RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Trochę kultury’

Szczerość totalna

21 sty

„- No, to zaczynamy od naszej powitalnej piosenki (…)

Zagrała akord i wszyscy zaczęli śpiewać. Piosenka traktowała o tym, że trzeba powiedzieć „cześć” koledze (…) Dwanaście razy zaśpiewaliśmy „cześć”, zanim wszystkie dzieci zostały wymienione z imienia (…) Potem rozdano nam rozmaite grzechotkowe instrumenty, którymi mieliśmy grzechotać przy odśpiewywaniu kolejnej piosenki. Nie czułem się nieswojo, siedząc tam, nie czułem się głupio, to było po prostu upokarzające i poniżające. (…)

Linda czekała na nas w drzwiach mieszkania.

- Cześć – powiedziała. – Jak wam minął dzień? (…)

- Było okej – odparłem (…) – Ale na rytmice dla niemowląt moja noga więcej nie postanie, dopóki żyję.”

O Boże, ktoś to w końcu napisał! Nie znosiłam tych zajęć dla małych dzieci, tych wymuszonych, sztucznych uśmiechów (mój przynajmniej taki był) i w sumie mogę podziękować małemu, bo bodajże byliśmy na dwóch tego typu zajęciach. Synek nie chciał tańczyć, nie chciał się bawić, nie chciał tupać ani klaskać; miał to wszystko w głębokim poważaniu, więc z czystym sumieniem nie ciągnęłam tematu :)

Jeszcze jeden cytat:

„Do wpół do siódmej przeglądałem tłumaczenie (…) i chociaż była to nudna praca – nie robiłem przecież nic oprócz porównywania z oryginałem zdania po zdaniu – to i tak sto razy bardziej interesująca i twórcza niż to, co działo się rano i przed południem, pielęgnacja dziecka i zajęcia dziecka, których sens dla mnie polegał jedynie na zabijaniu czasu. Nie wycieńczało mnie takie życie, nie wymagało pracy ponad siły, lecz nie zawierało najmniejszej iskierki inspiracji, więc mimo wszystko czułem się wypompowany (…)”.

I jeszcze jeden:

„(…) musimy iść. Chodźcie – złapałem Heidi za rękę.

- Nie chcę – powiedziała. – Nie chcę za rękę!

- No to nie. Ale w takim razie wsiadaj do wózka.

- Nie chcę do wózka.

- Mam cię nieść?

- Nie chcę.

(…)

- Nie chce mi się iść – oświadczyła Vanja. – Nogi mnie bolą.

- Przecież dzisiaj przeszłaś ledwie kilka metrów, to jak cię mogą boleć nogi?

- Nie mam nóg. Musisz mnie wziąć na ręce.

- Nie wygłupiaj się, nie mogę cię nieść.

- Możesz.

- Wsiadaj do wózka, Heidi.

- Nie chcę do wózka.

- Nie mam nóóóg! – ostatnie słowo Vanja wykrzyczała.

Zapłonęła we mnie wściekłość. Odruch kazał mi wcisnąć je sobie pod pachy i zawlec na górę. (…) Ale tym razem zdołałem się opanować.

- Możesz wobec tego wsiąść do wózka, Vanju? -spytałem.

- Jak mnie podniesiesz.

- Nie, sama wsiądź.

- Nie, bo nie mam nóg.”

 

Takich kwiatków drugi tom „Mojej walki” Karla Ove Knausgarda zawiera mnóstwo. Jezu, jak dobrze go rozumiem! Często, co prawda, można spotkać w necie i nie tylko opisy tzw. macierzyństwa czy opieki nad dzieckiem w ogóle (bo, nie da się ukryć, Karl Ove to ojciec nie matka…) bez cukru i lukru, ale to, jak opisuje je on to dla mnie mistrzostwo świata.

Pierwszy tom „Mojej walki” przyznaję, chwilami był męczący i kilka stron po prostu pominęłam bez czytania. Dopiero, gdy przestałam czekać, aż „coś się wydarzy” oraz, że z opisywanej sytuacji wyniknie coś wielkiego, zaczęłam doceniać jego trud pokazywania prawdziwego życia. Takiego, w którym coś tam robimy, z kimś się spotykamy, potem idziemy spać, potem wstajemy, planujemy jakąś imprezę i… znowu idziemy spać, a potem trzeba gdzieś pojechać… i nic z tego nie wynika… po prostu życie biegnie, czas leci… To nie jest pisarstwo Murakamiego, gdzie bohater też sporo chodzi chodnikiem, kupuje ryby, kroi warzywa i przeżuwa tofu; między tymi opisami „niczego wielkiego” pojawiają się niesamowite wydarzenia, niespodziewane zwroty akcji, jakiś dramat. U Knausgarda zupełnie tego nie ma, chociaż opisuje i rozwód rodziców, i dziwne okoliczności śmierci ojca, i przygotowania do pogrzebu. To w pierwszym tomie. W drugim zaskoczył mnie opisem swojego rodzinnego życia, totalnie szczerym i tak cholernie prawdziwym, że w końcu zrozumiałam, na czym polega fenomen tego pisarza. I na czym polega jego pomysł na pisanie. Już nie czekam, aż „coś się wydarzy”. Po prostu czytam i podziwiam kunszt przekazywania nudy i prostoty życia w sposób tak wciągający. Bo szczery i bez metafor, bez upiększania i usprawiedliwiania się.

No bo kto lubił chodzić na rytmikę dla niemowląt czy inne tam warsztaty rozwijające dla kilkumiesięcznych dzieci? Ręka w górę!

 

Po wakacjach

28 sie

Lato w Polsce się kończy, co mnie przygnębia – jak co roku. Zimne poranki, jeszcze zimniejsze wieczory i prawie mroźne noce… Zresztą, ile było ciepłych nocy w Polsce tego lata? Przeważnie 12 stopni, a ostatnio 8-9. Kiedyś się jeździło na wakacje pod namiot i nie było super karimat i termicznych śpiworów z jakichś tam kosmicznych włókien. Teraz bym się nie odważyła chyba…

Mały był pierwszy raz w życiu na półkoloniach. Spisał się świetnie, ale też program był bardzo ciekawy dla niego. Półkolonie nazywały się „Mały Odkrywca” i codziennie były inne „badania” i „eksperymenty”, trochę fizyki, trochę chemii, sporo kolorów i zabawy. Mały był zachwycony. Ani razu nie marudził, 9 godzin dziennie tam spędzał i odbierałam go uśmiechniętego od ucha do ucha.

Byliśmy też oczywiście na wymarzonych wczasach. W tym roku Majorka. Piękna wyspa, mnóstwo miejsc do zwiedzania. Mały nie był zadowolony z tego powodu. Zrobił mi awanturę po paru godzinach zwiedzania Palmy: „Mamo! Ty tylko chodzisz i ciągle robisz zdjęcia! I oglądasz kościoły! A ja nie chcę!”. No, mamy z nim co roku kłopot na wyjazdach, chociaż staramy się nie robić jakichś maratonów po zabytkach. Zawsze w takich momentach miło wspominam wózek… Siedział tam bąk spokojnie cały dzień i był spokój. Teraz, gdy się buntuje, że go bolą nogi i jest gorąco, działają tylko lody… I na czas lizania jest błoga cisza i żadnych protestów…

Zawsze zresztą staraliśmy się uatrakcyjniać zwiedzanie pod kontem małego (w Palmie np. było to ze 40 minut na placu zabaw; zupełnie nie męczyło go wspinanie się po drabinkach celem zjechania duszną gorącą blaszaną rurą; mało tego, te rury to był wg małego główny powód naszego przyjazdu do stolicy, zobaczył je raz z okien samochodu i nie było zmiłuj):

Założę się, że kto zwiedzał stolicę Majorki bez dzieci nie ma pojęcia o istnieniu takiej budowli w pobliżu Katedry…

Dwie wycieczki były stricte pod kątem małego – delfinarium z pokazem oraz akwarium (no dobra, ja też bardzo chciałam zobaczyć…:)) Myślę, że z tych dwóch miejsc to nie delfiny i inne morskie stworzenia najbardziej zapamiętał, bo największą atrakcja okazał się niewielki basen ze zjeżdżalniami (na tyle zignorowałam jego istnienie, że nawet nie wzięłam małemu kąpielówek – no po co brać kąpielówki na pokaz tresowanych delfinów??? A potem musiałam przekonywać małego, że nikt się nie będzie patrzył i śmiał z niego, że jest w majtkach – bo ostatecznie widząc jak rwał się do tego basenu nie miałam serca nie puścić go tam, tylko dlatego że nie miał gaci z odpowiednich tekstyliów… Przy okazji odkryłam, że już teraz, w wieku 6 lat, tego typu sprawy mają dla niego znaczenie…).

Z akwarium na pewno najlepiej zapamięta fontanny znienacka wytryskujące z chodnika, bawiła się tam cała dzieciarnia, a ja już byłam naszykowana, z kąpielówkami w torebce :) Więc mały miał radochę na sto dwa. A rodzice wznosili modły do nieba, żeby nie skończyło się to zapaleniem ucha, jak na Cyprze (zimne tryskające strumienie plus upał)…

Wiele by pisać jeszcze o Majorce, na dziś – tyle.

 

Rod Steward

05 gru

Nigdy nie byłam fanka Roda Stewarda, ale jego autobiografię przeczytałam z przyjemnością, a kupiłam ją po lekturze wywiadu z nim. „Co za zabawny facet” – pomyślałam, bo sypał anegdotami jak z rękawa. I faktycznie, książka jest chwilami bardzo śmieszna, Steward dzieli się swoimi przeżyciami bardzo szczerze i bez nadęcia, często nabijając się z samego siebie. Jak zwykle zaznaczyłam sobie kilka dobrych cytatów:

„Podczas jej nagrywania [jednej z ballad -przyp. mój] Mike, który był producentem, bardzo mnie zdenerwował, gdy poprosił, żebym odchrząknął i wreszcie pozbył się tej okropnej chrypki. Odpowiedziałem mu wtedy: To nie żadna chrypka, to mój głos„.

O swoim pierwszym samochodzie: „miał tak niskie zawieszenie, że prawie się w nim leżało”; o modelu shelby cobra: „To był kompletnie zwariowany samochód. Nie byłem w stanie utrzymać go na drodze. Musiałem wozić w bagażniku worki z piaskiem, żeby nie wypaść z jezdni(…)”.

O słynnej piosence „Da Ya Think I’m Sexy?„: „prawdopodobnie zraziłem do siebie sporą grupę ludzi, którzy przedtem uważali się za moich fanów (…). W tamtych czasach świat muzyczny charakteryzowały ostre podziały (…). Pod koniec lat siedemdziesiątych słuchano soulu, heavy metalu, punk rocka i innych gatunków, ale ich zwolennicy przesiadywali w oddzielnych okopach, z których wystawały jedynie bagnety. Człowiek nie mógł, dajmy na to, tak po prostu wyjść z obozu rocka i udać się do miłośników soulu, nawet tylko po to, żeby się z nimi przywitać, gdyż od razu był narażony na odstrzelenie łba. (…) Nie pomogli mi też (…) specjaliści od marketingu, którzy wymyślili, żebym na plakatach promujących singiel występował ubrany od stóp do głów w obcisły spandeks, tuż pod znaczącym tytułem Da Ya Think I’m Sexy?. Mogę się tylko domyślać, co na ten widok odczuwało wielu fanów płci męskiej. Pewnie na jakiś czas schowali moje stare albumy głęboko na dno szafy. Żeby bardziej skomplikować całą tę sytuację, brazylijski muzyk Jorge Ben Jor zaczął publicznie wskazywać na podobieństwo refrenu do swojej piosenki(…). Złapany na gorącym uczynku od razu się poddałem. Nie znaczyło to oczywiście, że podczas nagrywania w studiu oznajmiłem wszystkim: Słuchajcie, wykorzystamy w refrenie melodię z Taj Mahal i mamy z głowy. Autor mieszka w Brazylii i na pewno nigdy się o tym nie dowie.(…) Niezamierzony plagiat – nic poza tym”.

O gościnie Eltona Johna: „Zawsze lubiłem się tam zatrzymywać. Co prawda zanim człowiek mógł się położyć do łóżka, musiał najpierw usunąć z niego całe mnóstwo cennych wiktoriańskich lalek, ale gospodarz bardzo dbał o wygodę swoich gości”.

O swojej mamie: „(…) wątpię, żeby do niej lub ojca kiedykolwiek dotarło, jak dużo zarabiałem. Pamiętam, jak zapytałem ją, jaki prezent chciałaby dostać na święta [Rod w tym czasie mieszkał w zabytkowej rezydencji, jeździł lamborgini i latał prywatnym samolotem - przyp. mój]. – Wymyśl coś – poprosiłem. – Chcę ci podarować coś specjalnego.

Po długim namyśle powiedziała, że potrzebny jej nowy pojemnik na chleb”.

Grunt to praktyczność. Amen.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trochę kultury

 

Akcja: wyjście na piwo, tydzień planowania

10 paź

Dziecko każde normalne wydarzenie zamienia w akcję. Może nawet w Akcję przez duże A. Ze zwykłego wyjścia do znajomych robi się Wielkie Przedsięwzięcie. Z drobnego wyjazdu na weekend – szczegółowo zaplanowane i rozpisane na kartce Wydarzenie. Teatr, urodziny, kino, grill, wczasy, zakupy (nie daj Boże większe zakupy typu wybór garnituru lub pralki… Syn do tej pory czasem pyta, czy pójdziemy do sklepu oglądać pralki, bo gdy my próbowaliśmy zdecydować się choćby na markę, on szalał po całej powierzchni sklepu albo wisiał mi na płaszczu… świetna zabawa była, mówię Wam, jak napisałam – do tej pory wspomina…).

Podam przykłady z kilku ostatnich tygodni.

Zostaliśmy zaproszeni na czterdziestkę kolegi. Do knajpy. Oko mi błysnęło, bo jak się ma dzieciaka, to wieczorne wyjście do knajpy to jest WOW! No i się zaczęło: jak się pozbyć małego? Misterny plan: podrzucimy go do mojego brata (i bratowej). Telefony, ustalanie (mieszkają pod miastem), kiedy zawieziemy, autem czy taksówką, kiedy odbierzemy, czy wracamy w nocy po imprezie czy rano jak się wyśpimy, ale wtedy trzeba uważać w nocy z piciem, żeby rano móc wsiąść za kierownicę itp. itd, parę dni łamania głowy. Dzień przed urodzinami: bratowa dzwoni, że ma problem z wyjściem z toalety. Nie że się zatrzasnęła, ale  tzw. grypa żołądkowa, wiecie, rozumiecie… Od razu cała rodzina mieszkająca z bratową została wykluczona przeze mnie z opieki, bo to dziadostwo roznosi się błyskawicznie i mało kogo oszczędza, a zarażają nawet ci, co jeszcze nie maja objawów. No to co robimy?! Kto przygarnie pięciolatka na noc??? Dziadkowie na wczasach, reszta rodziny daleko, większość znajomych zaproszona na tę samą imprezę i też kombinują, komu sprzedać dzieci. W końcu jednemu koledze oddaliśmy małego, całe szczęście jest grzeczny w gościach. Ale trzeba było pilnować czasu, bo obiecaliśmy go odebrać koło północy. Więc trzeba było szybciej wyjść. Taksówką podjechać, taksówkę zatrzymać, na trzecie piętro lecieć po zaspane dziecko, z powrotem do auta, do domu, zaspańca na trzecie piętro wtargać, położyć z powrotem spać… A chodziło tylko o to, by pobyć wśród ludzi i napić się piwa i wyluzować trochę… Dla bezdzietnych to taka norma, że się nawet nad tym nie zastanawiają, wychodząc wieczorem z domu…

Drugi przykład. Znowu postanowiliśmy zaszaleć. A raczej ja, a mężydło z ironicznym uśmieszkiem stwierdziło, że też pojedzie. Na koncert Bryana Adamsa, mojego idola z lat młodzieńczych. Bilety kupione pół roku wcześniej. Moja mama zaklepana takoż. Ponieważ rzecz miała mieć miejsce w powszedni dzień, więc ustalono: mały do przedszkola zostanie zaprowadzony. W międzyczasie moja mama przyjedzie z innego miasta. Ustalono godzinę pociągu. Że mężydło ją odbierze. W domu przekażę wszystkie must know. Dalej plan miał wyglądać tak: my do auta i jedziemy do Łodzi, a mama po raz pierwszy odbierze wnuka z przedszkola. Który został o tym uprzedzony kilka dni wcześniej i skakał pod sufit z radości. I za każdym razem, gdy go odbierałam, pytał rozczarowany, czemu babcia nie przyszła, tylko mama. Panie przedszkolanki uprzedziłam, że przyjdzie babcia. Dopisałam mamę do listy osób upoważnionych do odbioru dziecka, numer dowodu etc. Więc widzicie, akcja była wielka. Ale zawsze może być większa! Mały dzień przed całym tym zamieszaniem dostał gorączki. I kurka, cały plan wziął w łeb, trzeba było od nowa łamać głowy, co robić i jak robić, żeby było dobrze. Bo skoro do przedszkola nie może iść, to po co ciągnąć tu babcię. Więc zawieźliśmy młodego do mojej mamy, co wymagało znowu wielkiej gimnastyki umysłowej i kosztowało nerwów trochę. A chcieliśmy tylko pojechać na koncert, a nie zdobyć K2!

No i trzecia historia. Wczasy. Byliśmy w sierpniu, choć możemy wziąć urlop w każdym innym miesiącu i w każdym innym miesiącu byłoby taniej, mniej tłoczno i nie tak cholernie gorąco. No, ale w sierpniu zamykają przedszkole, nie ma co dyskutować. Wybraliśmy Cypr. Pomijam już pakowanie rzeczy małego typu wielka łopata na plażę, plastikowy laptopik, który wzbudził podejrzenie celników (ma baterię, zapomnieliśmy…), bo to oczywiste sprawy. Ale na wczasach (może lepiej mówić „wyjazd z dzieckiem”, bo wczasy to przecież odpoczynek i błogie lenistwo…) mały zrobił nam ponownie ten sam numer z uszami co na Krecie, czyli zapalenie. Co oznacza wzywanie lekarza do hotelu. Dogadać się jakoś trzeba, niby angielski się zna, ale jak są migdałki i angina po angielsku?? Bo chcieliśmy nadmienić, że tuż przed wczasami (tfu, wyjazdem z dzieckiem) mieliśmy atrakcję w postaci anginy ropnej i antybiotyk był brany, po którym mały dostał wysypki na całym ciele (i znowu byłam z nim u lekarza po jakieś leki odczulające) i że może by to trzeba było wziąć pod uwagę przy kolejnym antybiotyku na te uszy… A przecież to tylko wczasy miały być, zwykły Cypr, a nie jakieś Indie czy Peru, zwykła kąpiel w basenie (miliony się kąpią, a mój syn łapie zapalenie uszu), a nie skoki na spadochronie, ech… Nawiasem mówiąc, wizyta lekarza na Cyprze to koszt 100 euro.

Dodam jeszcze, że paradoksalnie z mniejszym małym było na wczasach łatwiej zwiedzać. Ładowało się go w wózek i albo zwiedzał z nami, albo spał. A teraz? Albo zwiedzał z nami, albo nie (tzn. siadał na chodniku i mówił, że on dalej nie idzie – i co takiemu zrobisz??), więc zwiedzanie ograniczyliśmy do minimum, bo nikt nie ma siły nosić 22 kg żywej wagi.

I tak mogłabym mnożyć przykłady. Staramy się żyć normalnie i tak, aby nie omijało nas zbyt wiele, ale czasem jest tak ciężko wszystko zgrać, że wolę machnąć ręką i po prostu zostać w domu, bo gra nie jest warta świeczki. Bo nawet jak już wykombinujemy, jakby tu gdzieś normalnie pojechać we dwoje, to i tak nie ma pełnego luzu, dzwonię i sprawdzam, czy jest OK. Mam wyrzuty sumienia, że kogoś obarczam moimi obowiązkami.

I jeszcze coś. Ostatnio, po tym całym planowaniu, jakby tu się pozbyć małego, by pojechać na koncert (który, nawiasem mówiąc, był nadspodziewanie zaje-sty), po euforii, że oto jesteśmy sami i nie martwimy się, że kogoś trzeba położyć spać, że ten ktoś wstanie o 7 rano i będzie marudził przy posiłkach, naszła mnie straszna tęsknota i pragnienie, by go jak najszybciej przytulić… I taka durna matka ze mnie.

 

Beksiński a PRL…

28 kwi

Przeczytałam fascynującą książkę Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”: o ojcu – malarzu i synu – dziennikarzu. Chociaż rzecz miejscami jest bardzo ponura (liczne próby samobójcze syna), zdarzało mi się wielokrotnie podczas lektury parskać śmiechem i co lepsze fragmenty czytać mężydle. Oto one (ach, te uroki PRL-u):):

„Sprzedaż prac za granicę to w Polsce na początku lat siedemdziesiątych  gehenna artysty. W transakcji musi pośredniczyć Biuro Handlu Zagranicznego Desa. Twórca wysyła swoje dzieła do jednej z galerii Desy (…), a ta narzuca swoją cenę, szuka klienta. pobiera dziesięć procent prowizji od transakcji, a resztę pieniędzy przelewa na konto ZPAP, który potrąca podatek i to, co zostało, przekazuje na książeczkę oszczędnościową artysty. Nawet jeśli twórca sam znajdzie klienta, zasada jest ta sama. Wszelka sprzedaż poza Desą jest nielegalna i karana. (…) „Oczywiście w tym kraju rządzonym przez Polską Zjednoczoną Partię Paranoików wszystko nie jest takie proste. Desa palcem nie kiwnęła w zorganizowaniu mi klienta, ale teraz musi wydusić z niego i ze mnie, co się da. Co więcej: najpierw musi wydusić z niego, czyli wysyła mu z góry rachunek, a dopiero, gdy pieniądze wpłyną i gdy oni sobie odliczą prowizję i koszta przesyłki, to wtedy (…) wysyłają obrazy. Italiano (klient z Włoch – przyp. mój) chce je mieć już przed Wielkanocą. Napisałem o tym do Desy, to oni, żebym wystawił deklarację na piśmie, że >>obrazy pójdą na moje ryzyko<< (…) Bo jak Italiano nie zapłaci (…) to ja muszę zapłacić państwu tę sumę za własne obrazy, ja muszę zwrócić Desie koszta transportu do Mantui i ja muszę (…) odsiedzieć pół roku!!! Kurwa. (…) Jeżeli mój klient okaże się pospolitym żłobem (…), to ja będę musiał zapłacić Władzy Ludowej za własne, ukradzione mi obrazy i jeszcze odsiedzieć. (…) Wystawiłem to oświadczenie na piśmie, ryzykując pieniędzmi i wolnością, ale jak ten Italiano się nie wywiąże, to idę do ambasady NRF i proszę o azyl polityczny, bo jestem, kurwa, prześladowany”.

„Władze województwa (…) chcą uhonorować artystę  z okazji jubileuszu PRL i w grudniu 1974 próbują przyznać mu medal. Zdzisław wykręca się chorobą licząc na zapomnienie z ich strony. Ale władza ma dobrą pamięć. Pół roku później artysta dostaje wezwanie do Rzeszowa na Dzień Działacza Kultury (…) >>(…) musiałem delikatnie dać do zrozumienia (…) aby się Wojewoda odpierdolił z medalem i że nigdzie nie jadę (…)<<. Władze Sanoka też się nie poddają. Spróbują wręczyć Zdzisławowi Beksińskiemu zaległy medal i inne odznaczenia podczas Dni Sanoka w 1977 roku.(…) >>Ojcowie miasta postanowili to wszystko wręczyć mi hurtem właśnie teraz. Najpierw przysłali radną (…) Na drugi dzień miałem rozmowę w Urzędzie Miejskim (…) Na trzeci dzień na strach mnie brać zaczęli i przysłali umyślnego (…), że oni krzyż w takim razie Radzie Państwa zwrócić muszą, a Rada Państwa się na mnie obrazi. Tu już się wkurwiłem, bom przecież nigdy nikogo, nawet Himmlera, obrazić nie chciał (…)”.

„Telewizja przyjeżdża kręcić film o Sanoku. >>Moją starą chałupę, bez usuwania braku tynków (…) posmarowano farbą i wprawiono szyby w ciągu jednego przedpołudnia, tylko dlatego, że przy okazji filmu o Sanoku (…) (jakiś bzdet, od którego w całym Sanoku dostali sraczki) telewizja miała wpaść do mnie na pół godziny, by nakręcić półminutowy obrazek tarcia suchym pędzlem po skończonym malowidle (…)”.

Ot, samo życie… :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Trochę kultury

 

No, życie po prostu :)

23 lis

Skończyłam czytać wspomnienia Keitha Richardsa z Rolling Stones pt. „Życie”. Urocza książka pełna tego typu spostrzeżeń;):

Heroina (…) stała się murem, który oddzielał mnie od codzienności, ponieważ zamiast sobie z nią radzić, odcinałem się od niej i koncentrowałem na tym, co chciałem robić. (…) Bez hery w pewnych przypadkach nie wszedłbyś do pokoju w danym momencie, aby uporać się z jakąś sprawą. Po herze mogłeś wejść do środka, olać wszystko i być zadowolonym. [...] Gdy (…) nie kładziesz się spać przez cztery czy pięć dni, chłodno postrzegasz ludzi, którzy właśnie wstali lub poszli spać. Pracujesz, piszesz piosenki, przegrywasz rzeczy z jednej taśmy na drugą, a ci ludzie wchodzą, bo właśnie wstali z łóżka i tak dalej. Nawet zjedli już śniadanie! A ty siedzisz przy biurku z gitarą i długopisem. „Gdzie ty się, k…,. podziewałeś??”. Doszło do tego, że zacząłem się zastanawiać, jak pomóc tym biednym ludziom, którzy muszą spać każdego dnia.

O Johnie Lennonie napisał, że nigdy nie opuścił jego domu w pozycji innej niż horyzontalna (takie było ćpanie i picie). Cudnie, co? 

Jak ten facet dożył takiego wieku, to po prostu zagadka medyczna. Powinni go wziąć na jakieś testy i poszukać jakiegoś specyficznego genu… Prawie 20 lat ćpania i picia, posiłki dalekie od regularności, męczące trasy, stresy ogromne (groźba więzienia, ćpająca matka jego dzieci, śmierć syna i wielu przyjaciół, mnóstwo przeprowadzek, wypadek samochodowy, operacja z otwarciem czaszki) – to zaprzeczenie wszystkich zasad długiego życia.

Polecam wszystkim do przeczytania, tylko proszę tego wszystkiego nie próbować samemu w domu :)

PS

A my mięczaki siedzimy w domu i smarkamy, i kasłamy, i gardełka nas bolą… Listopad bez chorowania to nie listopad…

 
 

Trochę polityki

18 maj

Polityką zajmuję się średnio, brzydzą mnie zagrywki polityczne, robienie ludzi w balona, byle tylko dorwać się bliżej koryta. Obiecanki, cacanki, macanki.

Co nie znaczy, że mnie nie obchodzi, jaka opcja polityczna jest prezentowana przez tzw. władzę. Jestem od lat za PO. Nie znoszę pisowców, ich konserwatywnego, kwadratowego podejścia do ludzkich spraw. W związku z powyższym bardzo chcę, by obecne wybory wygrał Bronisław Komorowski.

Oglądałam pierwszą debatę. I szybko zrozumiałam, dlaczego prezydent nie chciał w niej wziąć udziału. To był kabaret. Widowisko urągające stanowisku prezydenckiemu. Było śmieszno i straszno (zwłaszcza, gdy przemawiał Braun – Boże, chroń nas przed takimi ludźmi u władzy i w ogóle wszędzie!). Oglądałam też dzisiejszą debatę. P. Komorowski miło mnie zaskoczył, mówił logicznie, ze swadą, nie było w nim nic z przynudzającego grubawego miśka, a tego trochę się spodziewałam.

Duda, jak dla mnie, ostatecznie się pogrążył pytaniem dotyczącym Jedwabnego, zadał absurdalne pytanie – jak Komorowski mógł w przemówieniu dot. mordu w Jedwabnem stwierdzić, że Polacy dokonali zbrodni, bo jako prezydent powinien chronić dobre imię Polski (sic!).

A prezydent bardzo celnie stwierdził w końcowym przemówieniu – ja nie mam żadnego prezesa nad sobą.

Nic dodać, nic ująć.

PS

A powoływanie się na Jana Pawła II, kiedy się nie wie, jak wybrnąć z trudnego tematu? OMG

 

Różne takie

18 lis

Trzeci tydzień siedzimy w domu. Tak bardzo bym już chciała, żeby sytuacja się unormowała – bo i my z mężem urywamy się z pracy, i mały opuszcza przedszkole, i nudzi mu się, marudzi, że chce na dwór i wcale mu się nie dziwię. Ja wiem, wszyscy mówili, o, przedszkole, to będzie chorował, moja siostra mówi – idzie zima, szykuj się i take tam. OK, OK, ale myślałam, że to jakoś z przerwami będzie! A tu jak na Wszystkich Świętych mały dostał znienacka gorączki, tak do tej pory ciągle coś się dzieje, z jednym dniem przerwy, o którym za chwilę. Najgorszy był ten poranek z wymiotami – nagle mały po obudzeniu się zaczął płakać i zaczęło nim szarpać. Biedak, nie wiedział, co się dzieje. Doktor stwierdziła, że to być może początki szkarlatyny, co i ja zdiagnozowałam wcześniej na podstawie wiedzy z internetu (jak większość ludzie chyba teraz…). Mały był czerwony na buzi, ale z bladym trójkątem przy ustach. No i dlatego dostał ten antybiotyk, tyle że prawie tydzień już bierze, niby jest OK, a tu wczoraj na wieczór stan podgorączkowy, no żesz kurna!

Właśnie to mnie najgorzej wkurza w tym chorowaniu, niby nic, niby dobrze, a tu nagle niespodzianka! I kolejny tydzień w plecy. Stary jak ma chorować to czuje, tu coś zaboli, gardło drapie, katar się zaczyna, można się przygotować. A u dziecka? Skacze, tańczy, śpiewa, okaz zdrowia po prostu, po czym w jednej chwili 40 stopni gorączki. I to zawsze w sobotę wieczorem.

A ten jeden wspomniany dzień to był 10. listopada. Jak teraz o nim myślę, to totalnie nierealny mi się wydaje! Mały wydawał się już zdrowy, więc poszedł do przedszkola, a ja z mężem mieliśmy wolne w pracy, oddane za 01.11. I co? I, kurna, poszliśmy do kina! Na przedpołudniowy seans, ha ha. A potem na obiad, super było! Wyrobiliśmy się z naszą „randką” do godziny 16, kiedy to trzeba było iść po dziecko do przedszkola :) Polecam wszystkim młodym rodzicom takie małe szaleństwo, czułam się niesamowicie, jakby czas się cofnął o 10 lat. Zwłaszcza, że włożyłam spódnicę i obcasy, tak niepraktyczne, jeśli jest się gdzieś z dzieckiem.

A wracając jeszcze do dziecka mojego kochanego. Rozśpiewał się ostatnio bardzo (na pewno coś mu umknęło przez te tygodnie w przedszkolu), śpiewa „Przedszkolaczka”, o którym już pisałam, „Sto lat” (bo co chwila któreś dziecko ma urodziny), a ostatnio „Kotki dwa”. Nawet siedząc na kibelku sobie podśpiewuje :)

I moim zdaniem rozwija się bardzo ładnie, lepiej wymawia słowa, nabywa nowych umiejętności. Od września nauczył się (prawie) sam ubierać i rozbierać, korzystać z toalety, jeść bez wielkiego rozchlapywania. Mało? Na to wygląda. Ostatnio przedszkolanka mnie zgasiła (jak mały jeszcze chodził). Że ona pisze opinię kwartalną (czy jak to się tam nazywa) i dziecko powinno liczyć do pięciu, a synek pomija trzy! Chryste Panie, no coś strasznego! Liczy jeden, dwa, cztery, pięć, no wiecie co, na takim etapie rozwoju to skandal! Ale to akurat pryszcz. Jeden dzień nauki w domu i mały liczy do dziesięciu. Żaden problem, ani dla mnie, ani dla niego. Bardziej mnie zmartwiło to, co jeszcze mówiła. Że mały jest nerwowy i ambitny i gdy mu coś nie wychodzi, strasznie się denerwuje i nie można się z nim wówczas dogadać. To akurat dobrze wiem i znam z domu. Tylko wstrząsnęło mną, jak babka powiedziała, że inne dzieci tak nie robię i moje dziecko odstaje od grupy. To zabolało. I zmartwiło mnie bardzo. Przedszkolanka poradziła wizytę u psychologa szkolnego. Bo gdy np. dzieci mają przebrać się na gimnastykę, to mały od razu płacze, bo wie, że nie zdąży się przebrać, a nie zdąży, bo nie trafi nogą w nogawkę i się wkurzy i rozhisteryzuje i wpadnie w panikę, bo inne dzieci już będą wychodzić z sali a on jeszcze nieprzebrany.

Wiem, że one (przedszkolanki) są tylko dwie, a dzieci dwadzieścioro parę. I nie ma czasu się każdym ekstra zająć. Z drugiej strony – to tylko trzylatki. Nie jest normalne, że się złoszczą i histeryzują? I nie zachowują się jak żołnierze w jednostce? To było bardzo przykre słuchać, że moje dziecko jako jedyne takie sprawia kłopoty. Bo wiem, że jak mu powiedzieć jasno i wyraźnie, że ma zdjąć czy włożyć spodnie, to on to zrobi i zwróci uwagę na właściwą nogawkę, tylko zajmie mu to trochę czasu. Czy to takie dziwne u trzylatka?

Na razie wizyta u psychologa się oddaliła, bo mały choruje i nie mam na to głowy. Ale temat pewnie wróci…

 

Przykro bardzo

06 paź

Strasznie mi przykro z powodu śmierci Anny Przybylskiej, nie pierwsza i – rzecz jasna – nie ostatnia to znana osoba, którą zabiera przedwczesna śmierć, a jednak jakoś bardzo mocno to odczułam i szlag mnie trafia równocześnie na tego pieprzonego raka!

Tyle do zrobienia, taka rodzina, zapewne mnóstwo planów, młodość, talent, uroda, troje dzieci… Ech…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Trochę kultury

 

Dobre, co?

12 sie

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trochę kultury

 
 

  • RSS