RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2016

Ząb out

29 kwi

Małemu wypadł ząb, dolna jedynka. Ruszał się już ze trzy tygodnie wcześniej, jeździliśmy do dentysty, zrobiliśmy zdjęcie RTG. Wyszło, że pod spodem już czekają zalążki nowych kłapaczy. No i ząb pewnego dnia przegrał z jabłkiem… Dentystka mówi, że to OK, że teraz dzieciom szybciej zęby wypadają… Jeszcze trochę, a dziewczynkom zaczną rosnąć piersi jeszcze przed komunią…

Mały, o dziwo, wcale się sprawą nie przejął. Wychowany na zagranicznych bajkach coś bąkał o „gruszce zębuszce” (cóż, za moich czasów nie było takich cudów…), no ale pytam go – co, wróżka ma przynieść pieniążek? A on na to: Pieniążek? Nie… Pieniążka nie można zjeść…

No to podłożyłam mu cukierka, cieszył się bardzo… :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Beksiński a PRL…

28 kwi

Przeczytałam fascynującą książkę Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”: o ojcu – malarzu i synu – dziennikarzu. Chociaż rzecz miejscami jest bardzo ponura (liczne próby samobójcze syna), zdarzało mi się wielokrotnie podczas lektury parskać śmiechem i co lepsze fragmenty czytać mężydle. Oto one (ach, te uroki PRL-u):):

„Sprzedaż prac za granicę to w Polsce na początku lat siedemdziesiątych  gehenna artysty. W transakcji musi pośredniczyć Biuro Handlu Zagranicznego Desa. Twórca wysyła swoje dzieła do jednej z galerii Desy (…), a ta narzuca swoją cenę, szuka klienta. pobiera dziesięć procent prowizji od transakcji, a resztę pieniędzy przelewa na konto ZPAP, który potrąca podatek i to, co zostało, przekazuje na książeczkę oszczędnościową artysty. Nawet jeśli twórca sam znajdzie klienta, zasada jest ta sama. Wszelka sprzedaż poza Desą jest nielegalna i karana. (…) „Oczywiście w tym kraju rządzonym przez Polską Zjednoczoną Partię Paranoików wszystko nie jest takie proste. Desa palcem nie kiwnęła w zorganizowaniu mi klienta, ale teraz musi wydusić z niego i ze mnie, co się da. Co więcej: najpierw musi wydusić z niego, czyli wysyła mu z góry rachunek, a dopiero, gdy pieniądze wpłyną i gdy oni sobie odliczą prowizję i koszta przesyłki, to wtedy (…) wysyłają obrazy. Italiano (klient z Włoch – przyp. mój) chce je mieć już przed Wielkanocą. Napisałem o tym do Desy, to oni, żebym wystawił deklarację na piśmie, że >>obrazy pójdą na moje ryzyko<< (…) Bo jak Italiano nie zapłaci (…) to ja muszę zapłacić państwu tę sumę za własne obrazy, ja muszę zwrócić Desie koszta transportu do Mantui i ja muszę (…) odsiedzieć pół roku!!! Kurwa. (…) Jeżeli mój klient okaże się pospolitym żłobem (…), to ja będę musiał zapłacić Władzy Ludowej za własne, ukradzione mi obrazy i jeszcze odsiedzieć. (…) Wystawiłem to oświadczenie na piśmie, ryzykując pieniędzmi i wolnością, ale jak ten Italiano się nie wywiąże, to idę do ambasady NRF i proszę o azyl polityczny, bo jestem, kurwa, prześladowany”.

„Władze województwa (…) chcą uhonorować artystę  z okazji jubileuszu PRL i w grudniu 1974 próbują przyznać mu medal. Zdzisław wykręca się chorobą licząc na zapomnienie z ich strony. Ale władza ma dobrą pamięć. Pół roku później artysta dostaje wezwanie do Rzeszowa na Dzień Działacza Kultury (…) >>(…) musiałem delikatnie dać do zrozumienia (…) aby się Wojewoda odpierdolił z medalem i że nigdzie nie jadę (…)<<. Władze Sanoka też się nie poddają. Spróbują wręczyć Zdzisławowi Beksińskiemu zaległy medal i inne odznaczenia podczas Dni Sanoka w 1977 roku.(…) >>Ojcowie miasta postanowili to wszystko wręczyć mi hurtem właśnie teraz. Najpierw przysłali radną (…) Na drugi dzień miałem rozmowę w Urzędzie Miejskim (…) Na trzeci dzień na strach mnie brać zaczęli i przysłali umyślnego (…), że oni krzyż w takim razie Radzie Państwa zwrócić muszą, a Rada Państwa się na mnie obrazi. Tu już się wkurwiłem, bom przecież nigdy nikogo, nawet Himmlera, obrazić nie chciał (…)”.

„Telewizja przyjeżdża kręcić film o Sanoku. >>Moją starą chałupę, bez usuwania braku tynków (…) posmarowano farbą i wprawiono szyby w ciągu jednego przedpołudnia, tylko dlatego, że przy okazji filmu o Sanoku (…) (jakiś bzdet, od którego w całym Sanoku dostali sraczki) telewizja miała wpaść do mnie na pół godziny, by nakręcić półminutowy obrazek tarcia suchym pędzlem po skończonym malowidle (…)”.

Ot, samo życie… :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Trochę kultury

 

Czas leci

04 kwi

Już wiosna! Którą niestety witamy choroba… Trzęsłam się ostatnio nad małym, gdy byliśmy na dworze, bo wiadomo – pierwsze słońce, niby gorąco, ale jednak a to zawieje zimny wiatr, a to w cieniu już nie taki upał, więc na przemian go ubierałam i rozbierałam, ale nie udało mi się uniknąć zaziębienia. Dostał gorączki, smarka. NIENAWIDZĘ TEGO KOMBINOWANIA, KTO IDZIE DO PRACY, A KTO MA NIEFAJNĄ ROZMOWĘ Z SZEFEM, TEGO UCZUCIA, ŻE POWINNAM SIĘ ROZDWOIĆ I RÓWNOCZEŚNIE BYĆ W DOMU Z CHORYM DZIECKIEM ORAZ W PRACY, BO TAM TEŻ JESTEM POTRZEBNA. Nie cierpię odwoływać tego, co już ustalone, a więc nagle zgłaszać szefowej, że z planów nici, bo idę na L4. ZNOWU!!! Żeby to jeszcze było raz na pół roku… Sama jestem od tego kombinowania chora, bo obowiązkowość mam we krwi.

Fakt, że od operacji jest lepiej. Ale jednak już zaliczyliśmy jedną anginę, jedną infekcję ze sztywną szyją (sic! Mały nie ruszał w ogóle głową przez 3 dni), no i teraz to nie wiadomo co (jutro lekarz powie chyba).

Żeby nie było, że tylko samo zło nas spotyka – udało mi się w ostatnim czasie w końcu zrobić dwie rzeczy, o których myślałam już od bardzo dawna (że trzeba je zrobić). Nie robię nigdy postanowień noworocznych, ale miałam po prostu od długiego czasu w tyle głowy dwie sprawy: zapisać się na jakieś ćwiczenia i zapisać małego na lekcje pływania. No i chodzę raz w tygodniu a to na jogę, a to na streching – różne zajęcia, zależy po prostu który wieczór mam wolny i wtedy idę. Nie chce mi się wychodzić z domu, fakt. obce miejsce, obcy ludzie. Musiałam się przełamać. Ale już w trakcie ćwiczeń cieszę się, że robię coś dla siebie. Mało takich rzeczy jest. Bo sprzątam dla wszystkich, zakupy robię dla wszystkich, pamiętając, co kto lubi i obiad gotuję dla naszej trójki przecież, więc rzadko jest to, co tylko ja lubię.

A pływanie? Super! Najpierw byłam załamana. Naiwnie sądziłam, że na taki kurs można się po prostu zapisać w każdym momencie. Okazało się, że większość basenów ( w tym ten najbliżej nas) ma semestry niczym szkoła: od września do stycznia i od lutego do czerwca. I ja, chcąc się zapisać w marcu byłam jak ktoś, kto chce kupić narty latem albo śliwki wędzone w innym czasie niż bożonarodzeniowy (tak jakby nie można było mieć ochoty na schab z wędzoną śliwką w lutym czy sierpniu…). No, ale poszperałam, podzwoniłam i znalazłam mały basen z wolnym miejscem. Nie tak blisko, jak chciałam, no i kurs już trwał, ale co tam. Powiedzmy, że przymknęłam oko na utrudnienia (co dla mnie samo w sobie było bardzo trudne…).

Z duszą na ramieniu (oboje) poszliśmy. Ja się bałam, bo mały to mały. Przez rok namawiany na rowerek konsekwentnie odmawiał (aż z rowerka wyrósł). Zawieziony zimą w góry na sanki (żeby dziecko miało super fun na śniegu przecież!) przez godzinę nie chciał na tych sankach usiąść, a co dopiero zjechać. To rok temu. W tym roku, gdy byliśmy w górach, wszystkie dzieci piszczały z uciechy na pontonach ciągniętych pod górę przez wyciąg i puszczanych w dół szeroką rynną. Mały zaparł się i koniec. Powiedział, że chce na spacerek, zamiast frajdy w pontonie. O matko i córko! Na wyciąg z podgrzewaną kanapą zawlekliśmy go siłą, dosłownie, ja za jedną rękę, mąż za drugą i hop! Dopiero gdy już siedział i jechał, powiedział, że fajnie. No więc widzicie, że miałam obawy, że lekcję pływania przesiedzi na ławce. Ale urabiałam go przez tydzień, że będzie fajnie (ale ja nie chcę!), że dzieci będą (nie chcę dzieci!), że się popluska (nie chcę pluskać!). Poszłam też w przekupstwo (dam Ci ciastko, bułeczkę, czekoladkę po basenie) oraz w nakazy (masz słuchać pana, tak jak pani w przedszkolu!). Wszystko, żeby tylko uniknąć siary, bo w końcu wcisnęła mnie babka na ten kurs i jeszcze zapewniłam ją, że dziecko lubi wodę. I wiecie co? Udało się! Już na miejscu musiałam tylko obiecać, że nie będziemy suszyć głowy suszarką (widział poprzednią grupę w szatni) i mały po prostu wlazł do wody i bez szemrania i z uśmiechem robił wszystko, co mówił pan instruktor! A po zajęciach płacze. Pytam, o co chodzi, a ten mówi: ja chcę jeszcze pływać!! Mamo, przyjdziemy tu jeszcze?

Jednak matka wie, co dla dziecka dobre, czułam gdzieś głęboko, że basen może chwycić. I miałam ogromną nadzieję, że nie opuścimy żadnej lekcji z powodu choroby. I masz babo placek.

 
 

  • RSS