RSS
 

Notki z tagiem ‘Bałtyk’

Co z tym życiem?

07 cze

Sto lat mnie tu nie było, brak czasu ciągle. Mały był mały – pochłaniał czas. Mały jest większy – również pochłania, tylko inaczej. Oprócz tego praca, dom, wyjazdy, Netflix…

Byliśmy ostatnio – tak się złożyło – i w Zakopanem, i nad Bałtykiem. Pogoda była podobna, haha :) Nawet podróż zajęła tyle samo czasu, choć kilometrowo różnica jest spora. Mały bardzo dobrze zniósł siedzenie w aucie 5-6 godzin. Było oczywiście trochę jęczenia z cyklu „daleko jeszcze???”, „długo jeszcze??”, ale generalnie było spoko.

Syn piechurem nie jest, więc w Zakopcu niewiele łaziliśmy, a już po górach to tyle co nic. Ot, wjazd na Gubałówkę, tam spacerkiem do najbliższego wyciągu i zjazd. Może jak będzie starszy? Napalił się bardzo, jeszcze w domu, na zjeżdżalnię grawitacyjną na Gubałówce, było to głównym tematem przez 3 dni przed wyjazdem i właściwie wg małego jechaliśmy na tę zjeżdżalnię, a nie ogólnie w góry do Zakopanego. A najlepsze było po zakupie karnetu (bo przecież będzie zjeżdżał i zjeżdżał!) i po pierwszym zjeździe. Że fajnie, ale on już nie chce.

Aha, od razu mi w głowie mignęło – ciekawe, czy tak byłoby z bratem, którego rzekomo chciałby mieć. Po jednym dniu z płaczącym noworodkiem jest to bardzo prawdopodobne; pewnie kazałby mi go odnieść do szpitala… Ot, taka dygresja, bo temat drugiego dziecka ciągle gdzieś powraca, głownie zresztą za sprawą małego, który po prostu chce mieć w domu towarzysza do zabaw, ale jak tu urodzić od razu pięciolatka?

A propos rodzenia, rozmawiałam ze znajomą dziś, jest w trzeciej ciąży i jej największym zmartwieniem teraz jest, uwaga, że ZA SZYBKO URODZI!! Że nie zdąży dojechać do szpitala i w ogóle co zrobić z dwójką dzieci, kiedy się nagle zacznie akcja, a tu mąż dajmy na to w pracy. Najbardziej się boję – mówi ona – że urodzę w samochodzie. W dodatku w czasie, kiedy wypada jej termin, najbliższy szpital, a właściwie oddział położniczy, zamykają na 3 tygodnie. Jak co roku zresztą robią te hece, tak jakby latem rodziło się mniej dzieci. Nie wiem, czy w innych miastach też tak jest?

Tak czy siak, obawy są bardzo uzasadnione, pierwsze dziecko rodziła 2 godziny, drugie niecałą godzinę, skurcze od razu ma co kilka minut, po prostu nic tylko rodzić!!! Obaw o aktualną politykę szpitalno-położniczą nie ma żadnych, no bo jakie. Większość bab boi się, że będzie rodzić w mękach przez 3 dni, a i to nie wiadomo, czy sprawa będzie miała szczęśliwy finał. A tu proszę, taki problem.

Tytuł mojego wpisu wynikł zaś z takiego wydarzenia z wczoraj – nagłą śmiercią zmarł kolego mojego męża, równolatek, czterdziestolatek. Wstał rano, zacharczał i koniec. Z tej perspektywy wszystko tak totalnie traci sens – i planowanie wakacji, i zakupy, i korki w mieście, no wszystko dosłownie, że ja pytam – jak żyć? I po co? Żeby się tak po prostu zwinąć w 5 minut? To po co to wszystko, te kariery, filmy, komputery, smarftony, modne ciuchy upolowane na wyprzedaży etc. Ktoś wie?

 

Zamiast sanatorium

10 cze

Wyskoczyliśmy w maju nad nasze morze. Pomysł „wyszedł” od małego, a właściwie z powodu małego i jego nieszczęsnych migdałów, a laryngolog, dosadnie mówiąc, odczepiła się ode mnie, gdy tylko jej powiedziałam, że wybieramy się na 10 dni nad Bałtyk. Bo kilka razy wspominała o sanatorium, a ja tego zupełnie nie widzę! Że ZUS zawiadamia mnie znienacka, że oto nagle mam brać 3 tygodnie wolnego w pracy! I nikt nie wie, czy będzie to w listopadzie czy styczniu. Czy może będą to wakacje, w terminie, w którym mamy już wykupione wczasy. Nie widzę tego. Tak samo jakoś wzrok mnie zawodzi, gdy pomyślę o wspólnym pokoju z obcą jakąś mamą i jej chorowitym dzieckiem. Które może jakieś obce bakterie jeszcze przywiezie ze sobą. W końcu do sanatorium przyjeżdżają chorzy, nie? My ze swoimi bakteriami, inni ze swoimi. Jakoś nie mam ochoty na wymianę międzybakteryjną. No i jestem już troszkę za stara na kolonie, nawet z innymi mamami. Więc wykręcałam się od tego sanatorium i tak, i siak, czując się jednak jak wyrodna matka oczywiście, która dla własnej wygody oraz z lęku o posadę czyni na szkodę swemu dziecku rodzonemu. I tak narodził się pomysł prywatnego minisanatorium, czyli wyjazdu nad Bałtyk przed sezonem, bo poczytałam trochę w necie i wyszło, że dzieci takie jak moje, czyli anginowo-antybiotykowe dostają miejsca w sanatoriach nad morzem i główną, a często jedyną formą leczenia czy też wspomagania są inhalacje i spacery nad Bałtykiem.

No to pojechaliśmy. Ponieważ, po pierwsze, to jeszcze nie lato, po drugie, nawet latem nad Bałtykiem nie jest różowo w kwestii pogody, z premedytacją nie zabrałam żadnych letnich rzeczy. Ani jednej pary krótkich spodenek, ani pół sukienki czy spódnicy. Nie ze mną te numery!  Że niby słońce świeci, ach, jak gorąco, wskoczę w sukienkę zwiewną zatem i klapeczki i będzie tak miło, jak na wczasach! I tak przez całe piętnaście minut, bo oto nadchodzi granatowa chmura i wicher się zerwał, więc czekajcie, ja tylko skoczę się przebrać, sweter jakiś i kurtka, o, już pada, to chyba i parasol się przyda… Chciałam sobie oszczędzić tej męczarni i dylematów: kiecka czy dżinsy? Sandałki czy adidasy? Gorąco czy jednak zbiera się na deszcz? Lato to czy może już listopad? Postanowiłam być mądra i spakowałam dżinsy, swetry, kurtki, czapki, apaszki, parasole, a dla małego kalosze. Ha! I co? I było 26 stopni, k… Dzień w dzień! Musiałam kupić słomkowy kapelusz, żeby udaru nie dostać i namiętnie wszyscy podwijaliśmy nogawki w spodniach. Słyszał to kto takie rzeczy? No, w lipcu tak nad Bałtykiem nie ma, jak w tym maju było!

Siedzieliśmy więc całymi dniami na dworze, a to na plaży, a to na placu zabaw, a to spacerując i obserwując odkręcanie paździerzowych płyt z rodzących się na nowo na sezon barów i smażalni. I wdychaliśmy jod namiętnie, w końcu wyjazd zamiast sanatorium, wdychać trzeba! Więc kochani, jeśli jechać nad Bałtyk celem odpoczynku i opalania, to tylko przed sezonem. Plaża prawie pusta, widać morze z falami, a nie morze parawanów, te kilka otwartych restauracji wystarczy, a na obiad czeka się normalnie, przy stoliku piętnaście minut, a nie w spoconym tłumie prawie godzinę. I zbudowana scena pozostawała pusta, bo przecież jeszcze nie sezon i nie ma dla kogo hałasować. I kolejki po lody nie było. I korków w te i we wte brak, a kto jechał w wakacje drogą w Trójmiasta w stronę Helu wie, o czym mowa. Stoi się drugie tyle, co cała droga z Wrocławia do Gdańska. Same plusy. W dodatku wróciliśmy z wczasów i jeszcze całe lato przed nami! :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Urlop z dzieckiem to bardziej wyczerpująca wersja pobytu w domu…

30 wrz

Trochę jeszcze wspomnień z wakacji… Poniżej plaża w temperaturze 25 stopni i w tej 10 stopni mniej, amplituda oczywiście miała miejsce podczas dwutygodniowego pobytu nad Bałtykiem, zdjęcia te dzieli raptem kilka dni, a nie cała pora roku… Taki „urok” polskiego morza, psia mać…

Nawiązując do tytułu notki (znowu cytat z „Wyznań upiornej mamuśki”) mam do sprzedania jeden patent. Wiadomo, że jak człowiek nie jest dzieciaty, to na plażę bierze ręcznik i książkę i tak pół dnia może sobie spokojnie leżeć i słuchać szumu fal. Wyjście z dzieckiem nad wodę to istna wyprawa, pisałam o tym rok temu, ale im dziecko starsze, tym więcej gratów trzeba brać ze sobą. Bo już i bardziej różnorodnie je, i więcej się bawi, a więc przekąski, jogurciki i bananki oraz wiaderko, piłka, łopatka, grabki, takie ustrojstwo przypominające młyn, co to się w nie sypie piasek i się kręcą takie kółka z łopatami (nie mam pojęcia, jak to się nazywa, ale zajmuje mnóstwo miejsca) oraz milion innych rzeczy. A oto mój patent – najlepsza torba plażowa to ta niebieska torba z IKEA o pojemności małej szafy
http://www.ikea.com/pl/pl/catalog/products/17228340/
. Po prostu cudo – pomieściła koc, ręczniki, termos, milion zabawek, czapki, kremy, czasopisma, kanapki, pieluchy i wiele innych koniecznych drobiazgów. Tylko parawan się nie zmieścił, ale wybaczam ci to, kochana torbo!

Przy okazji wspominek plażowych garść refleksji. Puszczałam dziecko moje kochane na golasa na plaży. Dumałam trochę nad tym czy to rozsądne, czy jakiś pedofil nie czai się za parawanem z aparatem albo choćby li i jedynie tylko z plugawym wzrokiem. W końcu jednak to ja postanowiłam nie spuszczać oka z synka i pozwoliłam mu latać z fajfusem na wierzchu, jeśli zasikał majteczki. Pielucha nie wchodziła w grę, łapał do środka mnóstwo piachu, a wiadomo, co robi mokry piasek na delikatnej skórze. Co to się, swoją drogą porobiło. Sama pamiętam siebie biegającą nago po plaży, ze 30 lat temu to było, nikomu nie zaświtało wówczas, że może być coś niebezpiecznego w takim zachowaniu. Pedofile byli, co prawda, zawsze, ale jak to powiedziała moja mama – o tym się nie słyszało, nie mówiło, a jeśli w okolicy, np. na działkach ( tak jak w moim mieście), był jakiś dziwnie zachowujący się facet biorący dzieci na kolana, po prostu się tam dzieciaków nie puszczało. Dziś nie ma dnia, by nie słyszeć o jakiejś paskudnej aferze, a już kler powariował zupełnie. Ale zostawmy to…

PS

IKEA nie jest sponsorem tego tekstu :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Już słońce nie to…

29 sie

Od jakiegoś tygodnia światło słoneczne ma ten jasny, prawie biały odcień, który mnie nieodparcie kojarzy się z wrześniem i ze szkołą (chociaż ostatni raz w szkolnej ławce siedziałam wieki temu, ekhem, 16 lat minęło…). Koniec upałów, czas schować sukienki i koszulki na ramiączkach na 10 miesięcy do szafy, chociaż jak zwykle nie udało się włożyć wszystkich. Nie cierpię tego. Nie cierpię klimatu umiarkowanego, który w Polsce oznacza 2 miesiące względnego ciepła oraz 10 miesięcy zimno-wietrzno-deszczowych + jako bonus śnieg i mróz.

Ledwie wróciłam z urlopu, a już zaczęłam myśleć o następnym, zapewne dlatego, że wczasy spędzaliśmy w Polsce i pogoda nie była cudownie jednolicie upalna jak np. w Chorwacji, którą uwielbiamy oboje z mężem. Jednak mały ciągle wydaje się nam za mały na dwudniową podróż, strome chorwackie plaże z jeżowcami i wczasowe obiadokolacje. Przede wszystkim musi zacząć mówić! Wtedy łatwiej będzie chyba się dogadać, że albo zje to, co w stołówce, albo nic oraz że musimy jeszcze przejechać 300 km do celu… Miałam z nim kłopot w tym roku, bo w knajpach jadł tylko pierogi, do niczego więcej nie dał się przekonać. Dlatego kilka razy po prostu ugotowałam mu zupę w mieszkaniu, które wynajmowaliśmy i po godzinie stawania na głowie jakoś ją zjadał (na głowie stawaliśmy oczywiście ja i mężydło). Cyrk nie do odtworzenia w publicznym miejscu.

Mam wielką nadzieję, że w kolejne wakacje mały nie będzie uciekał na widok obiadu (śniadania i kolacje idą jako tako, a deserki i podwieczorki już w ogóle cudnie), będzie korzystał z toalety i zrozumie, że na wczasach śpi się do dziesiątej :) Wtedy będzie się opłacało jechać do „ciepłych krajów” i uda się odpocząć :) Bo na takie zwykłe codzienne użeranie się z synkiem i jego humorami Bałtyk w zupełności wystarczy…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Oscypki nad Bałtykiem

19 sie

Co można kupić nad Bałtykiem jako pamiątkę ??? Otóż na stoiskach z suwenirami mamy torby z napisem New York, obrazy z malowniczymi mostami Wenecji, góralskie oscypki oraz pomalowane na różne kolory rozgwiazdy, sztuczne zresztą, jak sądzę. Nie sprawdzałam, ale pewnie wszystko (może prócz oscypków, ale kto wie?) przyjechało wielkim kontenerowcem z Chin. Gdzie tu sens, gdzie logika? jak pytała moja ukochana Joanna Chmielewska.

Jestem przytłoczona tym całym mnóstwem badziewia oferowanego turystom nad morzem. Wiatraczki, koszulki z durnymi napisami, baloniki – to do kupienia. Pojazdy typu quad, dwuosobowe rowery, konie i tygrysy na kółkach – do wynajęcia w celu pojeżdżenia po zatłoczonym chodniku. Holenderskie (?) frytki, kolorowana wata cukrowa, naleśniki z – uwaga – frużeliną (ale sprzedawane jako owocowe), smażone ryby, smażone kotlety, smażone ziemniaki… – do zjedzenia. Uff… I tzw. domowe obiady, po których brzuch boli. Ratunku!

Kicz, tandeta, brzydota – takie wrażenia z nadmorskich deptaków. Plastik, plastik, plastik…

Mąż ma pretensje, że za dużo narzekam. OK, trochę racji ma. Ale kochani, na plaży wódka się leje, zamiast morskiej bryzy czuć fajki, muza ze smartfonów zagłusza szum fal… Musiałam uciszać jakąś bandę młokosów, bo wydzierali się, rzucali chu…mi i ku…wami metr od naszego koca i jeszcze mówili, że nie mam prawa ich upominać, bo to nie cisza nocna. I jeszcze ten durny zwyczaj gaszenia petów w piasku i zostawiania ich tam samym sobie. Cała plaża pokryta jest petami. A mój synek chętnie je wydłubuje z piasku, podobnie jak kapsle Specjalu i Lecha oraz zakrętki z napisem Żołądkowa Gorzka.

Trochę kultury!! – chciałoby się zakrzyknąć, ale chyba zagłuszy mnie facet od kukurydzy (GO-TO-WANA KU-KU-RYDZA!!!) i kawy (KAWA MROOOO-ŻONA!!!!), a swoje dołożą inni (POPCORN!!!!, ORZESZKI W KARMELU!!!! LODY!!!) przemierzający plażę wzdłuż i wszerz. Spokojne polegiwanie na piasku wśród szumu fal? Wolne żarty.

Ale tak ogólnie jest fajnie :) I nawet udało się nam trochę zabrązowić tu i tam. I dwa razy weszłam do Bałtyku i przeżyłam. Juhuu!

 

Wakacjowanie

06 sie

Upał dziś taki, że strach z domu wychodzić. Chodzą po domu dwa golasy – ja w majtkach i staniku, mały w pampersie. Wczoraj, po deszczowej nocy wyszliśmy na plac zabaw, myślałam, że będzie trochę chłodniej, tymczasem niemal widać było, jak paruje wilgotny piasek w piaskownicy. Klimat jak w dżungli, trudno było usiedzieć.

Miniony tydzień, również upalny, spędziłam z małym u moich rodziców. Synek szalał na całego, bo to i nowe wnętrza, i podwórko, i ogród. Masa atrakcji – obserwowanie ślimaka, „pomoc” dziadkowi przy podlewaniu, bieganie po trawie na bosaka. Wyjście na podwórko trwało 3 sekundy – czasem nawet w kapciach. Nie to co w domu – trzeba się wyszykować, trzy piętra pokonać… Dobrze teraz rozumiem, że ludzie często decydują się na domek z ogródkiem , kiedy pojawiają się dzieci. Jest wygodniej (dla rodziców) i bardziej interesująco (dla dzieci). No cóż, co zrobić. Pocieszam się, że i tak mieszkamy w fajnej okolicy, z placami zabaw, parkami, skwerami. Nie wiem, co robią rodzice z dziećmi na osiedlach-typowych blokowiskach. Mieszkałam na takich, we Wrocławiu na Kozanowie i Różance. Klasyczna komunistyczna wielka płyta, 11 pięter. Na podwórku głównie auta i śmietniki. Dla dzieci? Połamana huśtawka. Dramat.

Wracając do pobytu u rodziców – upał był też znośniejszy, bo chodziliśmy na basen. Basen w małym mieście a basen we Wrocławiu to zupełnie inne światy. W powszedni dzień przed południem w ogromnym brodziku było może dziesięcioro dzieci. Wstęp z wózkiem – 4 złote. Dla mnie bomba. Dla synka też. Chlapał się fajnie, wlewał wodę do dmuchanego kółka (to dopiero syzyfowa praca…), w ruch poszły też akcesoria piaskownicowe – podbierał dzieciom wiaderka i łopatki, bo mnie do głowy nie przyszło, że coś takiego przyda się na basenie. No i tylko dziecko ma taką fantazję, by grabić wodę…

Przy okazji pobytu u rodziców zrobiliśmy grilla urodzinowego, synek na dniach kończy dwa latka. Mnóstwo rozumie, czasem się dziwię, że tak dużo, ale zasób słów niestety ubogi bardzo. Przeszkadza to nam w dogadaniu się co do sposobu i miejsca robienia siku i kupki. Od dwóch tygodni próbuję działać z nocnikiem, ale efekty mizerne. Na koncie mam za to kilka siuśkowych kałuż w różnych miejscach w domu i, za przeproszeniem, kupę na kanapie… Jak to zrobić, jak go nauczyć? Sposoby koleżanek na razie nie działają. Opowieści o półtorarocznych dzieciach wołających siusiu dołują i irytują… „Najlepiej teraz, latem”, „Już ma dwa latka, to już teraz musi wołać”, „Mój jakoś sam na nocnik siadł i nie chciał już pampersa”, „Mój zobaczył u taty i od razu chciał tak samo siusiać”, „Założyłam tetrę i jak poczuła, że ma mokro, to już wiedziała, że trzeba wcześniej wołać”. Hmm, a mój potrafi latać zasikany, nie robi problemu z kupy w pielusze, od nocnika ucieka, a tacie próbował podstawiać miseczkę przy sikaniu… Tak jak pod kran…

Z siusiakiem jest jeszcze inna kwestia. Odciągamy napletek, tak jak nam każe pani doktor, dwa tygodnie temu chyba mąż przesadził trochę i mały miał zaczerwienione bardzo te napletkowe miejsca. Byłam u lekarza, dostałam (tzn. kupiłam w aptece…) maść i teraz już jest OK. Staramy się z mężydłem dobrze rozpracować ten problem, żeby nie mieć w przyszłości chirurga na karku.

A wracając do grilla – to był drugi w życiu synka i drugi raz mnie zdumiał tym, z jakim apetytem wsuwał upieczoną karkówkę. Nic go nie zrażało, że trochę twarde czy suche, wrąbał dwa szaszłyki bez mrugnięcia okiem, chętniej niż naleśnika czy inny typowo dziecięcy posiłek. Potem doprawił dwoma kawałkami tortu (nie mogłam mu odmówić, urodzinowy w końcu) i pobiegł dalej szaleć po ogrodzie.

Jest na pewno takie prawo Murphy’ego mówiące o tym, że przed urlopem jest super pogoda, wręcz umierasz z upału, a gdy już wyjedziesz nad tę wodę, to zaczyna się niżowy front czy coś w tym stylu. Obawiam się, że tak u nas będzie, upał nie może trwać wiecznie i skończy się zapewne pierwszego dnia naszego urlopu… Trudno, moja w tym rola, żeby zapakować WSZYSTKO – i kąpielówki, i kurtki, i swetry. Wiadomo, jak to nad polskim morzem -trzeba mieć ze sobą i okulary słoneczne, i parasol. A najlepiej dwa…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Plaża Rzeczpospolita Wózkowa

26 lip

Nie wiem, dlaczego myślałam, że będziemy jakimiś frikami z wózkiem na plaży… Odwrotnie, raczej dziwne było, jeśli ktoś pojawiał się bez wózka, a najlepiej jeśli był obwieszony, czym tylko się da (koce, maty, siatki z piciem etc.)…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Bałtyk

20 lip

Wczasy spędzaliśmy dość aktywnie, wbrew pozorom z małym dzieckiem jest to bardziej wskazane niż leniwy odpoczynek na plaży… Udało się nam wprawdzie kilka razy klasycznie poleżeć na kocu z książką, ale było to możliwe jedynie w porze drzemki naszego małego terrorysty. Wstrzelić się w konkretną godzinę (czyli właśnie w tę drzemkową) na polską plażę i akurat mieć pogodę – BEZCENNE. W praktyce wyglądało to tak, że kilka razy w ciągu dnia trzeba było zmieniać opcję – z plażowej na barową (bo zaczęło lać), z barowej na domową (bo trzeba było małemu dać jeść, a akurat nie wzięłam słoiczka), z domowej na plażową (szybko, szybko, wyszło słońce!).

Bywało też tak, że wychodziliśmy z domu objuczeni parawanem (inaczej łeb urywa), kocem, matami i parasolem plażowym (każda z tych rzeczy jest bardzo poręczna, stworzona wręcz do noszenia…) i po paru minutach spierdzielaliśmy z powrotem, z powodu huraganowego wiatru i zakrywających niebo złowrogich granatowych chmur. Po czym zdarzało się, że ów wiatr prędziutko rozpędzał chmurzyska i pojawiało się palące słońce… Pogoda w górach jest zmienna? Pojedźcie nad Bałtyk!

Wracając do aktywnego wypoczynku – byliśmy na Helu w Helu, w Sopocie i Gdańsku. Mały jest ciekawski, krótkie podróże znosi świetnie, w nowych miejscach intensywnie się rozgląda, mogliśmy więc trochę pozwiedzać. Z pampersami i zupkami w słoiku jest to ułatwione, ale nie jest jeszcze tak kolorowo, jakby mogło być. Zupki podgrzewałam albo w mikrofali (to było w miarę łatwe, nawet na stacji benzynowej), albo w naczyniu z wrzątkiem. Tu zazwyczaj pojawiał się kłopot, bo okazywało się, że duża restauracja serwująca kilkanaście dań nie ma w kuchni garnuszka! Przynoszono mi kubeczki wypełnione wrzątkiem po brzegi, chociaż tłumaczyłam, na co mi to i co będę z tym robić. Prawo Archimedesa działa… Musieliśmy się tej wody pozbywać, zanim zanurzyłam słoik.

Nie jest dobrze, jeśli chodzi o zmianę pieluchy. W żadnej restauracji, a odwiedziliśmy ich naprawdę mnóstwo, nie było ani przewijaka, ani jakiegokolwiek miejsca aby położyć dziecko. Radziliśmy sobie różnie – na kanapie, na złączonych krzesłach, w wózku, w aucie… Wijące się dziecko sprawy nie ułatwia… Lepiej jest z karmieniem, w kilku miejscach trafiliśmy na krzesełko. Również na plaży ktoś pomyślał – zamontowana jest kładka, można pchać wózek wzdłuż morza spory kawałek po drewnianym chodniku.

Mały był zachwycony plażą. Biegał od parawanu do parawanu,  jeszcze na czterech, choć zdarzają mu się co raz dłuższe momenty stania bez trzymanki, przesypywał piasek w rączkach, wynajdywał w nim co smaczniejsze kąski (pety, opakowania po batonikach i inne dowody na niewychowanie ludzi – kosze były co parę metrów), zaczepiał inne dzieci i podkradał im zabawki. Generalnie z oka nie można go było spuścić. Szkoda, że Bałtyk był jak zwykle pieruńsko zimny, mały być zaciekawiony falami, ale na mokrym piasku stawał na paluszkach. Nie wiem, co ja sobie myślałam, pakując pieluchy do kąpieli… Teraz jest pretekst, by iść na basen…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Los urlopos zakończonos

13 lip

Wróciliśmy z urlopu i jakoś nie mogę dojść do siebie, torby stoją nierozpakowane, burdel cudny.

Główna idea, jaka towarzyszyła mi oraz mężydle podczas całego pobytu nad naszym pięknym, acz wykręcajacym stawy z zimna Bałtykiem, brzmi następująco: URLOP Z DZIECKIEM TO NIE URLOP, względnie PÓŁURLOP…

Orka ta sama, co w domu, o stałych porach nakarmić trzeba, kupsko zniwelować należy, o smoczku pamiętać bezwzględnie, a ponadto ubierać, gdy wieje, rozbierać, gdy grzeje, wózek po piachu targać.

Ale wiecie co, moi nieliczni czytelnicy? Było fajnie. Relacja z pobytu niebawem. Z szaleńczego pakowania również.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Polska pogoda, czyli dlaczego jestem pełna obaw myśląc o urlopie

17 maj

Musiałam dziś wytargać z dna szafy polarowy kombinezon małego, co to już myślałam, że go do jesieni użytkować nie będę (albo i nigdy, jeśli moje dziecko nadal będzie w takim tempie wyrastać z ubrań). No, ale dajcie spokój, ledwo 13 stopni na termometrze, a tu na zakupy iść trzeba. W rzeczach odłożonych na zimę wyszukałam czapkę uszankę, z myślą, że najwyżej podczas spaceru zdejmę ją małemu, jakby się miał zapocić (mamy wszak drugą połowę maja!), ale potem dziękowałam Bogu, że ją na głowie ma, bo wicher przewiał nas na wszystkie strony. Sama chętnie bym dziś w uszance wystąpiła. I pomyśleć, że chodziłam już z małym po dworze ubranym w sam bodziak, a w domu puszczałam go po kocu bez pampersa, żeby mu trochę klejnoty odparowały… No cóż, polska pogoda zmienna jak… moda. Nie czuję, jak rymuję :)

Po dość długich pertraktacjach ustaliliśmy w tym roku wyjazd nad Bałtyk i przy pakowaniu na pewno trzeba będzie pamiętać o tym, co powyżej. NIESTETY. Ostatnimi czasy spędzaniu wakacji w kurtce i z parasolem w zgrabiałej dłoni powiedziałam stanowcze NIE i wyjeżdżaliśmy tam, gdzie cytryna dojrzewa, choć niekoniecznie do Włoch. W tym roku, ze względu na małolata, nie będziemy się zapuszczać poza granice Polandu. Oczywiście, niby nic nie stoi na przeszkodzie i niektórzy rodzice wyjeżdżają z noworodkami co najmniej w Himalaje, odpuszczając jedynie wspinaczkę na K2, ale my należymy do tych przezornych. Himalaje może w przyszłym roku… :)

Do wyjazdu nad morze jeszcze sporo czasu, ale ja już zaczynam główkować nad zawartością bagaży. Trzeba wziąć rzeczy i na 30 stopni upału (oby! oby!), i na 16 stopieńków z deszczem na dokładkę. Brrr…

W mojej wyobraźni siedzimy sobie na plaży pod parasolem i robimy babki z piasku, co jakiś czas smarując się jakimś filtrzastym kremem. W realu może być… różnie. Zawsze zostaje na pociechę jod w powietrzu…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS