RSS
 

Notki z tagiem ‘bilans’

Bilansik

11 sie

Mój synek to już pięciolatek. Banalnie dodam, że nie wiem, kiedy to zleciało! Normalnie skandal, szok, niedowierzanie.

Mały bilans zrobię, bo ani się obejrzę, a będzie się szykował do studniówki. Chyba że dobra zmiana zlikwiduje studniówkę, bo czemu by nie. Jezu, lepiej nic o dobrej zmianie już nie pisać, bo mi zamkną bloga ;)

Mały ma 113 cm wzrostu.

Waży 21 kg.

Rozmiar buta: 32.

Zna literki, cyferki, wymawia wszystko ładnie, ale lubi się pieścić i wtedy sepleni.

Jest towarzyski – bawi się chętnie z dziećmi w przedszkolu i z wszystkimi swoimi kuzynami i kuzynkami, a piszę o tym, bo jednak miewa swoje schizy. Np. idziemy dla odmiany do innego niż zazwyczaj parku, gdzie jest fajny plac zabaw i karuzela dla dzieci taka w starym stylu –  z końmi i karocami. Mały dwie godziny przesiedzi na ławce, bo na placu zabaw „nie chce, żeby były dzieci”, a do karuzeli nawet nie chciał podejść. Albo – kolejny raz zrobił nam numer z basenem, powtórka z zeszłego roku. Upał, nowy basen, zjeżdżalnia, o której mały non stop mówi. Jesteśmy na tym cholernym basenie i co? I siedzimy dwie godziny na kocu. Nie wejdzie do wody, nie pójdzie na zjeżdżalnię. Bo nie. No, trzymajcie mnie!

Ulubiona potrawa: mięso. Oprócz słodyczy oczywiście. Ale nawet przedszkolanki mówiły, że tak, jeśli chodzi o obiady, z małym nie ma problemu, mięsko zawsze sam chętnie zje, potem może ziemniaki, za to suróweczka Boże broń.

Sport: bardzo się stara na lekcjach pływania, dobrze kopie piłkę, lubi różne fikołki i wygłupy na łóżku lub trampolinie, ale totalnie ma w nosie rower czy hulajnogę. Coś tam trochę pojeździ, ale nie widzę tego zapału, co u innych dzieci, za którymi biegają sprintem przerażone matki.

Inne umiejętności: obsługa laptopa, tabletu – proszę bardzo. Wszystko, byleby leciały bajki. Lubi te naprawdę stare, nawet za mojego dzieciństwa one już były stare: Krecik, Bajki z mchu i paproci, Zaczarowany ołówek, Pomysłowy Dobromir, Sąsiedzi. Z nowych bajek: ani razu nie obejrzał Kaczora Donalda, ale owszem, Shrek, Epoka Lodowcowa itp. bardzo chętnie. A propos Epoki lodowcowej i opisanych wyżej schiz/fochów. Chcieliśmy wziąć małego do kina na najnowszą część, reklamowaliśmy na wszelkie sposoby: wielki ekran, krzesełka, światełka itp. Tak histeryzował, że nie chce, że odpuściliśmy, a poza tym złapał – tradycyjnie już w upały – anginę. Właśnie skończyliśmy antybiotyk, w tym roku chyba trzeci. A są dzieci, które w jego wieku mają za sobą w ogóle max jeden antybiotyk; bardzo nad tym ubolewam.

Chorowanie małego to największa moja bolączka, największy stres i nerwy. Mam nadzieję, że za rok, na podsumowania sześciolatka będę mogła napisać – przestał chorować!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Wojna matek

09 wrz

Byliśmy z małym ostatnio na bilansie. W naszej przychodni wygląda to tak, że najpierw pielęgniarka zważyła go i zmierzyła (wyniki podaję w Ważnych datach) oraz próbowała zmierzyć ciśnienie (co momentalnie wywołało podkówkę na buzi i łzy w oczach), a potem pani doktor osłuchała, w paszczę zajrzała, jądra pomacała i wynik pozytywny zapisała. Mały w miarę dał się obadać, zwłaszcza wtedy, kiedy zabrał doktorce taki zmyślny centymetr z obracającym się kółkiem zwijającym całość. Z tym centymetrem dał sobie nawet zmierzyć w drugiej próbie ciśnienie, a także postanowił zabrać go ze sobą. Musieliśmy interweniować, więc ostatecznie wychodziliśmy z przychodni z krzykiem (tj. krzyczał mały), ale bez mienia lekarskiego.

Trochę mnie ten bilans rozczarował, myślałam, że inaczej będzie wyglądał, że będzie jakieś rozpoznawanie obrazków, pokazywanie części ciała etc. A tu tylko zapytano mnie, czy moim zdaniem (sic!) dziecko zezuje i czy nie zauważyłam kłopotów ze słuchem. Mały co prawda głuchnie przy napominaniu go w piaskownicy za sypanie piachem dookoła, ale to się chyba nie liczy?… Z tego wszystkiego zapomniałam zapytać, ile jeszcze mam dawać witaminę D (bo oczywiście w różnych miejscach różnie podają) oraz kiedy mam zacząć rozglądać się za logopedą, co wcale mi się nie uśmiecha.

Nie wiem, jak wygląda praca logopedy z dwulatkiem, ale czarno to widzę i wolałabym uniknąć tej przyjemności. Mały mówi słów pięć: mama, tata, dzidzia, tak, nie. Reszta tego, co wydobywa się z jego buzi, to jakaś swobodna interpretacja języka polskiego, z przewagą sylab ta-da. Bardziej już z intonacji można odgadnąć, czego chce (bajki, ciasteczka, herbatniczka…) lub nie chce (iść do domu, jeść obiadu, siadać na nocniku, powtarzać za mamą „kaczka”…).

Pełno porażek w tym moim macierzyństwie, z nocnikiem nie wychodzi, smoka nie można się pozbyć, przy jedzeniu trzeba zabawiać. Czasem mi naprawdę z tym źle. Nie pomaga tu powszechna rywalizacja matek. Na urlopie udało mi się przeczytać świetną książkę „Wyznania upiornej mamuśki” Jill Smokler i oprócz tego, że zostałam pozytywnie zaskoczona (myślałam, że to jakiś wydumany amerykański poradnik), to doznałam olśnienia w kwestii rywalizacji między matkami właśnie. Że ona, ta rywalizacja, faktycznie istnieje i to ona niejednokrotnie psuje mi krew. A może nawet jest to wojna?

Wesoło zaczyna się już w ciąży, zewsząd można usłyszeć nokautujące wyznania i porady: ” ja przytyłam tylko 9 kilo, a ty?”, „wcale nie wymiotowałam”, „jadłam tylko ekologiczne produkty, przecież nie można truć dziecka”, „codziennie ćwiczyłam jogę i medytowałam”, „pijesz kawę?! w twoim stanie?!”. Dalej jest jeszcze ciekawiej, rozmowy, która ma jakiego lekarza, jakie badania zrobiła, gdzie, z kim i jak rodzi, za ile wykupiła osobistą położną potrafią wpędzić w poważną depresję przedporodową.

Po porodzie mamy dalsze szufladkowanie – na te matki doskonałe – rodzące siłami natury (chyba raczej mięśni brzucha i krocza, hmm…) i te gorsze, po cesarce; dalej: na te karmiące cyckami (i tu są też podziały, w zależności, ile to karmienie trwało, odnoszę wrażenie, że najwyżej punktowane są te karmiące 2 lata) i te wyrodne od mleka w proszku i butelek. I tak dalej, i tak dalej.

Jak pisze autorka, po porodzie należy ustalić, do jakiej grupy się pasuje: „Czy należę do mam nastawionych ekologicznie, noszących dziecię w chuście i  głoszących peany na temat pieluch tetrowych? Czy mam zadatki na mamę aktywną i zamiast leniwie spacerować z wózkiem po galerii handlowej, wolę za nim biegać (…) A może na mamę starającą się nadążać za najnowszymi trendami mody?”. Uff, zwariować można. Tyle jest do roboty z noworodkiem, a tu jeszcze trzeba się opowiedzieć za daną opcją.

Jedynym rozsądnym wyjściem w tym całym wyścigu szczurów, tj. matek, wydaje mi się głębokie skupienie na samej sobie, wsłuchanie się w swoją intuicję i machnięcie ręką na te wszystkie złote porady i uwagi, bombardujące nas na spacerze, w przychodni i u cioci na imieninach. Co słabszym jednostkom (do których się zaliczam) może być trudno. Ale po lekturze „Wyznań…” czuję się nieco pokrzepiona. Zwłaszcza, gdy przypomnę sobie reakcję autorki na po raz setny zadane jej pytanie przez obcą kobietę, czy karmi piersią. „A czy ty golisz swoja cipkę?” – odparła, na co tamta się zapowietrzyła, że nie życzy sobie osobistych pytań. Otóż to!

PS Do książki jeszcze wrócę.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

I bądź tu mądry

25 mar

Parę dni temu byliśmy u lekarza. Mały bilansik + ostatnie (czwarte) szczepienie na pneumokoki. 290 zł poooszłoooo! Dobrze, że to już koniec, dobrze, że jako tako nas na to stać. Mamy spokój ze szczepionkami przez najbliższe kilka lat.

Na wizytę wzięłam ze sobą męża, bo pamiętam, co mały ostatnio wyprawiał. Wielki chojrak w domu, nawet wśród obcych, w gabinecie pani doktor zmienia się w płaczące nieszczęście walczące o wolność. Do tego strasznie silne, więc mąż jest niezbędny, żeby gościa przytrzymać przy badaniu. Osłuchanie plecków to było kręcenie się w kółko, bo mały za żadne skarby nie chciał spuścić doktorki z oka. O, dziwo, ważenie poszło dobrze, jakimś cudem synek przez kilka sekund trwał na wadze bez ruchu. I wyszło szydło z worka, mój ból pleców ma solidne uzasadnienie – 13,13 kg. Z gardłem poszło gładko, bo mały się po prostu darł, więc buzia była szeroko otwarta. Wzrost musieliśmy zmierzyć sami, pani doktor się schowała za biurko, dzięki czemu synek zgodził się stanąć przy centymetrze i wyszło 82 cm. Całkiem więc pokaźny chłop z tego naszego małego.

Nie wiem, czemu synek aż tak panicznie reaguje na lekarkę, pani jest bardzo miła, ta sama od jego pierwszej tam wizyty, ma kolorowe zabawki i ciemne włosy jak mama. No nic, trudno. Nie przemówię mu teraz do rozsądku.

Teraz inne aspekty wizyty: pierwszy raz mam wątpliwości, czy pani doktor nie jest nadgorliwa. Mam dylemat, bo jeśli ma rację, to ja nie mogę czegoś nie dopilnować. Z drugiej strony…

Po pierwsze, lekarka bardzo przeżywa wygięte nóżki małego. Nie są jakoś specjalnie pałąkowate. Kilka miesięcy temu oglądał je ortopeda, a były wtedy bardziej wygięte i powiedział, że jest OK, normalny fizjologiczny rozwój. Taka szpotawość jest normalna do drugiego roku życia. O taki rozstaw bioderek walczyliśmy, pieluchując szeroko małego przez jakieś pół roku. A teraz nagle doktor każe nam przyjść znowu za dwa miesiące, bo szpotawość, bo okrągłe. Spytałam wprost – czy powinien mieć teraz proste nogi jak dorosły? No, nie, absolutnie. Więc o co chodzi? O kontrolę. No ok. Mamy kupić solidne kapcie, chociaż niektórzy specjaliści zalecają bieganie w skarpetach, a więc dwie skrajności. Hmm…

Druga rzecz – mały ma otwartą buzię dość często. Jakiś rok temu sprawdzaliśmy to u laryngolog i nic niepokojącego nie znalazła. Do tej pory doktorka nie zwracała na to uwagi. Teraz nagle każe nam zrobić badanie kamerką wprowadzaną przez nos, by sprawdzić, czy trzeci migdał nie jest za duży. Najlepiej prywatnie, bo na NFZ się czeka. Jak pomyślę o takim badaniu u małego, to MNIE się słabo robi. Gdy pomyślę, że paznokcie obcinam mu tylko, jeśli mąż trzyma mu rączki i nóżki, a katar mogę odciągnąć fridą tylko, jeśli niemal sama się na małym położę, by unieruchomić go własnym ciężarem, bo inaczej wyrywa się, szarpie i kopie, to ja ten endoskop z kamerką widzę w nosie, ale u pana doktora, a nie u małego. Zostanie mu tam wepchnięty kopniakiem małą nóżką… Mam wątpliwości, czy coś takiego jest konieczne, wolę jeszcze sprawdzić na normalnej wizycie u laryngologa.

No i trzecia sprawa – siusiak. Już od dawna lekarka kazała odciągać napletek. Odciągaliśmy. Teraz mówi, żeby jeszcze mocniej to robić. I tu mam opory i wątpliwości – boję się, że coś naderwiemy. Że to nie jest konieczne, bo kiedyś tego nie robiono i było OK. Dlaczego właściwie lekarze każą to robić małym chłopcom, skoro dopiero w wieku 3-4 lat (jak czytałam) napletek SAM oddziela się od reszty. Mały nie ma żadnej wady, podejrzenia stulejki, kłopotów z siusianiem. W necie, książkach i prasie są prezentowane dwie przeciwstawne opinie:

1. Rozciągać napletek, bo mogę być potem kłopoty i trzeba będzie rozcinać chirurgicznie.

2. Nie rozciągać, w ogóle nie ruszać, bo można uszkodzić, zrobią się blizny i dopiero będzie problem.

No żesz kurna, zwariować można. Pytałam moją mamę i – tak jak myślałam – 40 lat temu nic podobnego nie robiła mojemu bratu i w ogóle się o czymś takim nie mówiło. Brat jest zdrowy i ma dwoje dzieci. Żadnych stulejek po drodze.

Wkurza mnie to rozdwojenie w medycynie. Nie wiadomo, komu ufać, kto ma rację, kto jest nadgorliwy, a kto się nie douczył. Ech…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Bunty i bu(n)ciki

24 sie

Roczny bilans nie poszedł dobrze. To znaczy, ze zdrowiem małego wszystko jak najbardziej w porządku (dzięki Bogu!), przytył, urósł, obwód łebka się powiększył etc. Ale wizyta to był jeden wielki ryk. Pani doktor jest be, przewijak be, rozbierał się nie będę, co to za zaglądanie w gardło, a ten stetoskop zaraz wyrwę i rzucę na podłogę! Chcecie mnie zważyć? A guzik, nie położę się na tej beznadziejnej wadze. A co to? Centymetr? Wsadź se go, kurde, nie dam się zmierzyć! Mam pokazać jak chodzę? A nie chce mi się teraz! I tak dalej, w ten deseń. W ogóle nie słyszałam, co mówi lekarka, ledwo utrzymałam wrzeszczącego małego na rękach. Cała struchlała poszłam do gabinetu zabiegowego, gdzie pielęgniarka robi szczepienia… Tak jak przewidywałam, po wstrzyknięciu zabójcy meningokoków wrzask osiągnął apogeum. Jeszcze tylko 120 zł przy kontuarze i mogliśmy wziąć nogi za pas…

Dwa tygodnie później na szczepienie MMRII (odra, świnka, różyczka) szykowałam się jak na wojnę. Chrupeczki, bączek ulubiony, gryzaczek do łapki, pozytywka z ulubioną melodyjką… Dość powiedzieć, że mogłam se to wsadzić. Mały znowu się darł i jak przez mgłę pamiętam, że chyba jesienią mam przestać podawać witaminę D, ale kurde, będę musiała to sprawdzić.

Chyba idzie ku gorszemu, bo kiedy w czerwcu byliśmy na wizycie u okulisty, nie było tak źle, a wtedy bardziej się obawiałam reakcji małego. Ale nie, dał sobie oczy zakropić, patrzył na światełko, wodził wzrokiem za kuleczką itp., trudności pojawiły się tylko przy badaniu dna oka, ale to zupełnie zrozumiałe. Kto lubi, jak mu w oko świecą i powiekę wywijają; trzy pielęgniarki unieruchamiające małego na leżance plus wspomniana pozytywka załatwiły sprawę. Nawiasem mówiąc, prawdopodobnie mały zezik, który był powodem wizyty, nie jest niczym groźnym.

Już zapowiedziałam mężydłowi, że w grudniu, na kolejne szczepienia, idzie ze mną.

A wczoraj wieczorem wielki ryk, jaki wydobył z gardzieli mały uświadomił mi, że krzyki w gabinecie lekarskim to był pikuś. Dlaczego krzyczał, skąd ta wściekłość i wrzask, panie Faulkner? Otóż, po moich opowieściach o załamujących ręce mijających nas paniach „A gdzie ty masz buciki, chłopczyku?” oraz dających się słyszeć ze spacerówek spostrzeżeń „Mamo, a ta dzidzia jest boso!” mąż postanowił przymierzyć małemu buciki. Ja wcześniej tylko nieśmiało próbowałam i szybko się wycofywałam, mężydło poszło jednak w zaparte i sandałki nałożyło. Po czym mały mógł startować w konkursie na najbardziej nieszczęśliwe dziecko świata.

Nie za bardzo pomagały spacerki po mieszkaniu, synek tuptał jak kaczka, ale wcale go to nie bawiło i na dobrą sprawę humor odzyskał dopiero puszczony swobodnie na bosaka.

Jest jednak światełko w tunelu – dziś po śniadaniu udało mi się obuć go na chwilę i krzyki było odrobiną cichsze…

 

PS z innej beczki

Małemu w końcu zaczęły iść kolejne zęby, aż do tej pory miał w paszczy jedynie czterozębny kasownik. Pojawiła się dwójka, ale nie na spodziewanym dole, a u góry oraz kawałek dalej, po tej samej stronie (sic!) widać czwórkę. Zdecydowanie nie idzie to książkowo…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

8 miesięcy – bilans

26 kwi

Parę dni temu byłam z małym na bilansie – miałam się zgłosić po skończeniu przez synka 8 miesięcy. Ogólnie wszystko wyszło dobrze; waga – 9,5 kg, nic dziwnego, że plecy bolą mnie wieczorem jak po skopaniu sporego ogródka… Przy mierzeniu długości ciała doktor się upewniła: to ile on skończył? 9? 10? Ja na to: Nie, no 8. Okazało się, że mały się nieźle wyciągnął i centymetr pokazał 76 cm. Doktorka pytała, czy mąż jest wysoki, bo po mnie to jakiegoś oszałamiającego wzrostu mały w genach na pewno nie dostał; jednak mężydło też koszykarzem nie jest, musiał skubaniec jakieś starsze geny dziadków przejąć. Przy okazji leżenia na przewijaku mały postanowił nie marnować czasu i zerwał plakat ze ściany… Doktor zmartwiła się tylko, czy jakaś pinezka na niego nie poleciała. To i tak lepsze od puszczenia siura na wadze, co miało miejsce podczas naszej pierwszej wizyty…

Jak zwykle zasypałam doktor setką pytań:

1. Czy mały może czekać na okulistę, czy też szukać jakiegoś wcześniejszego terminu (udało mi się go zapisać dopiero na koniec czerwca, ale do dobrej lekarki, ponoć); synek od początku lekko zezował, jak prawie wszystkie noworodki, jednak w większości przypadków po 6 miesiącach problem mija, u małego niestety nie, stąd okulista. Doktor powiedziała, że spokojnie możemy czekać na umówioną wizytę, bo jakiejś strasznej wady nie ma.

2. Co z tym glutenem? Od 6 miesiąca podaję małemu kontrolowane dawki – najpierw pół łyżeczki kaszy manny, potem całą, teraz dwie. Pełny glutenowy posiłek (czyli po prostu butlę kaszy manny) doktor pozwoliła dać dopiero po 9 miesiącu. Ciekawe, przez jaki czas te zalecenia będą niezmienne (parę lat temu były inne zasady wprowadzania glutenu, nie wspomnę o tym, jak nas żywiono 30 lat temu…)

3. Czy to, że mały często oddycha przez otwartą buzię jest normalne? Sapie tak zwłaszcza, jak go coś zarajcuje, np. pełzając po dywanie znajdzie jakiś skarb typu flamaster… Doktor nie przejęła się tym zbytnio, ale dała mi skierowanie do laryngologa; umówiłam się już więc na wizytę, termin, podobnie jak do okulisty – czerwcowy.

4. Co z ilością posiłków? Czy można pominąć ten o 23? Mały wtedy miałby 12 godzin przerwy w jedzeniu. Lekarka powiedziała, że można spróbować i jeśli w nocy głodny się nie zbudzi, to spokojnie można to nocne karmienie pominąć. I co? I hurra, gościu dostaje kaszę około 20 i budzi się dopiero rano (8-9), nie brakuje mu więc kleiku o 23. I chwała Bogu, bo to upierdliwe było. Dziwię się tylko, że przy pominięciu jednego posiłku nie zaczął jeść więcej w dzień. Ale że chudy nie jest, nie martwię się. Na razie.

5. Co z poduszką? Doktor kategorycznie zabroniła i od paru dni przyznaję jej rację, bo mały zaczął nagle sypiać na brzuchu. Żadne odwracanie na plecy czy przynajmniej na bok nie ma sensu. Jednej nocy wyglądało to tak, że wstawałam jakieś 10 razy, przekręcałam małego na plecy, kładłam się i po minucie słyszałam szszszszsz…., szurając kołdrą jak jeż w liściach mały przyjmował pozycję rozpłaszczonej żaby z lekko wypiętym ku górze tyłkiem. Więc dałam spokój, sprawdzam tylko, czy nos mu widać i ma jak dychać.

6. W schemacie żywienia w 10 miesiącu każą w ramach obiadu dawać zupę i drugie danie, z lekka mnie to przeraziło, całe szczęście doktor machnęła na to ręką; no, chyba że dziecko nie naje się mięskiem z warzywami, to wypadałoby jeszcze jakąś zupę podawać, w praktyce zwykle jest kłopot, żeby chociaż to jedno danie zjadło. Tak na marginesie - schemat to schemat, wiadomo, że nigdy dokładnie wg wytycznych postępować się nie da (czyt. dzieciak nigdy nie zje tak, jak napisali w tabelce), czegoś jednak trzymać się trzeba, choćby pobieżnie. Łatwiej mi kierować się tabelką niż radami  tzw. doświadczonych matek (a powinno być odwrotnie!). Moja siostra ma dwoje dzieci, powinna być więc dla mnie skarbnicą mądrych rad, tak jednak nie jest. Pytam ją na przykład o ten nieszczęsny gluten, a ona mówi – a kto by się tam stosował do tego, pół łyżeczki kaszy manny, haha, kto by tam tego pilnował. Pytam ją o gotowanie zupek – osobno mięsa, osobno warzyw (wywar z mięsa może być silnie alergizujący), a ona na to: ja tam gotowałam razem, bo zapomniałam, że to mięso miało być osobno. Pytam o podawanie żółtka, najpierw średnio co drugi dzień, potem codziennie i słyszę – dawałam, jak sobie przypomniałam. I tak ze wszystkim. Dodatkowo wiecznie musiałam wysłuchać nieśmiertelnego zdania: „wiesz, moje dzieci ponad rok były na cycku”, tak jakby to wszystko miało tłumaczyć. Wolę więc zerkać w schemacik, konsultować go z lekarką i przynajmniej jestem spokojna, że dziecku żadnej krzywdy nie robię.

Małemu idzie druga górna jedynka i wygląda to dość upiornie, bo ma taki nawis dziąsła dłuższy od wychodzącego pod nim zęba. Wiem, że mu się to cofnie, jak przy poprzednim, ale na razie wygląda to, hmm…, tak sobie. Doktor określiła wędzidełko między jedynkami jako dość grube i zaleciła konsultację z dentystą, czy by go nie podciąć. Tak czy siak, cztery zęby już są!

Tak więc niby dziecko zdrowe, ale w najbliższym czasie czekają nas wizyty u trzech specjalistów i zastanawiam się, która będzie trudniejsza, bo ani otwartej paszczy, ani nosa, ani oka mały chętnie nie pokazuje, nawet swojej kochanej mamusi, czyli mnie…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS