RSS
 

Notki z tagiem ‘ksiazki’

No, życie po prostu :)

23 lis

Skończyłam czytać wspomnienia Keitha Richardsa z Rolling Stones pt. „Życie”. Urocza książka pełna tego typu spostrzeżeń;):

Heroina (…) stała się murem, który oddzielał mnie od codzienności, ponieważ zamiast sobie z nią radzić, odcinałem się od niej i koncentrowałem na tym, co chciałem robić. (…) Bez hery w pewnych przypadkach nie wszedłbyś do pokoju w danym momencie, aby uporać się z jakąś sprawą. Po herze mogłeś wejść do środka, olać wszystko i być zadowolonym. [...] Gdy (…) nie kładziesz się spać przez cztery czy pięć dni, chłodno postrzegasz ludzi, którzy właśnie wstali lub poszli spać. Pracujesz, piszesz piosenki, przegrywasz rzeczy z jednej taśmy na drugą, a ci ludzie wchodzą, bo właśnie wstali z łóżka i tak dalej. Nawet zjedli już śniadanie! A ty siedzisz przy biurku z gitarą i długopisem. „Gdzie ty się, k…,. podziewałeś??”. Doszło do tego, że zacząłem się zastanawiać, jak pomóc tym biednym ludziom, którzy muszą spać każdego dnia.

O Johnie Lennonie napisał, że nigdy nie opuścił jego domu w pozycji innej niż horyzontalna (takie było ćpanie i picie). Cudnie, co? 

Jak ten facet dożył takiego wieku, to po prostu zagadka medyczna. Powinni go wziąć na jakieś testy i poszukać jakiegoś specyficznego genu… Prawie 20 lat ćpania i picia, posiłki dalekie od regularności, męczące trasy, stresy ogromne (groźba więzienia, ćpająca matka jego dzieci, śmierć syna i wielu przyjaciół, mnóstwo przeprowadzek, wypadek samochodowy, operacja z otwarciem czaszki) – to zaprzeczenie wszystkich zasad długiego życia.

Polecam wszystkim do przeczytania, tylko proszę tego wszystkiego nie próbować samemu w domu :)

PS

A my mięczaki siedzimy w domu i smarkamy, i kasłamy, i gardełka nas bolą… Listopad bez chorowania to nie listopad…

 
 

Matka matce nierówna

16 paź
                        Matka amerykańska                         Matka francuska
Uważa, że im bardziej się poświęca, tym lepszą jest matką. Jest to klucz do całego jej macierzyństwa, widoczny w niemal każdym jej zachowaniu względem dziecka.

„Amerykańskie poradniki rodzicielstwa zawieraja zazwyczaj zalecenie, by matka nie zapominała o własnym życiu. Często jednak amerykańskie niepracujace matki nie zatrudniają opiekunki, ponieważ opiekę nad dzieckiem uważają za     swój obowiązek”.

Uważa, że jej poświęcenie nie jest potrzebne jej dziecku, a nawet może mu zaszkodzić. Sądzi, że lepiej jest obserwować dziecko z boku i pozwolić mu na maksimum samodzielności oraz poznanie smaku frustracji.

We Francji panuje „uniwersalne założenie, że nawet najlepsza matka nie moze być nieustannie na usługi dziecka i nie musi się czuc z tego powodu winna”.

 

W okresie noworodkowym leci w nocy na każde kwilenie, nie czekając ani sekundy bierze dziecko na ręce i utula oraz/lub wpycha do buzi cyca/butelkę. Skutkiem tego dziecko nie ma szansy nauczyć się zasypiać samo, a nawet jest niepotrzebnie rozbudzane, bo kwiliło przez sen i nie miało zamiaru przyzywać matki.

 

 

 

W okresie noworodkowym w nocy nasłuchuje kwilenie dziecka, obserwuje je nawet kilka minut, by przekonać się, że naprawdę się obudziło i czegoś potrzebuje czy po prostu jest w fazie niespokojnego snu i należy pozwolić mu ponownie smacznie usnąć. Skutkiem tego francuskie niemowlęta przesypiają całe noce już w drugim-trzecim miesiącu życia, czego znowu skutkiem jest normalne funkcjonowanie ich rodziców. Francuscy rodzice nie postrzegają „zrywania się kilka razy w nocy do ośmiomiesięcznego dziecka jako oznaki rodzicielskiego poświęcenia. Uważali to za sygnał, ze dziecko ma problemy ze snem”.

 

Ma problemy z odmawianiem dziecku, a wszelkie jego prośby stara się spełniać natychmiast. Skutkiem tego dzieci amerykańskie nie są nauczone frustracji i samokontroli, uważają, że wszystko się im należy i dostają histerii przy każdej odmowie.

 

Zamiast mówić dziecku „uspokój się lub „przestań” często po prostu mówi: „zaczekaj”. Rodzice francuscy są zdania, że „jeśli dzieci nie nauczą się cierpliwości, nie potrafią cieszyć się (…) zajęciami” związanymi ze sztuką i muzyką. „Z ich punktu widzenia umiejętność samokontroli, spokojnego panowania nad sobą, zamiast niecierpliwienia się i stawiania żądań jest tym, co pozwala dzieciom dobrze się bawić”. Uważa się, że odmowa „daje dziecku szansę, by wyzwolić się z tyranii własnych pragnień”, dziecko musi się nauczyć frustracji, im wcześniej, tym lepiej.

 

Pozwala dzieciom niemal bez przerwy coś podjadać, jest przekonana, że bez przekąsek dziecko by zginęło; wg badań niektóre niemowlęta w USA jedzą nawet 10 razy dziennie.

 

Mniej więcej od ukończenia 3. miesięca uczy jeść dziecko o stałych porach. Francuskie dzieci jedzą cztery razy dziennie (plus deser). Próby wymuszania słodyczy poza porą deseru są uważane za kaprys (caprice) i nie są spełniane.

 

Rywalizuje z innymi matkami w zdobywaniu umiejętności przez jej dziecko, zapisuje je na tysiące zajęć „rozwijających” lub „przyspieszajacych rozwój”.

 

Zapisuje dziecko na dodatkowe zajęcia po to, by się przede wszystkim dobrze bawiło, odkrywało i poznawało nowe rzeczy, „otwierało oczy”. „Rodzicom francuskim nie zależy na tym, żeby ich dzieci miały koniecznie przewagę nad innymi. (…) nie próbują wyhodować małych geniuszy”.
Uważa karmienie piersią za swój obowiązek, nawet jeśli jest dość męczący i ograniczający wolność, a także eliminujący rolę ojca w karmieniu. Bardzo krótko karmi, nie uważa mleka w proszku za coś gorszego od mleka z piersi. Nie daje się przekonać argumentami o wydzielaniu immunoglobulin, nie zamierza „działać pod przymusem morlanym ani przechwalać się tym na urodzinach dwulatków”.
Zadręcza się pytaniem, jak żłobek może wpłynąć na psychikę dziecka. Często woli zrezygnować z pracy niż posłać dziecko do żłobka.

 

Jest przekonana, że pobyt w żłobku dobrze zrobi dziecku i obawia się raczej, że jeśli jej dziecko nie dostanie się do żłobka, to coś straci.
Czułaby się egoistką, gdyby zamiast zajmować się dzieckiem, popracowała nad swoją pociążową  figurą. „Sesja zdjęciowa Metamorfoza młodej mamy w magazynie American Baby pokazuje trzy zawstydzone panie, wciąż jeszcze trochę przy kości, które uśmiechają się bez przekonania, ubrane w luźne sukienki. (…) W komentarzu jest bezlitosna informacja: Urodzenie dziecka zmienia twoje ciało(…), a potem zaczynają się peany na cześć spodni na gumce”.

 

Uważa, że „nie ma zadnego powodu, dla którego kobieta nie może być seksowna tylko dlatego, że zdarzyło się jej mieć dzieci”. Zazwyczaj w ciągu trzech miesięcy od porodu odzyskuje swoją linię; pomaga w tym zapewne potężna presja społeczna.
Towarzyszy dziecku na placu zabaw, wspina się z nim na drabinki, na bieżąco komentuje jego działania.

 

Na placu zabaw, w wyjątkiem okresu, w którym dziecko uczy się chodzić, siada z boku na ławce lub krawędzi piaskownicy i gawędzi  z innymi dorosłymi.
Potrafi zmienić cały w dom w plac zabaw dla dziecka i ściągnąć swoje rzeczy z regałów w salonie, by poustawiać tam zabawki. Uważa, że świat jej dziecka jest w jego pokoju, stąd w salonie czy innych pomieszczeniach nie widuje się zabawek lub bardzo małą ich ilość.

 

I jak Wam się podoba? Tabelkę zrobiłam będąc w trakcie lektury książki Pameli Druckerman: „W Paryżu dzieci nie grymaszą”, wszystkie cytaty pochodzą stamtąd. Jestem w połowie, więc pewnie coś na ten temat jeszcze dorzucę. Fascynują mnie te różnice kulturowe wpływające na wychowywanie dziecka; niby każdy wychowuje po swojemu, a jednak poddaje się (często pewnie nieświadomie) wpływowi środowiska, rodziny, tego, jak sam został wychowany oraz… znaczenie na pewno ma fakt, jaki poradnik dla rodziców jest w danym kraju na topie. W Polsce to, podobnie jak w USA, „W oczekiwaniu na dziecko” i kolejne pozycje z tej serii oraz „Dziecko” Spocka. Dlatego pewnie bardziej przypominamy Amerykanki w wychowywaniu dzieci niż Francuzki, przynajmniej tak mi się wydaje i mówię tu też o sobie. We Francji od lat króluje zupełnie inny podręcznik, toteż inne teorie są wdrażane w życie, zarówno rodziców jak i małego dziecka. Oczywiście, uogólnianie to uogólnianie, znajdziemy mnóstwo wyjątków i różnic, jednak uważam, że coś jest na rzeczy. I to bardzo.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Wyznania i grzeszki matek

24 wrz

Poniższe wyznania pochodzą od różnych matek, cytuję z książki Jill Smoker „Wyznania upiornej mamuśki”:

Jeśli jeszcze raz będę musiała obejrzeć „Barneya i przyjaciół”, chyba sobie wydłubię oko widelcem. (…)

Nie ma bardziej irytującej i bezużytecznej rady dla młodej matki niż: „Śpij, gdy dziecko śpi”. Następną kobietę, która mi to powie, strzelę w twarz, bo wiem, że ona nie spała, gdy jej dziecko spało. Nikt tego nie robi.

Ciągle jeszcze zrzucam nadwagę po bliźniakach. Właśnie poszły do gimnazjum.

Urodziłam dziecko miesiąc temu. Właśnie zmierzyłam dżinsy, które nosiłam przed ciążą. Sądziłam, że będą ciasnawe, a okazało się, że nie mogę ich podciągnąć powyżej kolan. Jasnażeż cholera!

Jestem w ósmym miesiącu ciąży, ale nadwagę miałam już wcześniej. (…) mam ochotę wpełznąć w jakiś ciemny kąt i umrzeć. Jeśli znajdę odpowiednio duży…

Chodzę w dżinsach ciążowych, chociaż od sześciu lat nie jestem w ciąży.

Udaję, że mam rozstrój żołądka i zamykam się w łazience, a w rzeczywistości czytam kolorowe magazyny i gram na telefonie. Mąż stale wysyła mnie do gastrologa.

Gdy rodzice nie patrzą, robię straszne miny do źle zachowujących się dzieci w sklepach.

Gdyby było mnie na to stać, chętnie bym komuś zapłaciła, żeby pojechał z moimi dziećmi na wakacje.

Przed dłuższym lotem podaję dzieciom benadryl. Niby środek na alergię, ale też wycisza. Inaczej nigdy bym się z nimi nigdzie nie wybrała.

Gdy wieczorem ma przyjść niańka, kładę dzieci w ciągu dnia. Nie po to jej płacę piętnaście baksów za godzinę, żeby przy niej spały.

Niekiedy odzywa się we mnie tęsknota za czasem, gdy mój syn był malutki. Idę wtedy do sklepu – tam zawsze się trafi jakiś rozwrzeszczany bachor. Dzięki temu mogę się cieszyć, ze syn już nie jest mały.

Jestem znacznie lepszą matką, gdy ktoś na mnie patrzy.

Oszukuję w grach planszowych, żeby szybciej skończyć.

W zeszłym roku, gdy miałam ZNP, zjadłam dzieciakom całą czekoladę, jaka została z Wielkanocy, a gdy zaczęły się o nią upominać, zwaliłam winę na psa.

Wiem, że jako mama powinnam zabijać pająki, a nie uciekać przed nimi razem z dziećmi, wrzeszcząc wniebogłosy.

Po powrocie z weekendowego wyjazdu służbowego zastałam dzieci w pidżamach, w których je zostawiłam. Córeczka mnie poinformowała, że tata ustanowił „leniwy weekend”. Co to ma być do jasnej cholery???

Najwspanialsza pora dnia to pora kładzenia się spać.

Drogie mamy, podpisujecie się pod którymś z wyznań? A może dorzucicie od siebie jeszcze jakieś? Ja muszę się przyznać, że jem słodycze albo w ukryciu, albo gdy mój synek śpi. Inaczej nie opędziłabym się od niego, poza tym w gruzach padłby mój autorytet, przecież powtarzam mu, że słodycze są niezdrowe i nie można ich dużo jeść! Inna sprawa, że czasami daję małemu ciastka, żeby była chwila spokoju, np. podczas podróży autem… Na lek na alergię nie wpadłam… :)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Przed końcem osiemnastego miesiąca twoje dziecko powinno…

23 sty

W poradniku „Drugi i trzeci rok życia dziecka” wypunktowane są umiejętności, które dziecko winno opanować w danym miesiącu. Jak w grze komputerowej: nowy etap – nowe skille. Otóż mały przyswaja wiedzę dość wybiórczo, uczy się tylko tego, co mu się na bieżąco przydaje… Sprytne, prawda? Nic sobie nie robi z tego, że napisano tam, iż „Przed końcem osiemnastego miesiąca twoje dziecko powinno umieć: używać 3 słów, wskazać na żądany przedmiot” oraz PRAWDOPODOBNIE będzie umiało: „biegać, posługiwać się łyżką/widelcem (nieporadnie), wskazać na 1 część ciała, gdy się je o to poprosi”. Najlepsze jest na końcu: „Przed końcem osiemnastego miesiąca twoje dziecko może nawet umieć (…) użyć więcej niż 50 słów” [sic!].

Otóż mój synek rozmowny nie jest. Artykułuje co prawda tata, mama (tata częściej – nie ma sprawiedliwości na tym świecie), ale niezbyt adekwatnie do sytuacji. Najczęściej komentuje rzeczywistość słowami tjatja, dadadada (często z pytajnikiem na końcu) oraz dzidzi; to ostatnie nawet czasem wtedy, kiedy jest jakiś niemowlak w zasięgu wzroku. I to wszystko, moi drodzy, co nie znaczy, że w moim domu panuje rozkoszna cisza! Lub ze można w spokoju obejrzeć „Perfekcyjną Panią Domu” (o tym innym razem).

Ze wskazywaniem żądanego przedmiotu różnie bywa, chyba że jest to przedmiot żądany przez małego i zwie się biszkopcik. Mały potrafi ciągnąć mnie za nogawkę lub palca prosto do szafki z ciastkami i nie mam wtedy żadnych wątpliwości, o co mu chodzi, choć nie pada między nami żadne sensowne słowo. Rozwiązania są wtedy dwa – ulec i przez minutę mieć spokój lub umiejętnie rozproszyć uwagę i broń Boże nie używać słowa biszkopcik, a najlepiej żadnych słów na b. Nie mogę więc powiedzieć, że mam dziecko niekumate. Za to łakome z całą pewnością.

Co tam jeszcze w poradniku wypunktowano? Posługiwanie się sztućcami? Proszę bardzo, mały umie, jeśli chce jeść, jeśli zaś obiadek mu nie podchodzi, to nie umie. Krótka piłka. A propos piłki – całkiem nieźle sobie z nią radzi, turla, rzuca i kopie, a to też wymieniają w tej książce, jako jeden z ważnych skilii. Uff! Z bieganiem też nie ma żadnego problemu, już od dawna. A wskazywanie na część ciała? A po co? Jaki sens pokazywać nos czy oko? Nuuuda. Lepiej już ugryźć mamę w kolano.

Uczymy synka robić papa, jako że tata codziennie wychodzi do pracy, ma ku temu sporo okazji. Wydaje mi się, że dzieci w tym wieku dobrze sobie już z machaniem łapką radzą. Ale nie mały. Rozpacz z powodu wychodzenia taty z domu jest tak wielka, że na żadne papa nie ma ochoty.

I tak to się ma teoria do rzeczywistości. Jak zwykle nijak.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Moje humanistyczne wykształcenie to szajs na rynku pracy

12 sty

Nie wiem, gdzie chciałabym pracować. Dlatego nie zmieniam mojej obecnej pracy, chociaż zawsze rano idę do niej niechętnie, a po południu jak najszybciej się zmywam :) Pytania z cyklu – co chciałabyś robic, co lubisz robić – stresują mnie straszliwie, bo odpowiedzi na nie szukam od kilkunastu lat i – ani widu, ani słychu. Mam swoje preferencje, ulubione zajęcia, zainteresowania – ale nic z tego nie nadaje się na pracę. Zarobkową pracę. Moje humanistyczne wykształcenie to szajs na rynku pracy. Nic tego nie zmieni, chyba że zaczną płacić za czytanie książek i oglądanie filmów. Płacą co prawda za pisanie książek i kręcenie filmów, w moim przypadku to pierwsze jest nawet możliwe do realizacji, tylko… nie jest to takie proste, jak kiedyś myślałam i prawdą jest wypowiedź jakiegoś pisarza, że pisanie książki to piłowanie trupa, a w dodatku małe są szanse, żeby pociekła krew…
Mam na swoim dysku kilka takich pokiereszowanych trupów i nie wiem, co będzie z nimi dalej…
Nie rzucam więc mojej nużącej pracy, bo jest nieciężka i nie zabiera mi weekendów (w przeciwieństwie do poprzedniej), a odpoczynek od niej podaruje mi moje dziecko, kiedy je już urodzę – a wtedy zacznie się zupełnie inne pracowanie…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zadatki na wyrodną matkę

07 sty

Czytam teraz książki i prasę ciążowo-dziecięcą. Książki są miejscami przedumane, pewnie dlatego, że to tłumaczenia amerykańskich poradników. Przeglądałam wczoraj rozdział mówiący o tym, jak powiedzieć rodzinie o ciąży. Proponowano niekonwencjonalne sposoby („bo tak jest ciekawiej”), czyli np. zamieszczenie ogłoszenia w gazecie: „Dziadek i babcia poszukiwani do opieki nad wnukiem” (i pokazanie tego ogłoszenia zainteresowanym) czy rozdanie rodzinie zaproszeń na urodziny z datą porodu. Powaliła mnie ta oryginalność! Zaczynam żałować, że moja informacja o ciąży brzmiała: „Jestem w ciąży”! :)

Prasa ma tę zaletę, że zamieszcza dużo zdjęć. Zazwyczaj prześlicznych bobasów albo matek z przerażonym wzrokiem wpatrujących się w termometr. Te zdjęcia pomijam. Pomocne są za to te pokazujące krok po kroku zakładanie pieluchy albo ubieranie dziecka na spacer zimą. Tylko już rzygam infantylnością opisów, gdzie dziecko jest „smykiem”, „szkrabem”, „małym rozrabiaką”… „Posmaruj smykowi nosek i policzki tłustym kremem. To uchroni szkraba przed mroźnym wiatrem, zwłaszcza jeśli mały rozrabiaka będzie hasał bez wytchnienia po placu zabaw” – litości!!!

Nie mam dokuczliwych mdłości, czasami w autobusie mnie łapie albo wieczorem ni z tego ni z owego. Poważnie niedobrze zrobiło mi się przy artykule o pleśniawkach, w którym rozpisano się o białym kożuchu pokrywającym buzię dziecka. A już myślałam, że po tłustych żółtych łuskach ciemieniuchy, sypiących się spomiędzy włosów, nic wstrętnego już mnie nie spotka…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 
 

  • RSS