RSS
 

Szczerość totalna

21 sty

„- No, to zaczynamy od naszej powitalnej piosenki (…)

Zagrała akord i wszyscy zaczęli śpiewać. Piosenka traktowała o tym, że trzeba powiedzieć „cześć” koledze (…) Dwanaście razy zaśpiewaliśmy „cześć”, zanim wszystkie dzieci zostały wymienione z imienia (…) Potem rozdano nam rozmaite grzechotkowe instrumenty, którymi mieliśmy grzechotać przy odśpiewywaniu kolejnej piosenki. Nie czułem się nieswojo, siedząc tam, nie czułem się głupio, to było po prostu upokarzające i poniżające. (…)

Linda czekała na nas w drzwiach mieszkania.

- Cześć – powiedziała. – Jak wam minął dzień? (…)

- Było okej – odparłem (…) – Ale na rytmice dla niemowląt moja noga więcej nie postanie, dopóki żyję.”

O Boże, ktoś to w końcu napisał! Nie znosiłam tych zajęć dla małych dzieci, tych wymuszonych, sztucznych uśmiechów (mój przynajmniej taki był) i w sumie mogę podziękować małemu, bo bodajże byliśmy na dwóch tego typu zajęciach. Synek nie chciał tańczyć, nie chciał się bawić, nie chciał tupać ani klaskać; miał to wszystko w głębokim poważaniu, więc z czystym sumieniem nie ciągnęłam tematu :)

Jeszcze jeden cytat:

„Do wpół do siódmej przeglądałem tłumaczenie (…) i chociaż była to nudna praca – nie robiłem przecież nic oprócz porównywania z oryginałem zdania po zdaniu – to i tak sto razy bardziej interesująca i twórcza niż to, co działo się rano i przed południem, pielęgnacja dziecka i zajęcia dziecka, których sens dla mnie polegał jedynie na zabijaniu czasu. Nie wycieńczało mnie takie życie, nie wymagało pracy ponad siły, lecz nie zawierało najmniejszej iskierki inspiracji, więc mimo wszystko czułem się wypompowany (…)”.

I jeszcze jeden:

„(…) musimy iść. Chodźcie – złapałem Heidi za rękę.

- Nie chcę – powiedziała. – Nie chcę za rękę!

- No to nie. Ale w takim razie wsiadaj do wózka.

- Nie chcę do wózka.

- Mam cię nieść?

- Nie chcę.

(…)

- Nie chce mi się iść – oświadczyła Vanja. – Nogi mnie bolą.

- Przecież dzisiaj przeszłaś ledwie kilka metrów, to jak cię mogą boleć nogi?

- Nie mam nóg. Musisz mnie wziąć na ręce.

- Nie wygłupiaj się, nie mogę cię nieść.

- Możesz.

- Wsiadaj do wózka, Heidi.

- Nie chcę do wózka.

- Nie mam nóóóg! – ostatnie słowo Vanja wykrzyczała.

Zapłonęła we mnie wściekłość. Odruch kazał mi wcisnąć je sobie pod pachy i zawlec na górę. (…) Ale tym razem zdołałem się opanować.

- Możesz wobec tego wsiąść do wózka, Vanju? -spytałem.

- Jak mnie podniesiesz.

- Nie, sama wsiądź.

- Nie, bo nie mam nóg.”

 

Takich kwiatków drugi tom „Mojej walki” Karla Ove Knausgarda zawiera mnóstwo. Jezu, jak dobrze go rozumiem! Często, co prawda, można spotkać w necie i nie tylko opisy tzw. macierzyństwa czy opieki nad dzieckiem w ogóle (bo, nie da się ukryć, Karl Ove to ojciec nie matka…) bez cukru i lukru, ale to, jak opisuje je on to dla mnie mistrzostwo świata.

Pierwszy tom „Mojej walki” przyznaję, chwilami był męczący i kilka stron po prostu pominęłam bez czytania. Dopiero, gdy przestałam czekać, aż „coś się wydarzy” oraz, że z opisywanej sytuacji wyniknie coś wielkiego, zaczęłam doceniać jego trud pokazywania prawdziwego życia. Takiego, w którym coś tam robimy, z kimś się spotykamy, potem idziemy spać, potem wstajemy, planujemy jakąś imprezę i… znowu idziemy spać, a potem trzeba gdzieś pojechać… i nic z tego nie wynika… po prostu życie biegnie, czas leci… To nie jest pisarstwo Murakamiego, gdzie bohater też sporo chodzi chodnikiem, kupuje ryby, kroi warzywa i przeżuwa tofu; między tymi opisami „niczego wielkiego” pojawiają się niesamowite wydarzenia, niespodziewane zwroty akcji, jakiś dramat. U Knausgarda zupełnie tego nie ma, chociaż opisuje i rozwód rodziców, i dziwne okoliczności śmierci ojca, i przygotowania do pogrzebu. To w pierwszym tomie. W drugim zaskoczył mnie opisem swojego rodzinnego życia, totalnie szczerym i tak cholernie prawdziwym, że w końcu zrozumiałam, na czym polega fenomen tego pisarza. I na czym polega jego pomysł na pisanie. Już nie czekam, aż „coś się wydarzy”. Po prostu czytam i podziwiam kunszt przekazywania nudy i prostoty życia w sposób tak wciągający. Bo szczery i bez metafor, bez upiększania i usprawiedliwiania się.

No bo kto lubił chodzić na rytmikę dla niemowląt czy inne tam warsztaty rozwijające dla kilkumiesięcznych dzieci? Ręka w górę!

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii ja - matka, heh, Trochę kultury

 

Tags: , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS