RSS
 

Notki z tagiem ‘histeria’

Sedno rodzicielstwa

19 sty

Ja tu się rozpisuję i tak, i siak, a tak naprawdę zazwyczaj chodzi mi o to, co poniżej ujęto na czterech obrazkach. Boże, jakie to prawdziwe! Zazdroszczę trafienia w sedno!

Pozdrawiam wszystkich rodziców wściekłych na swoje bachory za ich zachowanie, co nie przeszkadza im o dowolnej porze dnia i nocy lecieć na ratunek (albo pomóc szukać autka… albo kulki…, albo zbudować namiot z koca i krzeseł…).

 

 

źródło: https://www.facebook.com/blogojciec/?hc_ref=NEWSFEED&fref=nf

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Bilansik

11 sie

Mój synek to już pięciolatek. Banalnie dodam, że nie wiem, kiedy to zleciało! Normalnie skandal, szok, niedowierzanie.

Mały bilans zrobię, bo ani się obejrzę, a będzie się szykował do studniówki. Chyba że dobra zmiana zlikwiduje studniówkę, bo czemu by nie. Jezu, lepiej nic o dobrej zmianie już nie pisać, bo mi zamkną bloga ;)

Mały ma 113 cm wzrostu.

Waży 21 kg.

Rozmiar buta: 32.

Zna literki, cyferki, wymawia wszystko ładnie, ale lubi się pieścić i wtedy sepleni.

Jest towarzyski – bawi się chętnie z dziećmi w przedszkolu i z wszystkimi swoimi kuzynami i kuzynkami, a piszę o tym, bo jednak miewa swoje schizy. Np. idziemy dla odmiany do innego niż zazwyczaj parku, gdzie jest fajny plac zabaw i karuzela dla dzieci taka w starym stylu –  z końmi i karocami. Mały dwie godziny przesiedzi na ławce, bo na placu zabaw „nie chce, żeby były dzieci”, a do karuzeli nawet nie chciał podejść. Albo – kolejny raz zrobił nam numer z basenem, powtórka z zeszłego roku. Upał, nowy basen, zjeżdżalnia, o której mały non stop mówi. Jesteśmy na tym cholernym basenie i co? I siedzimy dwie godziny na kocu. Nie wejdzie do wody, nie pójdzie na zjeżdżalnię. Bo nie. No, trzymajcie mnie!

Ulubiona potrawa: mięso. Oprócz słodyczy oczywiście. Ale nawet przedszkolanki mówiły, że tak, jeśli chodzi o obiady, z małym nie ma problemu, mięsko zawsze sam chętnie zje, potem może ziemniaki, za to suróweczka Boże broń.

Sport: bardzo się stara na lekcjach pływania, dobrze kopie piłkę, lubi różne fikołki i wygłupy na łóżku lub trampolinie, ale totalnie ma w nosie rower czy hulajnogę. Coś tam trochę pojeździ, ale nie widzę tego zapału, co u innych dzieci, za którymi biegają sprintem przerażone matki.

Inne umiejętności: obsługa laptopa, tabletu – proszę bardzo. Wszystko, byleby leciały bajki. Lubi te naprawdę stare, nawet za mojego dzieciństwa one już były stare: Krecik, Bajki z mchu i paproci, Zaczarowany ołówek, Pomysłowy Dobromir, Sąsiedzi. Z nowych bajek: ani razu nie obejrzał Kaczora Donalda, ale owszem, Shrek, Epoka Lodowcowa itp. bardzo chętnie. A propos Epoki lodowcowej i opisanych wyżej schiz/fochów. Chcieliśmy wziąć małego do kina na najnowszą część, reklamowaliśmy na wszelkie sposoby: wielki ekran, krzesełka, światełka itp. Tak histeryzował, że nie chce, że odpuściliśmy, a poza tym złapał – tradycyjnie już w upały – anginę. Właśnie skończyliśmy antybiotyk, w tym roku chyba trzeci. A są dzieci, które w jego wieku mają za sobą w ogóle max jeden antybiotyk; bardzo nad tym ubolewam.

Chorowanie małego to największa moja bolączka, największy stres i nerwy. Mam nadzieję, że za rok, na podsumowania sześciolatka będę mogła napisać – przestał chorować!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

A czemu by nie angina w środku upalnego lata?

12 sie

Kiedy jest najlepsza pora, by dostać masakrycznie wysokiej gorączki i nie reagować na leki? Powiem Wam. Niedziela. Jak się jest samemu w domu z dzieckiem, bo mężydło wybyło na delegację wyjątkowo w weekend. Teraz piszę o tym spokojnie, ale w tę niedzielę, kiedy przez 3 godziny mały miał 39,9 i nic nie spadało ani po paracetamolu, ani po ibupromie, sama myślałam, że zejdę na zawał. Niby tylko gorączka u dziecka, wielkie halo. Ale po lekach jeszcze wzrosła, małemu dziwnie posiniały nogi (były normalnie niebieskie, zwłaszcza kolana) i dostał dreszczy. I płakał: moje oczy, moje oczy!!! Jezus Maria.

Teraz wiem, że zsinienie się w gorączce zdarza, że mogą boleć bardzo oczodoły i że dreszcze to też norma. Ale wtedy zdecydowałam się zadzwonić na pogotowie. Przez pierwszą minutę w ogóle nie mogłam wydusić słowa, w końcu jakoś wydukałam, o co chodzi. Babka była rzeczowa i pomocna, poradziła jeszcze małego spróbować schłodzić wodą i jak nie spadnie gorączka, to dzwonić jeszcze raz. O zimnej kąpieli nie było mowy, samo wspomnienie o tym wywoływało histerię i ryk. Na siłę okładałam synka mokrymi pieluchami, a i tak się wyrywał i wrzeszczał „Zabraj to!!!!! Zabraj to!!!!!!”.

Ale pomogło, temperatura spadła o dwie dziesiąte. I nagle ktoś dzwoni. Kie licho, myślę? Nieznany numer? Wyobraźcie sobie, z pogotowia pani oddzwoniła z pytaniem, jak tam to dziecko. I podała mi numer do dyżurującego pediatry w szpitalu. Zadzwoniłam tam, lekarka bardzo rzeczowo mi poradziła, co dalej robić, zwiększyła dawki leków, wyjaśniła, ze czasem przy podawaniu leku temperatura nie osiągnęła jeszcze szczytu i dlatego może jeszcze wzrosnąć, mimo podania leku.

W końcu jako tako przetrwaliśmy do rana, potem oczywiście lekarz, antybiotyk i jeszcze walka z gorączką, ale już w miarę na spokojnie.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Trochę niusów

05 maj

Tradycyjnie już tuż przed długim weekendem mały się rozchorował. Tradycyjnie na ucho. Dobrze, że nie czekał do wieczoru 30.04, a rozłożył się dzień wcześniej, był czas na lekarza w normalnym trybie. Strasznie płakał, bolało go bardzo, przykro było patrzeć. Po ibupromie zasnął, a rano przybiegł do nas z wesołym okrzykiem „Już nie boli ucho!!!”. Ale oczywiście do lekarza poszliśmy, doktor podejrzewała, o zgrozo, pęknięcie błony bębenkowej, bo ból tak szybko minął i w dodatku rano ucho było całe zapaskudzone. Na gwałt umówiłam małego do laryngologa (oczywiście prywatnie, „na gwałt” w NFZ to wiecie, miesiąc czekania…), doktor odkurzyła ucho (dosłownie, takim mini odkurzaczem), tyle tego tam było, aż jej rurkę zatkało… Potem wprowadziła kamerkę (niech żyje nowoczesny sprzęt) i całe szczęście stwierdziła, że błona jednak jest cała. Tak czy siak siedzimy w domu na antybiotyku. Dziś na chwilę byliśmy na dworze, bo cieplej było niż w mieszkaniu, za to jutro znowu 16 stopni i deszcz ma być, huśtawka pogodowa straszna. Żeby już zakończyć temat chorowania – zapisałam synka na zabieg usunięcia trzeciego migdała na maj przyszłego roku, to chyba najszybszy termin we Wrocławiu, zobaczymy, co będzie do tego czasu. W grupie małego aż sześcioro dzieci ma ten sam migdałowy problem.

Całe szczęście udało się synkowi tydzień wcześniej pójść na pierwsze urodziny przedszkolnego kolegi, tzn. urodziny czwarte, ale pierwszy raz był na takiej imprezie :). Jak to często teraz bywa, wszystko odbyło się w tzw. małpim gaju w centrum handlowym. Ja nie przepadam za takimi miejscami, zawsze wolałam z dzieckiem pójść do parku czy na plac zabaw, w tych basenach kulkowych i na tych plastikowych zjeżdżalniach na pewno jest miliard bakterii w mm kwadratowym, niemal je widzę… Tam jakieś lampy odkażające powinny być, jak Boga kocham. No, ale co było zrobić. Trochę się zemściło na mnie to, że wcześniej właściwie tylko dwa czy trzy raz byliśmy w takim miejscu, bo mały latał tam jak w amoku. Nie zjadł ani tortu, ani ciasta, a pił „w locie”, jak mu podałam kubek pod nos. Oczywiście po 2 godzinach był ryk, że to już koniec. A nazajutrz, obudzony do przedszkola mały oświadczył, że chce na urodziny, a nie do przedszkola i był problem. Po przedszkolu zazwyczaj szliśmy na plac zabaw, tym razem znowu był ryk, że mamy iść na urodziny i do kolorowej rury… Nie było wyjścia i po paru dniach poszliśmy tam znowu, był piękny słoneczny dzień, więc chociaż nie było tłoku :D

Trzy i pół godziny. TRZY I PÓŁ GODZINY. Już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek stamtąd wyjdziemy. Mężydło przyniosło jedzenie z knajpy obok, żebyśmy jakoś przetrwali. Mały oczywiście ani jeść, ani pić, ani nic. Tylko skakał, biegał, zjeżdżał, tarzał się w kulkach, no wszystko co można. Wychodził z rykiem, co prawda, ale chyba się nasycił, bo na razie na temat kolorowej rury cisza…

 

Różne takie

18 lis

Trzeci tydzień siedzimy w domu. Tak bardzo bym już chciała, żeby sytuacja się unormowała – bo i my z mężem urywamy się z pracy, i mały opuszcza przedszkole, i nudzi mu się, marudzi, że chce na dwór i wcale mu się nie dziwię. Ja wiem, wszyscy mówili, o, przedszkole, to będzie chorował, moja siostra mówi – idzie zima, szykuj się i take tam. OK, OK, ale myślałam, że to jakoś z przerwami będzie! A tu jak na Wszystkich Świętych mały dostał znienacka gorączki, tak do tej pory ciągle coś się dzieje, z jednym dniem przerwy, o którym za chwilę. Najgorszy był ten poranek z wymiotami – nagle mały po obudzeniu się zaczął płakać i zaczęło nim szarpać. Biedak, nie wiedział, co się dzieje. Doktor stwierdziła, że to być może początki szkarlatyny, co i ja zdiagnozowałam wcześniej na podstawie wiedzy z internetu (jak większość ludzie chyba teraz…). Mały był czerwony na buzi, ale z bladym trójkątem przy ustach. No i dlatego dostał ten antybiotyk, tyle że prawie tydzień już bierze, niby jest OK, a tu wczoraj na wieczór stan podgorączkowy, no żesz kurna!

Właśnie to mnie najgorzej wkurza w tym chorowaniu, niby nic, niby dobrze, a tu nagle niespodzianka! I kolejny tydzień w plecy. Stary jak ma chorować to czuje, tu coś zaboli, gardło drapie, katar się zaczyna, można się przygotować. A u dziecka? Skacze, tańczy, śpiewa, okaz zdrowia po prostu, po czym w jednej chwili 40 stopni gorączki. I to zawsze w sobotę wieczorem.

A ten jeden wspomniany dzień to był 10. listopada. Jak teraz o nim myślę, to totalnie nierealny mi się wydaje! Mały wydawał się już zdrowy, więc poszedł do przedszkola, a ja z mężem mieliśmy wolne w pracy, oddane za 01.11. I co? I, kurna, poszliśmy do kina! Na przedpołudniowy seans, ha ha. A potem na obiad, super było! Wyrobiliśmy się z naszą „randką” do godziny 16, kiedy to trzeba było iść po dziecko do przedszkola :) Polecam wszystkim młodym rodzicom takie małe szaleństwo, czułam się niesamowicie, jakby czas się cofnął o 10 lat. Zwłaszcza, że włożyłam spódnicę i obcasy, tak niepraktyczne, jeśli jest się gdzieś z dzieckiem.

A wracając jeszcze do dziecka mojego kochanego. Rozśpiewał się ostatnio bardzo (na pewno coś mu umknęło przez te tygodnie w przedszkolu), śpiewa „Przedszkolaczka”, o którym już pisałam, „Sto lat” (bo co chwila któreś dziecko ma urodziny), a ostatnio „Kotki dwa”. Nawet siedząc na kibelku sobie podśpiewuje :)

I moim zdaniem rozwija się bardzo ładnie, lepiej wymawia słowa, nabywa nowych umiejętności. Od września nauczył się (prawie) sam ubierać i rozbierać, korzystać z toalety, jeść bez wielkiego rozchlapywania. Mało? Na to wygląda. Ostatnio przedszkolanka mnie zgasiła (jak mały jeszcze chodził). Że ona pisze opinię kwartalną (czy jak to się tam nazywa) i dziecko powinno liczyć do pięciu, a synek pomija trzy! Chryste Panie, no coś strasznego! Liczy jeden, dwa, cztery, pięć, no wiecie co, na takim etapie rozwoju to skandal! Ale to akurat pryszcz. Jeden dzień nauki w domu i mały liczy do dziesięciu. Żaden problem, ani dla mnie, ani dla niego. Bardziej mnie zmartwiło to, co jeszcze mówiła. Że mały jest nerwowy i ambitny i gdy mu coś nie wychodzi, strasznie się denerwuje i nie można się z nim wówczas dogadać. To akurat dobrze wiem i znam z domu. Tylko wstrząsnęło mną, jak babka powiedziała, że inne dzieci tak nie robię i moje dziecko odstaje od grupy. To zabolało. I zmartwiło mnie bardzo. Przedszkolanka poradziła wizytę u psychologa szkolnego. Bo gdy np. dzieci mają przebrać się na gimnastykę, to mały od razu płacze, bo wie, że nie zdąży się przebrać, a nie zdąży, bo nie trafi nogą w nogawkę i się wkurzy i rozhisteryzuje i wpadnie w panikę, bo inne dzieci już będą wychodzić z sali a on jeszcze nieprzebrany.

Wiem, że one (przedszkolanki) są tylko dwie, a dzieci dwadzieścioro parę. I nie ma czasu się każdym ekstra zająć. Z drugiej strony – to tylko trzylatki. Nie jest normalne, że się złoszczą i histeryzują? I nie zachowują się jak żołnierze w jednostce? To było bardzo przykre słuchać, że moje dziecko jako jedyne takie sprawia kłopoty. Bo wiem, że jak mu powiedzieć jasno i wyraźnie, że ma zdjąć czy włożyć spodnie, to on to zrobi i zwróci uwagę na właściwą nogawkę, tylko zajmie mu to trochę czasu. Czy to takie dziwne u trzylatka?

Na razie wizyta u psychologa się oddaliła, bo mały choruje i nie mam na to głowy. Ale temat pewnie wróci…

 

Wiedziałam, że tak będzie

02 paź

Wiedziała, kur…ka, że tak będzie. Że mężydło w delegacji, ja – pierwszy dzień do pracy, a mały w przeddzień usnął przed 22 dopiero, a zanim usnął, co 2 minuty czegoś chciał, krzyczał, płakał i się złościł (na przykład – drze się, że chce książeczkę do łóżka, ponieważ jest unieruchomiony przez te pieprzone ortezy, daję mu książeczkę, wychodzę z pokoju, po minucie słyszę, jak książeczka spada na podłogę – nie sama rzecz jasna – i słyszę kolejną prośbę o kolejną książeczkę lub o saksofonik lub o coś jeszcze innego; jeśli ignoruję krzyki małego, narastają nie do zniesienia). Na początku września zasypiał jak aniołek, wymęczony zapewne nowościami związanymi z przedszkolem, teraz tak nabiera wigoru wieczorami, że szlag mnie trafia, bo chciałabym w końcu usiąść z herbatą i nogami na ławie, a nie latać jak głupol do księciunia.

No więc wczoraj wieczorem było apogeum krzyków małego, że nie chce spać i mojego gderania, że ma już być cicho i że setny raz nie będę mu czytać „Kataru” Brzechwy. W końcu padł, zaraz potem ja, ale co z tego – 3 w nocy, słyszę, jak woła. Idę, poprawić kołderkę chce. 3:20 znowu coś. W końcu o 4 marudzi, że chce do mnie do łóżka. O tej porze zgadzam się na wszystko, nawet jakby chciał bombę atomową odpalić.  Ostatecznie usypia u mnie, ja wściekła przewracam się z boku na bok. Godzina 7 – budzik. Wstaję, mały nic. Zapalam światło, ubieram się. Mały nic. Oczywiście – śpi jak zabity, bo się nie wyspał. Budzę go, księciunio nie w humorze, płacze, histeryzuje, że nie chce do przedszkola, chce spać i chce bajkę.

Ja się już w środku gotuję, tłumaczę mu oczywiście, uspokajam etc. równocześnie ubieram siebie i jego. Zazwyczaj idzie to dobrze, mały się sam lubi ubierać, bo lubi się chwalić, co już umie zrobić. Zazwyczaj chętnie je rano kaszkę lub mleko z płatkami. Zazwyczaj jako tako myje zęby, szybko wkłada buty, kurtkę i idziemy. Ale nie dziś! Nie chce się ubierać, śniadania nie je, o zębach nie ma mowy, ryczy czerwony i zasmarkany. Ze strachem chcę mu zmierzyć temperaturę (jeszcze tego by mi brakowało), pierwszy raz muszę z nim walczyć, żeby włożyć termometr do ucha. Całe szczęście nic nie wyszło, nie ma zmiłuj, ciągnę małego na dwór. A ten całą drogę wyje „Nie ce do przeckola!!!”. Upociłam się jak górnik czy inny hutnik. W szatni masakry ciąg dalszy, potem ciągnięcie do sali, tam odrywanie go od siebie… Gorzej niż pierwszego września. Wyczuł skubaniec, że się spieszę, czy jak??!

Zamiast przewidzianych 40 minut cała operacja zajęła mi ponad godzinę, bez śniadania, bez kawy, pognałam na tramwaj.

Jakoś poszło. Ale nie lubię tak. Cały dzień się martwię, jak zostawiam synka płaczącego. Taki jakby niesmak, nieprzyjemne uczucie zostaje w człowieku. W głowie mam obrazek zapłakanego małego, więc wydaje się, że przez cały dzień będzie się tak zachowywał. Potem panie mi mówią, że się rozkręcił i było dobrze, ale…

Moja nowa praca wymaga ode mnie dużego skupienia i przyswojenia wielu szczegółowych informacji. Będę się zajmowała ekspozycją produktów mojej firmy w kilku punktach w mieście. Trzeba dokładać, porządkować, robić wyprzedaże i promocje, wprowadzać nowe serie według wytycznych. Podoba mi się to, ale muszę się jeszcze wiele nauczyć, ryki małego z samego rana nie nastrajają mnie zbyt dobrze, całe szczęście w końcu wraca mężydło i weźmie na siebie trochę tego stresu…

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

PS do poprzedniego wpisu

09 maj

Muszę oddać sprawiedliwość mojemu małemu potworowi. Nie całą, nie całą, spokojnie. Ale troszeczkę chyba tak, bo okazało się, że część tego przeokropnego marudzenia i dziamgolenia była spowodowana złym samopoczuciem. A mianowicie wczoraj mały obudził nas  o 6 rano kaszlem i świszczeniem przez zatkany nos, i płaczem do tego. Marudził tak do ósmej – ani nie spał, ani nie chciał wstać, ot, takie przepychanki w łóżku (bo oczywiście wpakował się do nas), kuksańce w plecy, płakanie, memłanie i maksymalne matki wkurzanie (bo mąż jakoś tak na skraju się ułożył i udawał, że jego cała ta akcja pt. jestem bardzo chory i biedny i muszę zwrócić na siebie maksymalną uwagę) nie dotyczy.

Czy trochę mniej się teraz złoszczę na to wijące się na podłodze rozhisteryzowane biedactwo (reakcja na odmowę kolejnego ciasteczka, reakcja na wyłączenie bajek po godzinie oglądania, reakcja na… na wszystko)? Trochę mniej, ale żebym aż tak bardzo skruszała, to nie powiem, bo nie uważam, żeby trochę kataru i czerwone gardełko było dobrym wyjaśnieniem na zachowanie typu ‚księciuniu, któremu wszystko się należy i któremu nic nie wolno kazać’.

Spokojnie, nie jestem matką-monstrum, byłam z małym u lekarza, żeby wykluczyć ewentualne ukryte schorzenie powodujące np. fizyczny ból przy ubieraniu bluzeczki. Albo przy siusianiu – bo mały odmawia sikania niemal przez cały dzień, a raz, gdy w końcu namówiłam go do siadu na toalecie, wygiął się w połowie akcji w łuk, że on już nie chce, obsikał mnie i podłogę, a sam walnął się głową w ścianę. Super!!! Zna ktoś patrona od cierpliwości? Bo muszę wznieść modły.

Doktor osłuchała, zajrzała w uszy i gardziel, pomacała brzuch i nic nie stwierdziła, prócz czerwonego gardła właśnie, ale chyba każdy by miał czerwone, jakby darł się przy osłuchiwaniu stetoskopem jak obdzierany ze skóry. Na wszelki wypadek dała skierowanie na mocz i krew. Już zbadaliśmy, wyniki dobre, odpada więc np. zapalenie pęcherza, tłumaczące niechęć do sikania. Jest niechęć, ale bez wytłumaczenia i tyle.

Daję więc małemu zalecony ibuprom, witaminę C i psikam w gardło czymś przeciwzapalnym i modlę się, by objawy choroby jak najszybciej minęły wraz z maruderstwem, bo jak katar minie, a maruderstwo nie, to… Boże, nie wiem, co ja wtedy zrobię!!!

 

PS

Zawsze jednak może być gorzej – moja siostra obecnie przebywa w szpitalu z dwójką swoich dzieci, wycieńczonych po mega – za przeproszeniem – sraczce i wymiotach. Kroplówkują je już od kilku dni, ech… Co to się może przyplątać. Siostra wczoraj mówi do mnie tak: Niech każdy, kto gada bezmyślnie, że dwójkę dzieci łatwiej się chowa, niech sobie wyobrazi, czym jest opieka nad taką dwójką, gdy zachoruje. Bo przy jednym to już koszmar.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Postępy (w swoim czasie)

02 paź

Chcąc rozwijać zdolności manualne małego dałam mu ciastolinę. Etap brania wszystkiego do buzi mamy już dawno za sobą, Bogu dzięki, ale widziałam, że ukradkiem tej ciastolinki spróbował, bo i pachnie ładnie. Wypluł chwilę potem z niesmakiem i nawet trochę coś tam lepił, ostatecznie jednak, gdy tylko zostawiłam go samego na kwadrans, rozkruszył całe dziadostwo po pokoju, tak że tylko odkurzacz dał radę w posprzątaniu tego.

Staram się małemu urozmaicić siedzenie w domu (jakby się czymś zajął, to i matka by skorzystali…), tak więc prócz tej ciastoliny kredki mu daję, ale większość już połamał. Trochę rysuje, ale to chyba jeszcze nie ten etap. Siostra mówi dawać kredki, dawać, bo zapisała teraz swoją trzylatkę do przedszkola i widzi, że jedne dzieci całą kartkę dokładnie i zamaszyście zamażą, a inne postawią pięć kropek i na tym kończą dzieło sztuki. Nie jestem pewna, czy jest to dowód na to, że te pierwsze dziatki już w łonie mamy miały swoje flamasterki, a te drugie bidule nie wiedzą, co to takiego ta kredka. Po prostu dzieci różnie podchodzą do różnych zadań, wg mnie. (Poza tym może te kropki będą kiedyś warte fortunę, kto wie?).

Coś Wam zacytuję: „W latach sześćdziesiątych szwajcarski psycholog Jean Piaget przyjechał do Stanów Zjednoczonych, aby propagować swoją teorię stadiów rozwoju u dzieci. Po niemal każdym odczycie ktoś z publiczności zadawał pytanie, które Piaget zaczął określać jako ‚pytanie amerykańskie’. Brzmiało tak: ‚Jak możemy przyspieszyć te stadia?’. Wtedy on odpowiadał: ‚Ale po co je przyspieszać?’. Jego zdaniem zbyt wczesne zmuszanie dzieci do opanowywania nowych zdolności nie było ani możliwe, ani pożądane. Uważał, że dzieci będą się rozwijać we własnym rytmie, napędzane własnymi siłami wewnętrznymi”. I tego się będę, kurka, trzymać.

Bo takie klocki na przykład. Mój mały klocków nie składa, najczęściej nimi po prostu rzuca. Widać nie bez kozery jest na opakowaniu napis 3+. Ale siostra się uparła, że klocki, że jej dzieci kochają, całymi dniami budują, składają, klocki i koniec. Kupiła mu, pokazywała, jak jeden sczepić  z drugim (tak jakbym ja mu nie pokazywała!). Mały popatrzył, popatrzył i sru! klockami przez pokój. A ja coraz mniej się przejmuję takimi akcjami. Widzę, że mały jest kumaty, ale też, że niełatwo poddaje się presji, hmm, tak to można eufemistycznie nazwać.

Synek lubi wymyślać własne zabawy i to takie, jakie mnie nie przyszłyby do głowy. Fascynuje go wszystko, co się kręci, swoje auta przewraca na bok lub do góry nogami, kręci kółkami i patrzy zafascynowany. Czasem układa coś na tych kręcących się kółkach i aż piszczy z uciechy, jak po kolei wszystko z nich spada. Taka zabawa! Latem największą frajdę miał z wodą – przelewanie, rozlewanie, chlapanie, nieważne, czy w swoim baseniku czy w deszczówce w wiadrze u dziadka na ogródku. Teraz szaleje z piłkami, chociaż złości go, że nie może wziąć wszystkich trzech na raz w ręce. Rzuca, kładzie się na nie, kopie, turla, cudem nic nie niszcząc w domu (odpukać). Ostatnio dostał balon w sklepie i też się na nim kładł, patrzyłam na to z trwogą, ukradkiem zatykając uszy, całe szczęście balon skapitulował po cichu, zeszło z niego powietrze i mały z obrzydzeniem na twarzy kazał mi zabrać miękkie zwłoki… A jeszcze odnośnie piłek, to latem synek miał okazję znaleźć się w takim basenie piłkowym. Byłam pewna, że będzie się w nim tarzał jak szalony, bo robi tak na podłodze ze swoimi zabawkami, robiły tak zresztą wszystkie dzieci obok. Ale nie – mój mały metodycznie piłki te zbierał, próbował układać, jak najwięcej zmieścić w ręce i ani myślał zanurzyć się w piłową toń. Może naczytał się o milionach bakterii zamieszkujących takie piłkowe baseny? ;)

Z innych spraw: smoczek nadal w użyciu, nocnik nadal w odstawce. Tzn. z nocnikiem jest tak, że potrafi na nim siedzieć godzinami i oglądać bajki, ale jeśli chcę go posadzić w konkretnym celu zrobienia kupy (bo widzę, że się elegancko szykuje) są wrzaski, ucieczki i rzucania nocnikiem właśnie. Mam wrażenie, że każdemu innemu rodzicowi poszło lepiej z nauką korzystania z nocnika niż mnie. Generalnie małemu wisi czy ma pieluchę, czy majtki, czy sika na siebie, na podłogę czy w pampersa. Zachęta w postaci bajek zemściła się na mnie, bo kiedy pytam czy może kupka lub siusiu, mały odpowiada mi pytaniem: Papa? (czyli czy puszczę Świnkę Peppę) lub: Tede? (czy puszczę Sąsiadów), innymi słowy targuje się ze mną i obwieszcza, że proszę, na nocnik to on chętnie siądzie, ale tylko wtedy, gdy polecą bajki). Ostatnio siedział tak 3 godziny, po czym wstał, zostawił za sobą pusty nocnik, ale za to minutę później nalał na wykładzinę. To co usłyszał od wściekłej matki… Hmm… A kupę to on chce robić na stojąco i to bez mojego towarzystwa (wygania mnie z pokoju, wypycha), więc proszę bardzo, co mam robić, ręce opadają, do matury będzie chodził z pampersem i i zasypiał ze smokiem w gębie w łóżku.

Bo smok musi być przy zasypianiu i koniec, inaczej mieszkanie wypełnia tak żałosny płacz, z którego daje się wyłowić rozdzierające serce „mama!!!”, ryk, wrzask i histeria, że ani ja, ani mąż (bardziej wytrzymały i mniej empatyczny ode mnie) nie jesteśmy w stanie tego znieść. Gdy tylko młody mocno zaśnie, smoka zabieramy i potrafi bez niego spać do 5 rano i jest to na razie jedyny nasz sukces w tej sprawie.

No i co, mogę napominać, powtarzać, jak należy robić, ale zmusić nie jestem w stanie – ani mówić zdaniami, ani budować wieży z klocków, ani siusiania do nocnika (jedynie coś mogę w sprawie ze smoczkiem, ale zapraszam każdego, kto chce rzucić we mnie kamieniem – niech przyjdzie i posłucha, co się dzieje, gdy próbuję położyć spać synka z pustą buzią).

Postanawiam nie obwiniać się więcej, że moje dziecko coś jeszcze robi lub czegoś jeszcze nie opanowało, ja mogę mu dawać możliwości, a on może skorzystać z nich w swoim czasie.

PS

Cytat pochodzi z książki „W Paryżu dzieci nie grymaszą” Pameli Druckerman, którą obecnie pochłaniam i wkrótce na pewno opiszę wnioski i wrażenia :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nieustanna walka, czyli moje dziecko to wrzeszczący potwór zamieniający matkę we wrak człowieka

22 maj

Nie mam sił ani czasu, by zrobić porządny wpis. I jestem załamana. Sfrustrowana. Wściekła i bliska płaczu. Wypompowana psychicznie i zmęczona fizycznie.

Poprzednie histerie małego to był pikuś. Teraz dopiero się zaczęło być ciekawie… Od paru dni walczę z moim dzieckiem o wszystko. O to, by zjadł, a wcześniej usiadł w krzesełku, o to, by mu zmienić pieluchę, potem jest szarpanina z ubieraniem na dwór, następnie są wrzaski i kopanina przy wychodzeniu z domu, potem kotłujemy się przy wózku. Jeśli jakimś cudem uda się nam dotrzeć na plac zabaw, jest chwila normalności i mój syn zachowuje się po prostu jak dziecko; nawet obsypywanie się piaskiem czy ucieczki z placu jestem w stanie spokojnie znieść.

Zawsze jednak jest ten moment, gdy trzeba wrócić do domu albo zrobić zakupy. Kolejna walka przy wózku – żeby wsiadł. Poziom mojego stresu rośnie gwałtownie, bo wiem, co będzie dalej. Najlepsze zaczyna się na klatce, wrzask taki, że od razu boli mnie głowa, młody wije się, wierzga, kopie, nie chce stać, nie chce na ręce, nie chce iść, k…wa, nijak nie mogę sobie z nim poradzić. Muszę go wnieść na trzecie piętro, w tym czasie robi wszystko, by wyrwać mi się z rąk.

Po powrocie do domu jest wściekły i drze się nawet i godzinę. Jest to tak głośne i wkurzające, że zaczęłam stosować stopery do uszu. Wszędzie radzą, by przeczekać taki cyrk i nie zwracać uwagi. Trudno jednak olać pękające bębenki w uszach. Nie dociera do niego nic: ani że jest spragniony (dwie godziny w słońcu bez picia, bo nie), ani głodny, ani brudny (mycie rąk to czysty wrestling). Ja jestem wykończona psychicznie własnym nieradzeniem sobie z synem plus czuję normalne zmęczenie fizyczne – bo długi spacer był, bo zakupy, bo nosiłam gościa tu i tam i wniosłam na trzecie piętro. Muszę do toalety, chce mi się pić i jeść, marzę o kawie, ale jak mam to wszystko zrobić, kiedy ten rzuca się po meblach??? Przytulam, uspokajam, tłumaczę, a w środku chce mi się wyć. I też kopać, bić i wrzeszczeć.

Sytuacji na pewno nie ułatwia fakt, że próbuję wyeliminować smoczek. Ze smokiem mały był bardziej skory do współpracy, jednak boję się, że pokrzywi sobie zęby, zresztą strasznie się z nim ślini i postanowiłam sobie, że w drugi rok życia synek wejdzie z pustą buzią. Powiedzmy, że wrzaski dzienne mogę jakoś znieść, chociaż zauważyłam, że trzęsą mi się ręce jak alkoholikowi jakiemuś (widocznie nawet, gdy mam pokerową twarz, nerwy muszą się jakoś pokazać), gorzej z nocą. Młody nie uśnie bez smoczka w gębie, zresztą jakie: uśnie, nawet nie przyłoży głowy do poduszki. Zabieramy mu smoka, jak już śpi, ale po jakiejś godzinie budzi się z głośnym ciamkaniem i po chwili daje koncert a’la Vader. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie, że kiedyś nie będzie chciał smoczka i strasznie mnie to frustruje.

Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, było pięknie. Synek, gdy tylko widział, że się zbieram do wyjścia, sam leciał do drzwi, chwytał swoje buciki, potem wybiegał na klatkę, schodził grzecznie za rączkę po schodach. Widać było, jaką przyjemność mu to sprawiało i po prostu cieszył się, że wychodzimy na spacer. Cieszyłam się razem z nim. Zdarzało mu się nawet wracać w spokoju i samodzielnie, schodek po schodku. Teraz jest problem z ubieraniem, z wychodzeniem, z wchodzeniem, z jedzeniem, z kąpaniem, ze wszystkim!!! Chodzę z wielką kulą nerwów w gardle, jeśli wiecie, o co mi chodzi. Doszło do tego, że chciałabym, żeby padało przez tydzień, byle tylko mieć wymówkę i nie wychodzić z młodym z domu.

A odnośnie jedzenia – od czterech dni mały nie je obiadów, ot tak. Dostaje histerii, gdy tylko stawiam przed nim talerz i wszystko jedno, czy są to jego ukochane niegdyś racuszki z ricottą, rosołek z makaronem czy kotlecik. Z kolacją nie jest lepiej, dziś np. poszedł spać bez. Luzik – rano niemal na siłę zjadł trochę kaszki, potem z łaską Danonka i banana i to by było na tyle. Kur…ca mnie bierze, gdy to wszystko widzę.

To tyle na dziś z pola walki. Jak tak mają wyglądać słodkie chwile z dzieckiem w wieku przedszkolnym, to czarno widzę swoją kondycję psychofizyczną.

PS

Mąż znalazł taki linka, przez chwilę po przeczytaniu było mi lżej.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Histeria

25 kwi

No i proszę, wywołałam wilka z lasu. Ledwie napisałam, że jest OK, a tu wczoraj mały zrobił mi taką aferę, że przez całe popołudnie nie mogłam się uspokoić. Tak, ja, bo niestety może i umiem zachować kamienną twarz przed ludźmi, że oto dziecko się drze i wije na chodniku, ale ja, rozsądna matka, spokojnie czekam na zakończenie teatrzyku, w środku jednak gotuję się maksymalnie, ciśnienie mam przedzawałowe, a potem szum w uszach nie pozwala mi się na niczym skupić.

Histeryczna reakcja małego pojawiła się oczywiście w odpowiedzi na zakaz. Otóż mamy na osiedlu kawiarnię z miejscem zabaw dla dzieci i mały wiecznie mnie tam ciągnie, chociaż o tej porze roku wszystkie dzieci są na placu zabaw (z którego zresztą mały mi prysnął), do zabawy na wykładzinie trzeba zdjąć buty, no i mama musi coś zamówić. Dwa razy już tam siedziałam, z tym że za drugim razem w chwili, gdy stawiałam zamówioną kawę na stoliku mały jednak postanowił zarządzić odwrót i wybiegł mi w skarpetkach na zewnątrz. W efekcie musiałam synka zabawiać, w pośpiechu pić kawę, by wyjść z miejsca, do którego mnie na siłę zaciągnął.

Wczoraj nie pozwoliłam mu tam wejść. Efekt? Ryk na całą dzielnicę, smarki do pasa, bicie, kopanie, wyrywanie się, wściekłe rzucanie wszystkim, co mu dałam do ręki itp. itd. i tak przez GODZINĘ!!! Zabrałam go do domu, wył całą drogę, rzucał się w wózku tak, że myślałam, że go rozwali, potem na 3. piętro musiałam księciunia wnieść i siłować się z nim, żeby mi się nie wyrwał, następnie w domu był jeden wielki ryk, spazmy, niełapanie powietrza, zachrypnięcie od wrzasku, tzw. zanoszenie się płaczem, k…, myślałam już, że to jakiś atak. Nic nie pomagało, a jeśli już, to na minutę, po czym wszystko zaczynało się od nowa. Naprawdę myślałam, że oszaleję.

K…, nie wiem, co robić. W poradnikach radzą z dzieckiem rozmawiać, tłumaczyć etc. Jak mam to zrobić, kiedy dzieciak rycząc jest w innym świecie, nic do niego nie dociera, pomijając już, że mnie nie rozumie, tj. nie rozumie znaczenia słów.

Z tego, co obserwuję, dzieci w jego wieku siedzą w piaskownicy z łopatką, a ich mamy plotkują na ławce. Mój nie usiedzi na miejscu dłużej niż kwadrans, zaraz gdzieś mnie ciągnie, no i urządza te swoje histerie o byle g… Na poważnie zaczęłam się zastanawiać, co jest z nim nie tak?? Albo to ja aż tak się nie nadaję na matkę?

Jestem zła, że nie umiem zapanować nad synem i nad sobą. I żałuję, że dziś nie pada deszcz, bo w ładną pogodę wypada wyjść na dwór…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS