RSS
 

Notki z tagiem ‘choroba’

Ni z tego, ni z owego – szpital

12 lis

No, niestety. Zaczęło się gorączką trudną do zbicia, lekarka zleciła badania: morfologię i CRP, no i się zaczęło… Wezwali nas do przychodni w sprawie wyniku, okazało się, że morfologia wyszła średnio, a CRP to już w ogóle: 160 (norma to 0-5). I z przychodni wyszliśmy już ze skierowaniem do szpitala. Pierwsza reakcja: szok. No, ale co było robić, zgł0siliśmy się na oddział. Podczas wypisywania papierów widzę po małym, że znowu rośnie mu temperatura. Mówię to lekarzowi, a on na to: ma pani jakiś ibuprom przy sobie? Bo my mamy tylko czopki.

Zamurowało mnie, ale leki całe szczęście mieliśmy przy sobie. I przy kolejnym skoku temperatury też podałam swój lek i jeszcze musiałam udowadniać na swoim (sic!) termometrze, że temperatura jest podwyższona, bo na tym ichnim, bezdotykowym, to za przeproszeniem, gówno widać. Nie wiem, jak bardzo trzeba być rozpalonym, żeby taki termometr pokazał jakiś wzrost. Usłyszałam też głupotę w stylu: bo on jest przykryty, dlatego ma wyższą temperaturę… W każdym razie musiałam przypilnować, żeby do karty wpisano podanie leku, bo bałam się zdublowania. Bo zdarzyło się, że gdy wyszłam do toalety, podawano małemu jakieś leki.

Mało komedii? To proszę – lekarz powiedział, że trzeba wykonać zdjęcie płuc, ale równocześnie stwierdził, że jeden aparat RTG jest nieczynny od 2 tygodni, a drugi zepsuł się dziś.

Dwa dni czekaliśmy na wykonanie zdjęcia i w tym czasie usłyszałam teksty w stylu: Po co naświetlać dziecko itp., kiedy naciskałam, by to zdjęcie zrobić po prostu gdzie indziej.

Lekarka prowadząca upierała się, że to angina przy równoczesnym stwierdzeniu laryngolog w tymże szpitalu, że gardło jest blade, a migdałki, cytuję: nieobłożone.

Coś do karty trzeba było wpisać, w wypisie mamy nieokreślone zapalenie migdałków, gdzie najważniejszym słowem jest „nieokreślone”. Faktem jest, że ani posiewy, ani USG brzucha, ani to nieszczęsne zdjęcie RTG nic nie wykazało. I dzięki Bogu, bo na dzień dobry lekarz nas „pocieszył”, że przy takim CRP na początku trzeba wykluczyć sepsę i opony. Super.

Never ever, chciałoby się powiedzieć. Antybiotyk zadziałał, wróciliśmy do domu. Jedyne co, to chciałabym panią dietetyk od menu szpitalnego poczęstować szpinakową breją bez szczypty soli i zupą, uwaga, grysikową o smaku żadnym, a do popicia kawą inką o smaku brudnej wody – smacznego!!!

PS

Płaciłam za łóżko w szpitalu 30 zł/doba 8-O . Parking również był płatny. Szpital musi zarabiać, jak widać. Ministerstwo zdrowia ma inne priorytety, np. kampanię o rozmnażaniu jak Bogu ducha winne króliki. Szlag mnie trafia!! Rozmnażajcie się, ale nie mamy ibupromu w szpitalu dla waszych dzieci!! Sorry! Taki mamy zaje…ty kraj, kolorowe kampanie, a tak naprawdę syf i dziadostwo.

PS 2

Wiecie, jaka była istotna informacja przy przyjmowaniu sześciolatka na oddział? Czy i jak długo był karmiony piersią. Żałuję, że w stresie nie przyszło mi do głowy zapytać, jakie to ma w tej chwili znaczenie??

 

Rumień i smog

24 lut

Zgłoszono przypadki rumienia zakaźnego – taka informacja pojawiła się u małego w przedszkolu. Zamieszczono też plastyczny opis objawów, że dziecko wygląda, jakby mu wymierzono „dwa siarczyste policzki”, a na kończynach wysypka układa się „girladowato”, cokolwiek to może oznaczać (że niby się wije na nogach??). Od wywieszenia kartki minęły trzy dni i mały dostał czerwonych polików. Lekarka stwierdziła, że to co syn ma na twarzy nie wygląda jak typowy rumień, ale zaraz też dodała, że ta choroba ma to do siebie, że często przebiega nietypowo… Tak czy siak mały musi siedzieć w domu, a my – ja i mężydło na zmianę – razem z nim. A lekarka chyba w złą chwilę wspomniała o nietypowych objawach, bo chociaż zazwyczaj są to: stan podgorączkowy i ból gardła jak przy przeziębieniu, u nas nic takiego nie wystąpiło, w zamian za to była sraczka (rozwolnienie znaczy…) i wymioty w nocy. Dlaczego wymioty ZAWSZE pojawiają się w nocy, kiedy to dom cichnie i człowiek zadowolony, że wszystko z dzieckiem OK, kładzie się do wyrka? Mały wymiotował w swoim życiu kilka razy i zawsze była to pora jakoś tak po północy. Super. Tym razem zdążyłam z miską, chociaż mały sprawy mi nie ułatwił; zamiast powiedzieć, że mu niedobrze, stwierdził, że… boli go szyja. Hmm…

Mieliśmy tu we Wrocławiu ostatnio kiepskie powietrze, o czym dowiedziałam się z tablicy na przystanku i poczułam się… bardzo źle…

Ale pogoda była za to naprawdę wiosennie przyjemna, toteż po południu, gdy odbierałam małego z przedszkola, spytałam, czy byli na dworze. Och, co za głupia nieświadoma matka! Mamy wszak XXI wiek i gdy na przystanku jest komunikat o złym stanie powietrza, wiadomym jest, że wtedy dzieci siedzą w przedszkolu w czterech ścianach, bo przedszkolanki mają zakaz od władz miasta na ich wyprowadzanie. Poczułam się przez chwilę jak w jakiejś Hieroszimie, kiedy pani pokazała mi na przedszkolnym korytarzu wywieszkę:

Po prostu super, dziękuję Wam wszystkim, palącym w piecach paletami, workami i innymi śmieciami, dzięki Wam moje dziecko nie przeziębi się nieupilnowane przez panią przedszkolankę na dworze, bo na ten dwór po prostu nie wyjdzie. Za to złapie wirusa rumienia zakaźnego, mającego się świetnie w niewietrzonych salach.  :-|

 

Nowy rok

08 sty

Zaczął się kolejny rok, a jego początek świętowaliśmy na hucznym balu sylwestrowym, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się dwa dni wcześniej. Jakoś tak zgadaliśmy się ze znajomymi, że mają wolne miejsca przy stoliku, a my nie mamy żadnych planów. Z pewnymi wyrzutami sumienia podrzuciliśmy małego moim rodzicom i wystrojeni w cekiny (ja) i szpilki (ja), pojechaliśmy do restauracji. Było fajnie, mimo średniego jedzenia i nieprzemyślanej muzyki. Sama w pół godziny ułożyłabym taka listę hitów, że goście nie usiedliby ani na moment, niestety para, która puszczała piosenki – bo daleko im było do didżejowania – uznała, że świetnym pomysłem jest totalny mix nastrojów i gatunków muzycznych, na zasadzie – chyba – „dla każdego coś miłego, co trzy minuty co innego”. Tak więc po Abbie poleciał dr Alban, następnie Krawczyk, po nim jakieś techno, od razu „Jesteś szalona” i tak dalej, to było straszne po prostu. Ale z mężydłem mamy na to sposób! Przyjechaliśmy do domu po drugiej i jeszcze z godzinę tańczyliśmy sobie do wszystkich tych hitów, jakich nam zabrakło na zabawie. Wariaci? Być może :)

Święta minęły fajnie, jak co roku rodzinnie i bez śniegu. Dzieciaki zostały obsypane prezentami, co zawsze wzbudza we mnie wątpliwości, czy nie za dużo tego dobrego. Mąż określił się dosadniej: za rok jeden prezent i koniec! To prawda, mały ma mnóstwo zabawek, a i tak najchętniej bawi się z nami w jakieś totalne wariactwa na łóżku typu „goni mnie potwór”, kończące się gilgotaniem pod kołdrą. Wiem, że najlepiej bawiłby się z drugim chłopcem w podobnym wieku i męczy mnie to, że nie zafundowałam mu brata i nie mam w planach takich „prezentów”, zresztą na „podobny wiek” już za późno. Kto ma więcej praw w takiej sytuacji? Matka, która nie chce mieć więcej dzieci czy dziecko, które chciałoby mieć w domu towarzysza zabaw? Złapałam się na tym, że jestem tak nastawiona na mojego syna, że o ewentualnym potomku myślę tylko w kategorii „kolegi do wspólnych zabaw”. A wiadomo, że to scenariusz totalnie nieprawdziwy, nie mający nic wspólnego z wrzeszczącym niemowlakiem i niewyspaną matką.

Zmieńmy temat: ze zdrowiem małego lepiej; ostatni antybiotyk brał w sierpniu – najpierw na lekką anginę, potem na wczasach na ucho. Od tamtej pory spokój i jest to chyba najdłuższy okres bezantybiotykowy odkąd mały poszedł do przedszkola (czyli od 2,5 roku). Jesienią był jedynie dwa razy lekko przeziębiony, a ostatnio uatrakcyjnił nam noc nagłymi wymiotami, ale nie zrobiły na nim jakiegoś większego wrażenia:

- Mamo, a dlaczego ja wymiotowałem?

- Nie wiem, synku.

- Mamo, a co to za zielone pudełko?

- …?

- Mamo, a czemu tak szybko do mnie biegłaś?

- …? Bo słyszałam, że wymiotujesz…

- Aha.

Chodzimy nadal do laryngolog i alergolog, ale chyba one same nie wiedzą, co dalej robić. Mały ma przewlekle zatkany nos. Z testów alergicznych na skórze nic nie wyszło, z krwi wyszedł słabo kot i kakao, za słabo, by dawać objaw zatkanego nosa, zwłaszcza, że nie mamy kota! Zrobiliśmy kolejne badania – wymaz z nosa i gardła, czekamy na wyniki. Mały był zachwycony kolejną wizytą w labie, nie ma co…

Ahoj.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Bilansik

11 sie

Mój synek to już pięciolatek. Banalnie dodam, że nie wiem, kiedy to zleciało! Normalnie skandal, szok, niedowierzanie.

Mały bilans zrobię, bo ani się obejrzę, a będzie się szykował do studniówki. Chyba że dobra zmiana zlikwiduje studniówkę, bo czemu by nie. Jezu, lepiej nic o dobrej zmianie już nie pisać, bo mi zamkną bloga ;)

Mały ma 113 cm wzrostu.

Waży 21 kg.

Rozmiar buta: 32.

Zna literki, cyferki, wymawia wszystko ładnie, ale lubi się pieścić i wtedy sepleni.

Jest towarzyski – bawi się chętnie z dziećmi w przedszkolu i z wszystkimi swoimi kuzynami i kuzynkami, a piszę o tym, bo jednak miewa swoje schizy. Np. idziemy dla odmiany do innego niż zazwyczaj parku, gdzie jest fajny plac zabaw i karuzela dla dzieci taka w starym stylu –  z końmi i karocami. Mały dwie godziny przesiedzi na ławce, bo na placu zabaw „nie chce, żeby były dzieci”, a do karuzeli nawet nie chciał podejść. Albo – kolejny raz zrobił nam numer z basenem, powtórka z zeszłego roku. Upał, nowy basen, zjeżdżalnia, o której mały non stop mówi. Jesteśmy na tym cholernym basenie i co? I siedzimy dwie godziny na kocu. Nie wejdzie do wody, nie pójdzie na zjeżdżalnię. Bo nie. No, trzymajcie mnie!

Ulubiona potrawa: mięso. Oprócz słodyczy oczywiście. Ale nawet przedszkolanki mówiły, że tak, jeśli chodzi o obiady, z małym nie ma problemu, mięsko zawsze sam chętnie zje, potem może ziemniaki, za to suróweczka Boże broń.

Sport: bardzo się stara na lekcjach pływania, dobrze kopie piłkę, lubi różne fikołki i wygłupy na łóżku lub trampolinie, ale totalnie ma w nosie rower czy hulajnogę. Coś tam trochę pojeździ, ale nie widzę tego zapału, co u innych dzieci, za którymi biegają sprintem przerażone matki.

Inne umiejętności: obsługa laptopa, tabletu – proszę bardzo. Wszystko, byleby leciały bajki. Lubi te naprawdę stare, nawet za mojego dzieciństwa one już były stare: Krecik, Bajki z mchu i paproci, Zaczarowany ołówek, Pomysłowy Dobromir, Sąsiedzi. Z nowych bajek: ani razu nie obejrzał Kaczora Donalda, ale owszem, Shrek, Epoka Lodowcowa itp. bardzo chętnie. A propos Epoki lodowcowej i opisanych wyżej schiz/fochów. Chcieliśmy wziąć małego do kina na najnowszą część, reklamowaliśmy na wszelkie sposoby: wielki ekran, krzesełka, światełka itp. Tak histeryzował, że nie chce, że odpuściliśmy, a poza tym złapał – tradycyjnie już w upały – anginę. Właśnie skończyliśmy antybiotyk, w tym roku chyba trzeci. A są dzieci, które w jego wieku mają za sobą w ogóle max jeden antybiotyk; bardzo nad tym ubolewam.

Chorowanie małego to największa moja bolączka, największy stres i nerwy. Mam nadzieję, że za rok, na podsumowania sześciolatka będę mogła napisać – przestał chorować!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Czas leci

04 kwi

Już wiosna! Którą niestety witamy choroba… Trzęsłam się ostatnio nad małym, gdy byliśmy na dworze, bo wiadomo – pierwsze słońce, niby gorąco, ale jednak a to zawieje zimny wiatr, a to w cieniu już nie taki upał, więc na przemian go ubierałam i rozbierałam, ale nie udało mi się uniknąć zaziębienia. Dostał gorączki, smarka. NIENAWIDZĘ TEGO KOMBINOWANIA, KTO IDZIE DO PRACY, A KTO MA NIEFAJNĄ ROZMOWĘ Z SZEFEM, TEGO UCZUCIA, ŻE POWINNAM SIĘ ROZDWOIĆ I RÓWNOCZEŚNIE BYĆ W DOMU Z CHORYM DZIECKIEM ORAZ W PRACY, BO TAM TEŻ JESTEM POTRZEBNA. Nie cierpię odwoływać tego, co już ustalone, a więc nagle zgłaszać szefowej, że z planów nici, bo idę na L4. ZNOWU!!! Żeby to jeszcze było raz na pół roku… Sama jestem od tego kombinowania chora, bo obowiązkowość mam we krwi.

Fakt, że od operacji jest lepiej. Ale jednak już zaliczyliśmy jedną anginę, jedną infekcję ze sztywną szyją (sic! Mały nie ruszał w ogóle głową przez 3 dni), no i teraz to nie wiadomo co (jutro lekarz powie chyba).

Żeby nie było, że tylko samo zło nas spotyka – udało mi się w ostatnim czasie w końcu zrobić dwie rzeczy, o których myślałam już od bardzo dawna (że trzeba je zrobić). Nie robię nigdy postanowień noworocznych, ale miałam po prostu od długiego czasu w tyle głowy dwie sprawy: zapisać się na jakieś ćwiczenia i zapisać małego na lekcje pływania. No i chodzę raz w tygodniu a to na jogę, a to na streching – różne zajęcia, zależy po prostu który wieczór mam wolny i wtedy idę. Nie chce mi się wychodzić z domu, fakt. obce miejsce, obcy ludzie. Musiałam się przełamać. Ale już w trakcie ćwiczeń cieszę się, że robię coś dla siebie. Mało takich rzeczy jest. Bo sprzątam dla wszystkich, zakupy robię dla wszystkich, pamiętając, co kto lubi i obiad gotuję dla naszej trójki przecież, więc rzadko jest to, co tylko ja lubię.

A pływanie? Super! Najpierw byłam załamana. Naiwnie sądziłam, że na taki kurs można się po prostu zapisać w każdym momencie. Okazało się, że większość basenów ( w tym ten najbliżej nas) ma semestry niczym szkoła: od września do stycznia i od lutego do czerwca. I ja, chcąc się zapisać w marcu byłam jak ktoś, kto chce kupić narty latem albo śliwki wędzone w innym czasie niż bożonarodzeniowy (tak jakby nie można było mieć ochoty na schab z wędzoną śliwką w lutym czy sierpniu…). No, ale poszperałam, podzwoniłam i znalazłam mały basen z wolnym miejscem. Nie tak blisko, jak chciałam, no i kurs już trwał, ale co tam. Powiedzmy, że przymknęłam oko na utrudnienia (co dla mnie samo w sobie było bardzo trudne…).

Z duszą na ramieniu (oboje) poszliśmy. Ja się bałam, bo mały to mały. Przez rok namawiany na rowerek konsekwentnie odmawiał (aż z rowerka wyrósł). Zawieziony zimą w góry na sanki (żeby dziecko miało super fun na śniegu przecież!) przez godzinę nie chciał na tych sankach usiąść, a co dopiero zjechać. To rok temu. W tym roku, gdy byliśmy w górach, wszystkie dzieci piszczały z uciechy na pontonach ciągniętych pod górę przez wyciąg i puszczanych w dół szeroką rynną. Mały zaparł się i koniec. Powiedział, że chce na spacerek, zamiast frajdy w pontonie. O matko i córko! Na wyciąg z podgrzewaną kanapą zawlekliśmy go siłą, dosłownie, ja za jedną rękę, mąż za drugą i hop! Dopiero gdy już siedział i jechał, powiedział, że fajnie. No więc widzicie, że miałam obawy, że lekcję pływania przesiedzi na ławce. Ale urabiałam go przez tydzień, że będzie fajnie (ale ja nie chcę!), że dzieci będą (nie chcę dzieci!), że się popluska (nie chcę pluskać!). Poszłam też w przekupstwo (dam Ci ciastko, bułeczkę, czekoladkę po basenie) oraz w nakazy (masz słuchać pana, tak jak pani w przedszkolu!). Wszystko, żeby tylko uniknąć siary, bo w końcu wcisnęła mnie babka na ten kurs i jeszcze zapewniłam ją, że dziecko lubi wodę. I wiecie co? Udało się! Już na miejscu musiałam tylko obiecać, że nie będziemy suszyć głowy suszarką (widział poprzednią grupę w szatni) i mały po prostu wlazł do wody i bez szemrania i z uśmiechem robił wszystko, co mówił pan instruktor! A po zajęciach płacze. Pytam, o co chodzi, a ten mówi: ja chcę jeszcze pływać!! Mamo, przyjdziemy tu jeszcze?

Jednak matka wie, co dla dziecka dobre, czułam gdzieś głęboko, że basen może chwycić. I miałam ogromną nadzieję, że nie opuścimy żadnej lekcji z powodu choroby. I masz babo placek.

 

Tonsillotomia i adenotomia*… czyli bójcie się migdałki!

16 lut

O operacji (zabiegu):

1. Dzień wcześniej musiałam się ja i mały wymyć płynem odkażającym. Ja też, bo spaliśmy razem w jednym łóżku. Takie było tłumaczenie, hmm… Łazienka szpitalna średnio nadaje się do kąpania dziecka, bo wspaniali pacjenci traktują ją jak palarnię, ale z troski o płuca innych zostawiają otwarte okno. W efekcie śmierdzi papierosami oraz jest zimno. Super.

2. O 6 rano pobudka. Mały dostał szpitalną piżamę jakieś pięć rozmiarów za dużą. W tejże piżamie miał iść na blok po plastry. Idę z nim korytarzem i słyszę: Mamo! Ale ja jestem goły!! Patrzę, faktycznie, spodnie opadły mu do kostek… Wyglądał jak dziecko wojny w tej podartej piżamce w sprane paski, z podwiniętymi rękawami i nogawkami, dodatkowo wsadziłam mu bluzę w spodnie, żeby ich nie zgubił…

3. Na bloku w zgięciu łokcia i na wierzchu dłoni mały dostał maść przeciwbólową i na to przezroczysty plaster. Bardzo mu się to podobało, Wracamy do sali,

4 Pielęgniarka przynosi tzw. premedykację, głupiego Jasia po ludzku mówiąc. Mały po kwadransie pęka ze śmiechu. Wszystko go śmieszy, wiecie, jak wygląda pijany gość, udający, że jest trzeźwy, ale parskający śmiechem na widok byle czego? No, to tak to wyglądało. Mnie tam do śmiechu nie było. Wcześniej jeszcze pielęgniarka zaaplikowała czopek paracetamolowy. Chciałam, żeby to było dobrze zrobione, więc zostawiłam sprawę osobie, która to robi rutynowo. Jak się potem okazało, rutyna zawodzi.

5. Mały na łóżku jedzie na blok operacyjny. Tam mam mu dać buzi i sobie iść. Mam wrócić po kwadransie. Trudny moment.

6. Oczywiście po 15 minutach idę pod blok. Z daleka słyszę płacz małego. Wpuszczają mnie, a tam sajgon! Nie mogą w trójkę utrzymać mojego dziecka na łóżku! Scena jak z „Egzorcysty”. Mały rzuca się, wrzeszczy, prawie spada na podłogę, plącze rurkę z kroplówką, wszystko brudzi krwią. Patrzy błędnym wzrokiem, nie widzi mnie, nie słyszy, zachowuje się jak ranne zwierzę. „Niech pani go trzyma, bo sobie głowę rozbije” – słyszę. Nagle z nogawki wylatuje nietknięty czopek. Hmm… Robię uwagę, że dziecko nie ma środka przeciwbólowego.

7. Takiego wrzeszczącego wiozą na salę. Oczywiście tak wystraszył następnego w kolejce chłopca z naszej sali, że ten zaczyna płakać. Szał trwa jeszcze jakiś kwadrans. Mały dostaje kolejny czopek. Wenflon się zatkał, rezygnujemy z kroplówki nawilżającej. Niemal kładę się na synku, żeby przestał się miotać. W końcu usypia i śpi 5 godzin.

8. Po przebudzeniu z małym jest OK. Z nieprzyjemnych rzeczy pamięta jedynie wkłuwanie wenflonu. Nie pluje krwią, na co przyszykowano mi nerkę, mało go boli, ale dostaje paracetamol. Zjada trochę serka homogenizowanego i idzie spać.

9. Rano nas wypisują.

Jak na razie jest dobrze, mały przestał oddychać jak Vader, w nocy sprawdzam, co tak cicho :) Za parę dni mamy kontrolę u laryngolog, ciekawe, jak oceni efekty. Ja widzę, że synek lepiej oddycha, chociaż z przyzwyczajenia ma półotwartą buzię jeszcze. No i na pewno lepiej słyszy, gdy podnoszę rolety, zatyka sobie uszy! :)

Niech mi teraz ktoś powie, jak to wyglądało kiedyś, kiedy rodzicom dziecka przebywającego w szpitalu wolno było jedynie je odwiedzić na chwilę. Kto pilnował, żeby dziecko zjadło, nie spadło z łóżka, żeby się nie bało i nie stresowało? Moja mama wspominała, że wręcz wyganiano rodziców ze szpitala. A teraz? Niech pani trzyma dziecko, niech pani pilnuje, żeby leżało na boku i wypluwało w nerkę, niech pani umyje dziecko, przebierze, przyprowadzi na blok, odbierze, weźmie do toalety, nie może pani po operacji zostawić dziecka samego, proszę obserwować i wołać w razie czego. Nie mieści mi się w głowie, by czteroletnie dziecko zostawić na oddziale samo! Nie chce mi się nawet myśleć, jak to kiedyś wyglądało.

* przycięcie migdałów bocznych i wycięcie środkowego

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Początek roku

15 sty

Chciałoby się z optymizmem wejść w nowy rok, nawet – ODPUKAĆ W PUSTE, NIEMALOWANE I JESZCZE W NIE WIEM CO – jako tako jesteśmy zdrowi. Mały dotrwał do dzisiejszego dnia – a bardzo się obawiałam, że się nie uda – i świetnie się bawił na balu karnawałowym. Uwielbia tańczyć, skacze do każdej muzyki, ostatnio zachwycony oglądał z babcią „Jaka to melodia” (mama jakoś nieszczególnie jest fanką), więc nie dziwię się, że dziś w emocjach opowiadał: „Mamo, ja tańczyłem cały czas! Kręciłem się w kółeczko, o tak! (pokazuje, pokazywał też babci przez telefon…) Pan grał na klawiszach!”. Nie wnikałam, jakiż to zespół wynajęło przedszkole, ale mały podśpiewywał wieczorem „Będzie, będzie zabawa, będzie się działo…”, więc to chyba jakaś kapela weselna sobie dorabia…

Zaliczyliśmy dziś tez wizytę kontrolną u laryngologa. Nie ma złudzeń, lekarz był nowy i nie znał dokładnie całej historii małego (czyli zapalenie ucha na przemian z anginą i w koło Macieju), ale ledwo zajrzał mu w gardło, od razu powiedział bez ogródek – wszystko do wycięcia, nie ma co zwlekać, takich migdałów nie wyleczy się niczym. Zmienił nam skierowanie z wycięcia jednego migdała na usunięcie wszystkich. Masakra, jak dla mnie. Boję się powikłań i bólu u synka, ale nie ma wyjścia, jak widać. Jeszcze miesiąc z hakiem. Jeszcze wcześniej jedna wizyta u poprzedniej doktor, czy na pewno to jedyne wyjście. Chciałabym być już po. Z niechrapiącym dzieckiem, z zamkniętą buzią. Z mniejszym moim strachem, czy już jest chory, czy jeszcze jednak nie, jeszcze ten dzień funkcjonujemy normalnie.

Z pozytywnych rzeczy jeszcze – udało się nam być w tym roku kilka razy na sankach! To rzadkość w ostatnich latach, jak wiadomo. Nawet bałwana dało się ulepić.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Znowu chorzy

23 gru

Kolejny raz choroba u nas w domu. Jestem już tym bardzo zmęczona, zwłaszcza że to powtórka z zeszłego roku, kiedy do świąt też przygotowywałam się z kaszlem i bólem głowy. Mały na przełomie listopada i grudnia złapał infekcję gardła. Niby nic bardzo złego, ale miał też stany podgorączkowe, więc po kilku dniach lekarka nakazała zbadać CRP. Wyszło prawie 70 przy normie do 2… No to antybiotyk poszedł w ruch. Po skończonej kuracji mały poszedł do przedszkola na 5 dni (całe 5!) i zaczęło się zapalenie ucha. Tyle że zdążył zaliczyć wizytę Mikołaja w przedszkolu. Ale ominęły go dwa wyjścia do teatru, jasełka, kiermasz świąteczny… To mnie bardzo boli, to dodatkowa strata, oprócz choroby, leków, nieprzyjemnych badań jeszcze to, że sporo fajnych rzeczy w przedszkolu mu umyka. Doszło do tego, że moje dziecko jęczące dotąd, że nie chce do przedszkola, teraz mnie prosi, żeby go tam zaprowadzić… Albo chociaż na plac zabaw, mamo… Serce mi się kraje.

Jak na zbawienie czekam na ten zabieg w lutym. Na razie jesteśmy zapisani na wycięcie trzeciego migdała, ale laryngolog mówi, że chyba trzeba zlikwidować też boczne. Oboje jesteśmy z mężem źli, że czekaliśmy tak długo. Lekarka nas uspokajała, że możemy czekać na ten lutowy termin, ale jakbym wiedziała, jak będzie, poszlibyśmy załatwić sprawę prywatnie już we wrześniu. Zabieg zawsze jest konieczny do przeprowadzenia, kiedy dziecko głuchnie, u nas tego nie ma, ale za to non stop tony leków, krople, syropy, zawiesiny… Już drugi tydzień leczymy małego bez antybiotyku, a to wiąże się z ciągłą kontrolą, czy się stan nie pogarsza, byliśmy już 4 razy u lekarza. Dodatkowo my się zarażamy od syna. Ja kaszlę tak, że mało płuc nie wypluję, męża łamie w kościach. W dodatku ta wiosna za oknem… Zero świątecznej atmosfery :( 

Mam nadzieję, że naprawdę po tym zabiegu się odmieni, trzymajcie kciuki. I wszystkiego dobrego na świąteczne dni!

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Jak nie urok, to sraczka albo szycie na żywca

21 paź

No nie da się inaczej tego nazwać – kiedy po pierwszych paru dniach w przedszkolu mały złapał anginę, po dwóch tygodniach chorowania poszedł do przedszkola, pochodził 3 dni i wrócił z gorączką, to pierwszy zdrowy weekend chcieliśmy uczcić po prostu siedząc na placu zabaw i łapiąc ostatki letniego słońca. Bo te wszystkie fajne ciepłe dni września siedzieliśmy w domu jak stare dziadki.

Mały bawił się w skakanie z ogrodzenia z kołków na piasek. Niestety dołączyła do niego jakaś dziewczynka. Gdybym ja to widziała, wzmogłabym czujność, jak Boga kocham, bo już nieraz się przekonałam, że takie dziewczynki na placach zabaw to często lubią popchnąć, szarpnąć, wepchać się w kolejkę do zjeżdżalni, wyrwać łopatkę z ręki etc. Przepraszam wszystkich rodziców dziewczynek, ale takie są moje obserwacje. No, ale synka pilnował tatuś. Ja siedziałam kawałek dalej na ławce z gazetką, no po prostu luksus! I co? I po chwili słyszę ryk małego, leci do mnie z wrzaskiem, za nim przestraszone mężydło. Okazało się, że dziewuszka straciła równowagę i spadając z tych kołków pociągnęła małego ze sobą. Wpadli na jakieś krzaczki – niby nic. Ona się obtarła trochę, za to mały rozciął rękę, dłoń w zasadzie. Jak można rozciąć dłoń upadając z wysokości metra na krzaczek – nie wiem, jest to dla nas zagadką jak dotąd, ale wyglądało to paskudnie, jak przecięcie żyletką. No i zaczęła się akcja, trzeba było jechać na chirurgię dziecięcą. Tam swoje odczekać. Mały wyje, ręki nie da dotknąć. W końcu wchodzimy do sali.

Lekarka stwierdziła, że trzeba szyć i że będzie szyła – uwaga – na żywca. Bo znieczulenie też boli i trzeba czekać, a tu myk, myk i zszyje. Zanim zdążyliśmy dobrze pomyśleć, posadziła małego na taborecie na kółkach (sic!), rękę położyła na leżance i dalejże do dzieła. Synka trzymał mąż, ja i pielęgniarka, a lekarka i tak się mocno dziwiła, jakie dziecko silne i się wyrywa. No żesz kurna! Ciekawe, czy sama by tak dała sobie w ranie grzebać! Nie wspomnę, że taborecik na kółkach nie ułatwiał sprawy, co za durny pomysł, sadzać na nim wyrywające się dziecko! Ale takie refleksje to doszły do mnie później, mądry Polak po szkodzie i takie tam…

Mały darł się tak, że myślałam, że po wyjściu z gabinetu poczekalnia będzie pusta, bo wszyscy uciekną. Na koniec dostał opatrunek, receptę na maść i tyle. Dalej nie było wiele łatwiej, bo za maścią trzeba było trochę pojeździć, a następnego dnia już w ogóle zgłupieliśmy, bo mały dostał prawie 40 stopni gorączki. No i pojechaliśmy z powrotem na tę chirurgię, bo to niedziela była.

Lekarz nie stwierdził widocznego zakażenia, ale dał antybiotyk (niestety, kolejny w tym roku) i kazał się w poniedziałek zarejestrować na wtorek, koniecznie osobiście, bo dodzwonić się nie sposób i jeszcze prócz tego przebadać małego pediatrycznie. No więc oczywiście wszystkie plany poniedziałkowe wzięły w łeb, ja musiałam wstać po szóstej, żeby lecieć małego rejestrować, mąż za to poszedł z nim do pediatry. Która nic nie stwierdziła, więc gorączka wzięła się po prostu z powietrza? Bo chirurg upierał się, że na pewno nie z rany. No OK, pediatra mówiła, że to jednak raczej reakcja na ranę. Chętnie posadziłabym takich dwóch lekarzy, co mają odmienne opinie, w jednej sali i niech dyskutują.

W rejestracji do poradni chirurgicznej zapachniało mi Bareją. Była 7:50, podeszłam do kontuaru, ale odgoniono mnie tekstem, że rejestracja od 8. OK, wybiła 8, podchodzę. Pańcia dwa razy kliknęła myszką, po czym rzecze: system się zawiesił, nie mogę rejestrować, proszę przyjść jutro. I TYLE. Koniec. Co miała zamiar robić przez resztę dnia, nie wiem. Ani słowa o tym, że może zaraz się naprawi, przyjdzie informatyk czy co. Ręce mi opadły.

Następnego dnia system był w porządku, dzięki Bogu, zarejestrowałam małego i zajęłam kolejkę. I obserwowałam, co dzieje się takiego w rejestracji, że nie można się do niej dodzwonić. Otóż, nic takiego się nie dzieje. Panie są dwie. Jedna rejestruje, ale tak bez szału, bo jakichś tłumów nie było, druga przekłada papiery, czegoś szuka w segregatorze, podaje koperty panu doktorowi… A telefon dzwoni. A niech se dzwoni, co za problem dojechać na 8 z drugiego końca miasta przez najbardziej zatłoczony plac we Wrocławiu! Bo rzecz miała się na Klinikach, a żeby dojechać na Kliniki, w 90 % przypadków trzeba jechać przez Plac Grunwaldzki, położony w centrum życia studenckiego i nie tylko, dość dodać, że w tramwaju stałam na jednej nodze przylepiona do drzwi. W takich miejscach jak szpitale i poradnie przyszpitalne czas jakby się zatrzymał w latach 80., kiedy to właśnie trzeba było swoje odstać, pilnować, kto za kim itp. Pamiętam, że w dzieciństwie masę czasu spędzałam w poczekalniach, to była męczarnia dla dziecka. Czekać i czekać w dodatku na nic przyjemnego. Jaki problem było zapisać ludzi w zeszycie co kwadrans? Nie potrzeba do tego komputera czy innej tajemnej maszyny, jedynie odrobinę dobrej woli. Nie mam pojęcia, dlaczego tak było – i dlaczego w niektórych placówkach NFZ nadal tak jest.

No nic, ostatecznie wszystko skończyło się dobrze, mały pochodził kilka dni do przedszkola z opatrunkiem, potem – całe szczęście – pediatra wyjęła mu szew (nie musieliśmy się tłuc ekstra na chirurgię znowu) i na razie – odpukuję, spluwam i co tam jeszcze trzeba – jest dobrze. Oby jak najdłużej.

A w przedszkolu wywiesili kartkę „Uwaga wszawica”. Ha ha ha :) To też powrót do PRL…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

A czemu by nie angina w środku upalnego lata?

12 sie

Kiedy jest najlepsza pora, by dostać masakrycznie wysokiej gorączki i nie reagować na leki? Powiem Wam. Niedziela. Jak się jest samemu w domu z dzieckiem, bo mężydło wybyło na delegację wyjątkowo w weekend. Teraz piszę o tym spokojnie, ale w tę niedzielę, kiedy przez 3 godziny mały miał 39,9 i nic nie spadało ani po paracetamolu, ani po ibupromie, sama myślałam, że zejdę na zawał. Niby tylko gorączka u dziecka, wielkie halo. Ale po lekach jeszcze wzrosła, małemu dziwnie posiniały nogi (były normalnie niebieskie, zwłaszcza kolana) i dostał dreszczy. I płakał: moje oczy, moje oczy!!! Jezus Maria.

Teraz wiem, że zsinienie się w gorączce zdarza, że mogą boleć bardzo oczodoły i że dreszcze to też norma. Ale wtedy zdecydowałam się zadzwonić na pogotowie. Przez pierwszą minutę w ogóle nie mogłam wydusić słowa, w końcu jakoś wydukałam, o co chodzi. Babka była rzeczowa i pomocna, poradziła jeszcze małego spróbować schłodzić wodą i jak nie spadnie gorączka, to dzwonić jeszcze raz. O zimnej kąpieli nie było mowy, samo wspomnienie o tym wywoływało histerię i ryk. Na siłę okładałam synka mokrymi pieluchami, a i tak się wyrywał i wrzeszczał „Zabraj to!!!!! Zabraj to!!!!!!”.

Ale pomogło, temperatura spadła o dwie dziesiąte. I nagle ktoś dzwoni. Kie licho, myślę? Nieznany numer? Wyobraźcie sobie, z pogotowia pani oddzwoniła z pytaniem, jak tam to dziecko. I podała mi numer do dyżurującego pediatry w szpitalu. Zadzwoniłam tam, lekarka bardzo rzeczowo mi poradziła, co dalej robić, zwiększyła dawki leków, wyjaśniła, ze czasem przy podawaniu leku temperatura nie osiągnęła jeszcze szczytu i dlatego może jeszcze wzrosnąć, mimo podania leku.

W końcu jako tako przetrwaliśmy do rana, potem oczywiście lekarz, antybiotyk i jeszcze walka z gorączką, ale już w miarę na spokojnie.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS