RSS
 

Notki z tagiem ‘cesarka’

Czas i zmiany

18 lip

Nie mam czasu ostatnio. Kiedy kolejny raz w minionych dniach wieczorem zastanawiałam się, dlaczego jest już 23, a ja nadal mam na desce do prasowania górę zmiętych rzeczy (na tarasie wiszą następne, coś to pranie za szybko schnie…), zlew zawalony, zabawki małego w każdym kącie, a przecież od siódmej jestem na nogach (i to dosłownie – do przedszkola z małym, na autobus, na tramwaj, w pracy też nie siedzę, z powrotem w odwrotnej kolejności: tramwaj, autobus, przedszkole), no więc, kiedy tak nad tym wszystkim dumałam, przypomniałam sobie, jak kiedyś wyglądał mój dzień z małym. Chyba nawet zamieściłam o tym wpis, a było to mniej więcej coś takiego: o 6 się obudził, trochę pierś plus mleko, usnął, po kwadransie znowu się obudził, nie chciał jeść, tylko się bawić, potem pierś, ale nic nie leciało, więc się darł, no to mleko, potem drzemka, potem pół godziny wycia, potem kupa, potem mleko… i tak dalej… Jak to się bardzo zmieniło, nagle mój bąbel chodzi do przedszkola, ma kolegów i koleżanki, rysuje, śpiewa, mówi wierszyki, uczy się pływać i negocjować (jeszcze jedna bajka!). A ja jestem pracującą mamą.

I wiecie co? Dobrze mi z tym. Jasne, chciałabym mieć w mieszkaniu jak w pudełeczku, bez kurzu i okruchów, bez odbitych rączek na lustrach, bez zaległości w praniu, prasowaniu i myciu okien. Zwłaszcza, że jestem z tych, którym to przeszkadza. Ale jest coś za coś i jeśli ceną za moje pracowanie jest taki a nie inny wygląd mieszkania, to ja na to idę. Bardzo bym nie chciała wrócić do czasów siedzenia z niemowlakiem w domu (czy też raczej powtórzyć je). Często myślę, jak to wtedy było, zwłaszcza, gdy obserwuję mamy z takimi maluchami. Te wózki, pampersy, smoczki, kocyki i specjalne butelki. Te płacze nie wiadomo z jakiego powodu. Te ząbkowania, sraczki i zaparcia. Ten OBEZWŁADNIAJĄCY LĘK – Jezu, czy coś mu jest???? Jezu, żeby główkę trzymać dobrze, Jezu, żeby nie spadł z kanapy, Jezu, żeby po szczepieniu nic nie wyskoczyło, Jezu, czy na pewno normalnie się rozwija? Czy nie ma skazy białkowej i uczulenia na gluten? A co z napięciem mięśniowym? Czy odpowiednio dużo je i pije, czy nie powinien już raczkować, czy nie za mało mówi i czy bioderka dobrze się wykształcą. Czy oddycha, czy dobrze leży, czy się nie udławi i czy nie weźmie do buzi czegoś trującego??

Nie chcę przechodzić tego wszystkiego drugi raz. Czy to egoizm? Czy to zły egoizm? A jeśli tak, to dlaczego powinnam go uciszyć i decydować się na drugą ciążę? Wbrew sobie? Może ktoś powie, że to paranoja i przesada, ale ja to mam, to siedzi we mnie i nie będę nagle udawać wyluzowanej, że jak z jednym poszło to i drugie się wychowa.

Bo oczywiście temat drugiego dziecka wraca. I za każdym razem razem czuję się podle. Bo widzę na twarzach ludzi, którym odpowiadam, wypisane hasło: skoro nie chce drugiego, to może nie chciała pierwszego i go nie kocha? Jak tak można, mieć jedno dziecko i nie pragnąć drugiego? Patologia!

Współczuję tym wszystkim kobietom, które nie chcą lub nie mogą mieć dzieci w ogóle. Te to dopiero mają się z czego tłumaczyć! Z tych znanych wspominają o tym J. Aniston czy M. Cielecka. Jak bardzo je to boli, te dociekania o macierzyństwo i to odmawianie im kobiecości, bo prawdziwa kobieta musi być matką, musi mieć dzieci (liczba mnoga nieprzypadkowa). 

Wracając do swojej sytuacji – ja argumentów na nie mam kilkanaście, ci, którzy mnie namawiają czy dopytują, argument maja jeden: powinno być drugie dziecko! Rodzeństwo! (Swoją drogą, ciekawe, czy po drugim ludzie dają już spokój, czy jest gadka o trzecim). A to, czy dobrze zniosę ciążę, jak potoczy się kolejna cesarka (bo musiałabym mieć), czy dziecko będzie zdrowe, czy nie powtórzy się koszmar z brakiem mleka w cyckach, czy znajdę siły i cierpliwość do dwojga, co z moją pracą, chorobami starszego przynoszonymi z przedszkola, gdzie „upchać” w domu drugie dziecko i jego łóżeczko i tysiąc innych rzeczy – to już nikogo zupełnie nie obchodzi.

Jakoś przeboleję te pińcet złotych… :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Wojna matek

09 wrz

Byliśmy z małym ostatnio na bilansie. W naszej przychodni wygląda to tak, że najpierw pielęgniarka zważyła go i zmierzyła (wyniki podaję w Ważnych datach) oraz próbowała zmierzyć ciśnienie (co momentalnie wywołało podkówkę na buzi i łzy w oczach), a potem pani doktor osłuchała, w paszczę zajrzała, jądra pomacała i wynik pozytywny zapisała. Mały w miarę dał się obadać, zwłaszcza wtedy, kiedy zabrał doktorce taki zmyślny centymetr z obracającym się kółkiem zwijającym całość. Z tym centymetrem dał sobie nawet zmierzyć w drugiej próbie ciśnienie, a także postanowił zabrać go ze sobą. Musieliśmy interweniować, więc ostatecznie wychodziliśmy z przychodni z krzykiem (tj. krzyczał mały), ale bez mienia lekarskiego.

Trochę mnie ten bilans rozczarował, myślałam, że inaczej będzie wyglądał, że będzie jakieś rozpoznawanie obrazków, pokazywanie części ciała etc. A tu tylko zapytano mnie, czy moim zdaniem (sic!) dziecko zezuje i czy nie zauważyłam kłopotów ze słuchem. Mały co prawda głuchnie przy napominaniu go w piaskownicy za sypanie piachem dookoła, ale to się chyba nie liczy?… Z tego wszystkiego zapomniałam zapytać, ile jeszcze mam dawać witaminę D (bo oczywiście w różnych miejscach różnie podają) oraz kiedy mam zacząć rozglądać się za logopedą, co wcale mi się nie uśmiecha.

Nie wiem, jak wygląda praca logopedy z dwulatkiem, ale czarno to widzę i wolałabym uniknąć tej przyjemności. Mały mówi słów pięć: mama, tata, dzidzia, tak, nie. Reszta tego, co wydobywa się z jego buzi, to jakaś swobodna interpretacja języka polskiego, z przewagą sylab ta-da. Bardziej już z intonacji można odgadnąć, czego chce (bajki, ciasteczka, herbatniczka…) lub nie chce (iść do domu, jeść obiadu, siadać na nocniku, powtarzać za mamą „kaczka”…).

Pełno porażek w tym moim macierzyństwie, z nocnikiem nie wychodzi, smoka nie można się pozbyć, przy jedzeniu trzeba zabawiać. Czasem mi naprawdę z tym źle. Nie pomaga tu powszechna rywalizacja matek. Na urlopie udało mi się przeczytać świetną książkę „Wyznania upiornej mamuśki” Jill Smokler i oprócz tego, że zostałam pozytywnie zaskoczona (myślałam, że to jakiś wydumany amerykański poradnik), to doznałam olśnienia w kwestii rywalizacji między matkami właśnie. Że ona, ta rywalizacja, faktycznie istnieje i to ona niejednokrotnie psuje mi krew. A może nawet jest to wojna?

Wesoło zaczyna się już w ciąży, zewsząd można usłyszeć nokautujące wyznania i porady: ” ja przytyłam tylko 9 kilo, a ty?”, „wcale nie wymiotowałam”, „jadłam tylko ekologiczne produkty, przecież nie można truć dziecka”, „codziennie ćwiczyłam jogę i medytowałam”, „pijesz kawę?! w twoim stanie?!”. Dalej jest jeszcze ciekawiej, rozmowy, która ma jakiego lekarza, jakie badania zrobiła, gdzie, z kim i jak rodzi, za ile wykupiła osobistą położną potrafią wpędzić w poważną depresję przedporodową.

Po porodzie mamy dalsze szufladkowanie – na te matki doskonałe – rodzące siłami natury (chyba raczej mięśni brzucha i krocza, hmm…) i te gorsze, po cesarce; dalej: na te karmiące cyckami (i tu są też podziały, w zależności, ile to karmienie trwało, odnoszę wrażenie, że najwyżej punktowane są te karmiące 2 lata) i te wyrodne od mleka w proszku i butelek. I tak dalej, i tak dalej.

Jak pisze autorka, po porodzie należy ustalić, do jakiej grupy się pasuje: „Czy należę do mam nastawionych ekologicznie, noszących dziecię w chuście i  głoszących peany na temat pieluch tetrowych? Czy mam zadatki na mamę aktywną i zamiast leniwie spacerować z wózkiem po galerii handlowej, wolę za nim biegać (…) A może na mamę starającą się nadążać za najnowszymi trendami mody?”. Uff, zwariować można. Tyle jest do roboty z noworodkiem, a tu jeszcze trzeba się opowiedzieć za daną opcją.

Jedynym rozsądnym wyjściem w tym całym wyścigu szczurów, tj. matek, wydaje mi się głębokie skupienie na samej sobie, wsłuchanie się w swoją intuicję i machnięcie ręką na te wszystkie złote porady i uwagi, bombardujące nas na spacerze, w przychodni i u cioci na imieninach. Co słabszym jednostkom (do których się zaliczam) może być trudno. Ale po lekturze „Wyznań…” czuję się nieco pokrzepiona. Zwłaszcza, gdy przypomnę sobie reakcję autorki na po raz setny zadane jej pytanie przez obcą kobietę, czy karmi piersią. „A czy ty golisz swoja cipkę?” – odparła, na co tamta się zapowietrzyła, że nie życzy sobie osobistych pytań. Otóż to!

PS Do książki jeszcze wrócę.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Mamy i dzieci…

02 wrz

Dziś na placu zabaw błąkało się tak na oko trzyletnie dziecko. Byłam ja z małym i jeszcze jedna mama z synkiem i gdy okazało się, że ów trzylatek nie jest ani mój, ani jej, to się mocno zdziwiłyśmy. Wydobyć żadnych informacji się od niego nie dało, biegał, kręcił się na karuzeli, wołał „mama”, spychał pozostałe dzieci ze zjeżdżalni i tyle. Miałam już pomysły w głowie typu wzywanie policji, coś mnie jednak tknęło i poszłam do pobliskiej przychodni. W korytarzu stał pusty wózek, więc byłam już prawie pewna, że dzieciak jest stąd. Zapytałam jeszcze rejestratorki, czy wie coś na temat wózka, bo na placu biega samotnie dziecko. Babka zajrzała do gabinetu z pytaniem „czy to pani dziecko???”, po chwili faktycznie wyszła stamtąd pacjentka, chwyciła za wózek i poszła na plac. Mówię jej, że chłopak sam biegał i pytał o mamę, a ona na to, że musiała iść do lekarza, a lepiej, żeby był na placu zabaw niż przeszkadzał w gabinecie. Zatkało mnie z lekka. Koło placu jest droga, którą jeżdżą auta. Poza tym na placu też można sobie zrobić kuku. Nie wyobrażam sobie zostawić dziecka samego w miejscu, gdzie może sobie zrobić krzywdę! Przecież jakby chłopak wpadł pod auto, to matka odpowiadałaby w sądzie na zarzut narażenia na utratę życia lub zdrowia, mogliby jej go odebrać!

Czy ja przesadzam?

Kolejna moja koleżanka jest w ciąży. Niestety nie ta, co stara się o dziecko przez in vitro. Może się jej jeszcze uda. Natomiast ta, która w ciąży jest czasami mi się wydaje moją własną karykaturą. OK, ja jestem przeżywaczka straszna, rzadko wrzucam na luz, lubię sobie zaplanować wszystko od A do Z i raczej nie idę na żywioł. Ciążę przeżywałam bardzo, badań pilnowałam wszystkich, wyprawkę kompletowałam sumiennie. Ale Karolina mnie pobiła. Będąc w niecałym drugim miesiącu zdążyła już być u 4 lekarzy i zrobić 3 USG. Wcześniej zrobiła 4 testy, chociaż każdy pokazywał to samo. Już pyta, od kogo dostanie przewijak i kojec. Planuje też zrobić wszystkie badania, łącznie z genetycznymi, bo jakby co, to ma możliwość zrobienia aborcji. Odnośnie porodu (przypominam, że dziecko ma dopiero 2 cm!) to na pewno zażąda znieczulenia, a jeszcze lepiej, żeby zrobili cesarkę. A po szczęśliwych narodzinach też już jest ustawiona, bo babcia zaoferowała pomoc („jak dla mnie bomba, niech się zajmuje” – tak to określiła). Dodam, że ciąża ta jest owocem półtorarocznego próbowania, więc nie wyskoczyła z kapelusza i była chciana. Jednak po spotkaniu z Karoliną mam strasznie mieszane uczucia i kwadratową głowę. Bardziej planuje, jakby tu oszczędzić sobie kłopotów niż cieszy się, że będzie mamą. Pragnie tego dziecka czy nie? Zaplanowała ciążę, bo tak wypada, bo koleżanki już dzieciate? Czy po prostu lęk przed nieznanym tak miesza jej w głowie? Nie wiem. Z lekkim przerażeniem czekam na ciąg  dalszy.

 

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Czy noworodek gryzie?

06 wrz

Moja koleżanka A., która 3 tygodnie temu urodziła (w sposób naturalny) córeczkę, ma problem z karmieniem piersią. Do tej pory winą za moje kłopoty w tej kwestii obarczałam głównie cesarkę. Głównie – bo musiało mi przeszkodzić coś jeszcze, wiele kobiet po cięciu karmi przecież bez problemu. Reguły nie ma jednak także u tych, jak widać, którym udało się urodzić naturalnie. Pokarm A. ma (ale coraz mniej, o czym za chwilę), gorzej z samym przystawianiem do piersi. A. skarży się na ból sutków, na to, że córka ją „gryzie”. Cudzysłów – bo jednak mnie gryzienie kojarzy się z zębami…

W związku z powyższym A. zaczęła karmić w kapturkach oraz odciągać pokarm i podawać go córce w butelce. Parę dni temu zadzwoniła nieco spanikowana z pytaniem, co ja robiłam, gdy miałam za mało pokarmu. Czerwona lampa mi się zaświeciła we łbie. Spytałam ją, czy jak karmi w kapturku, to dziecko ma całą brodawkę w buzi? Nie, tylko sutek. W dodatku strasznie długo wtedy ssie (nawet godzinę) , więc coraz częściej w ruch idzie laktator. Wg mnie to prosta droga do zatrzymania produkcji mleka. Dziecko nie pobudza gruczołów mlecznych ssaniem, bo ich po prostu nie ma w buzi, zresztą nawet jeśli, przez silikon byłoby trudno. Pewnie dlatego tak długo ssie. Poza tym sam laktator tylko ściągnie to, co jest, ilości pokarmu nie zwiększy – uważam tak z własnego doświadczenia. Wobec tego trzeba dziecko dokarmić. I tu się zaczyna świetnie znana mi polka, której nie życzę nikomu. Ile podawać, ile to może stać nie wypite, jak ze sobą brać na spacer, jak podgrzewać itp., itd.

Przez prawie godzinę mówiłam A. jak to u mnie było. Jakie mleko jest dobre. Ile mniej więcej podawać. Że podgrzewacz się przyda. Że to, że tamto. Ale w głębi duszy jestem trochę na nią zła. Ja byłam najszczęśliwsza i mega podjarana, kiedy mój mały złapał cyca i ssał. To było jak święto. Kiedy kilka razy najadł się samym cycem, chciało mi się płakać ze szczęścia. Samo karmienie piersią mogę opisać jako przyjemne. Co u licha boli tam A.? Zwłaszcza, że w szpitalu mała dobrze chwytała pierś? Co się potem stało? I czy to taki ból, że nie można wytrzymać? Zaleczyć przez dzień-dwa i wrócić do karmienia? Zostawiłam dla siebie te przemyślenia, bo z drugiej strony wiem, jak na początku jest trudno, wszystko wydaje się nie do przejścia, a tak w ogóle to chce się spać i nic więcej. Staram się wierzyć w dobre intencje A. Radzę jej najlepiej, jak umiem, mówię o wszystkim, co mnie pomagało w podobnym okresie. Często do mnie dzwoni, bo inne koleżanki z karmieniem kłopotów nie miały – pamiętam ten stan wyalienowania: wszystkie karmiły, a ja nie mogłam.

Siedzę więc cicho i nie pouczam. Choć mnie uwiera zaprzepaszczanie tego, o co sama tak długo walczyłam. Karmienie butelką wydaje się wygodniejsze. Ale to złudzenie, wystarczy wymienić wszystkie gadżety potrzebne do tego – odpowiednia woda, podgrzewacz, butelka, smoczek, laktator, mleko oczywiście, trzeba wszystko myć i wyparzać, pamiętać, żeby był zapas, no i te ceny… Pogryzione sutki, hmm… Nie umiem być obiektywna…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Odsłona czwarta: rooming, czyli jazda bez trzymanki lub – jak kto woli – hard core na maksa

02 wrz

Pierwszy dzień po operacji służy rekonwalescencji – tak myślałam. Nadal bardzo mocno krwawiłam; plusem było to, że mogłam juz sama zmieniać sobie ligninowe podkłady, jeśli
tylko godzinę wcześniej, zanim zalało mnie całkowicie, zaczynałam gramolić się z łóżka.

W ogóle tempo miałam zabójcze, jestem pewna, że na odcinku łóżko – łazienka
(jakieś 10m) z łatwością pokonałaby mnie moja osiemdziesięcioletnia babcia.
Natomiast o stopień zgarbienia mogłybyśmy się sprzeczać – która ma większy.
Człowiek robił po prostu WSZYSTKO, byleby nie ruszać mięśni brzucha, chodził
więc zgięty w paragraf. A na samą myśl, że może zakręcić w nosie do kichania
albo podrapać w gardle do kaszlenia robiło mi się słabo.

Nadal ktokolwiek podchodził do mnie z personelu, cisnął mi brzuch, powtarzając jak
mantrę, że to dla mojego dobra. Jestem pewna, że żadna z tych cisnących osób
nie miała nigdy cesarki. Łzy ciekły mi same. I razem z nimi tzw. odchody
popołogowe… Milutko.

Synka na moją prośbę mi przyniesiono, nie mogłam go wziąć na ręce, o pokołysaniu nie
wspominając, próbowałam niezgrabnie przystawić go do piersi, ale znowu nie za
bardzo był głodny. Zwróciłam uwagę położnym, że chcę go karmić piersią, to
obiecały już go nie dokarmiać. Tyle dobrze, że miałam go koło siebie i zerkałam
jak sobie smacznie śpi.

Mężydło mnie odwiedziło z rana; żeby pielęgniary się na niego nie darły, poszurałam
kapciami na korytarz, ciągnąc za sobą kuwetkę z małym. Tak słodko spał, że
zrobiliśmy mu kilka zdjęć, co skomentowała zgryźliwie przechodząca położna:
taaa, zdjęcia akurat najważniejsze!

Odesłałam męża zaraz do domu, bo czułam się okropnie; żadnych konkretów nie mogłam mu
podać, bo nikt mnie o niczym nie informował – ile czasu spędzę na tej sali,
jaki jest mój stan etc. Dostarczono mi jedynie pismo z USC informujące, kiedy
możemy się zgłosić celem zarejestrowania dziecka – system nie śpi…

Potem przyszła do nas fizjoterapeutka i pokazywała różne ćwiczenia, jakie mamy sobie
kilka – kilkanaście razy dziennie robić (gdy to usłyszałam, utwierdziłam się w
przekonaniu, że pierwszy dzień po operacji służy rekonwalescencji, tj. m.in.
powolnym ćwiczeniom zbolałego ciała). Ćwiczenia polegały na rozluźnianiu
karku, podnoszeniu rąk, „wkręcaniu
żarówek” itp. Luzik. Na koniec każda z nas miała samodzielnie wstać. Tu już
mniejszy luzik. Ja byłam na tej sali najdłużej, toteż miałam to już za sobą,
ale inne dziewczyny (przywiezione później lub w ogóle wzbraniające się przed
podnoszeniem się z wyrka) stawały po raz pierwszy od operacji i raz po raz
któraś miała awaryjną sytuację z ligninką między nogami, która nie nastarczała
z absorbcją… Wszyskieśmy na to mogły patrzeć, bo stosowanie parawanów jakoś
nie jest w modzie na Borowskiej.

Leżałam sobie spokojnie i próbowałam powtarzać te ćwiczenia (z oszczędzaniem brzucha,
jak zaleciła), aż tu nagle staje przede mną pielęgniara i powiada:

- Pani jest tu najdłużej, proszę się zebrać, przenosimy panią na rooming.

Spojrzałam na nią jak na kosmitę, potem na swoja rozwaloną torbę (kto by tam miał siły
nachylać się i tak układać rzeczy, żeby było schludnie) i powiedziałam słabo,
że dobra, OK, tylko jak przyjedzie mąż za jakąś godzinę, to mi pomoże.

- Za jaką godzinę, teraz sie przenosimy! Łóżko trzeba zwolnić, no szybko, szybko.

Przerażona zaczęłam wyłazić spod kołdry, czując, jak każdy ruch rozdziera mi brzuch na
kawałki. Położna przywiozła małego w kuwetce, moją torbę ulokowała na płozach
tej kuwetki i dalejże wyjeżdżać na korytarz! Kiedy ja zawlokłam się do drzwi,
ona już krzyczała z daleka:

- Szybko, szybko, bo nie znajdzie pani sali!

Zaczęłąm więc szurać za nią kapciami, najszybciej jak mogłam, czując równocześnie
zbliżający się krwawy potop między nogami. W końcu wjechała do jakiegoś pokoju,
zaparkowała małego koło łóżka, powiedziała do widzenia i wyszła!

Kiedy czytałam wcześniej o systemie rooming-in, zawsze było to pisane w takim duchu –
to doskonale, że matka może być nieprzerwanie razem z dzieckiem, jednak, gdy
poczuje się zmęczona (a ma prawo po porodzie lub operacji) lub gdy potrzebuje
np. wziąć prysznic, zawsze może odwieźć dziecko na wspólną salę noworodkową,
gdzie zajmą sie nim troskliwe położne… W polskich realiach, jak widać,
szpitale wprowadziły tylko tę część owego nowoczesnego systemu, która im
pasowała…

W nowej sali mały od razu zaczął płakać, ja czułam już mokrą krwawą plamę na
koszuli z tyłu i musiałam nieźle wyglądać, bo odwiedzajacy leżącą w tej sali
babkę mąż czym prędzej się pożegnał i wyszedł. I chwała mu za to.

Wszystkimi siłami starałam się nie rozpłakać; moja współlokatorka wyczuła sytuację, bo od
razu pościeliła mi na łóżku specjalny podkład, powiedziała, że uspokoi małego,
a ja mogę iść do łazienki.

Najbliższe godziny to był koszmar. Mały płakał, a ja ledwo mogłam go wyjąć z tej kuwetki,
starając się ignorować koszmarny ból brzucha nasilający się przy każdym ruchu.
Starałam się nakarmić synka, ale średnio mi to wychodziło, w końcu moja
sąsiadka ulitowała się nade mną:

- Przyniosę pani mleka, chyba nie ma pani wystarczajaco pokarmu.

Przyniosła mi zaraz porcję w butelce i powiedziała, że zawsze można podejść do dyżurki i
takie mleczko dostać. Bardzo ważna informacja, której przeprowadzająca mnie tu
położna jakoś mi poskąpiła.

Gdyby nie moja współlokatorka, byłabym świetną kandydatką na pacjentkę z ciężką
depresją poporodową. Ze wszystkim miałam problem – ze swoją świeżą raną, z non
stop sączącą się krwią, z umyciem się, z nakarmieniem małego, z utuleniem go do
snu…

Całe szczęście odwiedzał mnie mąż, dzięki czemu miałam chwilę wytchnienia i mogłam
umyć zęby albo po prostu się wysikać.

Moja współlokatorka opowiedziała mi swoją historię – rodziła dwanaście godzin, a
właściwie miała skurcze, tylko rozwarcia brakowało. Przez całą noc nie podano
jej nic na wywołanie rozwarcia, bo to było jej drugie dziecko i lekarz
stwierdził, że „ta to sama urodzi”. Jednak po tych dwunastu godzinach, o suchym
pysku, w końcu przyszedł inny lekarz (niech żyją zmiany dyżurów) i podał jej
oksytocynę, po której urodziła w kwadrans. Po czym odwieziono ją na salę i
zostawiono z dzieckiem…

Po pierwsze była wyczerpana, po drugie głodna, po trzecie mały oczywiście się
darł. Ostatkiem sił pochyliła się, żeby go wyjąć z tej pieprzonej kuwetki, po
czym… dostała krwotoku. Wezwana położna załamała ręce, ale nie nad nią, a nad
niedostatecznie przykrytym kocykiem dzieckiem. Kałużę krwi posprzątano tak, że
jeszcze po dwóch dniach dokładniejsza salowa ścierała jej resztki spod łóżka.
Niech żyje higiena. A propos – sprzątanie naszej sali i łazienki to było
szurnięcie mopem. A przecież każda z nas krwawiła i to niekoniecznie w
kontrolowany sposób, były z nami noworodki, jeszcze parę godzin temu pływajace
w jałowych wodach płodowych… Nikt nie mył brodzika, umywalki, o muszli nie
wspominając. Ja bym tam wszystko zalała domestosem i poprawiła kretem…

Modliłam się, żeby mój mały nie dostał żółtaczki, bo dostajesz wtedy specjalną lampę na
całą noc, pod tą lampą ma leżeć golutkie dziecko w okularkach i ty,
matka-himenka, masz pilnować, żeby tych okularków sobie nie ściągnęło. Całą
noc! To jakieś koreańskie tortury pozbawiania snu!

Wracając do moich problemów z małą ilością pokarmu – położne miały jedną radę:
przystawiać dziecko do piersi. Spróbujcie przystawiać głodnego noworodka do
pustej piersi… To jakiś horror. On się darł tak, że widziałam jego migdałki,
był purpurowo-filetowy na twarzy, drapał mi i szarpał ze złością piersi, a ja
go miałam przystawiać!

Wieczorem było ważenie i okazało się, że mały sporo schudł, nie dziwota, miałam prawie
puste cycki. Dokarmiać, dokarmiać – taką dostałam radę. Chciałam porozmawiać o
moim problemie szerzej – czy mały nie przyzwyczai się do butelki i wtedy zupełnie
odrzuci pierś i co mam robić w związku z deficytem pokarmu, ale nikt nie miał
czasu ze mną rozmawiać. Znowu usłyszałam – przystawiać do piersi, przystawiać,
a jak głodne to dokarmiać – i koniec tematu. Kiedy na obchodzie sam ordynator
zapytał, czy czegoś nam potrzeba, powiedziałam, że trochę więcej opieki
położnych, bo nie do końca radzę sobie z dzieckiem, sama będąc po operacji.
Towarzysząca mu położna słodkim głosikiem zaświergotała:

-Jesteśmy tylko dwie na oddział, nie zawsze możemy każdemu poświęcić odpowiednio
dużo czasu, ale oczywiście zawsze można wezwać którąś z nas z dyżurki…

Ordynator przytaknął i zawinął się na pięcie, żeby nie słuchać już więcej o niedostatkach
personalnych na swoim oddziale.

Na kolejnym ważeniu znowu się okazało, że mały spadł z wagi i było to już 10% jego
masy urodzeniowej i byłoby bardzo źle, gdyby jeszcze schudł. Załamałam się. I
jak tu nie dokarmiać dziecka? Przy okazji poprosiłam położną, żeby trochę umyła
mi synka, bo sama nie dam rady (w pokoju była taka umywalko-wanienka).

- A wie pani, że teraz się nie kąpie dziecka? – ona mi na to.

- Jak to się nie kąpie?

- Dziecko ma taką ochronę na skórze, że nie należy jej zmywać, takie są najnowsze
tendencje…

Ponieważ mam w d… najnowsze tendencje, uparłam się, żeby mi chociaż podmyła małego, bo
sama nie mam tyle sił i boję się, że go upuszczę. Wiedziałam od znajomego, że
tydzień wcześniej wypisali z Borowskiej jego synka umazanego jeszcze mazią
płodową; mój po operacji został na całe szczęście umyty, co mi prawie wytknęła
ta położna, z niedopowiedzeniem, że ZNOWU chcę myć dziecko.

- Niech pani tak na mnie nie patrzy, takie są najnowsze badania – rzuciła
jeszcze, ale obmyła go trochę. – A na pępek proszę sobie kupić Octanisept.

Octaniseptem straszyły mnie położne w obydwu szkołach rodzenia. Że kikut trzeba wysuszać i
najlepiej to robi stary dobry spirytus, natomiast Octanisept nie wysusza i
często pępek się po prostu babrze.

No, ale żeby działać spirytusem, to trzeba mieć rozrobiony roztwór, patyczek z
watką i trzeba tym jeździć wokół pępka. A tak – psik psik Octaniseptem i po
krzyku. Kolejne pójście na łatwiznę – tak jak z tym roomingiem czy niekąpaniem
dziecka. Byle się nie narobić, a jak można się jeszcze podeprzeć badaniami
amerykańskich naukowców, to już w ogóle zaje…

Moja przyjaciółka, która rodziła kilka lat temu, ostrzegała mnie, że nie wypiszą
mnie do domu, póki, za przeproszeniem, nie oddam stolca. Jest to bardzo ważne,
bo świadczy o tym, że jelita ruszyły. Jeśli by dlugo nie pracowały, może dojść
do bardzo poważnych komplikacji, tzw. atonii jelit (z Wikipedii: atonia – zanik
lub zmniejszenie zdolności do skurczu mięśni gładkich lub mięśni poprzecznie
prążkowanych. Jej skutkami są poważne zaburzenia w czynnościach danego
narządu). Dlatego, jeśli masz problem z wypróżnieniem się (a jest problem,
olbrzymi – nie chcesz nawet słyszeć o jakimkolwiek napinaniu mięśni brzucha),
dają czopki.

Za mojego pobytu na Borowskiej o stolec spytano mnie tylko raz. Zanotowano, że nie
było i to był koniec tematu. Dobrze, że byłam świadoma zagrożenia i sama,
pokonując ból, jakoś sobie z tym poradziłam w domu; oszczędzę tu
naturalistycznych opisów, powiem tylko, że był to koszmarnie bolesny i
długotrwały proces…

W każdym razie nikt specjalnie nie patrzył na mój stan; kiedy tylko w czwartej
dobie rano po zważeniu małego okazało się, że przybrał 50g, natychmiast
uruchomiono procedurę wypisu. Rachu ciachu, nie ma czasu, kolejne pacjentki
czekają. Badanie słuchu, pobranie krwi u małego, szybko szybko (zapowiedziałam,
że bez tych badań nigdzie nie wychodzę) i już musiałam się zbierać. Nie to, że
nie chciałam iść do domu, ale wolałam już zostać tyle, ile trzeba, byleby się małym
odpowiednio zajęli. Po co mi szybki wypis, jakby np. w domu się okazało, że
dostał żółtaczki i trzeba by było wracać.

Jeszcze tylko słówko o szpitalnym menu: dostałyśmy np. zupkę kalafiorową… Na nasze
uwagi lekarka powiedziała: szpitalna dieta to nie jest dieta matki karmiacej. A
tu poniżej śniadanko:

 

 

PS

Czy
muszę wspominać, że nigdy nie powróciłam do ćwiczeń, które zalecała nam
fizjoterapeutka?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii rodzić po ludzku...

 

Tydzień 38

20 lip

Dwa tygodnie temu lekarz powiedział mi, że rodzić mogę w każdej chwili. Nie znaczyło to, że mały jest już fizycznie w połowie drogi między macicą a światem zewnętrzym i że zaraz ujrzę jego główkę pomiędzy nogami (za przeproszeniem), ale że po 36-37 tygodniu dziecko jest już w pełni ukształtowane i należy się spodziewać, że prędzej czy później będzie chciało się zaprezentować w pełnej okazałości. Jak na razie chwilami mam wrażenie, że mały owszem, chce wyjść, ale nie dołem… Tak się potrafi wiercić w brzuchu, takie jakieś gimnastyki tam odstawiać, wymachy rąk i nóg, wypinanie pupy takie, że mi na brzuchu pojawia się coś w stylu kopuły, ewentualnie pojedyncze twarde wzgórki. Zgadujemy wtedy z mężydłem, czy to łokcie czy kolana… Wrażenia niezapomniane. Gdy sobie przypomnę, jak parę miesięcy temu czatowało się na jakieś takie niewiadomo co w brzuchu i to miały być ruchy dziecka, to śmiać mi się chce… Teraz to są ruchy!

Lekarz kazał mi zwracać uwagę na to, czy pojawia się krwawienie, skurcze (częste, regularne i silne) lub wody płodowe – wtedy mam od razu pędzić do szpitala. A jak nic się z tych rzeczy nie pojawi, mam po prostu przyjść na kolejną wizytę… Na wszelki wypadek pod prześcieradło dałam drugie prześcieradło, nieprzemakalne. Szeleści to strasznie i trochę mnie denerwuje, ale daje gwarancję, że nie zaleję wodami naszego nowego materaca… Na co to mi przyszło…
Jestem zarejestrowana do doktora na 28.07 i jak dotrwam w jednym kawałku, dostanę skierowanie do szpitala z zaleceniem cesarki na 05.08. Co nie znaczy jeszcze, że tego dnia mnie rozetną (uj…), bo mogą jeszcze poczekać, jeśli dziecko będzie się dobrze miało. Jeśli wody są w porządku, warto trzymać dzieciaka w brzuchu jak najdłużej (oczywiście w granicach rozsądku), ciąża bowiem powinna trwać 40 tygodni, a że moment zapłodnienia jest niepewny, ostateczna decyzja o cesarce podejmowana jest na podstawie badania kondycji dziecka.
Lekarze mogą też chcieć czekać na początek akcji porodowej (byłoby to wskazane, ale nie jest to regułą w naszych szpitalach i – jak mi powiedziała położna w szpitalu na Borowskiej – wszystko zależy tu od lekarza). Tak oto rysuje się moja najbliższa przyszłość…
Celujemy w Borowską, bo oddział jest nowy i mamy do niego najbliżej. Byliśmy tam jakiś czas temu oprowadzani przez przemiłą położną. Pokazała nam pokoje do badań, salę operacyjną oraz piętro z noworodkami. Patrzyłam na to wszystko, patrzyłam… i ciągle trudno mi uwierzyć, że to dotyczy mnie… mojego życia…
Zebraliśmy najważniejsze informacje od położnej. Jeśli mnie przyjmą na oddział (co nie jest oczywiste, bo jak nie ma miejsc, to po prostu odsyłają, chyba że w izbie przyjęć jest ludzki lekarz [znowu - wszystko zależy na kogo się trafi]) kładą mnie na tzw. patologię ciąży, gdzie mnie badają, sprawdzaja stan dziecka i określają, kiedy byłoby najlepiej je wyjąć (i kiedy kto ma czas na operację…). 
Po wyciągnięciu małego na świat nie mam z nim niestety żadnego kontaktu (tyle się mówi o tym kładzeniu dziecka na matkę, nawet po cesarce, nie jest to  jednak praktykowane na Borowskiej… cóż, tyle dobrze, że o tym wiem i nie będę tego oczekiwać…). 
Podczas operacji mąż czeka na korytarzu (znowu – w niektórych szpitalach moze czuwać przy żonie; na Borowskiej nie). Po podstawowych zabiegach przy dziecku wywożą je z sali w inkubatorku piętro wyżej na oddział noworodkowy (wtedy tatuś na korytarzu może mu pomachać). Ja trafiam tam dopiero, jak mnie pozszywają. Jeśli będę w dobrej kondycji i oczywiście jesli z małym będzie OK, mam się upomnieć, żeby mi go przywieźli i w ogóle wszem i wobec muszę ogłaszać, że chcę go karmić – wtedy pielęgniarka ma obowiązek mi dziecko dowieźć i pomóc przystawić do piersi. 
Tak nam to wszystko przedstawiła położna.
Na Borowskiej jest tzw. rooming (co byśmy bez tego angielskiego zrobili…), a więc matki są w pokoju z dzieckiem, jeśli oczywiście nie ma żadnych powikłań tfu, tfu. Widziałam też pokój do porodu rodzinnego, no, muszę przyznać, nieźle to wygląda, czysto, nowocześnie, komfortowo… I telewizję można poogladać, hihi.

Teraz to mi tylko pozostaje mieć nadzieję, że trafię na dobrego lekarza i dobre położne. Jak zwykle najsłabszym ogniwem jest czynnik ludzki…
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS