RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2016

Czas i zmiany

18 lip

Nie mam czasu ostatnio. Kiedy kolejny raz w minionych dniach wieczorem zastanawiałam się, dlaczego jest już 23, a ja nadal mam na desce do prasowania górę zmiętych rzeczy (na tarasie wiszą następne, coś to pranie za szybko schnie…), zlew zawalony, zabawki małego w każdym kącie, a przecież od siódmej jestem na nogach (i to dosłownie – do przedszkola z małym, na autobus, na tramwaj, w pracy też nie siedzę, z powrotem w odwrotnej kolejności: tramwaj, autobus, przedszkole), no więc, kiedy tak nad tym wszystkim dumałam, przypomniałam sobie, jak kiedyś wyglądał mój dzień z małym. Chyba nawet zamieściłam o tym wpis, a było to mniej więcej coś takiego: o 6 się obudził, trochę pierś plus mleko, usnął, po kwadransie znowu się obudził, nie chciał jeść, tylko się bawić, potem pierś, ale nic nie leciało, więc się darł, no to mleko, potem drzemka, potem pół godziny wycia, potem kupa, potem mleko… i tak dalej… Jak to się bardzo zmieniło, nagle mój bąbel chodzi do przedszkola, ma kolegów i koleżanki, rysuje, śpiewa, mówi wierszyki, uczy się pływać i negocjować (jeszcze jedna bajka!). A ja jestem pracującą mamą.

I wiecie co? Dobrze mi z tym. Jasne, chciałabym mieć w mieszkaniu jak w pudełeczku, bez kurzu i okruchów, bez odbitych rączek na lustrach, bez zaległości w praniu, prasowaniu i myciu okien. Zwłaszcza, że jestem z tych, którym to przeszkadza. Ale jest coś za coś i jeśli ceną za moje pracowanie jest taki a nie inny wygląd mieszkania, to ja na to idę. Bardzo bym nie chciała wrócić do czasów siedzenia z niemowlakiem w domu (czy też raczej powtórzyć je). Często myślę, jak to wtedy było, zwłaszcza, gdy obserwuję mamy z takimi maluchami. Te wózki, pampersy, smoczki, kocyki i specjalne butelki. Te płacze nie wiadomo z jakiego powodu. Te ząbkowania, sraczki i zaparcia. Ten OBEZWŁADNIAJĄCY LĘK – Jezu, czy coś mu jest???? Jezu, żeby główkę trzymać dobrze, Jezu, żeby nie spadł z kanapy, Jezu, żeby po szczepieniu nic nie wyskoczyło, Jezu, czy na pewno normalnie się rozwija? Czy nie ma skazy białkowej i uczulenia na gluten? A co z napięciem mięśniowym? Czy odpowiednio dużo je i pije, czy nie powinien już raczkować, czy nie za mało mówi i czy bioderka dobrze się wykształcą. Czy oddycha, czy dobrze leży, czy się nie udławi i czy nie weźmie do buzi czegoś trującego??

Nie chcę przechodzić tego wszystkiego drugi raz. Czy to egoizm? Czy to zły egoizm? A jeśli tak, to dlaczego powinnam go uciszyć i decydować się na drugą ciążę? Wbrew sobie? Może ktoś powie, że to paranoja i przesada, ale ja to mam, to siedzi we mnie i nie będę nagle udawać wyluzowanej, że jak z jednym poszło to i drugie się wychowa.

Bo oczywiście temat drugiego dziecka wraca. I za każdym razem razem czuję się podle. Bo widzę na twarzach ludzi, którym odpowiadam, wypisane hasło: skoro nie chce drugiego, to może nie chciała pierwszego i go nie kocha? Jak tak można, mieć jedno dziecko i nie pragnąć drugiego? Patologia!

Współczuję tym wszystkim kobietom, które nie chcą lub nie mogą mieć dzieci w ogóle. Te to dopiero mają się z czego tłumaczyć! Z tych znanych wspominają o tym J. Aniston czy M. Cielecka. Jak bardzo je to boli, te dociekania o macierzyństwo i to odmawianie im kobiecości, bo prawdziwa kobieta musi być matką, musi mieć dzieci (liczba mnoga nieprzypadkowa). 

Wracając do swojej sytuacji – ja argumentów na nie mam kilkanaście, ci, którzy mnie namawiają czy dopytują, argument maja jeden: powinno być drugie dziecko! Rodzeństwo! (Swoją drogą, ciekawe, czy po drugim ludzie dają już spokój, czy jest gadka o trzecim). A to, czy dobrze zniosę ciążę, jak potoczy się kolejna cesarka (bo musiałabym mieć), czy dziecko będzie zdrowe, czy nie powtórzy się koszmar z brakiem mleka w cyckach, czy znajdę siły i cierpliwość do dwojga, co z moją pracą, chorobami starszego przynoszonymi z przedszkola, gdzie „upchać” w domu drugie dziecko i jego łóżeczko i tysiąc innych rzeczy – to już nikogo zupełnie nie obchodzi.

Jakoś przeboleję te pińcet złotych… :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS