RSS
 

Notki z tagiem ‘karmienie-piersia’

Ni z tego, ni z owego – szpital

12 lis

No, niestety. Zaczęło się gorączką trudną do zbicia, lekarka zleciła badania: morfologię i CRP, no i się zaczęło… Wezwali nas do przychodni w sprawie wyniku, okazało się, że morfologia wyszła średnio, a CRP to już w ogóle: 160 (norma to 0-5). I z przychodni wyszliśmy już ze skierowaniem do szpitala. Pierwsza reakcja: szok. No, ale co było robić, zgł0siliśmy się na oddział. Podczas wypisywania papierów widzę po małym, że znowu rośnie mu temperatura. Mówię to lekarzowi, a on na to: ma pani jakiś ibuprom przy sobie? Bo my mamy tylko czopki.

Zamurowało mnie, ale leki całe szczęście mieliśmy przy sobie. I przy kolejnym skoku temperatury też podałam swój lek i jeszcze musiałam udowadniać na swoim (sic!) termometrze, że temperatura jest podwyższona, bo na tym ichnim, bezdotykowym, to za przeproszeniem, gówno widać. Nie wiem, jak bardzo trzeba być rozpalonym, żeby taki termometr pokazał jakiś wzrost. Usłyszałam też głupotę w stylu: bo on jest przykryty, dlatego ma wyższą temperaturę… W każdym razie musiałam przypilnować, żeby do karty wpisano podanie leku, bo bałam się zdublowania. Bo zdarzyło się, że gdy wyszłam do toalety, podawano małemu jakieś leki.

Mało komedii? To proszę – lekarz powiedział, że trzeba wykonać zdjęcie płuc, ale równocześnie stwierdził, że jeden aparat RTG jest nieczynny od 2 tygodni, a drugi zepsuł się dziś.

Dwa dni czekaliśmy na wykonanie zdjęcia i w tym czasie usłyszałam teksty w stylu: Po co naświetlać dziecko itp., kiedy naciskałam, by to zdjęcie zrobić po prostu gdzie indziej.

Lekarka prowadząca upierała się, że to angina przy równoczesnym stwierdzeniu laryngolog w tymże szpitalu, że gardło jest blade, a migdałki, cytuję: nieobłożone.

Coś do karty trzeba było wpisać, w wypisie mamy nieokreślone zapalenie migdałków, gdzie najważniejszym słowem jest „nieokreślone”. Faktem jest, że ani posiewy, ani USG brzucha, ani to nieszczęsne zdjęcie RTG nic nie wykazało. I dzięki Bogu, bo na dzień dobry lekarz nas „pocieszył”, że przy takim CRP na początku trzeba wykluczyć sepsę i opony. Super.

Never ever, chciałoby się powiedzieć. Antybiotyk zadziałał, wróciliśmy do domu. Jedyne co, to chciałabym panią dietetyk od menu szpitalnego poczęstować szpinakową breją bez szczypty soli i zupą, uwaga, grysikową o smaku żadnym, a do popicia kawą inką o smaku brudnej wody – smacznego!!!

PS

Płaciłam za łóżko w szpitalu 30 zł/doba 8-O . Parking również był płatny. Szpital musi zarabiać, jak widać. Ministerstwo zdrowia ma inne priorytety, np. kampanię o rozmnażaniu jak Bogu ducha winne króliki. Szlag mnie trafia!! Rozmnażajcie się, ale nie mamy ibupromu w szpitalu dla waszych dzieci!! Sorry! Taki mamy zaje…ty kraj, kolorowe kampanie, a tak naprawdę syf i dziadostwo.

PS 2

Wiecie, jaka była istotna informacja przy przyjmowaniu sześciolatka na oddział? Czy i jak długo był karmiony piersią. Żałuję, że w stresie nie przyszło mi do głowy zapytać, jakie to ma w tej chwili znaczenie??

 

Czas i zmiany

18 lip

Nie mam czasu ostatnio. Kiedy kolejny raz w minionych dniach wieczorem zastanawiałam się, dlaczego jest już 23, a ja nadal mam na desce do prasowania górę zmiętych rzeczy (na tarasie wiszą następne, coś to pranie za szybko schnie…), zlew zawalony, zabawki małego w każdym kącie, a przecież od siódmej jestem na nogach (i to dosłownie – do przedszkola z małym, na autobus, na tramwaj, w pracy też nie siedzę, z powrotem w odwrotnej kolejności: tramwaj, autobus, przedszkole), no więc, kiedy tak nad tym wszystkim dumałam, przypomniałam sobie, jak kiedyś wyglądał mój dzień z małym. Chyba nawet zamieściłam o tym wpis, a było to mniej więcej coś takiego: o 6 się obudził, trochę pierś plus mleko, usnął, po kwadransie znowu się obudził, nie chciał jeść, tylko się bawić, potem pierś, ale nic nie leciało, więc się darł, no to mleko, potem drzemka, potem pół godziny wycia, potem kupa, potem mleko… i tak dalej… Jak to się bardzo zmieniło, nagle mój bąbel chodzi do przedszkola, ma kolegów i koleżanki, rysuje, śpiewa, mówi wierszyki, uczy się pływać i negocjować (jeszcze jedna bajka!). A ja jestem pracującą mamą.

I wiecie co? Dobrze mi z tym. Jasne, chciałabym mieć w mieszkaniu jak w pudełeczku, bez kurzu i okruchów, bez odbitych rączek na lustrach, bez zaległości w praniu, prasowaniu i myciu okien. Zwłaszcza, że jestem z tych, którym to przeszkadza. Ale jest coś za coś i jeśli ceną za moje pracowanie jest taki a nie inny wygląd mieszkania, to ja na to idę. Bardzo bym nie chciała wrócić do czasów siedzenia z niemowlakiem w domu (czy też raczej powtórzyć je). Często myślę, jak to wtedy było, zwłaszcza, gdy obserwuję mamy z takimi maluchami. Te wózki, pampersy, smoczki, kocyki i specjalne butelki. Te płacze nie wiadomo z jakiego powodu. Te ząbkowania, sraczki i zaparcia. Ten OBEZWŁADNIAJĄCY LĘK – Jezu, czy coś mu jest???? Jezu, żeby główkę trzymać dobrze, Jezu, żeby nie spadł z kanapy, Jezu, żeby po szczepieniu nic nie wyskoczyło, Jezu, czy na pewno normalnie się rozwija? Czy nie ma skazy białkowej i uczulenia na gluten? A co z napięciem mięśniowym? Czy odpowiednio dużo je i pije, czy nie powinien już raczkować, czy nie za mało mówi i czy bioderka dobrze się wykształcą. Czy oddycha, czy dobrze leży, czy się nie udławi i czy nie weźmie do buzi czegoś trującego??

Nie chcę przechodzić tego wszystkiego drugi raz. Czy to egoizm? Czy to zły egoizm? A jeśli tak, to dlaczego powinnam go uciszyć i decydować się na drugą ciążę? Wbrew sobie? Może ktoś powie, że to paranoja i przesada, ale ja to mam, to siedzi we mnie i nie będę nagle udawać wyluzowanej, że jak z jednym poszło to i drugie się wychowa.

Bo oczywiście temat drugiego dziecka wraca. I za każdym razem razem czuję się podle. Bo widzę na twarzach ludzi, którym odpowiadam, wypisane hasło: skoro nie chce drugiego, to może nie chciała pierwszego i go nie kocha? Jak tak można, mieć jedno dziecko i nie pragnąć drugiego? Patologia!

Współczuję tym wszystkim kobietom, które nie chcą lub nie mogą mieć dzieci w ogóle. Te to dopiero mają się z czego tłumaczyć! Z tych znanych wspominają o tym J. Aniston czy M. Cielecka. Jak bardzo je to boli, te dociekania o macierzyństwo i to odmawianie im kobiecości, bo prawdziwa kobieta musi być matką, musi mieć dzieci (liczba mnoga nieprzypadkowa). 

Wracając do swojej sytuacji – ja argumentów na nie mam kilkanaście, ci, którzy mnie namawiają czy dopytują, argument maja jeden: powinno być drugie dziecko! Rodzeństwo! (Swoją drogą, ciekawe, czy po drugim ludzie dają już spokój, czy jest gadka o trzecim). A to, czy dobrze zniosę ciążę, jak potoczy się kolejna cesarka (bo musiałabym mieć), czy dziecko będzie zdrowe, czy nie powtórzy się koszmar z brakiem mleka w cyckach, czy znajdę siły i cierpliwość do dwojga, co z moją pracą, chorobami starszego przynoszonymi z przedszkola, gdzie „upchać” w domu drugie dziecko i jego łóżeczko i tysiąc innych rzeczy – to już nikogo zupełnie nie obchodzi.

Jakoś przeboleję te pińcet złotych… :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Matka matce nierówna

16 paź
                        Matka amerykańska                         Matka francuska
Uważa, że im bardziej się poświęca, tym lepszą jest matką. Jest to klucz do całego jej macierzyństwa, widoczny w niemal każdym jej zachowaniu względem dziecka.

„Amerykańskie poradniki rodzicielstwa zawieraja zazwyczaj zalecenie, by matka nie zapominała o własnym życiu. Często jednak amerykańskie niepracujace matki nie zatrudniają opiekunki, ponieważ opiekę nad dzieckiem uważają za     swój obowiązek”.

Uważa, że jej poświęcenie nie jest potrzebne jej dziecku, a nawet może mu zaszkodzić. Sądzi, że lepiej jest obserwować dziecko z boku i pozwolić mu na maksimum samodzielności oraz poznanie smaku frustracji.

We Francji panuje „uniwersalne założenie, że nawet najlepsza matka nie moze być nieustannie na usługi dziecka i nie musi się czuc z tego powodu winna”.

 

W okresie noworodkowym leci w nocy na każde kwilenie, nie czekając ani sekundy bierze dziecko na ręce i utula oraz/lub wpycha do buzi cyca/butelkę. Skutkiem tego dziecko nie ma szansy nauczyć się zasypiać samo, a nawet jest niepotrzebnie rozbudzane, bo kwiliło przez sen i nie miało zamiaru przyzywać matki.

 

 

 

W okresie noworodkowym w nocy nasłuchuje kwilenie dziecka, obserwuje je nawet kilka minut, by przekonać się, że naprawdę się obudziło i czegoś potrzebuje czy po prostu jest w fazie niespokojnego snu i należy pozwolić mu ponownie smacznie usnąć. Skutkiem tego francuskie niemowlęta przesypiają całe noce już w drugim-trzecim miesiącu życia, czego znowu skutkiem jest normalne funkcjonowanie ich rodziców. Francuscy rodzice nie postrzegają „zrywania się kilka razy w nocy do ośmiomiesięcznego dziecka jako oznaki rodzicielskiego poświęcenia. Uważali to za sygnał, ze dziecko ma problemy ze snem”.

 

Ma problemy z odmawianiem dziecku, a wszelkie jego prośby stara się spełniać natychmiast. Skutkiem tego dzieci amerykańskie nie są nauczone frustracji i samokontroli, uważają, że wszystko się im należy i dostają histerii przy każdej odmowie.

 

Zamiast mówić dziecku „uspokój się lub „przestań” często po prostu mówi: „zaczekaj”. Rodzice francuscy są zdania, że „jeśli dzieci nie nauczą się cierpliwości, nie potrafią cieszyć się (…) zajęciami” związanymi ze sztuką i muzyką. „Z ich punktu widzenia umiejętność samokontroli, spokojnego panowania nad sobą, zamiast niecierpliwienia się i stawiania żądań jest tym, co pozwala dzieciom dobrze się bawić”. Uważa się, że odmowa „daje dziecku szansę, by wyzwolić się z tyranii własnych pragnień”, dziecko musi się nauczyć frustracji, im wcześniej, tym lepiej.

 

Pozwala dzieciom niemal bez przerwy coś podjadać, jest przekonana, że bez przekąsek dziecko by zginęło; wg badań niektóre niemowlęta w USA jedzą nawet 10 razy dziennie.

 

Mniej więcej od ukończenia 3. miesięca uczy jeść dziecko o stałych porach. Francuskie dzieci jedzą cztery razy dziennie (plus deser). Próby wymuszania słodyczy poza porą deseru są uważane za kaprys (caprice) i nie są spełniane.

 

Rywalizuje z innymi matkami w zdobywaniu umiejętności przez jej dziecko, zapisuje je na tysiące zajęć „rozwijających” lub „przyspieszajacych rozwój”.

 

Zapisuje dziecko na dodatkowe zajęcia po to, by się przede wszystkim dobrze bawiło, odkrywało i poznawało nowe rzeczy, „otwierało oczy”. „Rodzicom francuskim nie zależy na tym, żeby ich dzieci miały koniecznie przewagę nad innymi. (…) nie próbują wyhodować małych geniuszy”.
Uważa karmienie piersią za swój obowiązek, nawet jeśli jest dość męczący i ograniczający wolność, a także eliminujący rolę ojca w karmieniu. Bardzo krótko karmi, nie uważa mleka w proszku za coś gorszego od mleka z piersi. Nie daje się przekonać argumentami o wydzielaniu immunoglobulin, nie zamierza „działać pod przymusem morlanym ani przechwalać się tym na urodzinach dwulatków”.
Zadręcza się pytaniem, jak żłobek może wpłynąć na psychikę dziecka. Często woli zrezygnować z pracy niż posłać dziecko do żłobka.

 

Jest przekonana, że pobyt w żłobku dobrze zrobi dziecku i obawia się raczej, że jeśli jej dziecko nie dostanie się do żłobka, to coś straci.
Czułaby się egoistką, gdyby zamiast zajmować się dzieckiem, popracowała nad swoją pociążową  figurą. „Sesja zdjęciowa Metamorfoza młodej mamy w magazynie American Baby pokazuje trzy zawstydzone panie, wciąż jeszcze trochę przy kości, które uśmiechają się bez przekonania, ubrane w luźne sukienki. (…) W komentarzu jest bezlitosna informacja: Urodzenie dziecka zmienia twoje ciało(…), a potem zaczynają się peany na cześć spodni na gumce”.

 

Uważa, że „nie ma zadnego powodu, dla którego kobieta nie może być seksowna tylko dlatego, że zdarzyło się jej mieć dzieci”. Zazwyczaj w ciągu trzech miesięcy od porodu odzyskuje swoją linię; pomaga w tym zapewne potężna presja społeczna.
Towarzyszy dziecku na placu zabaw, wspina się z nim na drabinki, na bieżąco komentuje jego działania.

 

Na placu zabaw, w wyjątkiem okresu, w którym dziecko uczy się chodzić, siada z boku na ławce lub krawędzi piaskownicy i gawędzi  z innymi dorosłymi.
Potrafi zmienić cały w dom w plac zabaw dla dziecka i ściągnąć swoje rzeczy z regałów w salonie, by poustawiać tam zabawki. Uważa, że świat jej dziecka jest w jego pokoju, stąd w salonie czy innych pomieszczeniach nie widuje się zabawek lub bardzo małą ich ilość.

 

I jak Wam się podoba? Tabelkę zrobiłam będąc w trakcie lektury książki Pameli Druckerman: „W Paryżu dzieci nie grymaszą”, wszystkie cytaty pochodzą stamtąd. Jestem w połowie, więc pewnie coś na ten temat jeszcze dorzucę. Fascynują mnie te różnice kulturowe wpływające na wychowywanie dziecka; niby każdy wychowuje po swojemu, a jednak poddaje się (często pewnie nieświadomie) wpływowi środowiska, rodziny, tego, jak sam został wychowany oraz… znaczenie na pewno ma fakt, jaki poradnik dla rodziców jest w danym kraju na topie. W Polsce to, podobnie jak w USA, „W oczekiwaniu na dziecko” i kolejne pozycje z tej serii oraz „Dziecko” Spocka. Dlatego pewnie bardziej przypominamy Amerykanki w wychowywaniu dzieci niż Francuzki, przynajmniej tak mi się wydaje i mówię tu też o sobie. We Francji od lat króluje zupełnie inny podręcznik, toteż inne teorie są wdrażane w życie, zarówno rodziców jak i małego dziecka. Oczywiście, uogólnianie to uogólnianie, znajdziemy mnóstwo wyjątków i różnic, jednak uważam, że coś jest na rzeczy. I to bardzo.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Wojna matek

09 wrz

Byliśmy z małym ostatnio na bilansie. W naszej przychodni wygląda to tak, że najpierw pielęgniarka zważyła go i zmierzyła (wyniki podaję w Ważnych datach) oraz próbowała zmierzyć ciśnienie (co momentalnie wywołało podkówkę na buzi i łzy w oczach), a potem pani doktor osłuchała, w paszczę zajrzała, jądra pomacała i wynik pozytywny zapisała. Mały w miarę dał się obadać, zwłaszcza wtedy, kiedy zabrał doktorce taki zmyślny centymetr z obracającym się kółkiem zwijającym całość. Z tym centymetrem dał sobie nawet zmierzyć w drugiej próbie ciśnienie, a także postanowił zabrać go ze sobą. Musieliśmy interweniować, więc ostatecznie wychodziliśmy z przychodni z krzykiem (tj. krzyczał mały), ale bez mienia lekarskiego.

Trochę mnie ten bilans rozczarował, myślałam, że inaczej będzie wyglądał, że będzie jakieś rozpoznawanie obrazków, pokazywanie części ciała etc. A tu tylko zapytano mnie, czy moim zdaniem (sic!) dziecko zezuje i czy nie zauważyłam kłopotów ze słuchem. Mały co prawda głuchnie przy napominaniu go w piaskownicy za sypanie piachem dookoła, ale to się chyba nie liczy?… Z tego wszystkiego zapomniałam zapytać, ile jeszcze mam dawać witaminę D (bo oczywiście w różnych miejscach różnie podają) oraz kiedy mam zacząć rozglądać się za logopedą, co wcale mi się nie uśmiecha.

Nie wiem, jak wygląda praca logopedy z dwulatkiem, ale czarno to widzę i wolałabym uniknąć tej przyjemności. Mały mówi słów pięć: mama, tata, dzidzia, tak, nie. Reszta tego, co wydobywa się z jego buzi, to jakaś swobodna interpretacja języka polskiego, z przewagą sylab ta-da. Bardziej już z intonacji można odgadnąć, czego chce (bajki, ciasteczka, herbatniczka…) lub nie chce (iść do domu, jeść obiadu, siadać na nocniku, powtarzać za mamą „kaczka”…).

Pełno porażek w tym moim macierzyństwie, z nocnikiem nie wychodzi, smoka nie można się pozbyć, przy jedzeniu trzeba zabawiać. Czasem mi naprawdę z tym źle. Nie pomaga tu powszechna rywalizacja matek. Na urlopie udało mi się przeczytać świetną książkę „Wyznania upiornej mamuśki” Jill Smokler i oprócz tego, że zostałam pozytywnie zaskoczona (myślałam, że to jakiś wydumany amerykański poradnik), to doznałam olśnienia w kwestii rywalizacji między matkami właśnie. Że ona, ta rywalizacja, faktycznie istnieje i to ona niejednokrotnie psuje mi krew. A może nawet jest to wojna?

Wesoło zaczyna się już w ciąży, zewsząd można usłyszeć nokautujące wyznania i porady: ” ja przytyłam tylko 9 kilo, a ty?”, „wcale nie wymiotowałam”, „jadłam tylko ekologiczne produkty, przecież nie można truć dziecka”, „codziennie ćwiczyłam jogę i medytowałam”, „pijesz kawę?! w twoim stanie?!”. Dalej jest jeszcze ciekawiej, rozmowy, która ma jakiego lekarza, jakie badania zrobiła, gdzie, z kim i jak rodzi, za ile wykupiła osobistą położną potrafią wpędzić w poważną depresję przedporodową.

Po porodzie mamy dalsze szufladkowanie – na te matki doskonałe – rodzące siłami natury (chyba raczej mięśni brzucha i krocza, hmm…) i te gorsze, po cesarce; dalej: na te karmiące cyckami (i tu są też podziały, w zależności, ile to karmienie trwało, odnoszę wrażenie, że najwyżej punktowane są te karmiące 2 lata) i te wyrodne od mleka w proszku i butelek. I tak dalej, i tak dalej.

Jak pisze autorka, po porodzie należy ustalić, do jakiej grupy się pasuje: „Czy należę do mam nastawionych ekologicznie, noszących dziecię w chuście i  głoszących peany na temat pieluch tetrowych? Czy mam zadatki na mamę aktywną i zamiast leniwie spacerować z wózkiem po galerii handlowej, wolę za nim biegać (…) A może na mamę starającą się nadążać za najnowszymi trendami mody?”. Uff, zwariować można. Tyle jest do roboty z noworodkiem, a tu jeszcze trzeba się opowiedzieć za daną opcją.

Jedynym rozsądnym wyjściem w tym całym wyścigu szczurów, tj. matek, wydaje mi się głębokie skupienie na samej sobie, wsłuchanie się w swoją intuicję i machnięcie ręką na te wszystkie złote porady i uwagi, bombardujące nas na spacerze, w przychodni i u cioci na imieninach. Co słabszym jednostkom (do których się zaliczam) może być trudno. Ale po lekturze „Wyznań…” czuję się nieco pokrzepiona. Zwłaszcza, gdy przypomnę sobie reakcję autorki na po raz setny zadane jej pytanie przez obcą kobietę, czy karmi piersią. „A czy ty golisz swoja cipkę?” – odparła, na co tamta się zapowietrzyła, że nie życzy sobie osobistych pytań. Otóż to!

PS Do książki jeszcze wrócę.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nerwy, stresy, nerwy

26 lut

Małemu wyłazi górna trójka, już widać białe fragmenty. Być może z tego powodu, ale cholera wie, czy na pewno, ostatnio zachowuje się okropnie. Zwłaszcza przy jedzeniu. Mamunia skacze dookoła księciunia, dogadza jak może, truskaweczki rozmraża i miksuje, kotlecik pokroi na mikroskopijne kawałeczki, ulubioną jajeczniczkę serwuje, a mały co? Macha rękami na oślep, byle tylko wszystko zrzucić na podłogę, nie zwraca nawet uwagi, co jest w miseczce, wykręca głowę, wstaje z krzesełka, płacze/krzyczy etc. I tak już od tygodnia. Żyje głównie na porannej kaszy (bo chyba po nocy najbardziej jest głodny), a kolejne posiłki to jakiś koszmar, zarówno dla mnie, jak i dla niego. Żebym mu jakąś brukselkę wciskała, ale nie, dziś nawet ulubiony słodki jogurcik został całkowicie zignorowany. To nie na moje nerwy. Jak to było w tym żłobku? „Jedz, bo cię do psa zaprowadzę”? Hmmm…

Wieczorem marudzi, jęczy, rzuca smoczkiem, ale za to gdy już się do niego podejdzie, jest cały zadowolony i chętny do zabawy. O 22 na przykład. No, spoko! Nie ma sprawy. Codziennie od 20 do 22 mam fitness, jak to się nazywało, to co na studiach miałam na wf-ie? Step? Tak, wchodzenie i schodzenie ze schodka. Bo mały śpi (tj. ma łóżeczko) na piętrze i mniej więcej co 10 minut muszę do niego wejść, położyć, włączyć pozytywkę, ewentualnie wymienić zaplutą poszewkę i jeszcze bardziej zapluty śliniak, bo inaczej rzęzi jak na torturach. Nie wiem już, ile razy pokonałam te schody, może chociaż pośladki sobie wyćwiczę…

Gdzie te czasy, gdy się go kładło, a on bach, głowa na poduszkę i zasypiał! W pięć minut!!! A jeszcze wcześniej, jak był całkiem taki ślimaczek-robaczek, to się go bujało lekko w łóżeczku (takie popychanie w plecki, jak leżał na boku) i też oczka zamykał. Albo zasypiał przy cycu lub butelce i się go na paluszkach i bezdechu odkładało pod kołderkę… Zajmował wtedy 1/4 łóżeczka, hihi… Trudno uwierzyć.

Często wracam do tych naszych początków, przy tak szybkim rozwoju dziecka wydają się śmieszne i bardzo odległe. To, że jak się go posadziło w leżaczku, to siedział… I to było takie normalne! Teraz skacze z kanapy na podłogę… To, że nosił te mikroskopijne ubranka, w których teraz „chodzi” córka naszych znajomych… A w kąpieli trzymało się go na przedramieniu i tak się pluskał… A najbardziej chce mi się śmiać, jak sobie przypomnę nasze pierwsze opakowanie mleka Bebilon (w puszce). Nie miałam kupionego na zapas, bo przecież miałam karmić pełną piersią. No, ale koniec końców pierś była nieco mniej pełna i mąż musiał na złamanie karku lecieć do sklepu i kupić mleko w proszku. I tak: mały drze się z głodu, ja prawie płaczę z nerwów, mąż czyta, ile miarek mleka dać, otwiera puszkę i… GDZIE JEST MIARKA???????!!!!!!!! Jak odmierzyć, Jezus Maria, wadliwe opakowanie, nie dali miarki!!!!!!!! Wyobraźcie sobie, że cała spanikowana wpisałam wtedy w Google „gdzie jest miarka w mleku Bebilon” i dzięki Bogu (i jakiejś internautce) znalazłam wpis – „miarka jest zagrzebana w mleku”… Swoja drogą, zaje…ty pomysł, gratuluję panom z Nutricii. Panom, bo to ich sposób myślenia: jest puszka z mlekiem, jest miarka, co robimy? Ciach, miarkę w piach (tj. w mleko) i po kłopocie, inni niech szukają.

Gdybyśmy żyli w Hameryce, to moglibyśmy wytoczyć proces o odszkodowanie za stres, nerwy i brak informacji na opakowaniu…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Śliniak i inne gadżety

19 paź

Mały ślini się na maksa. To niezaprzeczalny fakt, niestety. Średnio na dzień schodzi mi 4-5 sztuk tych półokrągłych szmatek podbitych ceratką, przy czym pisząc „schodzi mi” mam na myśli to, że mały zaślinia je dokumentnie, tak że aż są ciężkie. Moja siostra, matka dwójki dzieci, obserwując mojego synka, powiedziała: dopiero teraz rozumiem, czemu to się nazywa śliniak… Sama bowiem używała śliniaków jedynie do ochrony ubranka przed plamami z jedzenia.

Małemu wychodzą zęby, to go trochę tłumaczy. Górna piątka jest nadal w natarciu, a na dole po obu stronach idą chyba czwórki. Dziąsła ma spuchnięte i obolałe, muszę bardzo delikatnie czyścić mu paszczę, żeby nie urazić i tak już bolących miejsc. Oględziny paszczęki mojego dziecka pozwoliły mi wysnuć wniosek, że problem ślinienia nie zniknie z dnia na dzień. Postanowiłam przeszukać Allegro pod kątem śliniaków właśnie, licząc na jakąś atrakcyjną ofertę zakupu hurtowego, bo chociaż co chwila piorę te cholerstwa i tak po jakimś czasie nabywają na stałe jakichś brązowo-pomarańczowych niespieralnych plam.

Przeglądając oferty doznałam kilku wstrząsów. Pierwszy był związany z odkryciem, że ludzie (przedsiębiorcze matki zapewne) sprzedają śliniaki używane! Pomysłowość ludzka nie zna granic. Po drugie odkryłam, że można żądać za śliniak 30 zł, tylko dlatego, że jest firmy Babybjorn i „pasuje” do nosidełka tejże marki. Wow! Trzy dychy za kawałek „oddychającej tkaniny frotte” to też przejaw sporej pomysłowości. Po trzecie, trafiłam na ofertę chusteczek będących alternatywą dla bohatera dzisiejszego wpisu. Ładne, kolorowe i dizajnerskie. Cena – prawie 30 zł. Pewnie sprzedają po kilka sztuk w paczce – pomyślałam. Nic bardziej błędnego, 30 zł to koszt jednej sztuki kawałka szmatki wielkości chustki do nosa. Niepodszytej w dodatku żadna folią, przez co mój syn po jakiejś godzinie miałby już mokrą bluzkę i bodziaka, czyli nadawałby się do przebrania. A tego właśnie chcę uniknąć!

Spasowałam w temacie śliniaków z Allegro, ale zaczęłam przeglądać inne wynalazki. Mojej mamie zdarzyło się raz pomacać pupę małego z komentarzem: może ma mokro, a chwilę później wygłosić pochwałę pampersów oraz słyszałam, jak z podziwem mówiła do mojego taty o mnie szykującej kolację dla małego: ty wiesz, mleko z proszku zmieszała, kaszkę dodała i już, żadnego gotowania, przypalania garnka… Mniej więcej tak się czułam oglądając cuda w necie: nakładki na skarpetki zapobiegające ich zsuwaniu (sic!), nocnik składany na płasko, który można również dopasować do deski sedesowej, do tego  jednorazowe wkłady z „pochłaniaczem cieczy” (czyli koniec z wygrzebywaniem kupska ze środka…) oraz, uwaga, to mój faworyt: obrotowa łyżeczka z odważnikiem na końcu, który utrzymuje ów kosmiczny sztuciec cały czas jest w pozycji poziomej, „co zapobiega spadaniu jedzenia z łyżki”, jak zapewnia sprzedawca. Ciekawe, czy zapobiega wściekłemu rzutowi pełną łyżką o podłogę lub ścianę, nie wiem, może ta łycha ma też funkcję lewitacji…?

Odnośnie łyżeczek do nauki jedzenia - zakupiłam ostatnio małemu taką krzywą, ułatwiającą trafienie do buzi, ale synek odniósł się do niej ze sporą dozą podejrzliwości (czytaj – nie chciał jej wziąć do rączki, a jak już wziął, to po to, by rzucić na podłogę). On widzi, że coś z nią jest nie tak – skomentowało mężydło. Cóż, może obrotowa zyskałaby większą aprobatę, w końcu kosztuje nie 3 zł, a 33…

Na koniec odkryłam coś, o czym mówiłam żartem, kiedy mały obijał się o meble stawiając pierwsze kroki – kask do nauki chodzenia! „Wyposażony w 30 otworów co gwarantuje właściwy poziom wentylacji głowy”! Skomentuję to w ten sposób – wydaje mi się, że mój synek nauczył się bezpiecznie pokonywać przeszkody oraz schylać się pod stołem, bo po prostu kilka razy najzwyczajniej w świecie się walnął. Ot co.

Nie jestem przeciwniczką przeróżnych udogodnień dla dziecka, a przede wszystkim dla rodzica, broń Boże. Sama z wielu korzystam, byłaby to więc hipokryzja. Według mnie trzeba jednak zachować umiar, żeby, po pierwsze, nie wychować kosmity, który nie będzie wiedział, co się robi ze zwykłą łyżką a pierwszy raz w głowę uderzy się w wieku 10 lat (i poczuje to!); po drugie, żebyśmy nie utonęli w zalewie dizajnerskich gadżetów, zapominając, co tak naprawdę jest ważne i sprawdza się w potrzebie. Moi znajomi np. zaopatrzyli się w monitor oddechu, a zapomnieli zakupić termometr dla dziecka; nabyli najdroższy na rynku laktator, zamiast dowiedzieć się, jak dziecko powinno chwytać pierś, by popłynęło z niej mleko; pół roku wybierali kolor wózka i rodzaj kół, a przegapili datę pierwszego szczepienia…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Czy noworodek gryzie?

06 wrz

Moja koleżanka A., która 3 tygodnie temu urodziła (w sposób naturalny) córeczkę, ma problem z karmieniem piersią. Do tej pory winą za moje kłopoty w tej kwestii obarczałam głównie cesarkę. Głównie – bo musiało mi przeszkodzić coś jeszcze, wiele kobiet po cięciu karmi przecież bez problemu. Reguły nie ma jednak także u tych, jak widać, którym udało się urodzić naturalnie. Pokarm A. ma (ale coraz mniej, o czym za chwilę), gorzej z samym przystawianiem do piersi. A. skarży się na ból sutków, na to, że córka ją „gryzie”. Cudzysłów – bo jednak mnie gryzienie kojarzy się z zębami…

W związku z powyższym A. zaczęła karmić w kapturkach oraz odciągać pokarm i podawać go córce w butelce. Parę dni temu zadzwoniła nieco spanikowana z pytaniem, co ja robiłam, gdy miałam za mało pokarmu. Czerwona lampa mi się zaświeciła we łbie. Spytałam ją, czy jak karmi w kapturku, to dziecko ma całą brodawkę w buzi? Nie, tylko sutek. W dodatku strasznie długo wtedy ssie (nawet godzinę) , więc coraz częściej w ruch idzie laktator. Wg mnie to prosta droga do zatrzymania produkcji mleka. Dziecko nie pobudza gruczołów mlecznych ssaniem, bo ich po prostu nie ma w buzi, zresztą nawet jeśli, przez silikon byłoby trudno. Pewnie dlatego tak długo ssie. Poza tym sam laktator tylko ściągnie to, co jest, ilości pokarmu nie zwiększy – uważam tak z własnego doświadczenia. Wobec tego trzeba dziecko dokarmić. I tu się zaczyna świetnie znana mi polka, której nie życzę nikomu. Ile podawać, ile to może stać nie wypite, jak ze sobą brać na spacer, jak podgrzewać itp., itd.

Przez prawie godzinę mówiłam A. jak to u mnie było. Jakie mleko jest dobre. Ile mniej więcej podawać. Że podgrzewacz się przyda. Że to, że tamto. Ale w głębi duszy jestem trochę na nią zła. Ja byłam najszczęśliwsza i mega podjarana, kiedy mój mały złapał cyca i ssał. To było jak święto. Kiedy kilka razy najadł się samym cycem, chciało mi się płakać ze szczęścia. Samo karmienie piersią mogę opisać jako przyjemne. Co u licha boli tam A.? Zwłaszcza, że w szpitalu mała dobrze chwytała pierś? Co się potem stało? I czy to taki ból, że nie można wytrzymać? Zaleczyć przez dzień-dwa i wrócić do karmienia? Zostawiłam dla siebie te przemyślenia, bo z drugiej strony wiem, jak na początku jest trudno, wszystko wydaje się nie do przejścia, a tak w ogóle to chce się spać i nic więcej. Staram się wierzyć w dobre intencje A. Radzę jej najlepiej, jak umiem, mówię o wszystkim, co mnie pomagało w podobnym okresie. Często do mnie dzwoni, bo inne koleżanki z karmieniem kłopotów nie miały – pamiętam ten stan wyalienowania: wszystkie karmiły, a ja nie mogłam.

Siedzę więc cicho i nie pouczam. Choć mnie uwiera zaprzepaszczanie tego, o co sama tak długo walczyłam. Karmienie butelką wydaje się wygodniejsze. Ale to złudzenie, wystarczy wymienić wszystkie gadżety potrzebne do tego – odpowiednia woda, podgrzewacz, butelka, smoczek, laktator, mleko oczywiście, trzeba wszystko myć i wyparzać, pamiętać, żeby był zapas, no i te ceny… Pogryzione sutki, hmm… Nie umiem być obiektywna…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Jeszcze raz o „Języku niemowląt”

24 lut

Udało mi się skończyć ten dość specyficzny poradnik, w którym to autorka traktuje początkujące matki jak jakieś durne ciemnoty pozbawione empatii (inna sprawa, że same rodzicielki często się o to proszą…). Główna idea książki jest wg mnie słuszna – trzeba poznać swoje dziecko, żeby wiedzieć jak z nim postępować (czyli – kiedy dawać sutek/butelkę w dziób, kiedy przytulać, a kiedy zabawiać). Zadanie to ułatwia notowanie pór karmienia, spania, siusiania etc. Dzięki temu nie tylko radykalnie zmniejsza się ryzyko przegłodzenia/przekarmienia, ale matka zyskuje też jaką taką kontrolę nad swoim życiem (potrafi mniej więcej przewidzieć, kiedy potwór zaśnie i będzie mogła iść umyć zęby).

Zapiski odnośnie papu i kaka robię niemal od pierwszego dnia pojawienia się małego terrorysty w moim życiu. To naprawdę pomaga ogarnąć cały ten mleczno-pampersowy chaos i pozwala uniknąć ciągłego łamania sobie głowy, czy dziecko jest głodne. Otóż jeśli godzinę temu aktywnie ciągnęło cyca przez czterdzieści minut lub opróżniło pokaźną butlę, to na pewno przyczyną jego marudzenia czy wrzasku nie jest głód..

Poza tą główną ideą, niemal wszystkie pozostałe teorie i wskazówki budzą we mnie liczne zastrzeżenia… A już zalecenia odnośnie wprowadzania nowości do menu wręcz mnie zszokowały, cytuję: „… można w dziewiątym miesiącu dawać dziecku rosół z kury [...]. Proponuję natomiast wstrzymanie się z mięsem, jajkami i pełnotłustym mlekiem do ukończenia pierwszego roku życia”. Dalej pani Hogg podaje w tabelce podzielonej na miesiące, jakie pokarmy dziecku podawać, prócz mleka z piersi/butelki. Jest tam gruszka (jako pierwszy wprowadzany owoc!), potem dynia, słodki ziemniak (afrykańskie bataty, czy co?), brzoskwinia, banan, marchewka (dopiero w 8 miesiącu), groszek, fasolka i w końcu, w wieku 9 miesięcy, uwaga, chyba uznane za bardzo uczulające i ryzykowne, więc dlatego tak późno, po brzoskwiniach i fasolce, ta dammm! JABŁKO!

I tu pytanie: czy pani Hogg, dyplomowana pielęgniarka i położna z doświadczeniem, pracująca w Anglii i USA, nie słyszała o wprowadzaniu drobiu i króliczego mięska już w piątym miesiącu, żółtka jaja kurzego w siódmym, że o jabłuszku na początek zmian w menu niemowlęcia nie wspomnę? Czy nie słyszała, żeby nie podawać dziecku wywaru z gotowanego mięsa (czyli rosołu), ze względu na dużą ilość uczulającego białka w owym? Nie jest jej wiadomym fakt, iż maluch potrzebuje tłuszczu, czyli oleju, oliwy lub masła? A może to nasze polskie (europejskie?) zalecenia są błędne i przeładowane? Czy takie koncerny jak Hipp czy Nutricia na każdy kraj mają inne produkty? Zaciekawił mnie ten temat, interesujące, co jest w słoiczkach z jedzeniem dla dzieci w innych krajach. Czy decydują o tym zwyczaje w danym regionie? Przyzwyczajenia ludzi? Kultura? Moda? Myślałam, że chodzi o zdrowie i rozwój dziecka, że są jakieś ogólnoświatowe badania wskazujące, co i kiedy powinno jeść niemowlę. W wolnej chwili spróbuję zgłębić ten temat.

Co tam jeszcze wyczytać można w „Języku…” ? Ano, dowiedziałam się, że moje z laktatorem boje były… bezzasadne, że nadzieja na zwiększenie ilości mleka poprzez mozolne pompowanie piersi była bez sensu! „Ssanie uaktywnia zatoki mlekonośne, czego żaden mechaniczny laktator nie może zrobić. Ssanie noworodka powoduje wysyłanie komunikatów do mózgu matki, które uruchamiają wydzielanie pokarmu; mechaniczna pompka jedynie opróżnia pęcherzyki mleczne, w których pokarm się gromadzi.[...] Ściąganie mleka [...] za pomocą laktatorów nie pozwala podtrzymać jego wydzielania dłużej niż przez pięć tygodni”. Jednym słowem, nie ma ssania -mleko zanika,  mało mleka = mało ssania, mało ssania = mało mleka, obojętnie czy pompujesz cycek czy nie… Hmm… Powiem tak – w moim przypadku to by pasowało idealnie, mimo „laktatowania” pokarmu miałam coraz mniej. Z drugiej strony jednak wiem, że wielu kobietom laktator pomógł, po paru dniach odciągania miały piersi pełne mleka. A więc???

Kolejny kontrowersyjny temat książki to podejście do niemowlaka „pełne szacunku”. Wg autorki, niedopuszczalna jest np. zmiana pieluchy bez… uprzedzenia o tym dziecka. Poinformowanie niemowlaka  ”A teraz będę ci zmieniać pieluszkę” działa na niego uspokajajaco i jest wyrazem szacunku właśnie. Podobne zachowanie autorka zaleca przy wszystkich czynnościach przy dziecku. Aha, i nie mówimy dziecko, tylko zwracamy się po imieniu… Nieustannie przypominając o szacunku, autorka zakazuje układania niemowlaka spać w pokoju gościnnym czy innym pomieszczeniu niebędącym jego sypialnią, argumentując, że nikt z nas nie chciałby spać w takich warunkach. Itd., itp…

Wszystko fajnie, ale mój mały ignoruje moje zapowiedzi ubierania go, nawet jeśli używam najłagodniejszego tembru głosu. Ma je w głębokim poważaniu i z uporem maniaka udaje wija na przemian z ośmiornicą, bylebym tylko nie trafiła ręką w rękaw… Informacja o zmianie pampersa też nie robi na nim wrażenia, na ostrzeżenie o kupie wkłada w nią piętę… Jeśli zgodzić się z rozsądną, moim zdaniem, tezą autorki, że dzieciak niczego nie robi złośliwie, (nawiasem mówiąc warto o tym pamiętać, twierdzenie to studzi nasze negatywne emocje do wrzeszczącego potwora…), muszę nie zgodzić się z istotnością informowania małego, co mam zamiar z nim robić za pięć minut.

Z całym szacunkiem do małych ludzi uważam, że jednak nie kumają, o co chodzi, nie rozumieją słowa rajtuzy, ani przestrogi „bez czapki zmarzniesz”… (Przypomnę, że w książce jest głównie mowa o noworodkach i 2-6 miesięcznych niemowlakach). Jestem przeciwna zrównywaniu niemowlęcia z dorosłym. Zupełnie nie przemawiają do mnie argumenty typu: nie róbcie tak, bo sami byście nie chcieli być tak traktowani. Gadam oczywiście do małego prawie cały czas, ale żebym zaraz miała wierzyć, że wie, o co mi chodzi, to nie, nie ma tak lekko. Jeśli mi zaśnie podczas karmienia, nie budzę go, by był świadomy przenoszenia do łóżeczka, tylko go po prostu przenoszę. Wg autorki powoduje to szok i zamęt w głowie dziecka, gdy budzi się w miejscu innym od tego, w którym zasypiało. Jeśli poranne radosne  gaworzenie i wesołe machanie łapkami jest wyrazem szoku, to ja przepraszam bardzo!

Na koniec pochwalę autorkę, żeby nie było tak kwaśno :) Gorąco zaleca włączać partnerów w opiekę nad dzieckiem i tu przyznaję jej całkowitą rację. Należy to jednak robić w sposób inteligentny, radzi pani Hogg: „Niektóre znane mi kobiety robią to w sposób beznadziejny, stając mężowi nad głową, krytykując każdy jego ruch, narzekając i twierdząc, że wszystko robi źle”. Cóż, jeśli ktoś chce robić przy dziecku ABSOLUTNIE WSZYSTKO I BEZ NICZYJEJ POMOCY, niech tak postępuje… Ja przychylam się do zdania autorki, że do zbyt luźno założonej pieluchy dziecko zrobi zrobi kupę tak samo, jak do tej perfekcyjnie zapiętej…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Frida, leżaczek, kapturek… plus słów kilka o schizofrenii…

04 sty

Nowy rok witamy z fridą w ręku, niestety. Mały od trzech dni ma katar i do tego brzydko kaszle, z mokrym akcentem, że tak powiem. Jeden katar już przeżyliśmy jakiś miesiąc temu, ale wtedy nie było tego charczącego kaszlu a’la gruźlik, więc poszłam wczoraj do lekarza. Doktor najpierw wspomniała coś o antybiotyku, bo mały zarzęził bardzo rasowo na powitanie, potem jednak, po osłuchaniu, zaleciła zmasowany atak na gluty pod postacią witaminy C, wapna, Nasivinu i, przede wszystkim, fridy. Mały nie cierpi tego szwedzkiego wynalazku i jak tylko widzi, że zbliżam się z rurką, zaczyna wrzeszczeć co sił w płucach. Będzie z niego kiedyś dobry wokalista rockowy (jeśli rock nie będzie dead za kilkanaście lat) albo chociaż porządny kibic… Dziś idziemy do kontroli, mam nadzieję, że lekarka stwierdzi progres w walce z glutami.

Muszę przyznać, że nic tak dotąd nie dawało mi poczucia dorosłości, jak wizyty u lekarza z małym. Nie odebranie pierwszego dowodu osobistego, nie upicie się tequilą, nie powrót o piątej nad ranem do domu, nie kotłowanie się w pościeli bynajmniej nie samotne, ale właśnie przyprowadzenie swego dziecka do doktora. Lata temu to moja mama prowadzała mnie kaszlącą i zasmarkaną do przychodni dziecięcej, teraz to ja jestem w roli prowadzącej. Kiedy minął ten szmat czasu? Myślę, że jeszcze nie raz będę miała to dziwne poczucie wchodzenia w rolę matki. W ten schemat, że mama to jest ta, która całuje guza na czole, żeby mniej bolał, ta, która pozwala bawić się w piaskownicy, ta, która po dobranocce mówi „czas do łóżka” (nie wychodzę wyobraźnią dalej niż kilka lat wprzód…). Będę to wszystko robić i pewnie kiedyś stanie się to dla mnie naturalne. Jak na razie jednak cały czas czuję się nieco rozdwojona na tę siebie, którą byłam od wielu lat i na matkę swojego dziecka… Ot, taka niegroźna schizofrenia.

Jako matka mojego dziecka mogę nawet podzielić się kilkoma radami z innymi mamami. W końcu mam już prawie pięciomiesięczny staż! :)

Primo, z całego serca radzę na pierwsze miesiące zakupić tzw. leżaczek, nieoceniony, kiedy potrzebne są wolne ręce, a nasz mały odmawia spokojnego leżenia w łóżeczku. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do tego siedzonka, a mój mąż w ogóle się zezłościł, że przybył nam, cytuję, „jeszcze jeden grat”. Zwłaszcza, że mieliśmy dodatkowy fotelik samochodowy. Leżaczek okazał się być jednak o wiele wygodniejszy. Mają te ustrojstwa różne funkcje ratujące życie matkom, tzn. grają melodyjki, wibrują… Jednym słowem – na chwilę odwracają uwagę dziecka od rodzicielki, w związku z czym może ona pójść w spokoju zrobić siku albo nawet się uczesać. Sadzałam w takim leżaczku małego niemal od pierwszych dni i sadzam do tej pory. Młody ma szerokie pole do obserwacji, zabawki na pałąku, muzyczkę i wibracje na tyłek. Czegóż chcieć więcej przez dziesięć do piętnastu minut? ;) Poza tym takie siedzisko świetnie się sprawdza przy karmieniu łyżeczką, kiedy młody nie nadaje się jeszcze na krzesełko.

Inna praktyczna rzecz, też początkowo uznana przeze mnie za fanaberię, to ręcznik z kapturkiem. Kupiłam zwykłe duże ręczniki, ale… nie zdały egzaminu. Rzeczywiście bardzo korzystnie jest nałożyć taki kapturek na głowę małemu po kąpieli na czas wycierania reszty ciałka. Takie ręczniki są poza tym kwadratowe, co ułatwia dokładne opatulenie. Radzę kupić jak największe! Te małe bardzo szybko stają się ZA MAŁE.

Niewypałem okazała się natomiast poduszka do karmienia. Miałam nadzieję, że ułatwi mi sprawę przystawiania synka do piersi. Nabyłam taką długą, którą można się owinąć i na niej ułożyć dziecko, jednak tylko pod warunkiem, że jest to małe dziecko. Gdy mój synek podrósł nieco (tak około 2 miesiąca), przestał się na niej mieścić po prostu, i wszerz, i wzdłuż. Teraz poducha spełnia się jako podpórka do pleców na kanapie, jest wypełniona granulatem, więc pod względem dopasowania się do ciała jest bardzo wygodna. Może przyda się jeszcze za jakiś czas małemu do zabawy.

Z praktycznych i tanich przedmiotów polecam zwykłe pojemniki na mocz. Tak, tak… Mówiła nam o nich położna w szkole rodzenia i faktycznie sprawdziły się w wielu funkcjach. W pierwszych dniach trzymałam w takim kubeczku rozrobiony spirytus do pępka i w drugim przegotowaną wodę do przemywania buzi. Oczywiście pojemnik ze spirytem podpisałam wołami… :) Teraz wykorzystuję je jako pudełka na smoczki oraz jako podręczny pojemnik na mleko w proszku – kiedy gdzieś wychodzę.

A teraz mały hard core – od pierwszych dni obcinam małemu paznokcie zwykłymi nożyczkami do paznokci dla dorosłych. Tyle się nasłuchałam i naczytałam o kichowatych nożyczkach dla niemowląt, nienadających  się do obcięcia czegokolwiek, że nawet ich nie kupowałam. Początkowo czaiłam się na pazury młodego jak spał, teraz tnę nawet wtedy, gdy jest na chodzie, kwestia unieruchomienia rączki na kilka sekund na każdy paznokietek. Nie muszę chyba wspominać, że żadnych niedrapek nie stosowałam? Paznokcie trzeba obcinać, i tyle.

To tyle z kategorii matka-dobra rada :)

 

PS

Notkę tę produkowałam prawie przez pięć godzin… Młody kiepsko śpi z zatkanym nosem…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Melancholija mnie dopadła…

28 gru

Święta wprowadziły mnie w nastrój melancholijno-depresyjny z lekka… Najpewniej dlatego, że tak szybko przeminęły, niewspółmiernie szybko do ilości czasu poświęconego na ich przygotowanie.  Tyle kupowania, kombinowania z prezentami, wpatrywania się z niepokojem w szybę piekarnika, czy sernik nie siada… A tu szast-prast i po wszystkim.

Jak zwykle zjechała się cała moja najbliższa rodzina (w sumie kilkanaście osób) i, jak zwykle, nie udało się ze wszystkimi spokojnie porozmawiać, przez co czuję spory niedosyt.

W Wigilię, urządzaną u mojego brata, było zamieszanie z rozpakowywaniem się,  z przygotowywaniem potraw, z upychaniem w lodówce i w spiżarce tego, co przywieźliśmy do jedzenia… Już dzień wcześniej chodziłam cała zestresowana – bałam się, że czegoś zapomnę zabrać, sto razy sprawdzałam – czy pieluchy wzięte, czy ubranka na zmianę, Bebilon, butelki, smoczki, wózek, kocyk… Wyjazd z domu z małym dzieckiem to całe logistyczne przedsięwzięcie, jak to dobrze, że wzięłam sobie męża z autem typu kombi…

W pierwszy dzień Świąt dojeżdżała na raty reszta rodziny. Gwar, wrzaski dzieciaków, szał wśród prezentów, z rozpakowaniem których wstrzymaliśmy się do momentu przyjazdu wszystkich ciotek i wujków… W tzw. międzyczasie mieliśmy z mężem na głowie karmienie małego, usypianie, zmiany pieluch, mycie dupska z marchewkowej kupy… Nie dość więc, że z każdym by się chciało zamienić więcej niż słowo, to jeszcze sporo czasu zajęła nam po prostu opieka nad małym. To nowe doświadczenie po tylu latach zajmowania się tylko sobą…

I tak naprawdę wieczorem, kiedy wreszcie można było usiąść spokojnie i pogadać, my musieliśmy się zebrać i wracać do siebie, żeby rano pojechać z wizytą do rodziny męża.

Co dziwne, mały całe to zamieszanie zniósł lepiej ode mnie. Mimo hałasu i tłumu nieznanych mu osób, z których każda chciała go brać na ręce lub co najmniej pomachać mu przed nosem nową zabawką, był zadowolony i uśmiechnięty, marudził chyba mniej, niż zazwyczaj! Nie przejął się za bardzo rozbitym rytmem dnia, nie złościł się, kiedy w środku zabawy pakowaliśmy go w kombinezon i do auta, ani kiedy wyciągaliśmy go z fotelika akurat, gdy właśnie uciął sobie drzemkę. Po prostu dziecko stworzone do podróżowania i imprezowania! Po całym tym kołowrocie ze zrozumieniem przyjął fakt, że jego kąpiel ma kilkugodzinny poślizg, po czym usnął spokojnie na całą noc (Bogu dzięki!).

Smutno jest mi też, bo musiałam zakończyć moją walkę o mleko w piersiach. Miałam go coraz mniej, mały ssał niechętnie i krótko, denerwował się, bo leciało mało i powoli, w końcu już w ogóle o cycu nie chciał słyszeć. Myślałam, że będę się cieszyć, że wreszcie mogę ciepnąć laktator w kąt, napić się wina i zjeść wszystko, bez oglądania się na dietę matki karmiącej. Wcale jednak nie miałam ochoty na odmawiane sobie tyle czasu pomarańcze czy pierogi z kapustą, a lampka wina stała się raczej przypieczętowaniem mojej porażki niż miłym odprężającym akcentem wieczoru. Nie było mi też przyjemnie przed rodziną, pytania i teksty w rodzaju: „A co, już nie karmisz?”, „Możesz pić wino?”, „Może za mało jadłaś i dlatego straciłaś pokarm?”, „Już dajesz mu papki, może za wcześnie? Aha, bo ja karmiłam piersią, to tak szybko nie musiałam wprowadzać…”, „Moje dzieci nie znały innego smaku niż mleko do końca szóstego miesiąca…” łykałam jak gorzkie pigułki.

Co jeszcze mi tak zwichrowuje nastrój? Nie wiem, co z moją pracą w nowym roku, w styczniu kończy mi się urlop macierzyński, a razem z nim przelewy z ZUS-u. Były, co prawda, jakieś mgliste plany mojego szefa o moim pracowaniu w domu, ale coś mi się zdaje, że to było bardziej gadane ot tak, niż faktycznie brane realnie pod uwagę…

Mały jest coraz bardziej absorbujący i nie mogę się za bardzo łudzić, że zrozumie, gdy powiem mu: Teraz mama ma do wykonania ważne zlecenie i przez najbliższe dwie godziny nie może cię nosić ani zabawiać… I tak, z jednej strony nie wyobrażam sobie opiekowania się małym i równocześnie zajmowania się logistyką i transportem w mojej prawie-byłej firmie, z drugiej – jakże to, będę miała puste konto? Brak dochodów?

Dziwnie mi i smutno zarazem.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS