy rano budzi się i czuje pustkę. Nie motywuje go płynący czas – wszak na żadną godzinę się z nikim nie umawiał; nie motywują go ludzie, liczący na jego doświadczenie i kompetencje. Taki człowiek snuje się po mieszkaniu i jeśli nie zorganizuje sobie odpowiednio czasu, przez cały dzień nie zrobi nic znaczącego, a wieczorem wpadnie w panikę, że dzień przeleciał przez palce i będzie chciał nadrobić: o 23 umyć gary i podłogę równocześnie, do tego poprać i poprasować… Koszmar. Rano znowu wstanie i nie będzie się z niczym spieszyć, bo po co, skoro cały dzień przed nim…
Nigdy nie mówcie człowiekowi, który jest przymusowo bez pracy, że mu dobrze, bo nie musi rano lecieć na autobus i wysłuchiwać uwag szefa. 
Parafrazując Grabaża z "Moralnego salta":
"Nie fajnie mu z tym

Nie pytaj czy mu fajnie"

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 
 

  • RSS