RSS
 

Archiwum - Październik, 2016

Akcja: wyjście na piwo, tydzień planowania

10 paź

Dziecko każde normalne wydarzenie zamienia w akcję. Może nawet w Akcję przez duże A. Ze zwykłego wyjścia do znajomych robi się Wielkie Przedsięwzięcie. Z drobnego wyjazdu na weekend – szczegółowo zaplanowane i rozpisane na kartce Wydarzenie. Teatr, urodziny, kino, grill, wczasy, zakupy (nie daj Boże większe zakupy typu wybór garnituru lub pralki… Syn do tej pory czasem pyta, czy pójdziemy do sklepu oglądać pralki, bo gdy my próbowaliśmy zdecydować się choćby na markę, on szalał po całej powierzchni sklepu albo wisiał mi na płaszczu… świetna zabawa była, mówię Wam, jak napisałam – do tej pory wspomina…).

Podam przykłady z kilku ostatnich tygodni.

Zostaliśmy zaproszeni na czterdziestkę kolegi. Do knajpy. Oko mi błysnęło, bo jak się ma dzieciaka, to wieczorne wyjście do knajpy to jest WOW! No i się zaczęło: jak się pozbyć małego? Misterny plan: podrzucimy go do mojego brata (i bratowej). Telefony, ustalanie (mieszkają pod miastem), kiedy zawieziemy, autem czy taksówką, kiedy odbierzemy, czy wracamy w nocy po imprezie czy rano jak się wyśpimy, ale wtedy trzeba uważać w nocy z piciem, żeby rano móc wsiąść za kierownicę itp. itd, parę dni łamania głowy. Dzień przed urodzinami: bratowa dzwoni, że ma problem z wyjściem z toalety. Nie że się zatrzasnęła, ale  tzw. grypa żołądkowa, wiecie, rozumiecie… Od razu cała rodzina mieszkająca z bratową została wykluczona przeze mnie z opieki, bo to dziadostwo roznosi się błyskawicznie i mało kogo oszczędza, a zarażają nawet ci, co jeszcze nie maja objawów. No to co robimy?! Kto przygarnie pięciolatka na noc??? Dziadkowie na wczasach, reszta rodziny daleko, większość znajomych zaproszona na tę samą imprezę i też kombinują, komu sprzedać dzieci. W końcu jednemu koledze oddaliśmy małego, całe szczęście jest grzeczny w gościach. Ale trzeba było pilnować czasu, bo obiecaliśmy go odebrać koło północy. Więc trzeba było szybciej wyjść. Taksówką podjechać, taksówkę zatrzymać, na trzecie piętro lecieć po zaspane dziecko, z powrotem do auta, do domu, zaspańca na trzecie piętro wtargać, położyć z powrotem spać… A chodziło tylko o to, by pobyć wśród ludzi i napić się piwa i wyluzować trochę… Dla bezdzietnych to taka norma, że się nawet nad tym nie zastanawiają, wychodząc wieczorem z domu…

Drugi przykład. Znowu postanowiliśmy zaszaleć. A raczej ja, a mężydło z ironicznym uśmieszkiem stwierdziło, że też pojedzie. Na koncert Bryana Adamsa, mojego idola z lat młodzieńczych. Bilety kupione pół roku wcześniej. Moja mama zaklepana takoż. Ponieważ rzecz miała mieć miejsce w powszedni dzień, więc ustalono: mały do przedszkola zostanie zaprowadzony. W międzyczasie moja mama przyjedzie z innego miasta. Ustalono godzinę pociągu. Że mężydło ją odbierze. W domu przekażę wszystkie must know. Dalej plan miał wyglądać tak: my do auta i jedziemy do Łodzi, a mama po raz pierwszy odbierze wnuka z przedszkola. Który został o tym uprzedzony kilka dni wcześniej i skakał pod sufit z radości. I za każdym razem, gdy go odbierałam, pytał rozczarowany, czemu babcia nie przyszła, tylko mama. Panie przedszkolanki uprzedziłam, że przyjdzie babcia. Dopisałam mamę do listy osób upoważnionych do odbioru dziecka, numer dowodu etc. Więc widzicie, akcja była wielka. Ale zawsze może być większa! Mały dzień przed całym tym zamieszaniem dostał gorączki. I kurka, cały plan wziął w łeb, trzeba było od nowa łamać głowy, co robić i jak robić, żeby było dobrze. Bo skoro do przedszkola nie może iść, to po co ciągnąć tu babcię. Więc zawieźliśmy młodego do mojej mamy, co wymagało znowu wielkiej gimnastyki umysłowej i kosztowało nerwów trochę. A chcieliśmy tylko pojechać na koncert, a nie zdobyć K2!

No i trzecia historia. Wczasy. Byliśmy w sierpniu, choć możemy wziąć urlop w każdym innym miesiącu i w każdym innym miesiącu byłoby taniej, mniej tłoczno i nie tak cholernie gorąco. No, ale w sierpniu zamykają przedszkole, nie ma co dyskutować. Wybraliśmy Cypr. Pomijam już pakowanie rzeczy małego typu wielka łopata na plażę, plastikowy laptopik, który wzbudził podejrzenie celników (ma baterię, zapomnieliśmy…), bo to oczywiste sprawy. Ale na wczasach (może lepiej mówić „wyjazd z dzieckiem”, bo wczasy to przecież odpoczynek i błogie lenistwo…) mały zrobił nam ponownie ten sam numer z uszami co na Krecie, czyli zapalenie. Co oznacza wzywanie lekarza do hotelu. Dogadać się jakoś trzeba, niby angielski się zna, ale jak są migdałki i angina po angielsku?? Bo chcieliśmy nadmienić, że tuż przed wczasami (tfu, wyjazdem z dzieckiem) mieliśmy atrakcję w postaci anginy ropnej i antybiotyk był brany, po którym mały dostał wysypki na całym ciele (i znowu byłam z nim u lekarza po jakieś leki odczulające) i że może by to trzeba było wziąć pod uwagę przy kolejnym antybiotyku na te uszy… A przecież to tylko wczasy miały być, zwykły Cypr, a nie jakieś Indie czy Peru, zwykła kąpiel w basenie (miliony się kąpią, a mój syn łapie zapalenie uszu), a nie skoki na spadochronie, ech… Nawiasem mówiąc, wizyta lekarza na Cyprze to koszt 100 euro.

Dodam jeszcze, że paradoksalnie z mniejszym małym było na wczasach łatwiej zwiedzać. Ładowało się go w wózek i albo zwiedzał z nami, albo spał. A teraz? Albo zwiedzał z nami, albo nie (tzn. siadał na chodniku i mówił, że on dalej nie idzie – i co takiemu zrobisz??), więc zwiedzanie ograniczyliśmy do minimum, bo nikt nie ma siły nosić 22 kg żywej wagi.

I tak mogłabym mnożyć przykłady. Staramy się żyć normalnie i tak, aby nie omijało nas zbyt wiele, ale czasem jest tak ciężko wszystko zgrać, że wolę machnąć ręką i po prostu zostać w domu, bo gra nie jest warta świeczki. Bo nawet jak już wykombinujemy, jakby tu gdzieś normalnie pojechać we dwoje, to i tak nie ma pełnego luzu, dzwonię i sprawdzam, czy jest OK. Mam wyrzuty sumienia, że kogoś obarczam moimi obowiązkami.

I jeszcze coś. Ostatnio, po tym całym planowaniu, jakby tu się pozbyć małego, by pojechać na koncert (który, nawiasem mówiąc, był nadspodziewanie zaje-sty), po euforii, że oto jesteśmy sami i nie martwimy się, że kogoś trzeba położyć spać, że ten ktoś wstanie o 7 rano i będzie marudził przy posiłkach, naszła mnie straszna tęsknota i pragnienie, by go jak najszybciej przytulić… I taka durna matka ze mnie.

 
 

  • RSS