RSS
 

Notki z tagiem ‘basen’

Czas leci

04 kwi

Już wiosna! Którą niestety witamy choroba… Trzęsłam się ostatnio nad małym, gdy byliśmy na dworze, bo wiadomo – pierwsze słońce, niby gorąco, ale jednak a to zawieje zimny wiatr, a to w cieniu już nie taki upał, więc na przemian go ubierałam i rozbierałam, ale nie udało mi się uniknąć zaziębienia. Dostał gorączki, smarka. NIENAWIDZĘ TEGO KOMBINOWANIA, KTO IDZIE DO PRACY, A KTO MA NIEFAJNĄ ROZMOWĘ Z SZEFEM, TEGO UCZUCIA, ŻE POWINNAM SIĘ ROZDWOIĆ I RÓWNOCZEŚNIE BYĆ W DOMU Z CHORYM DZIECKIEM ORAZ W PRACY, BO TAM TEŻ JESTEM POTRZEBNA. Nie cierpię odwoływać tego, co już ustalone, a więc nagle zgłaszać szefowej, że z planów nici, bo idę na L4. ZNOWU!!! Żeby to jeszcze było raz na pół roku… Sama jestem od tego kombinowania chora, bo obowiązkowość mam we krwi.

Fakt, że od operacji jest lepiej. Ale jednak już zaliczyliśmy jedną anginę, jedną infekcję ze sztywną szyją (sic! Mały nie ruszał w ogóle głową przez 3 dni), no i teraz to nie wiadomo co (jutro lekarz powie chyba).

Żeby nie było, że tylko samo zło nas spotyka – udało mi się w ostatnim czasie w końcu zrobić dwie rzeczy, o których myślałam już od bardzo dawna (że trzeba je zrobić). Nie robię nigdy postanowień noworocznych, ale miałam po prostu od długiego czasu w tyle głowy dwie sprawy: zapisać się na jakieś ćwiczenia i zapisać małego na lekcje pływania. No i chodzę raz w tygodniu a to na jogę, a to na streching – różne zajęcia, zależy po prostu który wieczór mam wolny i wtedy idę. Nie chce mi się wychodzić z domu, fakt. obce miejsce, obcy ludzie. Musiałam się przełamać. Ale już w trakcie ćwiczeń cieszę się, że robię coś dla siebie. Mało takich rzeczy jest. Bo sprzątam dla wszystkich, zakupy robię dla wszystkich, pamiętając, co kto lubi i obiad gotuję dla naszej trójki przecież, więc rzadko jest to, co tylko ja lubię.

A pływanie? Super! Najpierw byłam załamana. Naiwnie sądziłam, że na taki kurs można się po prostu zapisać w każdym momencie. Okazało się, że większość basenów ( w tym ten najbliżej nas) ma semestry niczym szkoła: od września do stycznia i od lutego do czerwca. I ja, chcąc się zapisać w marcu byłam jak ktoś, kto chce kupić narty latem albo śliwki wędzone w innym czasie niż bożonarodzeniowy (tak jakby nie można było mieć ochoty na schab z wędzoną śliwką w lutym czy sierpniu…). No, ale poszperałam, podzwoniłam i znalazłam mały basen z wolnym miejscem. Nie tak blisko, jak chciałam, no i kurs już trwał, ale co tam. Powiedzmy, że przymknęłam oko na utrudnienia (co dla mnie samo w sobie było bardzo trudne…).

Z duszą na ramieniu (oboje) poszliśmy. Ja się bałam, bo mały to mały. Przez rok namawiany na rowerek konsekwentnie odmawiał (aż z rowerka wyrósł). Zawieziony zimą w góry na sanki (żeby dziecko miało super fun na śniegu przecież!) przez godzinę nie chciał na tych sankach usiąść, a co dopiero zjechać. To rok temu. W tym roku, gdy byliśmy w górach, wszystkie dzieci piszczały z uciechy na pontonach ciągniętych pod górę przez wyciąg i puszczanych w dół szeroką rynną. Mały zaparł się i koniec. Powiedział, że chce na spacerek, zamiast frajdy w pontonie. O matko i córko! Na wyciąg z podgrzewaną kanapą zawlekliśmy go siłą, dosłownie, ja za jedną rękę, mąż za drugą i hop! Dopiero gdy już siedział i jechał, powiedział, że fajnie. No więc widzicie, że miałam obawy, że lekcję pływania przesiedzi na ławce. Ale urabiałam go przez tydzień, że będzie fajnie (ale ja nie chcę!), że dzieci będą (nie chcę dzieci!), że się popluska (nie chcę pluskać!). Poszłam też w przekupstwo (dam Ci ciastko, bułeczkę, czekoladkę po basenie) oraz w nakazy (masz słuchać pana, tak jak pani w przedszkolu!). Wszystko, żeby tylko uniknąć siary, bo w końcu wcisnęła mnie babka na ten kurs i jeszcze zapewniłam ją, że dziecko lubi wodę. I wiecie co? Udało się! Już na miejscu musiałam tylko obiecać, że nie będziemy suszyć głowy suszarką (widział poprzednią grupę w szatni) i mały po prostu wlazł do wody i bez szemrania i z uśmiechem robił wszystko, co mówił pan instruktor! A po zajęciach płacze. Pytam, o co chodzi, a ten mówi: ja chcę jeszcze pływać!! Mamo, przyjdziemy tu jeszcze?

Jednak matka wie, co dla dziecka dobre, czułam gdzieś głęboko, że basen może chwycić. I miałam ogromną nadzieję, że nie opuścimy żadnej lekcji z powodu choroby. I masz babo placek.

 

Wakacjowanie

06 sie

Upał dziś taki, że strach z domu wychodzić. Chodzą po domu dwa golasy – ja w majtkach i staniku, mały w pampersie. Wczoraj, po deszczowej nocy wyszliśmy na plac zabaw, myślałam, że będzie trochę chłodniej, tymczasem niemal widać było, jak paruje wilgotny piasek w piaskownicy. Klimat jak w dżungli, trudno było usiedzieć.

Miniony tydzień, również upalny, spędziłam z małym u moich rodziców. Synek szalał na całego, bo to i nowe wnętrza, i podwórko, i ogród. Masa atrakcji – obserwowanie ślimaka, „pomoc” dziadkowi przy podlewaniu, bieganie po trawie na bosaka. Wyjście na podwórko trwało 3 sekundy – czasem nawet w kapciach. Nie to co w domu – trzeba się wyszykować, trzy piętra pokonać… Dobrze teraz rozumiem, że ludzie często decydują się na domek z ogródkiem , kiedy pojawiają się dzieci. Jest wygodniej (dla rodziców) i bardziej interesująco (dla dzieci). No cóż, co zrobić. Pocieszam się, że i tak mieszkamy w fajnej okolicy, z placami zabaw, parkami, skwerami. Nie wiem, co robią rodzice z dziećmi na osiedlach-typowych blokowiskach. Mieszkałam na takich, we Wrocławiu na Kozanowie i Różance. Klasyczna komunistyczna wielka płyta, 11 pięter. Na podwórku głównie auta i śmietniki. Dla dzieci? Połamana huśtawka. Dramat.

Wracając do pobytu u rodziców – upał był też znośniejszy, bo chodziliśmy na basen. Basen w małym mieście a basen we Wrocławiu to zupełnie inne światy. W powszedni dzień przed południem w ogromnym brodziku było może dziesięcioro dzieci. Wstęp z wózkiem – 4 złote. Dla mnie bomba. Dla synka też. Chlapał się fajnie, wlewał wodę do dmuchanego kółka (to dopiero syzyfowa praca…), w ruch poszły też akcesoria piaskownicowe – podbierał dzieciom wiaderka i łopatki, bo mnie do głowy nie przyszło, że coś takiego przyda się na basenie. No i tylko dziecko ma taką fantazję, by grabić wodę…

Przy okazji pobytu u rodziców zrobiliśmy grilla urodzinowego, synek na dniach kończy dwa latka. Mnóstwo rozumie, czasem się dziwię, że tak dużo, ale zasób słów niestety ubogi bardzo. Przeszkadza to nam w dogadaniu się co do sposobu i miejsca robienia siku i kupki. Od dwóch tygodni próbuję działać z nocnikiem, ale efekty mizerne. Na koncie mam za to kilka siuśkowych kałuż w różnych miejscach w domu i, za przeproszeniem, kupę na kanapie… Jak to zrobić, jak go nauczyć? Sposoby koleżanek na razie nie działają. Opowieści o półtorarocznych dzieciach wołających siusiu dołują i irytują… „Najlepiej teraz, latem”, „Już ma dwa latka, to już teraz musi wołać”, „Mój jakoś sam na nocnik siadł i nie chciał już pampersa”, „Mój zobaczył u taty i od razu chciał tak samo siusiać”, „Założyłam tetrę i jak poczuła, że ma mokro, to już wiedziała, że trzeba wcześniej wołać”. Hmm, a mój potrafi latać zasikany, nie robi problemu z kupy w pielusze, od nocnika ucieka, a tacie próbował podstawiać miseczkę przy sikaniu… Tak jak pod kran…

Z siusiakiem jest jeszcze inna kwestia. Odciągamy napletek, tak jak nam każe pani doktor, dwa tygodnie temu chyba mąż przesadził trochę i mały miał zaczerwienione bardzo te napletkowe miejsca. Byłam u lekarza, dostałam (tzn. kupiłam w aptece…) maść i teraz już jest OK. Staramy się z mężydłem dobrze rozpracować ten problem, żeby nie mieć w przyszłości chirurga na karku.

A wracając do grilla – to był drugi w życiu synka i drugi raz mnie zdumiał tym, z jakim apetytem wsuwał upieczoną karkówkę. Nic go nie zrażało, że trochę twarde czy suche, wrąbał dwa szaszłyki bez mrugnięcia okiem, chętniej niż naleśnika czy inny typowo dziecięcy posiłek. Potem doprawił dwoma kawałkami tortu (nie mogłam mu odmówić, urodzinowy w końcu) i pobiegł dalej szaleć po ogrodzie.

Jest na pewno takie prawo Murphy’ego mówiące o tym, że przed urlopem jest super pogoda, wręcz umierasz z upału, a gdy już wyjedziesz nad tę wodę, to zaczyna się niżowy front czy coś w tym stylu. Obawiam się, że tak u nas będzie, upał nie może trwać wiecznie i skończy się zapewne pierwszego dnia naszego urlopu… Trudno, moja w tym rola, żeby zapakować WSZYSTKO – i kąpielówki, i kurtki, i swetry. Wiadomo, jak to nad polskim morzem -trzeba mieć ze sobą i okulary słoneczne, i parasol. A najlepiej dwa…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Pełen relaks na basenie

19 gru

Znacie taki sen, że wyglądacie jakoś tak beznadziejnie, włosy tłuste albo podarte kapcie, albo wręcz nago i stoicie przed tłumem przystojniaków i chcecie zapaść się pod ziemię? Otóż ja miałam coś takiego ostatnio na żywo.

Poszliśmy na basen z małym, znów na taki kameralny, dla dzieci, w dodatku w poniedziałek rano – cały był dla nas, oprócz ratowniczki nie było nikogo, normalnie privat pool. Już w samochodzie usłyszałam od męża uwagę, że wyglądam dość surowo, co, jak mi wytłumaczył, miało znaczyć, że nie mam make-upu. Ja wiem, że nieumalowane oko kobiety wygląda jak rozgotowany agrest (nie moje określenie, ale bardzo trafne) i rzadko można mnie zobaczyć bez wsparcia tuszu i kredki, jednak basen to basen – mały chlapnie raz i drugi i będę wyglądać jak panda. To już wolę wersję „surową”.

No i tak chlapiemy się, pluskamy, ja w stroju jednoczęściowym spłaszczającym biust, no i z tą niewyraźną twarzą, ale co tam, przecież tylko mały i mąż. Synek trochę kwękał na początku, zapomniał już, że ostatnio mu się podobało i musieliśmy go mocno przekonywać, że jest fajnie. Aż tu nagle hol wypełnia się jakimiś facetami w strojach WKS Śląsk (hol widać z wody), a po chwili na basen wkracza chyba ze dwudziestu typa w kąpielówkach, wszyscy z płaskimi brzuchami i rozbudowanymi klatami, no po prostu, kalendarz dla kobiet. Część z nich wlazło do jakuzzi, kilku do basenu, a reszta klapnęła na leżaczki i nuż się gapić. To byli piłkarze WKS Śląsk, przed budynkiem stały ich dwa zielone autobusy. Bardzo mili i grzeczni, wszyscy wchodzili z „dzień dobry”, uśmiechali się do małego, jeden klepał się po płaskim brzuchu, widząc wielkie zainteresowanie synka. Ja nie wiedziałam, gdzie oczy podziać.

Ja już kobieta dzieciata i mężata jestem, o żaden podryw mi nie chodzi, ale daleko mi było do komfortowego samopoczucia w tym stroju, z tą twarzą, no i figury Rubikowej też nie mam. Nasz czas powoli się, całe szczęście, kończył, mężydło widząc moje skonfundowanie, zaoferowało się, że przyniesie mi klapki, które beztrosko zostawiłam przy brodziku, w najdalszym kącie sali. Wylazłam z gracją z basenu uważając, by nie pośliznąć się na drabince, przejęłam dziecko od męża i uciekłam czym prędzej do szatni.

Taki to relaksujący wypadzik sobie zrobiliśmy…

Wiecie, jak to jest. Jak wbijecie się w kieckę i niewygodne, acz wysokie szpilki, to psa z kulawą nogą nie spotkacie…

 

Basen

09 wrz

Zupełnie zapomniałam wspomnieć tu o naszej wizycie na krytym basenie. Jakiś miesiąc temu postanowiliśmy sprawdzić umiejętności małego w wodzie :) To, co potrafi wyczyniać w wanience i dmuchanym baseniku już wiedzieliśmy, przyszła pora na większe akweny (zamoczenie pięty w Bałtyku się nie liczy…). Poza tym chciałam wypróbować tzw. pieluchy kąpielowe, kupione, a jakże, na wczasy i ani razu nie użyte.

Znaleźliśmy fajny basen dla dzieci, nie w żadnym aquaparku i bez bajerów typu zjeżdżalnia, dzięki czemu byliśmy prawie sami. O to chodziło, żadne z nas nie pała miłością do piszczącego tłumu w kąpielówkach. Na początku był mały problem z logistyką. Nie mogliśmy oboje przygotować małego na wodowanie, na drzwiach od szatni wisiały kartki grzmiące: TYLKO DLA PANÓW!! TYLKO DLA PAŃ!! Czy jakoś tak. Przypuszczam, że wiele rodziców miało taki pomysł, by wspólnie próbować okiełznać dziecko w przebieralni. No, ale OK, wzięłam to na siebie. W szatni były przewijaki, dzięki Bogu mały dał się położyć i rozebrać, a nawet udało mi się wciągnąć mu tę kolorową pieluchę (nie ma zapięć, tylko gumki). Dalsze moje czynności wymagały niezłych akrobacji – spróbujcie rozebrać się jedna ręką, drugą powstrzymując dzieciaka przed sturlaniem się na podłogę…

Już z małym na ręku wcisnęłam rzeczy do szafki i w końcu mogliśmy iść się popluskać. Tak jak wspomniałam – oprócz nas było jeszcze tylko dwoje dzieci z rodzicami, więc mieliśmy idealne warunki na spokojne przyzwyczajenie małego do nieznanego. Okazało się, że wcale nie potrzebował aż tak komfortowej sytuacji, bo… w ogóle się nie bał! Wsadziliśmy go w dmuchane kółko, położyli na brzuchu, a ten hej – zaczął chlapać rękami i nogami, co nawet trochę przypominało pływanie. Przez charakterystyczny układ kończyn dolnych wyglądało mi to na styl żabki :) Jedyny minus radochy był taki, że mały non stop miał otwartą roześmianą buzię, więc opił się wody. Prawie godzinę taplał się cały zadowolony.

A te pieluchy kąpielowe to ściema, nie ma siły, by utrzymały siuśki w sobie, wszystko wypłukuje się do wody. Jedyny patent to brak zapięć, które mogłyby się rozkleić. Jak to się ma do higieny w takim basenie? Who knows?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS