RSS
 

Nowy rok

08 sty

Zaczął się kolejny rok, a jego początek świętowaliśmy na hucznym balu sylwestrowym, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się dwa dni wcześniej. Jakoś tak zgadaliśmy się ze znajomymi, że mają wolne miejsca przy stoliku, a my nie mamy żadnych planów. Z pewnymi wyrzutami sumienia podrzuciliśmy małego moim rodzicom i wystrojeni w cekiny (ja) i szpilki (ja), pojechaliśmy do restauracji. Było fajnie, mimo średniego jedzenia i nieprzemyślanej muzyki. Sama w pół godziny ułożyłabym taka listę hitów, że goście nie usiedliby ani na moment, niestety para, która puszczała piosenki – bo daleko im było do didżejowania – uznała, że świetnym pomysłem jest totalny mix nastrojów i gatunków muzycznych, na zasadzie – chyba – „dla każdego coś miłego, co trzy minuty co innego”. Tak więc po Abbie poleciał dr Alban, następnie Krawczyk, po nim jakieś techno, od razu „Jesteś szalona” i tak dalej, to było straszne po prostu. Ale z mężydłem mamy na to sposób! Przyjechaliśmy do domu po drugiej i jeszcze z godzinę tańczyliśmy sobie do wszystkich tych hitów, jakich nam zabrakło na zabawie. Wariaci? Być może :)

Święta minęły fajnie, jak co roku rodzinnie i bez śniegu. Dzieciaki zostały obsypane prezentami, co zawsze wzbudza we mnie wątpliwości, czy nie za dużo tego dobrego. Mąż określił się dosadniej: za rok jeden prezent i koniec! To prawda, mały ma mnóstwo zabawek, a i tak najchętniej bawi się z nami w jakieś totalne wariactwa na łóżku typu „goni mnie potwór”, kończące się gilgotaniem pod kołdrą. Wiem, że najlepiej bawiłby się z drugim chłopcem w podobnym wieku i męczy mnie to, że nie zafundowałam mu brata i nie mam w planach takich „prezentów”, zresztą na „podobny wiek” już za późno. Kto ma więcej praw w takiej sytuacji? Matka, która nie chce mieć więcej dzieci czy dziecko, które chciałoby mieć w domu towarzysza zabaw? Złapałam się na tym, że jestem tak nastawiona na mojego syna, że o ewentualnym potomku myślę tylko w kategorii „kolegi do wspólnych zabaw”. A wiadomo, że to scenariusz totalnie nieprawdziwy, nie mający nic wspólnego z wrzeszczącym niemowlakiem i niewyspaną matką.

Zmieńmy temat: ze zdrowiem małego lepiej; ostatni antybiotyk brał w sierpniu – najpierw na lekką anginę, potem na wczasach na ucho. Od tamtej pory spokój i jest to chyba najdłuższy okres bezantybiotykowy odkąd mały poszedł do przedszkola (czyli od 2,5 roku). Jesienią był jedynie dwa razy lekko przeziębiony, a ostatnio uatrakcyjnił nam noc nagłymi wymiotami, ale nie zrobiły na nim jakiegoś większego wrażenia:

- Mamo, a dlaczego ja wymiotowałem?

- Nie wiem, synku.

- Mamo, a co to za zielone pudełko?

- …?

- Mamo, a czemu tak szybko do mnie biegłaś?

- …? Bo słyszałam, że wymiotujesz…

- Aha.

Chodzimy nadal do laryngolog i alergolog, ale chyba one same nie wiedzą, co dalej robić. Mały ma przewlekle zatkany nos. Z testów alergicznych na skórze nic nie wyszło, z krwi wyszedł słabo kot i kakao, za słabo, by dawać objaw zatkanego nosa, zwłaszcza, że nie mamy kota! Zrobiliśmy kolejne badania – wymaz z nosa i gardła, czekamy na wyniki. Mały był zachwycony kolejną wizytą w labie, nie ma co…

Ahoj.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Rod Steward

05 gru

Nigdy nie byłam fanka Roda Stewarda, ale jego autobiografię przeczytałam z przyjemnością, a kupiłam ją po lekturze wywiadu z nim. „Co za zabawny facet” – pomyślałam, bo sypał anegdotami jak z rękawa. I faktycznie, książka jest chwilami bardzo śmieszna, Steward dzieli się swoimi przeżyciami bardzo szczerze i bez nadęcia, często nabijając się z samego siebie. Jak zwykle zaznaczyłam sobie kilka dobrych cytatów:

„Podczas jej nagrywania [jednej z ballad -przyp. mój] Mike, który był producentem, bardzo mnie zdenerwował, gdy poprosił, żebym odchrząknął i wreszcie pozbył się tej okropnej chrypki. Odpowiedziałem mu wtedy: To nie żadna chrypka, to mój głos„.

O swoim pierwszym samochodzie: „miał tak niskie zawieszenie, że prawie się w nim leżało”; o modelu shelby cobra: „To był kompletnie zwariowany samochód. Nie byłem w stanie utrzymać go na drodze. Musiałem wozić w bagażniku worki z piaskiem, żeby nie wypaść z jezdni(…)”.

O słynnej piosence „Da Ya Think I’m Sexy?„: „prawdopodobnie zraziłem do siebie sporą grupę ludzi, którzy przedtem uważali się za moich fanów (…). W tamtych czasach świat muzyczny charakteryzowały ostre podziały (…). Pod koniec lat siedemdziesiątych słuchano soulu, heavy metalu, punk rocka i innych gatunków, ale ich zwolennicy przesiadywali w oddzielnych okopach, z których wystawały jedynie bagnety. Człowiek nie mógł, dajmy na to, tak po prostu wyjść z obozu rocka i udać się do miłośników soulu, nawet tylko po to, żeby się z nimi przywitać, gdyż od razu był narażony na odstrzelenie łba. (…) Nie pomogli mi też (…) specjaliści od marketingu, którzy wymyślili, żebym na plakatach promujących singiel występował ubrany od stóp do głów w obcisły spandeks, tuż pod znaczącym tytułem Da Ya Think I’m Sexy?. Mogę się tylko domyślać, co na ten widok odczuwało wielu fanów płci męskiej. Pewnie na jakiś czas schowali moje stare albumy głęboko na dno szafy. Żeby bardziej skomplikować całą tę sytuację, brazylijski muzyk Jorge Ben Jor zaczął publicznie wskazywać na podobieństwo refrenu do swojej piosenki(…). Złapany na gorącym uczynku od razu się poddałem. Nie znaczyło to oczywiście, że podczas nagrywania w studiu oznajmiłem wszystkim: Słuchajcie, wykorzystamy w refrenie melodię z Taj Mahal i mamy z głowy. Autor mieszka w Brazylii i na pewno nigdy się o tym nie dowie.(…) Niezamierzony plagiat – nic poza tym”.

O gościnie Eltona Johna: „Zawsze lubiłem się tam zatrzymywać. Co prawda zanim człowiek mógł się położyć do łóżka, musiał najpierw usunąć z niego całe mnóstwo cennych wiktoriańskich lalek, ale gospodarz bardzo dbał o wygodę swoich gości”.

O swojej mamie: „(…) wątpię, żeby do niej lub ojca kiedykolwiek dotarło, jak dużo zarabiałem. Pamiętam, jak zapytałem ją, jaki prezent chciałaby dostać na święta [Rod w tym czasie mieszkał w zabytkowej rezydencji, jeździł lamborgini i latał prywatnym samolotem - przyp. mój]. – Wymyśl coś – poprosiłem. – Chcę ci podarować coś specjalnego.

Po długim namyśle powiedziała, że potrzebny jej nowy pojemnik na chleb”.

Grunt to praktyczność. Amen.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trochę kultury

 

Akcja: wyjście na piwo, tydzień planowania

10 paź

Dziecko każde normalne wydarzenie zamienia w akcję. Może nawet w Akcję przez duże A. Ze zwykłego wyjścia do znajomych robi się Wielkie Przedsięwzięcie. Z drobnego wyjazdu na weekend – szczegółowo zaplanowane i rozpisane na kartce Wydarzenie. Teatr, urodziny, kino, grill, wczasy, zakupy (nie daj Boże większe zakupy typu wybór garnituru lub pralki… Syn do tej pory czasem pyta, czy pójdziemy do sklepu oglądać pralki, bo gdy my próbowaliśmy zdecydować się choćby na markę, on szalał po całej powierzchni sklepu albo wisiał mi na płaszczu… świetna zabawa była, mówię Wam, jak napisałam – do tej pory wspomina…).

Podam przykłady z kilku ostatnich tygodni.

Zostaliśmy zaproszeni na czterdziestkę kolegi. Do knajpy. Oko mi błysnęło, bo jak się ma dzieciaka, to wieczorne wyjście do knajpy to jest WOW! No i się zaczęło: jak się pozbyć małego? Misterny plan: podrzucimy go do mojego brata (i bratowej). Telefony, ustalanie (mieszkają pod miastem), kiedy zawieziemy, autem czy taksówką, kiedy odbierzemy, czy wracamy w nocy po imprezie czy rano jak się wyśpimy, ale wtedy trzeba uważać w nocy z piciem, żeby rano móc wsiąść za kierownicę itp. itd, parę dni łamania głowy. Dzień przed urodzinami: bratowa dzwoni, że ma problem z wyjściem z toalety. Nie że się zatrzasnęła, ale  tzw. grypa żołądkowa, wiecie, rozumiecie… Od razu cała rodzina mieszkająca z bratową została wykluczona przeze mnie z opieki, bo to dziadostwo roznosi się błyskawicznie i mało kogo oszczędza, a zarażają nawet ci, co jeszcze nie maja objawów. No to co robimy?! Kto przygarnie pięciolatka na noc??? Dziadkowie na wczasach, reszta rodziny daleko, większość znajomych zaproszona na tę samą imprezę i też kombinują, komu sprzedać dzieci. W końcu jednemu koledze oddaliśmy małego, całe szczęście jest grzeczny w gościach. Ale trzeba było pilnować czasu, bo obiecaliśmy go odebrać koło północy. Więc trzeba było szybciej wyjść. Taksówką podjechać, taksówkę zatrzymać, na trzecie piętro lecieć po zaspane dziecko, z powrotem do auta, do domu, zaspańca na trzecie piętro wtargać, położyć z powrotem spać… A chodziło tylko o to, by pobyć wśród ludzi i napić się piwa i wyluzować trochę… Dla bezdzietnych to taka norma, że się nawet nad tym nie zastanawiają, wychodząc wieczorem z domu…

Drugi przykład. Znowu postanowiliśmy zaszaleć. A raczej ja, a mężydło z ironicznym uśmieszkiem stwierdziło, że też pojedzie. Na koncert Bryana Adamsa, mojego idola z lat młodzieńczych. Bilety kupione pół roku wcześniej. Moja mama zaklepana takoż. Ponieważ rzecz miała mieć miejsce w powszedni dzień, więc ustalono: mały do przedszkola zostanie zaprowadzony. W międzyczasie moja mama przyjedzie z innego miasta. Ustalono godzinę pociągu. Że mężydło ją odbierze. W domu przekażę wszystkie must know. Dalej plan miał wyglądać tak: my do auta i jedziemy do Łodzi, a mama po raz pierwszy odbierze wnuka z przedszkola. Który został o tym uprzedzony kilka dni wcześniej i skakał pod sufit z radości. I za każdym razem, gdy go odbierałam, pytał rozczarowany, czemu babcia nie przyszła, tylko mama. Panie przedszkolanki uprzedziłam, że przyjdzie babcia. Dopisałam mamę do listy osób upoważnionych do odbioru dziecka, numer dowodu etc. Więc widzicie, akcja była wielka. Ale zawsze może być większa! Mały dzień przed całym tym zamieszaniem dostał gorączki. I kurka, cały plan wziął w łeb, trzeba było od nowa łamać głowy, co robić i jak robić, żeby było dobrze. Bo skoro do przedszkola nie może iść, to po co ciągnąć tu babcię. Więc zawieźliśmy młodego do mojej mamy, co wymagało znowu wielkiej gimnastyki umysłowej i kosztowało nerwów trochę. A chcieliśmy tylko pojechać na koncert, a nie zdobyć K2!

No i trzecia historia. Wczasy. Byliśmy w sierpniu, choć możemy wziąć urlop w każdym innym miesiącu i w każdym innym miesiącu byłoby taniej, mniej tłoczno i nie tak cholernie gorąco. No, ale w sierpniu zamykają przedszkole, nie ma co dyskutować. Wybraliśmy Cypr. Pomijam już pakowanie rzeczy małego typu wielka łopata na plażę, plastikowy laptopik, który wzbudził podejrzenie celników (ma baterię, zapomnieliśmy…), bo to oczywiste sprawy. Ale na wczasach (może lepiej mówić „wyjazd z dzieckiem”, bo wczasy to przecież odpoczynek i błogie lenistwo…) mały zrobił nam ponownie ten sam numer z uszami co na Krecie, czyli zapalenie. Co oznacza wzywanie lekarza do hotelu. Dogadać się jakoś trzeba, niby angielski się zna, ale jak są migdałki i angina po angielsku?? Bo chcieliśmy nadmienić, że tuż przed wczasami (tfu, wyjazdem z dzieckiem) mieliśmy atrakcję w postaci anginy ropnej i antybiotyk był brany, po którym mały dostał wysypki na całym ciele (i znowu byłam z nim u lekarza po jakieś leki odczulające) i że może by to trzeba było wziąć pod uwagę przy kolejnym antybiotyku na te uszy… A przecież to tylko wczasy miały być, zwykły Cypr, a nie jakieś Indie czy Peru, zwykła kąpiel w basenie (miliony się kąpią, a mój syn łapie zapalenie uszu), a nie skoki na spadochronie, ech… Nawiasem mówiąc, wizyta lekarza na Cyprze to koszt 100 euro.

Dodam jeszcze, że paradoksalnie z mniejszym małym było na wczasach łatwiej zwiedzać. Ładowało się go w wózek i albo zwiedzał z nami, albo spał. A teraz? Albo zwiedzał z nami, albo nie (tzn. siadał na chodniku i mówił, że on dalej nie idzie – i co takiemu zrobisz??), więc zwiedzanie ograniczyliśmy do minimum, bo nikt nie ma siły nosić 22 kg żywej wagi.

I tak mogłabym mnożyć przykłady. Staramy się żyć normalnie i tak, aby nie omijało nas zbyt wiele, ale czasem jest tak ciężko wszystko zgrać, że wolę machnąć ręką i po prostu zostać w domu, bo gra nie jest warta świeczki. Bo nawet jak już wykombinujemy, jakby tu gdzieś normalnie pojechać we dwoje, to i tak nie ma pełnego luzu, dzwonię i sprawdzam, czy jest OK. Mam wyrzuty sumienia, że kogoś obarczam moimi obowiązkami.

I jeszcze coś. Ostatnio, po tym całym planowaniu, jakby tu się pozbyć małego, by pojechać na koncert (który, nawiasem mówiąc, był nadspodziewanie zaje-sty), po euforii, że oto jesteśmy sami i nie martwimy się, że kogoś trzeba położyć spać, że ten ktoś wstanie o 7 rano i będzie marudził przy posiłkach, naszła mnie straszna tęsknota i pragnienie, by go jak najszybciej przytulić… I taka durna matka ze mnie.

 

Edukacja i polityka

15 wrz

Mały poszedł trzeci rok do przedszkola. Ależ zleciało, a tak jakby wczoraj odprowadzałam go po raz pierwszy z duszą na ramieniu, ze łzami w oczach… Teraz zazwyczaj za nim biegnę, bo w drodze do przedszkola jest „szybkim pociągiem” i gna przed siebie, nie zapominając jednak, by jedną ręką kręcić koła  (jak w lokomotywie… ) :)

Co więcej – za rok mały pójdzie do przedszkola po raz czwarty, bo musiałabym nieźle stanąć na głowie, żeby poszedł do pierwszej klasy jako sześciolatek. Niby można… a się nie da. Bo musiałby teraz chodzić do zerówki. A tak jakoś wyszło – przynajmniej u nas – że nikt nam tego nie umożliwił. Ale macham ręką. Kto wie, co jest lepsze. Na zebraniu rodziców był niezły rejwach, że jak to, że trzeba by samemu dziecko przygotowywać, że przydałoby się do psychologa po opinię iść, że może by panie dostosowały program do tych dzieci, które jednak by do pierwszej klasy za rok szły… I tak dalej. Siedziałam cicho. Nie będę wciskać syna tam, gdzie nie pasuje. Do klasy siedmiolatków, nieprzygotowany właściwie, po co ten stres? Politycy jeszcze nie raz zamieszają. Wprowadzają przecież z powrotem ośmioklasową podstawówkę.  :roll: Więc chyba TYLKO SPOKÓJ NAS URATUJE.

A tymczasem mały, który ma w nosie nowe ustawy o szkolnictwie, zupełnie niezachęcany, zaczął literować wyrazy! Tak po prostu, przy okazji przeglądania jakiejś książeczki przeliterował „drzewo”, potem w mieście odczytał „aptekę”. Szczęki nam opadły, bo, co prawda, literkami się od dawna interesował i potrafił je nazywać, to jednak nigdy mu nie klarowałam, że jak zbierze do kupy odpowiednie, to powstanie wyraz. Oczywiście pękam z dumy, ale nie naciskam, bo widzę, że się złości, kiedy zapomni, jak jakaś litera się nazywa albo pomyli mu się z angielskim (ach, ten You Tube i english alphabet…). Pomalutku. Nie sobie sam powoli odkrywa, jaką super rozrywką jest czytanie.

PS

Jak to dobrze, że mały jest na tyle mały, że nie będzie pomysłu, by grupa poszła do kina na ten film  na „S”, „inspirowany faktami”… Rodzice nastolatków – strzeżcie się!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Bilansik

11 sie

Mój synek to już pięciolatek. Banalnie dodam, że nie wiem, kiedy to zleciało! Normalnie skandal, szok, niedowierzanie.

Mały bilans zrobię, bo ani się obejrzę, a będzie się szykował do studniówki. Chyba że dobra zmiana zlikwiduje studniówkę, bo czemu by nie. Jezu, lepiej nic o dobrej zmianie już nie pisać, bo mi zamkną bloga ;)

Mały ma 113 cm wzrostu.

Waży 21 kg.

Rozmiar buta: 32.

Zna literki, cyferki, wymawia wszystko ładnie, ale lubi się pieścić i wtedy sepleni.

Jest towarzyski – bawi się chętnie z dziećmi w przedszkolu i z wszystkimi swoimi kuzynami i kuzynkami, a piszę o tym, bo jednak miewa swoje schizy. Np. idziemy dla odmiany do innego niż zazwyczaj parku, gdzie jest fajny plac zabaw i karuzela dla dzieci taka w starym stylu –  z końmi i karocami. Mały dwie godziny przesiedzi na ławce, bo na placu zabaw „nie chce, żeby były dzieci”, a do karuzeli nawet nie chciał podejść. Albo – kolejny raz zrobił nam numer z basenem, powtórka z zeszłego roku. Upał, nowy basen, zjeżdżalnia, o której mały non stop mówi. Jesteśmy na tym cholernym basenie i co? I siedzimy dwie godziny na kocu. Nie wejdzie do wody, nie pójdzie na zjeżdżalnię. Bo nie. No, trzymajcie mnie!

Ulubiona potrawa: mięso. Oprócz słodyczy oczywiście. Ale nawet przedszkolanki mówiły, że tak, jeśli chodzi o obiady, z małym nie ma problemu, mięsko zawsze sam chętnie zje, potem może ziemniaki, za to suróweczka Boże broń.

Sport: bardzo się stara na lekcjach pływania, dobrze kopie piłkę, lubi różne fikołki i wygłupy na łóżku lub trampolinie, ale totalnie ma w nosie rower czy hulajnogę. Coś tam trochę pojeździ, ale nie widzę tego zapału, co u innych dzieci, za którymi biegają sprintem przerażone matki.

Inne umiejętności: obsługa laptopa, tabletu – proszę bardzo. Wszystko, byleby leciały bajki. Lubi te naprawdę stare, nawet za mojego dzieciństwa one już były stare: Krecik, Bajki z mchu i paproci, Zaczarowany ołówek, Pomysłowy Dobromir, Sąsiedzi. Z nowych bajek: ani razu nie obejrzał Kaczora Donalda, ale owszem, Shrek, Epoka Lodowcowa itp. bardzo chętnie. A propos Epoki lodowcowej i opisanych wyżej schiz/fochów. Chcieliśmy wziąć małego do kina na najnowszą część, reklamowaliśmy na wszelkie sposoby: wielki ekran, krzesełka, światełka itp. Tak histeryzował, że nie chce, że odpuściliśmy, a poza tym złapał – tradycyjnie już w upały – anginę. Właśnie skończyliśmy antybiotyk, w tym roku chyba trzeci. A są dzieci, które w jego wieku mają za sobą w ogóle max jeden antybiotyk; bardzo nad tym ubolewam.

Chorowanie małego to największa moja bolączka, największy stres i nerwy. Mam nadzieję, że za rok, na podsumowania sześciolatka będę mogła napisać – przestał chorować!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Czas i zmiany

18 lip

Nie mam czasu ostatnio. Kiedy kolejny raz w minionych dniach wieczorem zastanawiałam się, dlaczego jest już 23, a ja nadal mam na desce do prasowania górę zmiętych rzeczy (na tarasie wiszą następne, coś to pranie za szybko schnie…), zlew zawalony, zabawki małego w każdym kącie, a przecież od siódmej jestem na nogach (i to dosłownie – do przedszkola z małym, na autobus, na tramwaj, w pracy też nie siedzę, z powrotem w odwrotnej kolejności: tramwaj, autobus, przedszkole), no więc, kiedy tak nad tym wszystkim dumałam, przypomniałam sobie, jak kiedyś wyglądał mój dzień z małym. Chyba nawet zamieściłam o tym wpis, a było to mniej więcej coś takiego: o 6 się obudził, trochę pierś plus mleko, usnął, po kwadransie znowu się obudził, nie chciał jeść, tylko się bawić, potem pierś, ale nic nie leciało, więc się darł, no to mleko, potem drzemka, potem pół godziny wycia, potem kupa, potem mleko… i tak dalej… Jak to się bardzo zmieniło, nagle mój bąbel chodzi do przedszkola, ma kolegów i koleżanki, rysuje, śpiewa, mówi wierszyki, uczy się pływać i negocjować (jeszcze jedna bajka!). A ja jestem pracującą mamą.

I wiecie co? Dobrze mi z tym. Jasne, chciałabym mieć w mieszkaniu jak w pudełeczku, bez kurzu i okruchów, bez odbitych rączek na lustrach, bez zaległości w praniu, prasowaniu i myciu okien. Zwłaszcza, że jestem z tych, którym to przeszkadza. Ale jest coś za coś i jeśli ceną za moje pracowanie jest taki a nie inny wygląd mieszkania, to ja na to idę. Bardzo bym nie chciała wrócić do czasów siedzenia z niemowlakiem w domu (czy też raczej powtórzyć je). Często myślę, jak to wtedy było, zwłaszcza, gdy obserwuję mamy z takimi maluchami. Te wózki, pampersy, smoczki, kocyki i specjalne butelki. Te płacze nie wiadomo z jakiego powodu. Te ząbkowania, sraczki i zaparcia. Ten OBEZWŁADNIAJĄCY LĘK – Jezu, czy coś mu jest???? Jezu, żeby główkę trzymać dobrze, Jezu, żeby nie spadł z kanapy, Jezu, żeby po szczepieniu nic nie wyskoczyło, Jezu, czy na pewno normalnie się rozwija? Czy nie ma skazy białkowej i uczulenia na gluten? A co z napięciem mięśniowym? Czy odpowiednio dużo je i pije, czy nie powinien już raczkować, czy nie za mało mówi i czy bioderka dobrze się wykształcą. Czy oddycha, czy dobrze leży, czy się nie udławi i czy nie weźmie do buzi czegoś trującego??

Nie chcę przechodzić tego wszystkiego drugi raz. Czy to egoizm? Czy to zły egoizm? A jeśli tak, to dlaczego powinnam go uciszyć i decydować się na drugą ciążę? Wbrew sobie? Może ktoś powie, że to paranoja i przesada, ale ja to mam, to siedzi we mnie i nie będę nagle udawać wyluzowanej, że jak z jednym poszło to i drugie się wychowa.

Bo oczywiście temat drugiego dziecka wraca. I za każdym razem razem czuję się podle. Bo widzę na twarzach ludzi, którym odpowiadam, wypisane hasło: skoro nie chce drugiego, to może nie chciała pierwszego i go nie kocha? Jak tak można, mieć jedno dziecko i nie pragnąć drugiego? Patologia!

Współczuję tym wszystkim kobietom, które nie chcą lub nie mogą mieć dzieci w ogóle. Te to dopiero mają się z czego tłumaczyć! Z tych znanych wspominają o tym J. Aniston czy M. Cielecka. Jak bardzo je to boli, te dociekania o macierzyństwo i to odmawianie im kobiecości, bo prawdziwa kobieta musi być matką, musi mieć dzieci (liczba mnoga nieprzypadkowa). 

Wracając do swojej sytuacji – ja argumentów na nie mam kilkanaście, ci, którzy mnie namawiają czy dopytują, argument maja jeden: powinno być drugie dziecko! Rodzeństwo! (Swoją drogą, ciekawe, czy po drugim ludzie dają już spokój, czy jest gadka o trzecim). A to, czy dobrze zniosę ciążę, jak potoczy się kolejna cesarka (bo musiałabym mieć), czy dziecko będzie zdrowe, czy nie powtórzy się koszmar z brakiem mleka w cyckach, czy znajdę siły i cierpliwość do dwojga, co z moją pracą, chorobami starszego przynoszonymi z przedszkola, gdzie „upchać” w domu drugie dziecko i jego łóżeczko i tysiąc innych rzeczy – to już nikogo zupełnie nie obchodzi.

Jakoś przeboleję te pińcet złotych… :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Zamiast sanatorium

10 cze

Wyskoczyliśmy w maju nad nasze morze. Pomysł „wyszedł” od małego, a właściwie z powodu małego i jego nieszczęsnych migdałów, a laryngolog, dosadnie mówiąc, odczepiła się ode mnie, gdy tylko jej powiedziałam, że wybieramy się na 10 dni nad Bałtyk. Bo kilka razy wspominała o sanatorium, a ja tego zupełnie nie widzę! Że ZUS zawiadamia mnie znienacka, że oto nagle mam brać 3 tygodnie wolnego w pracy! I nikt nie wie, czy będzie to w listopadzie czy styczniu. Czy może będą to wakacje, w terminie, w którym mamy już wykupione wczasy. Nie widzę tego. Tak samo jakoś wzrok mnie zawodzi, gdy pomyślę o wspólnym pokoju z obcą jakąś mamą i jej chorowitym dzieckiem. Które może jakieś obce bakterie jeszcze przywiezie ze sobą. W końcu do sanatorium przyjeżdżają chorzy, nie? My ze swoimi bakteriami, inni ze swoimi. Jakoś nie mam ochoty na wymianę międzybakteryjną. No i jestem już troszkę za stara na kolonie, nawet z innymi mamami. Więc wykręcałam się od tego sanatorium i tak, i siak, czując się jednak jak wyrodna matka oczywiście, która dla własnej wygody oraz z lęku o posadę czyni na szkodę swemu dziecku rodzonemu. I tak narodził się pomysł prywatnego minisanatorium, czyli wyjazdu nad Bałtyk przed sezonem, bo poczytałam trochę w necie i wyszło, że dzieci takie jak moje, czyli anginowo-antybiotykowe dostają miejsca w sanatoriach nad morzem i główną, a często jedyną formą leczenia czy też wspomagania są inhalacje i spacery nad Bałtykiem.

No to pojechaliśmy. Ponieważ, po pierwsze, to jeszcze nie lato, po drugie, nawet latem nad Bałtykiem nie jest różowo w kwestii pogody, z premedytacją nie zabrałam żadnych letnich rzeczy. Ani jednej pary krótkich spodenek, ani pół sukienki czy spódnicy. Nie ze mną te numery!  Że niby słońce świeci, ach, jak gorąco, wskoczę w sukienkę zwiewną zatem i klapeczki i będzie tak miło, jak na wczasach! I tak przez całe piętnaście minut, bo oto nadchodzi granatowa chmura i wicher się zerwał, więc czekajcie, ja tylko skoczę się przebrać, sweter jakiś i kurtka, o, już pada, to chyba i parasol się przyda… Chciałam sobie oszczędzić tej męczarni i dylematów: kiecka czy dżinsy? Sandałki czy adidasy? Gorąco czy jednak zbiera się na deszcz? Lato to czy może już listopad? Postanowiłam być mądra i spakowałam dżinsy, swetry, kurtki, czapki, apaszki, parasole, a dla małego kalosze. Ha! I co? I było 26 stopni, k… Dzień w dzień! Musiałam kupić słomkowy kapelusz, żeby udaru nie dostać i namiętnie wszyscy podwijaliśmy nogawki w spodniach. Słyszał to kto takie rzeczy? No, w lipcu tak nad Bałtykiem nie ma, jak w tym maju było!

Siedzieliśmy więc całymi dniami na dworze, a to na plaży, a to na placu zabaw, a to spacerując i obserwując odkręcanie paździerzowych płyt z rodzących się na nowo na sezon barów i smażalni. I wdychaliśmy jod namiętnie, w końcu wyjazd zamiast sanatorium, wdychać trzeba! Więc kochani, jeśli jechać nad Bałtyk celem odpoczynku i opalania, to tylko przed sezonem. Plaża prawie pusta, widać morze z falami, a nie morze parawanów, te kilka otwartych restauracji wystarczy, a na obiad czeka się normalnie, przy stoliku piętnaście minut, a nie w spoconym tłumie prawie godzinę. I zbudowana scena pozostawała pusta, bo przecież jeszcze nie sezon i nie ma dla kogo hałasować. I kolejki po lody nie było. I korków w te i we wte brak, a kto jechał w wakacje drogą w Trójmiasta w stronę Helu wie, o czym mowa. Stoi się drugie tyle, co cała droga z Wrocławia do Gdańska. Same plusy. W dodatku wróciliśmy z wczasów i jeszcze całe lato przed nami! :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

A dlaczego…? Czyli po co komu miecz na smoki

04 cze

Faza pytań zaczynających się od „A dlaczego…?” w pełnym rozkwicie. Nie zdążę odpowiedzieć na jedno, już pojawia się następne. Przy próbach zignorowania, czyli udawania głuchej po prostu, pytanie powtarza się i powtarza, i powtarza… Najgorsze jest to, że pytania są zazwyczaj absurdalne (Dlaczego Tata Świnka ma zamiast buzi kreskę? Dlaczego ta chmura nas goni? Dlaczego tu jest taka rurka/dziurka/rysunek/cokolwiek? Dlaczego to jest czerwone, niebieskie, szare etc.?)  lub po prostu trudne (matka w końcu nie omnibus!): Dlaczego w samolocie są małe okienka? Jak się robi prąd? Dlaczego księżyc jest daleko? Dlaczego pralka stuka? Aha, jest jeszcze kategoria pytań kłopotliwych, tudzież krępujących, bo dotyczących osób stojących tuż obok (Dlaczego ten chłopczyk jest smutny? Dlaczego ta pani ma taką torebkę? Dlaczego ten pan mówi tak (i u następuje dokładny cytat)).

Mężydło kupiło ostatnio miecz do ćwiczeń w sztukach walki. Taka tam niezbędna rzecz w domu… A mały od razu: Tato, tato, kupiłeś miecz na smoki? A dlaczego? Przecież tu nie ma smoków… Mamo, dlaczego tato kupił miecz na smoki?

Pytanie w sobotę o 7:15, mały przydreptał ze swojego łóżka do naszej sypialni: Dlaczego wy lubicie długo spać? Wstawajcie, już się naspaliście! Zwlokłam się, w kuchni daję małemu śniadanie, a ten ciągnie temat: Dlaczego tato lubi długo leżeć?

Zero krępacji co do wytykania starości mojej mamie – Babciu, dlaczego masz tu takie niebieskie kreski? (chodzi o żyły). Dlaczego tu masz dużo skóry ? (i pokazuje na szyję i dekolt).

Byliśmy ostatnio razem na urlopie z dziadkami (o tym w kolejnym poście), mały wpadł rano do pokoju dziadków, zobaczył jakąś starą plamę na materacu i od razu rzuca pytanie: Babciu, dlaczego dziadek się zsiusiał na łóżko?

Powalająca ciekawość świata, aż wstyd się irytować, ale po setnym pytaniu wymiękam, zwłaszcza, gdy jedziemy autem: Dlaczego tu jest strzałka? Dlaczego musimy jechać długo? Dlaczego stoimy? Dlaczego tu parkujesz? Dlaczego tu jest niebieski znak? Dlaczego światła są okrągłe? Dlaczego ten pan idzie tak szybko? Dlaczego autobus ma cyferki? Dlaczego ta pani biegnie? Mamo, dlaczego mówisz „No jedź!”?

:roll:

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Ząb out

29 kwi

Małemu wypadł ząb, dolna jedynka. Ruszał się już ze trzy tygodnie wcześniej, jeździliśmy do dentysty, zrobiliśmy zdjęcie RTG. Wyszło, że pod spodem już czekają zalążki nowych kłapaczy. No i ząb pewnego dnia przegrał z jabłkiem… Dentystka mówi, że to OK, że teraz dzieciom szybciej zęby wypadają… Jeszcze trochę, a dziewczynkom zaczną rosnąć piersi jeszcze przed komunią…

Mały, o dziwo, wcale się sprawą nie przejął. Wychowany na zagranicznych bajkach coś bąkał o „gruszce zębuszce” (cóż, za moich czasów nie było takich cudów…), no ale pytam go – co, wróżka ma przynieść pieniążek? A on na to: Pieniążek? Nie… Pieniążka nie można zjeść…

No to podłożyłam mu cukierka, cieszył się bardzo… :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Beksiński a PRL…

28 kwi

Przeczytałam fascynującą książkę Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”: o ojcu – malarzu i synu – dziennikarzu. Chociaż rzecz miejscami jest bardzo ponura (liczne próby samobójcze syna), zdarzało mi się wielokrotnie podczas lektury parskać śmiechem i co lepsze fragmenty czytać mężydle. Oto one (ach, te uroki PRL-u):):

„Sprzedaż prac za granicę to w Polsce na początku lat siedemdziesiątych  gehenna artysty. W transakcji musi pośredniczyć Biuro Handlu Zagranicznego Desa. Twórca wysyła swoje dzieła do jednej z galerii Desy (…), a ta narzuca swoją cenę, szuka klienta. pobiera dziesięć procent prowizji od transakcji, a resztę pieniędzy przelewa na konto ZPAP, który potrąca podatek i to, co zostało, przekazuje na książeczkę oszczędnościową artysty. Nawet jeśli twórca sam znajdzie klienta, zasada jest ta sama. Wszelka sprzedaż poza Desą jest nielegalna i karana. (…) „Oczywiście w tym kraju rządzonym przez Polską Zjednoczoną Partię Paranoików wszystko nie jest takie proste. Desa palcem nie kiwnęła w zorganizowaniu mi klienta, ale teraz musi wydusić z niego i ze mnie, co się da. Co więcej: najpierw musi wydusić z niego, czyli wysyła mu z góry rachunek, a dopiero, gdy pieniądze wpłyną i gdy oni sobie odliczą prowizję i koszta przesyłki, to wtedy (…) wysyłają obrazy. Italiano (klient z Włoch – przyp. mój) chce je mieć już przed Wielkanocą. Napisałem o tym do Desy, to oni, żebym wystawił deklarację na piśmie, że >>obrazy pójdą na moje ryzyko<< (…) Bo jak Italiano nie zapłaci (…) to ja muszę zapłacić państwu tę sumę za własne obrazy, ja muszę zwrócić Desie koszta transportu do Mantui i ja muszę (…) odsiedzieć pół roku!!! Kurwa. (…) Jeżeli mój klient okaże się pospolitym żłobem (…), to ja będę musiał zapłacić Władzy Ludowej za własne, ukradzione mi obrazy i jeszcze odsiedzieć. (…) Wystawiłem to oświadczenie na piśmie, ryzykując pieniędzmi i wolnością, ale jak ten Italiano się nie wywiąże, to idę do ambasady NRF i proszę o azyl polityczny, bo jestem, kurwa, prześladowany”.

„Władze województwa (…) chcą uhonorować artystę  z okazji jubileuszu PRL i w grudniu 1974 próbują przyznać mu medal. Zdzisław wykręca się chorobą licząc na zapomnienie z ich strony. Ale władza ma dobrą pamięć. Pół roku później artysta dostaje wezwanie do Rzeszowa na Dzień Działacza Kultury (…) >>(…) musiałem delikatnie dać do zrozumienia (…) aby się Wojewoda odpierdolił z medalem i że nigdzie nie jadę (…)<<. Władze Sanoka też się nie poddają. Spróbują wręczyć Zdzisławowi Beksińskiemu zaległy medal i inne odznaczenia podczas Dni Sanoka w 1977 roku.(…) >>Ojcowie miasta postanowili to wszystko wręczyć mi hurtem właśnie teraz. Najpierw przysłali radną (…) Na drugi dzień miałem rozmowę w Urzędzie Miejskim (…) Na trzeci dzień na strach mnie brać zaczęli i przysłali umyślnego (…), że oni krzyż w takim razie Radzie Państwa zwrócić muszą, a Rada Państwa się na mnie obrazi. Tu już się wkurwiłem, bom przecież nigdy nikogo, nawet Himmlera, obrazić nie chciał (…)”.

„Telewizja przyjeżdża kręcić film o Sanoku. >>Moją starą chałupę, bez usuwania braku tynków (…) posmarowano farbą i wprawiono szyby w ciągu jednego przedpołudnia, tylko dlatego, że przy okazji filmu o Sanoku (…) (jakiś bzdet, od którego w całym Sanoku dostali sraczki) telewizja miała wpaść do mnie na pół godziny, by nakręcić półminutowy obrazek tarcia suchym pędzlem po skończonym malowidle (…)”.

Ot, samo życie… :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Trochę kultury

 
 

  • RSS