RSS
 

Notki z tagiem ‘karmienie’

Dwudziestego maja nadeszła majowa pogoda

20 maj

No i proszę, w ciągu dwóch dni trzeba było pozbyć się kurtek, swetrów i czapek i wskoczyć w sandały. Dosłownie jeszcze dwa dni temu termometr wskazywał 10 stopni (na plusie, tyle dobrze), a ja i mały chodziliśmy po dworze w czapkach i zimowych kurtkach kolejny raz wyciągniętych z prania. Chyba już w końcu mogę je uprać i schować na dobre?? Dziś w parku porozbierałam małego do krótkiego rękawka, a i tak był czerwony na buzi i zupełnie przepocił płócienną czapkę z daszkiem. Trzeba się orientować z tą pogodą, nie ma co!

Trochę pozytywów muszę wypunktować (żeby nie było, że zawsze narzekam): synek nauczył się smarkać w chusteczkę (co wyszło na jaw podczas ostatniego przeziębienia), więc żegnaj frido!! Mały spróbował siusiać na stojąco i nawet mu to wychodzi, jeśli mama trzyma siusiaka. To bardzo wygodne w sytuacjach bez toalety, choć jeszcze się nie zdarzyło, żeby synek chciał siusiać na dworze; jak już pisałam, opróżnia pęcherz bardzo rzadko, 4 razy dziennie, góra. Ambitnie zaczęłam go uczyć samemu trzymać swój instrument i niestety skończyło się na tym, że znowu chce siadać… Ale myślę, że to tylko kwestia czasu, by się nieco usamodzielnił. Pampersa zakładam mu tylko na noc, czasem rano ma sucho, czasem mokro, myślę, że parę dni temu kupiona paczka pieluch jest OSTATNIĄ :)

W związku z katastrofalną sytuacją z przedszkolami we Wrocławiu (jutro ma być ogłoszone, gdzie jeszcze zostały wolne miejsca, na jakieś setki wakatów nie liczę…), znalazłam przedszkole prywatne dofinansowane, czyli trochę (ale tylko trochę) tańsze od prywatnego zwykłego. Byliśmy tam, zapisaliśmy synka, umowę podpisaliśmy. Tak więc alternatywa jest, jeśli z publicznymi nie wypali, co okaże się dopiero na początku czerwca.

Jestem pełna obaw z tym przedszkolem, tak w ogóle. Synek nie chciał ani na chwilę się od nas odłączyć, by pobyć z dziećmi (jak podpisywaliśmy papiery). Ja ce goku – tzn. ja chcę do domku – powtarzał. Zupełnie, ale to ZUPEŁNIE nie wyobrażam sobie tego momentu, że go zostawiam z dziećmi i paniami i wychodzę. To będzie masakra.

Po rozmowie z przedszkolanką trochę wzięliśmy się za usamodzielnianie małego w kwestii jedzenia czy ubierania, bo to człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, że taki trzylatek pewne czynności może robić już sam. Ja automatycznie i z przyzwyczajenia sporo przy nim robię i potrzebna mi jest chwila refleksji, by zacząć uczyć go np. ściągać czy wciągać na siebie spodnie, majtki. Muszę się powstrzymywać przed pomaganiem mu, żeby było szybciej i lepiej. Kolejne zadanie dla rodzica…

 

Doba z małym cz. 3

04 gru

Po drzemce następuje najmniej lubiana przeze mnie część dnia, czyli obiad, czyli karmienie małego. Sam je tylko naprawdę wybrane rzeczy – Danonka czy Monte wpierniczy łyżeczką, aż się zakurzy. Pokrojone pierogi ruskie czy naleśnik z serem też sam widelcem sobie do buzi włoży. O słodyczach nie wspomnę. Ale pozostałe jedzenie muszę mu dawać, a do tego jeszcze często przy jakiejś zabawce, książeczce, telefonie, bo inaczej chłopak się nudzi, wyłazi z krzesełka i obiadu nie zje. Za to będzie jęczał o ciastka.

Gdybym nie znała dzieci mojej siostry, które naprawdę potrafią żyć powietrzem, nazwałabym małego niejadkiem. Ale dzięki siostrzeńcom wiem, że do niejadka mu daleko, martwię się tylko, że bez atrakcji typu rozkręcanie solniczki czy przeglądanie gazety zupy nie zje, kotleta nie ugryzie. No nic, kiedyś musi mu to minąć. MUSI. Ostatnio bardzo go zainteresowało udo kurze ugotowane w rosole. Odłożyłam je dla męża, a małemu pokroiłam kawałek kurczaka w kosteczkę i siup, do zupy. A on rzucił się na tę kość: A kiiiiiiijjjjj? A kiiiiiiijjjjjjj? I zaintrygowany bardzo kością-kijem ogryzł prawie całą :) Idąc tym tropem może by sushi zjadł, bo takie dziwaczne z wyglądu? Bo schabowy czy pulpety już się opatrzyły…

Staram się gotować zdrowo i różnorodnie, mały jednak mi sprawy nie ułatwia. To, co dawniej lubił – teraz wypluwa, z zup lubi rosół, ale żeby zjadł pomidorową czy barszcz, muszę się sporo natrudzić. Poza tym synek lubi mięcho, nie zawsze przygotowane dla niego: ostatnio próbowałam go nakarmić kremem z dyni, a nam, czyli mnie i mężowi, ugotowałam kiełbaski. Mały ledwie zupki spróbował. Nie jest głodny – pomyślałam – po czym, jak zobaczył, co jem, wdrapał się na krzesło i zjadł mi prawie połowę.

Po obiedzie mały ogląda trochę bajek (wyproszonych u mnie, gustuje w „Zaczarowanym ołówku” z lat 70., „Sąsiadach”, równie wiekowych, oraz w „Śwince Peppie”, którą pokochał jako pierwszą), oczywiście żebrze o czekoladę i ciastka oraz skutecznie przeszkadza mi w cudownych domowych czynnościach typu prasowanie mężowskich koszul czy ładowanie garów do zmywarki. Latem czasami wychodziłam z nim drugi raz na dwór, teraz to już właściwie o tej porze zapada zmrok. Zostają nam zabawy w domu, których serdecznie nie cierpię, bo mnie nudzą, 2 lata w końcu skończyłam już dawno temu, ale co zrobić. Nie chcę trzymać dziecka przed telewizorem non stop.

No więc „kulamy” sobie piłkę (kitę – wg małego), układamy puzzle (tj. ja układam, mały rozwala, tyle osiągnęłam, że potem wszystkie elementy ładnie zbiera), rozkładamy klocki, którymi mały najchętniej rzuca, ale czasem też ładnie ułoży je w rządku. To mu naprawdę wychodzi – równiutko, jak spod sznurka, układa czy to klocki, czy kubeczki, czy inne przedmioty. Lubię patrzeć, jak coś konstruktywnego robi.

Czasem synek rysuje albo tańczy do melodyjek puszczanych ze swoich zabawek. Czasem „gra” na cymbałkach. Ulubiona zabawa to jednak skakanie po naszym małżeńskim łożu. Mały nauczył się, że nie wolno mu wchodzić na nie w kapciach, więc dzielnie się męczy przy ich rozpinaniu, potem każe zabrać wszelkie zbędne rzeczy typu kołdra czy moja piżama (pokazuje palcem i z dezaprobatą mówi: E, e, e, e) i zaczyna szaleć. Skacze, turla się, staje na głowie, robi fikołki, ale nie jest tak, że mam wolne. Muszę stać obok i asystować, inaczej nie ma zabawy (podbiega do mnie, ciągnie za rękę i woła z wyrzutem mama, mama! jeśli tylko próbuję zajrzeć w gazetę czy kompa). Największa radocha jest, kiedy trzymam w górze kołdrę, mały na nią skacze, zawija się jak naleśnik i następnie ja go gwałtownie odwijam tak, że przetacza się przez całe łóżko. Wpadlibyście na coś takiego??

Po 18 słychać upragniony zgrzyt klucza w zamku: powrót taty. Oczywiście najchętniej przekazałabym mu małego w chwili, gdy wiesza kurtkę na wieszaku i poszła gdzieś w diabły, choćby na fotel z książką. No, ale obiad trzeba podać, małym się zająć, żeby nie przeszkadzał w konsumpcji, potem w końcu przez chwilę mam wolne (które – durna pała – przeznaczam na wieszanie prania, ogarnięcie kuchni czy inne relaksujące czynności. To się chyba leczy…).

Wieczorem najczęściej mąż podaje kolację małemu (gdzieś tak między Faktami a Wiadomościami), ostatnio hitem jest chleb z miodem, no i dobra, mogło być gorzej. Kiedyś ulubiona była parówka, ale coś popadła w niełaskę, sami musieliśmy te wszystkie Jedyneczki zjeść. Jeszcze dawniej jajecznica była na topie oraz Almette, ostatnio jakoś bez entuzjazmu.

Po kolacji kąpiel – pod prysznicem lub w wanience, zajmujemy się tym na zmianę.

I w końcu nadchodzi pora na położenie potwora… Chociaż przez pierwszą godzinę (gdzieś tak do 21) o leżeniu nie ma mowy. Mały skacze w łóżeczku (nadal szczebelkowe i nadal nie odkryliśmy przed nim tajemnicy wyjmowania dwóch szczebli…), wywala kołdrę, rzuca poduszką i misiami, zdarza mu się zdjąć prześcieradło z materacyka… Istne szaleństwo. My próbujemy zacząć w tym czasie relaks na dole w salonie, ale nie ma lekko. Bo na przykład… Umta, umta! Mama, umta! Co oznacza, że akurat teraz, czyściutki i ze świeżą pieluchą, mały postanowił zrobić kupę. Czasem woła, gdy już jest po fakcie, czasem zdążymy na nocnik go posadzić, a jeszcze bywa tak, że nas oszukuje, kupy nie robi i nie ma takiego zamiaru – chciał jedynie przesunąć w czasie porę pójścia spać.

Potem na fali jest okrzyk Tla! Tata, mama tla! Znaczy, że pić, ale znowu nie chodzi o to, że mały umiera z pragnienia, tylko co 10 minut chce nas zobaczyć przy łóżeczku. Upija łyczek i wszystko jest OK, aż do następnego: Mama, tla!! Jak mąż jest na wieczornym treningu i wszystkim zajmuję się sama, po prostu padam z nóg. I wiem, że gdy wyjmiemy szczebelki, wieczór zamieni się w gonitwę za małym i odprowadzanie go do łóżeczka raz po raz… 

Około 22 w końcu robi się cicho. Jezus, jak dobrze!!! Można np. obejrzeć kolejny odcinek serialu :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Matka matce nierówna

16 paź
                        Matka amerykańska                         Matka francuska
Uważa, że im bardziej się poświęca, tym lepszą jest matką. Jest to klucz do całego jej macierzyństwa, widoczny w niemal każdym jej zachowaniu względem dziecka.

„Amerykańskie poradniki rodzicielstwa zawieraja zazwyczaj zalecenie, by matka nie zapominała o własnym życiu. Często jednak amerykańskie niepracujace matki nie zatrudniają opiekunki, ponieważ opiekę nad dzieckiem uważają za     swój obowiązek”.

Uważa, że jej poświęcenie nie jest potrzebne jej dziecku, a nawet może mu zaszkodzić. Sądzi, że lepiej jest obserwować dziecko z boku i pozwolić mu na maksimum samodzielności oraz poznanie smaku frustracji.

We Francji panuje „uniwersalne założenie, że nawet najlepsza matka nie moze być nieustannie na usługi dziecka i nie musi się czuc z tego powodu winna”.

 

W okresie noworodkowym leci w nocy na każde kwilenie, nie czekając ani sekundy bierze dziecko na ręce i utula oraz/lub wpycha do buzi cyca/butelkę. Skutkiem tego dziecko nie ma szansy nauczyć się zasypiać samo, a nawet jest niepotrzebnie rozbudzane, bo kwiliło przez sen i nie miało zamiaru przyzywać matki.

 

 

 

W okresie noworodkowym w nocy nasłuchuje kwilenie dziecka, obserwuje je nawet kilka minut, by przekonać się, że naprawdę się obudziło i czegoś potrzebuje czy po prostu jest w fazie niespokojnego snu i należy pozwolić mu ponownie smacznie usnąć. Skutkiem tego francuskie niemowlęta przesypiają całe noce już w drugim-trzecim miesiącu życia, czego znowu skutkiem jest normalne funkcjonowanie ich rodziców. Francuscy rodzice nie postrzegają „zrywania się kilka razy w nocy do ośmiomiesięcznego dziecka jako oznaki rodzicielskiego poświęcenia. Uważali to za sygnał, ze dziecko ma problemy ze snem”.

 

Ma problemy z odmawianiem dziecku, a wszelkie jego prośby stara się spełniać natychmiast. Skutkiem tego dzieci amerykańskie nie są nauczone frustracji i samokontroli, uważają, że wszystko się im należy i dostają histerii przy każdej odmowie.

 

Zamiast mówić dziecku „uspokój się lub „przestań” często po prostu mówi: „zaczekaj”. Rodzice francuscy są zdania, że „jeśli dzieci nie nauczą się cierpliwości, nie potrafią cieszyć się (…) zajęciami” związanymi ze sztuką i muzyką. „Z ich punktu widzenia umiejętność samokontroli, spokojnego panowania nad sobą, zamiast niecierpliwienia się i stawiania żądań jest tym, co pozwala dzieciom dobrze się bawić”. Uważa się, że odmowa „daje dziecku szansę, by wyzwolić się z tyranii własnych pragnień”, dziecko musi się nauczyć frustracji, im wcześniej, tym lepiej.

 

Pozwala dzieciom niemal bez przerwy coś podjadać, jest przekonana, że bez przekąsek dziecko by zginęło; wg badań niektóre niemowlęta w USA jedzą nawet 10 razy dziennie.

 

Mniej więcej od ukończenia 3. miesięca uczy jeść dziecko o stałych porach. Francuskie dzieci jedzą cztery razy dziennie (plus deser). Próby wymuszania słodyczy poza porą deseru są uważane za kaprys (caprice) i nie są spełniane.

 

Rywalizuje z innymi matkami w zdobywaniu umiejętności przez jej dziecko, zapisuje je na tysiące zajęć „rozwijających” lub „przyspieszajacych rozwój”.

 

Zapisuje dziecko na dodatkowe zajęcia po to, by się przede wszystkim dobrze bawiło, odkrywało i poznawało nowe rzeczy, „otwierało oczy”. „Rodzicom francuskim nie zależy na tym, żeby ich dzieci miały koniecznie przewagę nad innymi. (…) nie próbują wyhodować małych geniuszy”.
Uważa karmienie piersią za swój obowiązek, nawet jeśli jest dość męczący i ograniczający wolność, a także eliminujący rolę ojca w karmieniu. Bardzo krótko karmi, nie uważa mleka w proszku za coś gorszego od mleka z piersi. Nie daje się przekonać argumentami o wydzielaniu immunoglobulin, nie zamierza „działać pod przymusem morlanym ani przechwalać się tym na urodzinach dwulatków”.
Zadręcza się pytaniem, jak żłobek może wpłynąć na psychikę dziecka. Często woli zrezygnować z pracy niż posłać dziecko do żłobka.

 

Jest przekonana, że pobyt w żłobku dobrze zrobi dziecku i obawia się raczej, że jeśli jej dziecko nie dostanie się do żłobka, to coś straci.
Czułaby się egoistką, gdyby zamiast zajmować się dzieckiem, popracowała nad swoją pociążową  figurą. „Sesja zdjęciowa Metamorfoza młodej mamy w magazynie American Baby pokazuje trzy zawstydzone panie, wciąż jeszcze trochę przy kości, które uśmiechają się bez przekonania, ubrane w luźne sukienki. (…) W komentarzu jest bezlitosna informacja: Urodzenie dziecka zmienia twoje ciało(…), a potem zaczynają się peany na cześć spodni na gumce”.

 

Uważa, że „nie ma zadnego powodu, dla którego kobieta nie może być seksowna tylko dlatego, że zdarzyło się jej mieć dzieci”. Zazwyczaj w ciągu trzech miesięcy od porodu odzyskuje swoją linię; pomaga w tym zapewne potężna presja społeczna.
Towarzyszy dziecku na placu zabaw, wspina się z nim na drabinki, na bieżąco komentuje jego działania.

 

Na placu zabaw, w wyjątkiem okresu, w którym dziecko uczy się chodzić, siada z boku na ławce lub krawędzi piaskownicy i gawędzi  z innymi dorosłymi.
Potrafi zmienić cały w dom w plac zabaw dla dziecka i ściągnąć swoje rzeczy z regałów w salonie, by poustawiać tam zabawki. Uważa, że świat jej dziecka jest w jego pokoju, stąd w salonie czy innych pomieszczeniach nie widuje się zabawek lub bardzo małą ich ilość.

 

I jak Wam się podoba? Tabelkę zrobiłam będąc w trakcie lektury książki Pameli Druckerman: „W Paryżu dzieci nie grymaszą”, wszystkie cytaty pochodzą stamtąd. Jestem w połowie, więc pewnie coś na ten temat jeszcze dorzucę. Fascynują mnie te różnice kulturowe wpływające na wychowywanie dziecka; niby każdy wychowuje po swojemu, a jednak poddaje się (często pewnie nieświadomie) wpływowi środowiska, rodziny, tego, jak sam został wychowany oraz… znaczenie na pewno ma fakt, jaki poradnik dla rodziców jest w danym kraju na topie. W Polsce to, podobnie jak w USA, „W oczekiwaniu na dziecko” i kolejne pozycje z tej serii oraz „Dziecko” Spocka. Dlatego pewnie bardziej przypominamy Amerykanki w wychowywaniu dzieci niż Francuzki, przynajmniej tak mi się wydaje i mówię tu też o sobie. We Francji od lat króluje zupełnie inny podręcznik, toteż inne teorie są wdrażane w życie, zarówno rodziców jak i małego dziecka. Oczywiście, uogólnianie to uogólnianie, znajdziemy mnóstwo wyjątków i różnic, jednak uważam, że coś jest na rzeczy. I to bardzo.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Wyznania i grzeszki matek

24 wrz

Poniższe wyznania pochodzą od różnych matek, cytuję z książki Jill Smoker „Wyznania upiornej mamuśki”:

Jeśli jeszcze raz będę musiała obejrzeć „Barneya i przyjaciół”, chyba sobie wydłubię oko widelcem. (…)

Nie ma bardziej irytującej i bezużytecznej rady dla młodej matki niż: „Śpij, gdy dziecko śpi”. Następną kobietę, która mi to powie, strzelę w twarz, bo wiem, że ona nie spała, gdy jej dziecko spało. Nikt tego nie robi.

Ciągle jeszcze zrzucam nadwagę po bliźniakach. Właśnie poszły do gimnazjum.

Urodziłam dziecko miesiąc temu. Właśnie zmierzyłam dżinsy, które nosiłam przed ciążą. Sądziłam, że będą ciasnawe, a okazało się, że nie mogę ich podciągnąć powyżej kolan. Jasnażeż cholera!

Jestem w ósmym miesiącu ciąży, ale nadwagę miałam już wcześniej. (…) mam ochotę wpełznąć w jakiś ciemny kąt i umrzeć. Jeśli znajdę odpowiednio duży…

Chodzę w dżinsach ciążowych, chociaż od sześciu lat nie jestem w ciąży.

Udaję, że mam rozstrój żołądka i zamykam się w łazience, a w rzeczywistości czytam kolorowe magazyny i gram na telefonie. Mąż stale wysyła mnie do gastrologa.

Gdy rodzice nie patrzą, robię straszne miny do źle zachowujących się dzieci w sklepach.

Gdyby było mnie na to stać, chętnie bym komuś zapłaciła, żeby pojechał z moimi dziećmi na wakacje.

Przed dłuższym lotem podaję dzieciom benadryl. Niby środek na alergię, ale też wycisza. Inaczej nigdy bym się z nimi nigdzie nie wybrała.

Gdy wieczorem ma przyjść niańka, kładę dzieci w ciągu dnia. Nie po to jej płacę piętnaście baksów za godzinę, żeby przy niej spały.

Niekiedy odzywa się we mnie tęsknota za czasem, gdy mój syn był malutki. Idę wtedy do sklepu – tam zawsze się trafi jakiś rozwrzeszczany bachor. Dzięki temu mogę się cieszyć, ze syn już nie jest mały.

Jestem znacznie lepszą matką, gdy ktoś na mnie patrzy.

Oszukuję w grach planszowych, żeby szybciej skończyć.

W zeszłym roku, gdy miałam ZNP, zjadłam dzieciakom całą czekoladę, jaka została z Wielkanocy, a gdy zaczęły się o nią upominać, zwaliłam winę na psa.

Wiem, że jako mama powinnam zabijać pająki, a nie uciekać przed nimi razem z dziećmi, wrzeszcząc wniebogłosy.

Po powrocie z weekendowego wyjazdu służbowego zastałam dzieci w pidżamach, w których je zostawiłam. Córeczka mnie poinformowała, że tata ustanowił „leniwy weekend”. Co to ma być do jasnej cholery???

Najwspanialsza pora dnia to pora kładzenia się spać.

Drogie mamy, podpisujecie się pod którymś z wyznań? A może dorzucicie od siebie jeszcze jakieś? Ja muszę się przyznać, że jem słodycze albo w ukryciu, albo gdy mój synek śpi. Inaczej nie opędziłabym się od niego, poza tym w gruzach padłby mój autorytet, przecież powtarzam mu, że słodycze są niezdrowe i nie można ich dużo jeść! Inna sprawa, że czasami daję małemu ciastka, żeby była chwila spokoju, np. podczas podróży autem… Na lek na alergię nie wpadłam… :)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Życie codzienne… z dwulatkiem

19 wrz

Mały ostatnio znowu daje mi popalić. Już kiedyś miałam z nim problem z wracaniem do domu, potem to się zmieniło diametralnie, synek sam wdrapywał się do wózka, kończąc tym samym pobyt na placu zabaw i spokojnie wracaliśmy do siebie. Mały sam po schodach wchodził! Ideał. A teraz od jakiegoś czasu urządza mi cyrk, nie daje się zapiąć w wózku, bo on nie chce iść do domu. I koniec dyskusji, zero porozumienia. Mogę sobie gadać, tłumaczyć i kusić bajkami i ciastkami (bardzo pedagogiczne to zresztą).

Nic to, że zimnica straszna, że już dwie godziny lata po dworze, że mija nam właśnie pora drzemki (kiedy wychodzę z nim po śniadaniu) albo jest już pora kolacji (kiedy wychodzimy po obiedzie). Im większy wicher i ziąb, tym bardziej się upiera siedzieć na dworze, do tego najlepiej taplać się w kałuży, a jak zacznie kropić, to już w ogóle czad! Zupełnie odmienne ode mnie ma upodobania pogodowe. Zaczęłam nawet ostatnio nosić czapkę, bo normalnie nie dawałam rady tyle czasu na dworze z gołą głową.

Nawet jak uda mi się go w końcu skusić perspektywą bajki i daje się łaskawie zawieźć do klatki, to tam następuje kolejna histeria i nie mogę go z kolei z tego wózka wypiąć, macha łapami, kopie i drze się wniebogłosy. A ja muszę przecież wózek zostawić w piwnicy i pokonać 4 piętra; z wyrywającym się dzieckiem – miodzio, zwłaszcza, gdy kopie z całej siły buciorami i bije mnie po twarzy z wściekłym wzrokiem. To jest tak okropne, że kiedy już zawlokę go do domu, chce mi się wyć, rzucać talerzami i oczywiście zlać tyłek małego na kwaśne jabłko.

I wstyd mi przed ludźmi, tymi na dworze, bo nieraz komentują (a co on tak krzyczy) i sąsiadami. Dwie sąsiadki regularnie wychodzą na klatkę, zapewne sprawdzić, czy nie maltretuję własnego dziecka. Nie ma w moim bloku znieczulicy, o nie. A najlepsze jest, że przy obcych mały się uspokaja, słucha, co mówią, nawet wchodzi sam po schodach, a one (te sąsiadki) tylko och i ach, jaki słodki. Wychodzę wtedy na wariatkę, bo to ze mną takie histerie wyprawia. W dodatku to nie koniec, bo gdy tylko zamknę drzwi mieszkania, koncert zaczyna się od nowa. Rzucanie się na podłogę, kopanie w drzwi, rzucanie butami, szarpanie mnie za nogawki…

Zanim uda mi się gościa uspokoić na tyle, by go przebrać, zmyć błoto z rąk i twarzy, nakarmić i położyć na drzemkę, mija masa czasu, a przecież dopiero jak uśnie, ja mogę coś ze sobą zrobić. Kawy się napić. Usiąść na dupie. Skorzystać z toalety. Zebrać myśli i zrobić obiad. Ogarnąć dom. Aż do chwili, gdy usłyszę kwękanie  - oho, księciunio już wyspany, z nową energią do działania (matce na nerwy)!

Druga część dnia – marudzenie przy obiedzie (bo niezbyt się chce jeść), marudzenie po obiedzie (bo bardzo chce się jeść – ciastka i czekoladę), jęczenie o bajkę (staram się mu ograniczać, inaczej oglądałby cały dzień). Jeśli idzie sam do swojego pokoju i się ładnie bawi – nie ma się co cieszyć, bo to znak, że robi kupę. Pytam go – robisz kupkę? – Nie. – Chcesz na nocnik? – Nie. A widzę, że ciśnie, purpura na twarzy i szklane oczy. Dziś udało mi się go przekupić bajką, siadł na nocniku przed telewizorem, co z tego, skoro już prawie wszystko było w pampersie, umazał tylko nocnik, siebie, dywan i skarpetki, oszczędzę Wam szczegółów, jak to się stało. I miałam za swoje, haha, siadł na nocniku? Siadł. Potem musiałam wszystko czyścić, młodego pod prysznicem wymyć, a ta cała harówa, zanim zdążyłam zjeść śniadanie…

Szlag mnie trafia, że innym to tak lekko idzie, dzieciaki wołają siku kupa zanim skończą dwa lata. A u mnie to tak opornie idzie, ręce mi opadają.

Najgorsze, że mąż mnie nie rozumie. I nie zrozumie. Czasem udaje, że rozumie, ale ja wiem, że tylko mi przytakuje dla świętego spokoju, bo wiem, że tego wszystkiego nie da się pojąć, jeśli się samemu tego nie przeżyje. Mąż nigdy nie spędził całego dnia z synkiem sam, nie miał dylematów, co zrobić, gdy dziecko wlezie w rzadką kupę ma trawniku i mazia się nią całe (to moja ostatnia „przygoda”…), nie szykował przez 2 godziny obiadku, który potem lądował wszędzie, tylko nie w buzi, nie miał na głowie cały dzień jęczącego, domagającego się uwagi non stop potwora.

Proszę męża czasami, by wrócił wcześniej z pracy (ma taką możliwość) i po prostu wyszedł z małym na dwór; weekend to za mało na takie bywanie razem, zwłaszcza że, jak na złość, gdy tylko mamy zaplanowany spacer na sobotę lub niedzielę, to leje równo noc i dzień – i wymówka robi się sama.

Nie chcę, by wyszło, że tylko narzekam. Mam z synkiem też urocze momenty, kiedy się przytula z całych sił, kiedy tak słodko pachnie po drzemce, że nic, tylko całować ciepłe ciałko, kiedy się cieszy i skacze z radości, kiedy piszczy z uciechy, kiedy układa klocki w sobie tylko znanym porządku, kiedy w zadumie przegląda moją gazetę, kiedy turlamy się po łóżku i chowamy pod kołdrą, kiedy pluska się w wannie – mnóstwo tego jest, ale nie stanowi to, niestety, sedna naszych wspólnych dni.

To co zawsze być musi, to posiłki i wychodzenie na dwór. To, co ograniczane być musi, to słodycze, telewizja i różne głupie pomysły, typu wieszanie się na firance. I tu się rodzą te największe spięcia i stresowe sytuacje. Na tyle mocne, że zaczęłam już ostatnio sprawdzać zasady rekrutacji do przedszkoli w przyszłym roku…

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Wojna matek

09 wrz

Byliśmy z małym ostatnio na bilansie. W naszej przychodni wygląda to tak, że najpierw pielęgniarka zważyła go i zmierzyła (wyniki podaję w Ważnych datach) oraz próbowała zmierzyć ciśnienie (co momentalnie wywołało podkówkę na buzi i łzy w oczach), a potem pani doktor osłuchała, w paszczę zajrzała, jądra pomacała i wynik pozytywny zapisała. Mały w miarę dał się obadać, zwłaszcza wtedy, kiedy zabrał doktorce taki zmyślny centymetr z obracającym się kółkiem zwijającym całość. Z tym centymetrem dał sobie nawet zmierzyć w drugiej próbie ciśnienie, a także postanowił zabrać go ze sobą. Musieliśmy interweniować, więc ostatecznie wychodziliśmy z przychodni z krzykiem (tj. krzyczał mały), ale bez mienia lekarskiego.

Trochę mnie ten bilans rozczarował, myślałam, że inaczej będzie wyglądał, że będzie jakieś rozpoznawanie obrazków, pokazywanie części ciała etc. A tu tylko zapytano mnie, czy moim zdaniem (sic!) dziecko zezuje i czy nie zauważyłam kłopotów ze słuchem. Mały co prawda głuchnie przy napominaniu go w piaskownicy za sypanie piachem dookoła, ale to się chyba nie liczy?… Z tego wszystkiego zapomniałam zapytać, ile jeszcze mam dawać witaminę D (bo oczywiście w różnych miejscach różnie podają) oraz kiedy mam zacząć rozglądać się za logopedą, co wcale mi się nie uśmiecha.

Nie wiem, jak wygląda praca logopedy z dwulatkiem, ale czarno to widzę i wolałabym uniknąć tej przyjemności. Mały mówi słów pięć: mama, tata, dzidzia, tak, nie. Reszta tego, co wydobywa się z jego buzi, to jakaś swobodna interpretacja języka polskiego, z przewagą sylab ta-da. Bardziej już z intonacji można odgadnąć, czego chce (bajki, ciasteczka, herbatniczka…) lub nie chce (iść do domu, jeść obiadu, siadać na nocniku, powtarzać za mamą „kaczka”…).

Pełno porażek w tym moim macierzyństwie, z nocnikiem nie wychodzi, smoka nie można się pozbyć, przy jedzeniu trzeba zabawiać. Czasem mi naprawdę z tym źle. Nie pomaga tu powszechna rywalizacja matek. Na urlopie udało mi się przeczytać świetną książkę „Wyznania upiornej mamuśki” Jill Smokler i oprócz tego, że zostałam pozytywnie zaskoczona (myślałam, że to jakiś wydumany amerykański poradnik), to doznałam olśnienia w kwestii rywalizacji między matkami właśnie. Że ona, ta rywalizacja, faktycznie istnieje i to ona niejednokrotnie psuje mi krew. A może nawet jest to wojna?

Wesoło zaczyna się już w ciąży, zewsząd można usłyszeć nokautujące wyznania i porady: ” ja przytyłam tylko 9 kilo, a ty?”, „wcale nie wymiotowałam”, „jadłam tylko ekologiczne produkty, przecież nie można truć dziecka”, „codziennie ćwiczyłam jogę i medytowałam”, „pijesz kawę?! w twoim stanie?!”. Dalej jest jeszcze ciekawiej, rozmowy, która ma jakiego lekarza, jakie badania zrobiła, gdzie, z kim i jak rodzi, za ile wykupiła osobistą położną potrafią wpędzić w poważną depresję przedporodową.

Po porodzie mamy dalsze szufladkowanie – na te matki doskonałe – rodzące siłami natury (chyba raczej mięśni brzucha i krocza, hmm…) i te gorsze, po cesarce; dalej: na te karmiące cyckami (i tu są też podziały, w zależności, ile to karmienie trwało, odnoszę wrażenie, że najwyżej punktowane są te karmiące 2 lata) i te wyrodne od mleka w proszku i butelek. I tak dalej, i tak dalej.

Jak pisze autorka, po porodzie należy ustalić, do jakiej grupy się pasuje: „Czy należę do mam nastawionych ekologicznie, noszących dziecię w chuście i  głoszących peany na temat pieluch tetrowych? Czy mam zadatki na mamę aktywną i zamiast leniwie spacerować z wózkiem po galerii handlowej, wolę za nim biegać (…) A może na mamę starającą się nadążać za najnowszymi trendami mody?”. Uff, zwariować można. Tyle jest do roboty z noworodkiem, a tu jeszcze trzeba się opowiedzieć za daną opcją.

Jedynym rozsądnym wyjściem w tym całym wyścigu szczurów, tj. matek, wydaje mi się głębokie skupienie na samej sobie, wsłuchanie się w swoją intuicję i machnięcie ręką na te wszystkie złote porady i uwagi, bombardujące nas na spacerze, w przychodni i u cioci na imieninach. Co słabszym jednostkom (do których się zaliczam) może być trudno. Ale po lekturze „Wyznań…” czuję się nieco pokrzepiona. Zwłaszcza, gdy przypomnę sobie reakcję autorki na po raz setny zadane jej pytanie przez obcą kobietę, czy karmi piersią. „A czy ty golisz swoja cipkę?” – odparła, na co tamta się zapowietrzyła, że nie życzy sobie osobistych pytań. Otóż to!

PS Do książki jeszcze wrócę.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nieustanna walka, czyli moje dziecko to wrzeszczący potwór zamieniający matkę we wrak człowieka

22 maj

Nie mam sił ani czasu, by zrobić porządny wpis. I jestem załamana. Sfrustrowana. Wściekła i bliska płaczu. Wypompowana psychicznie i zmęczona fizycznie.

Poprzednie histerie małego to był pikuś. Teraz dopiero się zaczęło być ciekawie… Od paru dni walczę z moim dzieckiem o wszystko. O to, by zjadł, a wcześniej usiadł w krzesełku, o to, by mu zmienić pieluchę, potem jest szarpanina z ubieraniem na dwór, następnie są wrzaski i kopanina przy wychodzeniu z domu, potem kotłujemy się przy wózku. Jeśli jakimś cudem uda się nam dotrzeć na plac zabaw, jest chwila normalności i mój syn zachowuje się po prostu jak dziecko; nawet obsypywanie się piaskiem czy ucieczki z placu jestem w stanie spokojnie znieść.

Zawsze jednak jest ten moment, gdy trzeba wrócić do domu albo zrobić zakupy. Kolejna walka przy wózku – żeby wsiadł. Poziom mojego stresu rośnie gwałtownie, bo wiem, co będzie dalej. Najlepsze zaczyna się na klatce, wrzask taki, że od razu boli mnie głowa, młody wije się, wierzga, kopie, nie chce stać, nie chce na ręce, nie chce iść, k…wa, nijak nie mogę sobie z nim poradzić. Muszę go wnieść na trzecie piętro, w tym czasie robi wszystko, by wyrwać mi się z rąk.

Po powrocie do domu jest wściekły i drze się nawet i godzinę. Jest to tak głośne i wkurzające, że zaczęłam stosować stopery do uszu. Wszędzie radzą, by przeczekać taki cyrk i nie zwracać uwagi. Trudno jednak olać pękające bębenki w uszach. Nie dociera do niego nic: ani że jest spragniony (dwie godziny w słońcu bez picia, bo nie), ani głodny, ani brudny (mycie rąk to czysty wrestling). Ja jestem wykończona psychicznie własnym nieradzeniem sobie z synem plus czuję normalne zmęczenie fizyczne – bo długi spacer był, bo zakupy, bo nosiłam gościa tu i tam i wniosłam na trzecie piętro. Muszę do toalety, chce mi się pić i jeść, marzę o kawie, ale jak mam to wszystko zrobić, kiedy ten rzuca się po meblach??? Przytulam, uspokajam, tłumaczę, a w środku chce mi się wyć. I też kopać, bić i wrzeszczeć.

Sytuacji na pewno nie ułatwia fakt, że próbuję wyeliminować smoczek. Ze smokiem mały był bardziej skory do współpracy, jednak boję się, że pokrzywi sobie zęby, zresztą strasznie się z nim ślini i postanowiłam sobie, że w drugi rok życia synek wejdzie z pustą buzią. Powiedzmy, że wrzaski dzienne mogę jakoś znieść, chociaż zauważyłam, że trzęsą mi się ręce jak alkoholikowi jakiemuś (widocznie nawet, gdy mam pokerową twarz, nerwy muszą się jakoś pokazać), gorzej z nocą. Młody nie uśnie bez smoczka w gębie, zresztą jakie: uśnie, nawet nie przyłoży głowy do poduszki. Zabieramy mu smoka, jak już śpi, ale po jakiejś godzinie budzi się z głośnym ciamkaniem i po chwili daje koncert a’la Vader. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie, że kiedyś nie będzie chciał smoczka i strasznie mnie to frustruje.

Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, było pięknie. Synek, gdy tylko widział, że się zbieram do wyjścia, sam leciał do drzwi, chwytał swoje buciki, potem wybiegał na klatkę, schodził grzecznie za rączkę po schodach. Widać było, jaką przyjemność mu to sprawiało i po prostu cieszył się, że wychodzimy na spacer. Cieszyłam się razem z nim. Zdarzało mu się nawet wracać w spokoju i samodzielnie, schodek po schodku. Teraz jest problem z ubieraniem, z wychodzeniem, z wchodzeniem, z jedzeniem, z kąpaniem, ze wszystkim!!! Chodzę z wielką kulą nerwów w gardle, jeśli wiecie, o co mi chodzi. Doszło do tego, że chciałabym, żeby padało przez tydzień, byle tylko mieć wymówkę i nie wychodzić z młodym z domu.

A odnośnie jedzenia – od czterech dni mały nie je obiadów, ot tak. Dostaje histerii, gdy tylko stawiam przed nim talerz i wszystko jedno, czy są to jego ukochane niegdyś racuszki z ricottą, rosołek z makaronem czy kotlecik. Z kolacją nie jest lepiej, dziś np. poszedł spać bez. Luzik – rano niemal na siłę zjadł trochę kaszki, potem z łaską Danonka i banana i to by było na tyle. Kur…ca mnie bierze, gdy to wszystko widzę.

To tyle na dziś z pola walki. Jak tak mają wyglądać słodkie chwile z dzieckiem w wieku przedszkolnym, to czarno widzę swoją kondycję psychofizyczną.

PS

Mąż znalazł taki linka, przez chwilę po przeczytaniu było mi lżej.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Być jak mama i tata

07 maj

Mały ostatnio chętnie je, co jest miodem na moje serce. Stawiamy przed nim talerz (my, bo tata w wolne dni wyręcza mamę, a w pracujące zajmuje się kolacją), a on chwyta za widelczyk/łyżkę i heja, pakuje do buzi. Muszę go oczywiście wcześniej do tego przygotować, czyli zawiesić gigantyczny foliowy śliniak na szyi i odchylić w nim kieszonkę, żeby łapała kawałki spadającego jedzenia tudzież lejącą się zupkę. Trochę mu pomagamy nadziewać na widelec czy nabierać łyżką, generalnie jednak syn nam samodzielnieje, a my pękamy z dumy.

Wyobraźcie sobie, co się działo ostatnio na zjeździe rodzinnym, gdzie była też moja siostra z dwójką swoich niejadków! Co to rzodkiewki nie, szczypiorku nie, serek wiejski tak, ale już w sumie nie, raczej ser żółty, nie, nie chcę już kanapek z serem, chcę pić, nie chcę pić itp., itd. Mój mały siadł do stołu, chwycił widelec i tylko mu jedzenie podsuwać, a on dziab widelcem i do buzi. A że to imieniny były, potrawy były niecodzienne: klopsy, zapiekany makaron, sałatki, bakłażany. Synkowi smakowało wszystko. Ochom i achom nie było końca. I oby mu tak zostało.

Ostatnio jego ulubioną potrawą jest, niestety, parówka. Kupuję co prawda takie w cenie kiełbasy, ale parówa to parówa, ja od lat nie jem i nie tęsknię. No, ale młody wcina pięknie, raz na jakiś czas dostaje więc na kolację i najeść się nie może. Posmakowała mu też sałatka jarzynowa, nie do końca przeznaczona dla niego. Grubo pokrojona, z cebulą, majonezem i musztardą, byłam przekonana, że będzie pluł. A on niemal wyrwał widelec tacie. Powtórzę – miód na moje serce.

Ale ja o czym innym miałam. Otóż, mały nas naśladuje po prostu perfekcyjnie. Niesamowite, jak taki szkrab, co to mówić nie umie i boi się odkurzacza, potrafi podejrzeć gesty dorosłych i skopiować idealnie. Siądzie taki na skórzanej kanapie, rozwali się wręcz, chwyci pilota i wyciąga z nim rączkę w stronę telewizora… (to tata). Albo chwyci chusteczkę higieniczną, przytknie do nosa i trąbi z całych sił (to mama). Uwielbia też przykładać sobie do głowy moją szczotkę do włosów (że niby się czesze), doskonale wie, że telefon przytyka się do ucha, a kiedy raz, dawno temu, nazwałam plastikowy kubek czapeczką, co jakiś czas nakłada go sobie na głowę. Potrafi dłuższą chwilę przeglądać „Politykę”, domaga się też czasem gazety lub książeczki przy jedzeniu, przekłada kartki i przeżuwa. Musiał to u mnie podpatrzeć, skubaniec, bo uwielbiam czytać przy posiłkach.

Niestety, z mówieniem nadal krucho, wszystko jest tada lub tede, ale słowa rozumie. Przynosi zazwyczaj to, o co poproszę lub o czym jest tylko mowa. Zawsze sobie wtedy uświadamiam, że jednak tam w tej główce się kotłuje i mózgownica pracuje. Kojarzy takie małe kolorowe coś ze słowem pajacyk, to duże na kółkach z autkiem, okrągłe z piłką. Ciągle jednak czekam na przekaz werbalny, na dialog, bo obecnie dyskusja nie wchodzi w grę, co mocno komplikuje relacje.

Po wielu dniach listopadowej pogody w końcu zrobiło się coś na kształt wiosny. Poszliśmy więc wczoraj na podwórko. No i oczywiście nie obyło się bez nerwów. Wściekłam się na dziewuszkę w piaskownicy. Dookoła było mnóstwo zabawek, ale ona uparła się, że chce kopać swoją łopatką, a akurat mały grzebał nią w piachu. Bez ceregieli wyrwała mu ją z rączki i podwórko zatrzęsło się od ryku. Nie chciał żadnej z czterech proponowanych mu innych łopatek i zanosił się płaczem przez jakiś kwadrans. Uspokajając go na rękach miałam ochotę kopnąć to dziewuszysko.

Wiele pewnie jeszcze takich lekcji cierpliwość i taktu przede mną, bo dzieciary na podwórku zachowują się okropnie, a najgorsze jest to, że rodzice nie reagują. Wczoraj jeden chłopczyk przeżuwał znaleziony niedopałek. Musiałam interweniować, bo mamunia siedziała na ławce hen daleko i nawet nie patrzyła, co się dzieje. Wiem, że muszę uspołeczniać synka i pokazywać mu, jak współpracuje się w grupie, więc prowadzam go na plac zabaw, czasami jednak cisną mi się na usta przeróżne komentarze, a i ręka zaświerzbi. Powtarzam sobie, że to tylko dzieci i ich normalne zachowania i że pewnie mojemu małemu też wiele razy zdarzy się zabrać komuś zabawkę, jednak kosztuje mnie to trochę nerwów, bo nigdy wielbicielką dzieciaczków nie byłam. Zaciskam zęby i czekam na rozwój wypadków. Kolejne doniesienia z podwórka wkrótce…

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nerwy, stresy, nerwy

26 lut

Małemu wyłazi górna trójka, już widać białe fragmenty. Być może z tego powodu, ale cholera wie, czy na pewno, ostatnio zachowuje się okropnie. Zwłaszcza przy jedzeniu. Mamunia skacze dookoła księciunia, dogadza jak może, truskaweczki rozmraża i miksuje, kotlecik pokroi na mikroskopijne kawałeczki, ulubioną jajeczniczkę serwuje, a mały co? Macha rękami na oślep, byle tylko wszystko zrzucić na podłogę, nie zwraca nawet uwagi, co jest w miseczce, wykręca głowę, wstaje z krzesełka, płacze/krzyczy etc. I tak już od tygodnia. Żyje głównie na porannej kaszy (bo chyba po nocy najbardziej jest głodny), a kolejne posiłki to jakiś koszmar, zarówno dla mnie, jak i dla niego. Żebym mu jakąś brukselkę wciskała, ale nie, dziś nawet ulubiony słodki jogurcik został całkowicie zignorowany. To nie na moje nerwy. Jak to było w tym żłobku? „Jedz, bo cię do psa zaprowadzę”? Hmmm…

Wieczorem marudzi, jęczy, rzuca smoczkiem, ale za to gdy już się do niego podejdzie, jest cały zadowolony i chętny do zabawy. O 22 na przykład. No, spoko! Nie ma sprawy. Codziennie od 20 do 22 mam fitness, jak to się nazywało, to co na studiach miałam na wf-ie? Step? Tak, wchodzenie i schodzenie ze schodka. Bo mały śpi (tj. ma łóżeczko) na piętrze i mniej więcej co 10 minut muszę do niego wejść, położyć, włączyć pozytywkę, ewentualnie wymienić zaplutą poszewkę i jeszcze bardziej zapluty śliniak, bo inaczej rzęzi jak na torturach. Nie wiem już, ile razy pokonałam te schody, może chociaż pośladki sobie wyćwiczę…

Gdzie te czasy, gdy się go kładło, a on bach, głowa na poduszkę i zasypiał! W pięć minut!!! A jeszcze wcześniej, jak był całkiem taki ślimaczek-robaczek, to się go bujało lekko w łóżeczku (takie popychanie w plecki, jak leżał na boku) i też oczka zamykał. Albo zasypiał przy cycu lub butelce i się go na paluszkach i bezdechu odkładało pod kołderkę… Zajmował wtedy 1/4 łóżeczka, hihi… Trudno uwierzyć.

Często wracam do tych naszych początków, przy tak szybkim rozwoju dziecka wydają się śmieszne i bardzo odległe. To, że jak się go posadziło w leżaczku, to siedział… I to było takie normalne! Teraz skacze z kanapy na podłogę… To, że nosił te mikroskopijne ubranka, w których teraz „chodzi” córka naszych znajomych… A w kąpieli trzymało się go na przedramieniu i tak się pluskał… A najbardziej chce mi się śmiać, jak sobie przypomnę nasze pierwsze opakowanie mleka Bebilon (w puszce). Nie miałam kupionego na zapas, bo przecież miałam karmić pełną piersią. No, ale koniec końców pierś była nieco mniej pełna i mąż musiał na złamanie karku lecieć do sklepu i kupić mleko w proszku. I tak: mały drze się z głodu, ja prawie płaczę z nerwów, mąż czyta, ile miarek mleka dać, otwiera puszkę i… GDZIE JEST MIARKA???????!!!!!!!! Jak odmierzyć, Jezus Maria, wadliwe opakowanie, nie dali miarki!!!!!!!! Wyobraźcie sobie, że cała spanikowana wpisałam wtedy w Google „gdzie jest miarka w mleku Bebilon” i dzięki Bogu (i jakiejś internautce) znalazłam wpis – „miarka jest zagrzebana w mleku”… Swoja drogą, zaje…ty pomysł, gratuluję panom z Nutricii. Panom, bo to ich sposób myślenia: jest puszka z mlekiem, jest miarka, co robimy? Ciach, miarkę w piach (tj. w mleko) i po kłopocie, inni niech szukają.

Gdybyśmy żyli w Hameryce, to moglibyśmy wytoczyć proces o odszkodowanie za stres, nerwy i brak informacji na opakowaniu…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Jogurcik

12 gru

No i dlaczego ta zaraza nagle nie chce jeść nic innego oprócz jogurtu? Chwała Bogu, naturalny też wchodzi w grę, ale co z tego? Moje wszystkożerne rzucające się na różnorodne pokarmy dziecko nagle zaczęło wypluwać wszystko, co ma inną konsystencję i smak niż wspomniany jogurcik.

Kto szykuje jedzenie i lubi, żeby innym smakowało i by docenili wysiłek, ten wie, jakie to wkurzające (nie będę przeklinać w notce o moim dziecku…), kiedy jajeczko sadzone z ziemniaczkami i fasolką szparagową, pomidoróweczka na indyczku z makaronkiem, duszona wołowinka z marcheweczką tudzież gotowana rybka z ryżem i warzywkami i inne dania, nad którymi się głowię lądują na podłodze (podczas próby karmienia) lub w koszu (po próbie karmienia). Ewentualnie dojada to wszystko zrozpaczona i wkurzona matka.

Śniadanie – jak na razie, tfu tfu – przebiega bez zmian i bez problemów – 210 ml kaszki: przygotowane, wypite, finito. Drugie śniadanko – już gorzej, kanapki totalnie popadły w niełaskę, wyczywalne owoce w jogurcie/serku są eliminowane poprzez wyplucie. Podczas obiadu jest masakra, chyba że podam ryż z jabłkami lub – ewentualnie – naleśnika z serem, ale i to nie zawsze i też raczej pokryte jogurtem. Podwieczorek – do tej pory pałaszowany banan, jabłko, grucha etc. są bleeeeee, nieeeeeeeeeeee, aaaaaaaaa!!!!!!!!!! Jogurtu zarazie nie podaję, bo ileż można. Chrupki kukurydziane przejdą, ciastka też, ale z tym ostrożnie, bo przecież przed nami kolacja i marudzenia kulminacja.

Przez wiele miesięcy kolacja to była powtórka ze śniadania, czyli kaszka, 5 minut i po sprawie. Boże, jak było cudnie. Potem było trochę kaszki i trochę kanapeczek, też ujdzie. Teraz to jest godzina jęczenia i albo podam jogurt lub ryż z jabłkami z obiadu, albo mogę się walić. Tak to wygląda i tak to odczuwam. I szlag mnie trafia.

Koniec notki.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS