RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘rodzić po ludzku…’

Co z tym życiem?

07 cze

Sto lat mnie tu nie było, brak czasu ciągle. Mały był mały – pochłaniał czas. Mały jest większy – również pochłania, tylko inaczej. Oprócz tego praca, dom, wyjazdy, Netflix…

Byliśmy ostatnio – tak się złożyło – i w Zakopanem, i nad Bałtykiem. Pogoda była podobna, haha :) Nawet podróż zajęła tyle samo czasu, choć kilometrowo różnica jest spora. Mały bardzo dobrze zniósł siedzenie w aucie 5-6 godzin. Było oczywiście trochę jęczenia z cyklu „daleko jeszcze???”, „długo jeszcze??”, ale generalnie było spoko.

Syn piechurem nie jest, więc w Zakopcu niewiele łaziliśmy, a już po górach to tyle co nic. Ot, wjazd na Gubałówkę, tam spacerkiem do najbliższego wyciągu i zjazd. Może jak będzie starszy? Napalił się bardzo, jeszcze w domu, na zjeżdżalnię grawitacyjną na Gubałówce, było to głównym tematem przez 3 dni przed wyjazdem i właściwie wg małego jechaliśmy na tę zjeżdżalnię, a nie ogólnie w góry do Zakopanego. A najlepsze było po zakupie karnetu (bo przecież będzie zjeżdżał i zjeżdżał!) i po pierwszym zjeździe. Że fajnie, ale on już nie chce.

Aha, od razu mi w głowie mignęło – ciekawe, czy tak byłoby z bratem, którego rzekomo chciałby mieć. Po jednym dniu z płaczącym noworodkiem jest to bardzo prawdopodobne; pewnie kazałby mi go odnieść do szpitala… Ot, taka dygresja, bo temat drugiego dziecka ciągle gdzieś powraca, głownie zresztą za sprawą małego, który po prostu chce mieć w domu towarzysza do zabaw, ale jak tu urodzić od razu pięciolatka?

A propos rodzenia, rozmawiałam ze znajomą dziś, jest w trzeciej ciąży i jej największym zmartwieniem teraz jest, uwaga, że ZA SZYBKO URODZI!! Że nie zdąży dojechać do szpitala i w ogóle co zrobić z dwójką dzieci, kiedy się nagle zacznie akcja, a tu mąż dajmy na to w pracy. Najbardziej się boję – mówi ona – że urodzę w samochodzie. W dodatku w czasie, kiedy wypada jej termin, najbliższy szpital, a właściwie oddział położniczy, zamykają na 3 tygodnie. Jak co roku zresztą robią te hece, tak jakby latem rodziło się mniej dzieci. Nie wiem, czy w innych miastach też tak jest?

Tak czy siak, obawy są bardzo uzasadnione, pierwsze dziecko rodziła 2 godziny, drugie niecałą godzinę, skurcze od razu ma co kilka minut, po prostu nic tylko rodzić!!! Obaw o aktualną politykę szpitalno-położniczą nie ma żadnych, no bo jakie. Większość bab boi się, że będzie rodzić w mękach przez 3 dni, a i to nie wiadomo, czy sprawa będzie miała szczęśliwy finał. A tu proszę, taki problem.

Tytuł mojego wpisu wynikł zaś z takiego wydarzenia z wczoraj – nagłą śmiercią zmarł kolego mojego męża, równolatek, czterdziestolatek. Wstał rano, zacharczał i koniec. Z tej perspektywy wszystko tak totalnie traci sens – i planowanie wakacji, i zakupy, i korki w mieście, no wszystko dosłownie, że ja pytam – jak żyć? I po co? Żeby się tak po prostu zwinąć w 5 minut? To po co to wszystko, te kariery, filmy, komputery, smarftony, modne ciuchy upolowane na wyprzedaży etc. Ktoś wie?

 

Odsłona piąta, czyli zemsta Chińczków (za A2)

12 wrz

Wypis ze szpitala to jeszcze nie ostateczne pożegnanie z tym wesołym przybytkiem. Przynajmniej dla tych po cesarce – trzeba jeszcze mianowicie zdjąć szwy z brzucha, a że robi się to w siódmej dobie, a wypisano mnie w czwartej – jasne było, że będę musiała zrobić come back. Poinformowano mnie jednak, że od niedawna nie ściągają szwów na oddziale, tylko w poradni ginekologicznej – trzeba się do niej zgłosić i wejść „między pacjentkami”.

Jak to usłyszałam, od razu wiedziałam, że będzie z tym cyrk. Po pierwsze – wszystkie poradnie przy szpitalnym molochu są wiecznie zatłoczone. Po drugie – wchodzenie między pacjentkami oznacza wciskanie się bez kolejki, a nikt tego nie lubi, ani ten, kto się wciska (pomijając bezczelnych cwaniaczków), ani ten, komu się wciskają. Dwa razy się upewniałam, czy naprawdę z tymi szwami muszę się stawiać w poradni. Usłyszałam, że choć takich zwykłych odwiedzajacych nikt nie kontroluje i mogą oni całymi dniami siedzieć w salach pacjentek, tak do zabiegowego nie może wchodzić nikt z zewnątrz, ze względu na przyniesione zarazki… O mój Boże, szpital ma tyle swoich zarazków, że tych parę przyniesionych z domu na pewno nie zrobiłoby różnicy! Nota bene nie wolno było obcinać paznokci dzieciom, kazano czekać z tym aż się wróci do domu, właśnie ze względu na mnogość zarazków na oddziale!

W moim wypisie miałam wyznaczoną datę zdjęcia szwów na ósmą dobę po operacji, jednak doktor zasugerował, że mogę zgłosić się w siódmej. Ponieważ cięcie goiło mi się bardzo ładnie, nie bałam się zdjęcia tych szwów. Proponowałam to nawet położnej z mojej przychodni, jednak nie podjęła się tego. Największy problem widziałam w sprawnej organizacji mojego wyjścia z domu bez kilkudniowego dziecka. Zostawiłam mężowi odciągnięty pokarm, oprócz tego była możliwość umieszania mleka z proszku. Wcześniej jeszcze telefonicznie upewniłam się w rejestracji, jak mam sprawę załatwić (zgłosić się w rejestracji celem założenia karty) i taksówką pojechałam pod szpital.

Godz. 11 – idę do rejestracji. Okienek – chyba z pięć, czynnych – jedno (niczym na poczcie). To jedno jedyne okienko służy do rejestrowania pacjentów do WSZYSTKICH poradni – czy to endokrynologicznej czy gastrologicznej, czy ginekologicznej wreszcie. Kolejka liczy 25 osób. Nie ma szans, żeby ktoś mnie przepuścił, choć nadal wyglądam jak w ciąży. Ale że kolejka składa się ze staruszków i staruszek, ludzi o kulach i laskach – stanęłam spokojnie na końcu. W parę minut za mną już ustawiło się kolejnych kilka osób.

Godz. 11:40 – podchodzę do okienka i mówię, o co chodzi. A babka do mnie powiada tak: Ale tu jest data na jutro. Ja na to: Ale dziś jest już siódma doba, poza tym jutro nie mam z kim dziecka zostawić. Na to ona: A była pani w gabinecie doktora spytać, czy przyjmie? No to mi zabiła ćwieka – miałam przecież tu się zgłosić. I ona dalej mówi: jak lekarz pani powie, że przyjmie, to wróci tu pani bez kolejki i ja kartę założę.

Co było robić – poszłam pod gabinet w ciemnym korytarzu. Przy kontakcie kartka z napisem: proszę gasić światło. Niepotrzebnie wisi, bo i tak się nie dało zapalić. Kilka metrów dalej widzę tabliczkę: PORADNIA DZIECI CHORYCH. No pięknie, całe szczęście nie przyszłam tu z małym… Czekam, aż się otworzą drzwi gabinetu. Oczywiście czekające pacjentki już toczą pianę, że ktoś chce wejść przed nimi.

Godz. 12 – wychodzi pacjentka, wkładam głowę z pytaniem, czy mnie przyjmie na zdjęcie szwów. Tak – mówi – proszę czekać. Czy mam zakładać kartę? Nie, nie potrzeba. No to czekam.

Godz. 12:15 – pani na zdjęcie szwów proszę! Wchodzę. I pada zdanie: proszę pani kartę. Przecież pan doktor powiedział, że nie trzeba. Ale tu mi pani położna mówi, że jednak trzeba.

Zaje… – muszę wrócić do rejestracji. Podchodzę do okienka, w kolejce szum: myśli pani, że jak w ciąży, to bez kolejki może pani podchodzić! Widział to kto! Tu wszyscy czekają! Rejestratorka na całe szczęście mnie pamięta i broni. Zakłada kartę. Kolejka szumi.

Godz. 12:30 – znowu czekam po gabinetem.

Godz. 12:45 – wchodzę. Mam się położyć na leżance. Przekonana o tym, że to już kres tej gehenny, kładę się i czekam, aż doktor pociągnie za nitkę. Ciągnie. Ciągnie mocniej. Szarpie, a ja krzyczę z bólu. Stojąca obok położna radzi oddychać głęboko. Doktor ciągnie ze wszystkich sił, a ja mam wrażenie, że znowu ktoś mi otwiera brzuch. Nagle – trzask – nitka się urywa!

- Część się urwała – potwierdza doktor.

- Jak to?! I została w środku?!

- No, to takie szwy z Chin…

- Słucham!? – myślałam, że żartuje.

- Wie pani jak to jest. Szpital robi przetarg na nici i wygrywa najtańsza firma. Teraz mamy takie chińskie szwy. One niby są rozpuszczalne, ale jak nie wyciągaliśmy ich pacjentkom, to się rana babrała, dlatego teraz wyciągamy, ale jak został u pani kawałek, to się on rozpuści… Ta nić już u pani częściowo wrosła, nie dało się inaczej.

- No to dobrze, że przyszłam wcześniej, bo termin mam na jutro…

- No, dobrze, że pani dziś przyszła, bo byłby kłopot.

Cała w szoku wychodzę z gabinetu, znów z takim bólem, jak po operacji. Wlokę się zgięta wpół przed szpital i wzywam taksówkę. Kiedy podjeżdża – wyprzedza mnie jakaś blondyna i pakuje się do auta! Tego już było za wiele. Musiałam interweniować u kierowcy, potwierdził, że to z mojego telefonu było wezwanie i w końcu mogłam wracać do domu.
Cały ten cyrk zajął mi ponad dwie godziny. Takich wypraw wymaga się od kobiet tydzień po porodzie/operacji, mających pod opieką noworodka. Doskonały pomysł. Realizacja jeszcze lepsza. Gratulacje dla szpitala! A jeśli któraś matka karmi tylko piersią, musi oczywiście dziecko wziąć ze sobą. Wygląda to tak, że zestresowany ojciec biega z wózkiem po parkingu, wśród spalin i ukrywających się przed kamerami palaczami. Ewentualnie można spacerować w hali szpitala, między różnymi chorymi. Brawo!


 
1 komentarz

Napisane w kategorii rodzić po ludzku...

 

Odsłona czwarta: rooming, czyli jazda bez trzymanki lub – jak kto woli – hard core na maksa

02 wrz

Pierwszy dzień po operacji służy rekonwalescencji – tak myślałam. Nadal bardzo mocno krwawiłam; plusem było to, że mogłam juz sama zmieniać sobie ligninowe podkłady, jeśli
tylko godzinę wcześniej, zanim zalało mnie całkowicie, zaczynałam gramolić się z łóżka.

W ogóle tempo miałam zabójcze, jestem pewna, że na odcinku łóżko – łazienka
(jakieś 10m) z łatwością pokonałaby mnie moja osiemdziesięcioletnia babcia.
Natomiast o stopień zgarbienia mogłybyśmy się sprzeczać – która ma większy.
Człowiek robił po prostu WSZYSTKO, byleby nie ruszać mięśni brzucha, chodził
więc zgięty w paragraf. A na samą myśl, że może zakręcić w nosie do kichania
albo podrapać w gardle do kaszlenia robiło mi się słabo.

Nadal ktokolwiek podchodził do mnie z personelu, cisnął mi brzuch, powtarzając jak
mantrę, że to dla mojego dobra. Jestem pewna, że żadna z tych cisnących osób
nie miała nigdy cesarki. Łzy ciekły mi same. I razem z nimi tzw. odchody
popołogowe… Milutko.

Synka na moją prośbę mi przyniesiono, nie mogłam go wziąć na ręce, o pokołysaniu nie
wspominając, próbowałam niezgrabnie przystawić go do piersi, ale znowu nie za
bardzo był głodny. Zwróciłam uwagę położnym, że chcę go karmić piersią, to
obiecały już go nie dokarmiać. Tyle dobrze, że miałam go koło siebie i zerkałam
jak sobie smacznie śpi.

Mężydło mnie odwiedziło z rana; żeby pielęgniary się na niego nie darły, poszurałam
kapciami na korytarz, ciągnąc za sobą kuwetkę z małym. Tak słodko spał, że
zrobiliśmy mu kilka zdjęć, co skomentowała zgryźliwie przechodząca położna:
taaa, zdjęcia akurat najważniejsze!

Odesłałam męża zaraz do domu, bo czułam się okropnie; żadnych konkretów nie mogłam mu
podać, bo nikt mnie o niczym nie informował – ile czasu spędzę na tej sali,
jaki jest mój stan etc. Dostarczono mi jedynie pismo z USC informujące, kiedy
możemy się zgłosić celem zarejestrowania dziecka – system nie śpi…

Potem przyszła do nas fizjoterapeutka i pokazywała różne ćwiczenia, jakie mamy sobie
kilka – kilkanaście razy dziennie robić (gdy to usłyszałam, utwierdziłam się w
przekonaniu, że pierwszy dzień po operacji służy rekonwalescencji, tj. m.in.
powolnym ćwiczeniom zbolałego ciała). Ćwiczenia polegały na rozluźnianiu
karku, podnoszeniu rąk, „wkręcaniu
żarówek” itp. Luzik. Na koniec każda z nas miała samodzielnie wstać. Tu już
mniejszy luzik. Ja byłam na tej sali najdłużej, toteż miałam to już za sobą,
ale inne dziewczyny (przywiezione później lub w ogóle wzbraniające się przed
podnoszeniem się z wyrka) stawały po raz pierwszy od operacji i raz po raz
któraś miała awaryjną sytuację z ligninką między nogami, która nie nastarczała
z absorbcją… Wszyskieśmy na to mogły patrzeć, bo stosowanie parawanów jakoś
nie jest w modzie na Borowskiej.

Leżałam sobie spokojnie i próbowałam powtarzać te ćwiczenia (z oszczędzaniem brzucha,
jak zaleciła), aż tu nagle staje przede mną pielęgniara i powiada:

- Pani jest tu najdłużej, proszę się zebrać, przenosimy panią na rooming.

Spojrzałam na nią jak na kosmitę, potem na swoja rozwaloną torbę (kto by tam miał siły
nachylać się i tak układać rzeczy, żeby było schludnie) i powiedziałam słabo,
że dobra, OK, tylko jak przyjedzie mąż za jakąś godzinę, to mi pomoże.

- Za jaką godzinę, teraz sie przenosimy! Łóżko trzeba zwolnić, no szybko, szybko.

Przerażona zaczęłam wyłazić spod kołdry, czując, jak każdy ruch rozdziera mi brzuch na
kawałki. Położna przywiozła małego w kuwetce, moją torbę ulokowała na płozach
tej kuwetki i dalejże wyjeżdżać na korytarz! Kiedy ja zawlokłam się do drzwi,
ona już krzyczała z daleka:

- Szybko, szybko, bo nie znajdzie pani sali!

Zaczęłąm więc szurać za nią kapciami, najszybciej jak mogłam, czując równocześnie
zbliżający się krwawy potop między nogami. W końcu wjechała do jakiegoś pokoju,
zaparkowała małego koło łóżka, powiedziała do widzenia i wyszła!

Kiedy czytałam wcześniej o systemie rooming-in, zawsze było to pisane w takim duchu –
to doskonale, że matka może być nieprzerwanie razem z dzieckiem, jednak, gdy
poczuje się zmęczona (a ma prawo po porodzie lub operacji) lub gdy potrzebuje
np. wziąć prysznic, zawsze może odwieźć dziecko na wspólną salę noworodkową,
gdzie zajmą sie nim troskliwe położne… W polskich realiach, jak widać,
szpitale wprowadziły tylko tę część owego nowoczesnego systemu, która im
pasowała…

W nowej sali mały od razu zaczął płakać, ja czułam już mokrą krwawą plamę na
koszuli z tyłu i musiałam nieźle wyglądać, bo odwiedzajacy leżącą w tej sali
babkę mąż czym prędzej się pożegnał i wyszedł. I chwała mu za to.

Wszystkimi siłami starałam się nie rozpłakać; moja współlokatorka wyczuła sytuację, bo od
razu pościeliła mi na łóżku specjalny podkład, powiedziała, że uspokoi małego,
a ja mogę iść do łazienki.

Najbliższe godziny to był koszmar. Mały płakał, a ja ledwo mogłam go wyjąć z tej kuwetki,
starając się ignorować koszmarny ból brzucha nasilający się przy każdym ruchu.
Starałam się nakarmić synka, ale średnio mi to wychodziło, w końcu moja
sąsiadka ulitowała się nade mną:

- Przyniosę pani mleka, chyba nie ma pani wystarczajaco pokarmu.

Przyniosła mi zaraz porcję w butelce i powiedziała, że zawsze można podejść do dyżurki i
takie mleczko dostać. Bardzo ważna informacja, której przeprowadzająca mnie tu
położna jakoś mi poskąpiła.

Gdyby nie moja współlokatorka, byłabym świetną kandydatką na pacjentkę z ciężką
depresją poporodową. Ze wszystkim miałam problem – ze swoją świeżą raną, z non
stop sączącą się krwią, z umyciem się, z nakarmieniem małego, z utuleniem go do
snu…

Całe szczęście odwiedzał mnie mąż, dzięki czemu miałam chwilę wytchnienia i mogłam
umyć zęby albo po prostu się wysikać.

Moja współlokatorka opowiedziała mi swoją historię – rodziła dwanaście godzin, a
właściwie miała skurcze, tylko rozwarcia brakowało. Przez całą noc nie podano
jej nic na wywołanie rozwarcia, bo to było jej drugie dziecko i lekarz
stwierdził, że „ta to sama urodzi”. Jednak po tych dwunastu godzinach, o suchym
pysku, w końcu przyszedł inny lekarz (niech żyją zmiany dyżurów) i podał jej
oksytocynę, po której urodziła w kwadrans. Po czym odwieziono ją na salę i
zostawiono z dzieckiem…

Po pierwsze była wyczerpana, po drugie głodna, po trzecie mały oczywiście się
darł. Ostatkiem sił pochyliła się, żeby go wyjąć z tej pieprzonej kuwetki, po
czym… dostała krwotoku. Wezwana położna załamała ręce, ale nie nad nią, a nad
niedostatecznie przykrytym kocykiem dzieckiem. Kałużę krwi posprzątano tak, że
jeszcze po dwóch dniach dokładniejsza salowa ścierała jej resztki spod łóżka.
Niech żyje higiena. A propos – sprzątanie naszej sali i łazienki to było
szurnięcie mopem. A przecież każda z nas krwawiła i to niekoniecznie w
kontrolowany sposób, były z nami noworodki, jeszcze parę godzin temu pływajace
w jałowych wodach płodowych… Nikt nie mył brodzika, umywalki, o muszli nie
wspominając. Ja bym tam wszystko zalała domestosem i poprawiła kretem…

Modliłam się, żeby mój mały nie dostał żółtaczki, bo dostajesz wtedy specjalną lampę na
całą noc, pod tą lampą ma leżeć golutkie dziecko w okularkach i ty,
matka-himenka, masz pilnować, żeby tych okularków sobie nie ściągnęło. Całą
noc! To jakieś koreańskie tortury pozbawiania snu!

Wracając do moich problemów z małą ilością pokarmu – położne miały jedną radę:
przystawiać dziecko do piersi. Spróbujcie przystawiać głodnego noworodka do
pustej piersi… To jakiś horror. On się darł tak, że widziałam jego migdałki,
był purpurowo-filetowy na twarzy, drapał mi i szarpał ze złością piersi, a ja
go miałam przystawiać!

Wieczorem było ważenie i okazało się, że mały sporo schudł, nie dziwota, miałam prawie
puste cycki. Dokarmiać, dokarmiać – taką dostałam radę. Chciałam porozmawiać o
moim problemie szerzej – czy mały nie przyzwyczai się do butelki i wtedy zupełnie
odrzuci pierś i co mam robić w związku z deficytem pokarmu, ale nikt nie miał
czasu ze mną rozmawiać. Znowu usłyszałam – przystawiać do piersi, przystawiać,
a jak głodne to dokarmiać – i koniec tematu. Kiedy na obchodzie sam ordynator
zapytał, czy czegoś nam potrzeba, powiedziałam, że trochę więcej opieki
położnych, bo nie do końca radzę sobie z dzieckiem, sama będąc po operacji.
Towarzysząca mu położna słodkim głosikiem zaświergotała:

-Jesteśmy tylko dwie na oddział, nie zawsze możemy każdemu poświęcić odpowiednio
dużo czasu, ale oczywiście zawsze można wezwać którąś z nas z dyżurki…

Ordynator przytaknął i zawinął się na pięcie, żeby nie słuchać już więcej o niedostatkach
personalnych na swoim oddziale.

Na kolejnym ważeniu znowu się okazało, że mały spadł z wagi i było to już 10% jego
masy urodzeniowej i byłoby bardzo źle, gdyby jeszcze schudł. Załamałam się. I
jak tu nie dokarmiać dziecka? Przy okazji poprosiłam położną, żeby trochę umyła
mi synka, bo sama nie dam rady (w pokoju była taka umywalko-wanienka).

- A wie pani, że teraz się nie kąpie dziecka? – ona mi na to.

- Jak to się nie kąpie?

- Dziecko ma taką ochronę na skórze, że nie należy jej zmywać, takie są najnowsze
tendencje…

Ponieważ mam w d… najnowsze tendencje, uparłam się, żeby mi chociaż podmyła małego, bo
sama nie mam tyle sił i boję się, że go upuszczę. Wiedziałam od znajomego, że
tydzień wcześniej wypisali z Borowskiej jego synka umazanego jeszcze mazią
płodową; mój po operacji został na całe szczęście umyty, co mi prawie wytknęła
ta położna, z niedopowiedzeniem, że ZNOWU chcę myć dziecko.

- Niech pani tak na mnie nie patrzy, takie są najnowsze badania – rzuciła
jeszcze, ale obmyła go trochę. – A na pępek proszę sobie kupić Octanisept.

Octaniseptem straszyły mnie położne w obydwu szkołach rodzenia. Że kikut trzeba wysuszać i
najlepiej to robi stary dobry spirytus, natomiast Octanisept nie wysusza i
często pępek się po prostu babrze.

No, ale żeby działać spirytusem, to trzeba mieć rozrobiony roztwór, patyczek z
watką i trzeba tym jeździć wokół pępka. A tak – psik psik Octaniseptem i po
krzyku. Kolejne pójście na łatwiznę – tak jak z tym roomingiem czy niekąpaniem
dziecka. Byle się nie narobić, a jak można się jeszcze podeprzeć badaniami
amerykańskich naukowców, to już w ogóle zaje…

Moja przyjaciółka, która rodziła kilka lat temu, ostrzegała mnie, że nie wypiszą
mnie do domu, póki, za przeproszeniem, nie oddam stolca. Jest to bardzo ważne,
bo świadczy o tym, że jelita ruszyły. Jeśli by dlugo nie pracowały, może dojść
do bardzo poważnych komplikacji, tzw. atonii jelit (z Wikipedii: atonia – zanik
lub zmniejszenie zdolności do skurczu mięśni gładkich lub mięśni poprzecznie
prążkowanych. Jej skutkami są poważne zaburzenia w czynnościach danego
narządu). Dlatego, jeśli masz problem z wypróżnieniem się (a jest problem,
olbrzymi – nie chcesz nawet słyszeć o jakimkolwiek napinaniu mięśni brzucha),
dają czopki.

Za mojego pobytu na Borowskiej o stolec spytano mnie tylko raz. Zanotowano, że nie
było i to był koniec tematu. Dobrze, że byłam świadoma zagrożenia i sama,
pokonując ból, jakoś sobie z tym poradziłam w domu; oszczędzę tu
naturalistycznych opisów, powiem tylko, że był to koszmarnie bolesny i
długotrwały proces…

W każdym razie nikt specjalnie nie patrzył na mój stan; kiedy tylko w czwartej
dobie rano po zważeniu małego okazało się, że przybrał 50g, natychmiast
uruchomiono procedurę wypisu. Rachu ciachu, nie ma czasu, kolejne pacjentki
czekają. Badanie słuchu, pobranie krwi u małego, szybko szybko (zapowiedziałam,
że bez tych badań nigdzie nie wychodzę) i już musiałam się zbierać. Nie to, że
nie chciałam iść do domu, ale wolałam już zostać tyle, ile trzeba, byleby się małym
odpowiednio zajęli. Po co mi szybki wypis, jakby np. w domu się okazało, że
dostał żółtaczki i trzeba by było wracać.

Jeszcze tylko słówko o szpitalnym menu: dostałyśmy np. zupkę kalafiorową… Na nasze
uwagi lekarka powiedziała: szpitalna dieta to nie jest dieta matki karmiacej. A
tu poniżej śniadanko:

 

 

PS

Czy
muszę wspominać, że nigdy nie powróciłam do ćwiczeń, które zalecała nam
fizjoterapeutka?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii rodzić po ludzku...

 

Odsłona druga i trzecia: cięcie cesarskie i sala wybudzeń.

26 sie

Noc w szpitalu minęła mi zaskakująco dobrze, mimo zbiorowego pomiaru tętna dziecka
(jest to zorganizowane w ten sposób: o północy [sic!] z głośników w salach
rozbrzmiewa głos pielęgniarki wzywający do zabiegowego, z łóżek powoli gramolą
się ciężarne z zaspanymi twarzami, wypełniają korytarz przed gabinetem
zabiegowym; tam po kolei położna przykłada urządzonko wykrywające tętno
dzidziusia; dziewczynie spodziewającej się trojaczków przykładała w trzech
miejscach…).

O szóstej rano przyszła pielęgniarka mierzyć temperaturę. Od tego momentu
zaczęłam się szykować – prysznic, szpitalna koszula, pakowanie torby. Poleżałam
chwilę z KTG, potem przyszło kochane mężydło podtrzymać mnie na duchu, po czym
wezwali mnie na kolejne wypełnianie papierów (pesel…etc.), podpisywanie zgody
na wyrażanie zgody [sic!], w końcu poproszono mnie na fotel…

Czytałam wcześniej w necie i książkach, że dobrze jest, kiedy zakłada się cewnik już po znieczuleniu, bo nie
jest to przyjemne ani bezbolesne. Niestety – założono mi go na żywca, poza tym
położna rzuciła okiem na mnie leżącą na fotelu i poleciła „dogolić” – nie wiem
po co, były to miejsca zupełnie nie tknięte podczas cięcia, poza tym wcześniej
wszyscy mówili, że teraz nawet do normalnego porodu nie goli się już
pacjentek… Nikt mnie nie zapytał o zdanie, a na ciche protesty nie dostałam
odpowiedzi.

Położna ostatni raz zmierzyła tętno dziecka (dobrze, że nie moje, bo chyba by
stwierdziła stan przedzawałowy) po czym kazała iść za sobą. I tak z rurką w
ręce podłączoną do mojej cewki moczowej, zakończoną woreczkiem na mocz, w
rozchełstanej na piersiach koszuli szpitalnej musiałam przedefiladować przed
mężem i całym oddziałem patologii. Nastroiło mnie to tak pozytywnie do całej
sprawy, że zaczęłam się trząść i płakać, i panikować. Położna powiedziała, że
już wszystko gotowe, czekają na mnie i zaprowadziła mnie do jakiegoś
pomieszczenia z trzema pipkami. A te zaczęły świergotać:

- Jak to gotowe? Jeszcze nikogo nie ma! A to teraz ta cesarka? To poczekamy, pani
sobie tu usiądzie, uzupełnimy papiery…

Niech no kto spróbuje usiąść z cewnikiem na twardym krześle… To jak siadanie na
patyku postawionym na sztorc.

- A czemu pani płacze? Spokojnie, przecież dzidziuś zaraz będzie, to szczęśliwy
dzień! No dobrze, to pani adres to… – i tu podaje mój stary adres, spisany z
karty ciąży, tak jakbym wcześniej sto razy nie podawała swoich aktualnych
danych.

- To nie mój adres, nie jest aktualny.

- Nie? Ojej, trzeba zmienić… – i tu pipka zwraca się do mnie, mającej na sobie
tylko tę szpitalną szmatę i cewnik – ma pani dowód osobisty?

Potem spisywały jeszcze ode mnie kolejne dane, między innymi zawód męża i wiek i tu
się zawiesiłam. Nie byłam w stanie powiedzieć, ile lat ma mój mąż! Tak poza tym
to konia z rzędem temu, kto mi powie, po jaką cholerę na 10 minut przed
operacją od półnagiej spanikowanej i zasmarkanej pacjentki wymaga się podawania
tego typu informacji!

W końcu zaprowadzono mnie do sali operacyjnej, tam musiałam wdrapać się z tym
swoim brzuchem na wysoki i wąski stół.

- O, a pani już zacewnikowana? – asystująca pielęgniara wyraziła zdziwienie.

- Tak, już od godziny – chętnie bym odpowiedziała, ale mega wystraszony człowiek
jest w stanie tylko cichutko przytaknąć.

Przyszła pani anestezjolog, a ja myślałam, że to będzie ten facet, który dzień wcześniej
ze mną rozmawiał, więc zaczęłam dociekać, co jest grane.

- Oj, to Radek musiał coś pokręcić – usłyszałam. – Ja będę panią znieczulać.

No i zaczęła… Żeby dokładnie przekazać, co musiałam zrobić, żeby wkłuto mi się w
kręgosłup, proponuję takie ćwiczenie: włóżcie sobie pod bluzkę sporego arbuza,
po czym na stole szerokim na pół metra połóżcie się na boku i spróbujcie czołem
dotknąć kolan… I w tej pozycji nie wolno się ruszyć!

Anestezjolożka wkłuwała się nieudanie dwa razy (nieudanie nie znaczy, że tego nie czułam,
wyjątkowo paskudny ból) po czym poprosiła o grubszą igłę [sic!] i jak się
wkłuła to… Kazano mi oddychać głęboko celem zniesienia bólu… Aż w końcu od
pasa w dół zaczęłam czuć… NIC. W końcu!

Przyszli lekarze, postawili mi wysoki parawan niemal pod brodą i się zaczęło. Było mi na
przemian zimno i gorąco, duszno, niedobrze i ogólnie niefajnie. Od parawanu w
górę podawano mi tlen, jakieś substancje w kroplówce, od parawanu w dół
natomiast nagle doszedł mnie płacz dziecka. Chwilę to trwało, zanim się
zorientowałam, że oni mi tam już wyjęli mojego syna!!! I znowu zaczęłam płakać.
Mały krzyczał, słyszałam jak podają jego wagę i długość, punkty w skali Apgar,
za parawanem lekarze jeszcze się uwijali, nagle podetknięto mi pod nos
plastikową opaskę z moimi danymi, datą i godziną i zapytali, czy wszystko się
zgadza. Dzięki Bogu, pozwolili mi mieć okulary na nosie! Jeśli chodzi o
godzinę, to uwierzyłam im na słowo. Mały dostał taką opaskę na rączkę i nóżkę.

W końcu pokazano mi go na moment – małego czarnowłosego bobaska, wrzeszczącego
wniebogłosy – dotknęłam jego buzi… To było najbardziej przejmujące wydarzenie
w moim życiu…

Zabrali go z sali w inkubatorku, a mnie jeszcze zszywali itp. Potem przeniesiono mnie na raz, dwa, trzy na łóżko i
na nim wywieziono. Widziałam kątem oka czekającego męża, po czym mnie
wtoczono do windy, a mężowi kazano iść schodami.

Wylądowałam w tzw. sali wybudzeń. Mąż mógł tylko przez parę minut mi potowarzyszyć, bo w
tej sali odwiedziny są zabronione i dość szybko został wyproszony.

Musiałam leżeć bez ruchu osiem godzin, nie wolno nawet podnosić głowy. Kilka godzin
trzymało mnie znieczulenie, co nie przeszkadzało wcale w odczuwaniu bólu na
brzuchu. Dostałam kilka różnych środków przeciwbólowych w kroplówce. Za każdym
razem musiałam się zarzekać, że nie jestem na nie uczulona. Na paskudną
telepawkę dostałam dodatkowy koc.

Co jakiś czas położna naciskała mi brzuch w najbardziej bolesnych miejscach. Cel
miała szczytny – w ten sposób macica szybciej się oczyszczała z różnych
interesujących rzeczy typu krew i skrzepy…  Ostatni raz z bólu krzyczałam chyba w podstawówce u dentysty… Środki przeciwbólowe działały tak sobie. Poza tym chciało mi się
pić, a potem jeść. Na dziennej zmianie położna powiedziała, że moje jedzonko
jest tutaj – i postukała w kroplówkę. Powiedziała, że nic nie dostanę dziś do
jedzenia. Do picia, a raczej zwilżenia ust, dostałam małą ampułeczkę z wodą.
Znieczulenie puszczało mnie od pasa w stronę stóp. To naprawdę przedziwne i
przerażajace zarazem uczucie, kiedy wysyłasz z mózgu sygnały, by ruszyć nogą, a
nie przynosi to żadnego efektu. Powoli zaczynałam czuć, jak wiele krwi
tracę, położna co jakiś czas zmieniała mi ligninowe podkłady – w takich
momentach człowiek jest zupełnie zdany na łaskę innych ludzi, pierwszy raz
czegoś takiego doświadczyłam.

Po ośmiu godzinach miałam próbować się podnosić i był to chyba największy wysiłek w
moim życiu. Na początku pracowało za mnie łóżko – sterowane pilotem podnosiło
mi górną część ciała. Przez dłuższy czas nie byłam w stanie doprowadzić się w
ten sposób do pozycji siedzącej, bo już w połowie robiło mi się ciemno przed
oczami. Ale w pozycji półleżącej mogłam jako tako wytrzymać i wtedy poprosiłam
o przyniesienie dziecka – dzieci kobiet po cesarkach są w sali obok, za szklaną
ścianą. Położna przyniosła mi mały pakunek z owłosioną główką… Uświadomienie
sobie, że jestem matką, było dla mnie kolejnym szokiem tego dnia…

Próbowałam małego trochę przystawić do piersi, ale brak sił, potwornie boląca rana na
brzuchu i ogólne oszołomienie niezbyt mi w tym pomogły. Zresztą mały był już
nakarmiony – to taka trochę niedżwiedzia przysługa ze strony personelu, przez
którą cierpię do dziś… Ale o tym później.

Po dziesięciu godzinach udało mi się usiąść na łóżku i spuścić nogi. Cały czas
kombinowałam, jak by tu nie używać do poruszania się mięśni brzucha… Niestety,
to chyba niemożliwe. Przy każdym ruchu czułam się, jakby mi brzuch rozrywało. Położna
z nocnej zmiany zaproponowała mi kolację (wyraziła zdziwienie, że ta na
dziennej zmianie powiedziała, że nic nie będę jadła). Dostałam bułkę i jajko
oraz herbatę. Boże, jak mi to smakowało! Specjalna dieta pooperacyjna typu kleik, o jakiej czytałam w
necie, okazała się być mitem.

Potem byłam dopingowana do podjęcia decyzji o usunięciu cewnika. Im dłużej cewnik
tkwi, tam gdzie tkwi, tym większe zagrożenie wywołania stanu zapalnego tam. Po
jakiejś godzinie byłam gotowa. Przyjemne to to nie było… Potem musiałam
powoli wstawać i ruszać się, wszystko po to, by szybciej wracać do normalnego
stanu. Po kolejnej godzinie prób udało mi się wstać. I wtedy wruuuch – zalałam krwią
podłogę, własne kapcie, nogi… To naprawdę głupie uczucie, kiedy stoisz i
czekasz, aż ktoś powyciera ci łydki, umyje kapcie, pościera podłogę… Wstyd
trzeba schować do kieszeni.

Kolejne nocne godziny to wyznaczanie sobie coraz bardziej ambitnych celów – okrążenie łóżka,
dojście do umywalki, dojście pod prysznic… Pamiętałam o dobrej radzie ze
szkoly rodzenia – pierwsze siusianie najlepiej pod prysznicem. Bo pierwsze
siusianie po zdjęciu cewnika to jak siusianie igłami. Wrażenia niezapomniane…

Plan miałam taki, żeby się umyć, ale zrobiło mi się słabo i położna czatujaca pod
drzwiami musiała wejść i odprowadzić mnie do łóżka. Zostałam podmyta na leżąco.

Ponieważ krwawiłam bardzo obficie, wezwano lekarkę, która oczywiście pouciskała mi
brzuch i poleciła personelowi mnie obserwować. Potem w środku nocy przyszedł inny
lekarz i też dalejże uciskać mnie tam, gdzie najbardziej boli. Zlecił
morfologię oraz podanie mi glukozy, bo nadal krwawiłam obficie. Potem, jak ktoś tylko zbliżał się do mojego brzucha, pytałam, czy będzie go uciskać. Zazwyczaj słyszałam w odpowiedzi: oj, muszę, kochana, muszę…

I zaciskałam zęby.

Trudno mi teraz powiedzieć, czy cokolwiek spałam tej nocy. Pamiętam tylko takie tępe leżenie.
Co jakiś czas rękaw na moim ramieniu pompował się automatycznie, żeby zmierzyć
ciśnienie krwi. Co jakis czas ktoś podchodził i sprawdzał, czy dycham. I tak
przyszedł ranek.


 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii rodzić po ludzku...

 

Pobyt na Borowskiej w pięciu odsłonach. Odsłona pierwsza: patologia ciąży.

21 sie

Tak jak kazał mi lekarz, w poniedziałek byłam punktualnie o 7:30 przed izbą
przyjęć. Miałam zostać przyjęta jako pierwsza. Od razu w to zwątpiłam, kiedy
zobaczyłam tłum oczekujący pod drzwiami izby, wszystkie krzesełka w korytarzu
zajęte… No nic, czekamy. Pojawia się położna, ta sama, co w piatek. Daję jej
skierowanie z notką lekarza, że jestem zapisana na 7:30 i mam być dziś
przyjęta.

Mam czekać.

Mija półtorej godziny. W tzw. międzyczasie na minutę pojawił się lekarz (inny niż w
piątek). W końcu wchodzę do środka.

Położna zbiera ode mnie informacje, wypełnia jakieś papiery. Wnioskuję z tego, że
sprawa idzie naprzód, ale pewna być nie mogę, bo nikt mnie o niczym nie
informuje. W końcu sytuacja się wyjaśnia – mam się przebrać. Ponieważ nie chcę
spędzać całego dnia w piżamie, wkładam przygotowaną zawczasu luźną sukienkę.

- Jak tu lekarz był na chwilę, kazałam mu podbić pani skierowanie – mówi położna.
– Powiedziałam, że obiecał dziś panią przyjąć, chociaż to nie ten lekarz, hihi.
Ale powiedział, że jak obiecał, to obiecał i – o, podbił.

Okazało się więc, że po czterech wizytach w izbie przyjęć położna stała się moją
sojuszniczką… A może nie chciała mnie więcej oglądać?

Kiedy wszystkie papiery już były uzupełnione, miałam czekać za parawanem na
sanitariusza, a przy biurku obsługiwana była kolejna dziewczyna.

- Kogo pani upoważnia do powiadamiania o swojej sytuacji w szpitalu?

- A można podać kilka osób?

- Nie, jedną.

- Ojej, to kogo mam podać? Bo teraz nie wiem…

- ?

- No to może niech będzie 555555555.

- Do kogo to? Do męża?

- Nie, to jest do tego, no… ojca dziecka…

Po kwadransie oczekiwania przyszedł sanitariusz. Musiałam czekać w gabinecie, a
nie na korytarzu z mężem, bo położna powiedziała:

- Niech pani tu siedzi, bo jak pani wyjdzie, to będę musiała kolejną osobę
przyjąć… A niech czekają.

A dobrze wiedziała, że jest pełen korytarz ludzi…

W końcu trafiłam na oddział patologii ciąży. Musiałam czekać, aż mi przygotują łóżko,
bo zostało dopiero co zwolnione przez poprzednią pacjentkę. W tym czasie jakaś
pielęgniarka brała ode mnie te same dane, które podawałam w izbie przyjęć.
Pesel, data urodzenia, powód cięcia cesarskiego, uczulenia na leki…

Jak tylko siadłam na łóżku, żeby ochłonąć i zjeść śniadanie (przyniesione ze sobą,
bo na szpitalne się nie załapałam), przyszła jakaś stażystka i dawaj, wypytywać
mnie: pesel, data urodzenia, powód cięcia cesarskiego, uczulenia na leki…

Po jakimś czasie, już wściekle głodna, odpowiadałam na pytania kolejnej
pielęgniarki: pesel, data urodzenia, powód cięcia cesarskiego, uczulenia na
leki… Przyjechał obiad – okazało się, że nadal nikt mnie nie uwzględnił w
grafiku i dostałam tylko trochę zupy. Dobre i to, ale zanim zdążyłam ją zjeść,
przyszła kolejna pielęgniarka.

- Tu ma pani pojemnik na mocz, jutro rano proszę zostawić przy zabiegowym. Tu
jest koszula, tu płyn odkażający. Jutro rano się pani umyje normalnym mydłem,
potem brzuch tym płynem, przebierze się pani w koszulę i około ósmej panią wezmą.

- To już jutro operacja??

- Tak, a co, lekarz nie powiedział?

- Nie widziałam się z lekarzem.

- A, no to trochę uprzedziłam…

Dziewczyny z sąsiednich łóżek spojrzały na mnie z zazdrością. Przebywały na oddziale już
dwa tygodnie i na razie nie było wiadomo, kiedy wyjdą, jeśli w ogóle przed
porodem. Rekordzistki leżą na patologii cały okres ciąży. Schorzenia i zagrożenia
są przeróżne, przez ten jeden dzień mogłam zobaczyć, co szczęśliwie ominęło
mnie i moje dziecko – hipotrofia (płód nie rośnie), wielowodzie (trzeba
odciągać wody, a ich i tak przybywa), jeden martwy bliźniak (monitorowanie, czy
nie wpływa on destrukcyjnie na żywego braciszka…), wada serca dziecka, którą
trzeba po porodzie natychmiast operować, zbyt wąskie jelito u dziecka
utrudniające mu trawienie, również kwalifikowane do operacji w pierwszej dobie
życia… I tak dalej. Aż głupio się czułam, że ja mam „tylko” cesarkę…

Dzień wypełniły mi badania KTG, USG, EKG oraz rozmowa z anestezjologiem, który narysował
mi kręgosłup i wskazał miejsce wkłucia. Po podaniu mu – a jakże – peselu,
powodu cięcia i jeszcze kilku rzeczy, o które już byłam pytana z dziesięć razy,
musiałam podpisać cyrograf.

Nigdy bym nie pomyślała, że w takim dniu i w takim otoczeniu będę się tyle śmiała…
A to za sprawą jednej z moich współlokatorek, która, krótko mówiąc, nie
patyczkowała się ani z personelem, ani z samą sobą.

- Byłam na dole na fajce, ludzi od zaje..nia – powiada na przykład, wracajac z
jakiegoś ukrytego miejsca w szpitalu, gdzie można palić (tj. nie można, ale nie
widać, że ktoś pali).

- Mogliby mi już ściągnąć to chu..stwo – to o KTG.

Po podłączeniu jej kroplówki:

- No, patrzcie, k…, podłączyli mi takie chu..stwo, teraz ani zapalić, ani ch…

Do matki przez telefon:

- No, palę, a co. No i co. A tam, wpływa, gadanie z książek.

Do ordynatora, profesora nadzwyczajnego, który podczas obchodu wspomniał, żeby
telefonów nie trzymać na wierzchu, bo komuś ostatnio zginął:

- E, tam. Złodziej złodzieja nie okradnie…

Reakcja na obiad:

- Ja pier…, a co to za obiad, przyjdzie Zenon, to weźmie jako żarcie dla psa.

Zenon to też barwna postać. Podczas odwiedzin dwa razy wyskakiwał na piwko pod
szpital. Do położnej zagadał:

- A ile tak, dajmy na to, pani tu ma na rękę?

Widząc jej zmieszaną minę dorzucił: Ze dwa kółka będzie?

Kiedy Zenon sobie poszedł, zaczęły się telefony, wydzwaniał co chwila.

- Co, towarzystwo sobie już sprowadziłeś?! Miałeś, k…, nie pić. Taaa, trzeźwy.
To już nie przychodź, słyszysz? Zenon! Nie przychodź już, k…

Zenon jednak pojawił się o 23 i tak się kłócił ze swoją kobietą, że w końcu jakaś
przestraszona pielęgniarka poprosiła nieśmiało o nieco cichsze dyskusje.
Wytatuowany Zenon budził respekt, zwłaszcza po paru piwkach.

Tak więc nie tylko z patologią ciąży miałam do czynienia tego dnia. Chichrałam się
z tych wszystkich odzywek, bo – paradoksalnie – był to jakiś (wypaczony, bo
wypaczony, ale zawsze) powiew normalności. Lepsze to, niz wysłuchiwać kolejnych tragicznych historii – ile razy kto poronił, jakie szanse przeżycia dziecka etc.

Druga współlokatorka, która zwierzyła mi się szeptem, że się tamtej trochę boi, po
jakimś czasie zaczęła śmiać się razem ze mną. I w takim nastroju poszłam spać.


 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii rodzić po ludzku...

 
 

  • RSS