RSS
 

Archiwum - Luty, 2016

Rodzina w komplecie… i nawet mamy dom!

26 lut

Już nie pamiętam, czy ja jestem żółta czy niebieska, widać jednak, że dla osobnika żółtego upomniałam się o włosy, tylko już kredka inna była w rączce… To długorękie i długonogie w lewym rogu to mały, czyli autor rysunku. Świeci słońce, jest zielona trawa… czego chcieć więcej? ;)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Tonsillotomia i adenotomia*… czyli bójcie się migdałki!

16 lut

O operacji (zabiegu):

1. Dzień wcześniej musiałam się ja i mały wymyć płynem odkażającym. Ja też, bo spaliśmy razem w jednym łóżku. Takie było tłumaczenie, hmm… Łazienka szpitalna średnio nadaje się do kąpania dziecka, bo wspaniali pacjenci traktują ją jak palarnię, ale z troski o płuca innych zostawiają otwarte okno. W efekcie śmierdzi papierosami oraz jest zimno. Super.

2. O 6 rano pobudka. Mały dostał szpitalną piżamę jakieś pięć rozmiarów za dużą. W tejże piżamie miał iść na blok po plastry. Idę z nim korytarzem i słyszę: Mamo! Ale ja jestem goły!! Patrzę, faktycznie, spodnie opadły mu do kostek… Wyglądał jak dziecko wojny w tej podartej piżamce w sprane paski, z podwiniętymi rękawami i nogawkami, dodatkowo wsadziłam mu bluzę w spodnie, żeby ich nie zgubił…

3. Na bloku w zgięciu łokcia i na wierzchu dłoni mały dostał maść przeciwbólową i na to przezroczysty plaster. Bardzo mu się to podobało, Wracamy do sali,

4 Pielęgniarka przynosi tzw. premedykację, głupiego Jasia po ludzku mówiąc. Mały po kwadransie pęka ze śmiechu. Wszystko go śmieszy, wiecie, jak wygląda pijany gość, udający, że jest trzeźwy, ale parskający śmiechem na widok byle czego? No, to tak to wyglądało. Mnie tam do śmiechu nie było. Wcześniej jeszcze pielęgniarka zaaplikowała czopek paracetamolowy. Chciałam, żeby to było dobrze zrobione, więc zostawiłam sprawę osobie, która to robi rutynowo. Jak się potem okazało, rutyna zawodzi.

5. Mały na łóżku jedzie na blok operacyjny. Tam mam mu dać buzi i sobie iść. Mam wrócić po kwadransie. Trudny moment.

6. Oczywiście po 15 minutach idę pod blok. Z daleka słyszę płacz małego. Wpuszczają mnie, a tam sajgon! Nie mogą w trójkę utrzymać mojego dziecka na łóżku! Scena jak z „Egzorcysty”. Mały rzuca się, wrzeszczy, prawie spada na podłogę, plącze rurkę z kroplówką, wszystko brudzi krwią. Patrzy błędnym wzrokiem, nie widzi mnie, nie słyszy, zachowuje się jak ranne zwierzę. „Niech pani go trzyma, bo sobie głowę rozbije” – słyszę. Nagle z nogawki wylatuje nietknięty czopek. Hmm… Robię uwagę, że dziecko nie ma środka przeciwbólowego.

7. Takiego wrzeszczącego wiozą na salę. Oczywiście tak wystraszył następnego w kolejce chłopca z naszej sali, że ten zaczyna płakać. Szał trwa jeszcze jakiś kwadrans. Mały dostaje kolejny czopek. Wenflon się zatkał, rezygnujemy z kroplówki nawilżającej. Niemal kładę się na synku, żeby przestał się miotać. W końcu usypia i śpi 5 godzin.

8. Po przebudzeniu z małym jest OK. Z nieprzyjemnych rzeczy pamięta jedynie wkłuwanie wenflonu. Nie pluje krwią, na co przyszykowano mi nerkę, mało go boli, ale dostaje paracetamol. Zjada trochę serka homogenizowanego i idzie spać.

9. Rano nas wypisują.

Jak na razie jest dobrze, mały przestał oddychać jak Vader, w nocy sprawdzam, co tak cicho :) Za parę dni mamy kontrolę u laryngolog, ciekawe, jak oceni efekty. Ja widzę, że synek lepiej oddycha, chociaż z przyzwyczajenia ma półotwartą buzię jeszcze. No i na pewno lepiej słyszy, gdy podnoszę rolety, zatyka sobie uszy! :)

Niech mi teraz ktoś powie, jak to wyglądało kiedyś, kiedy rodzicom dziecka przebywającego w szpitalu wolno było jedynie je odwiedzić na chwilę. Kto pilnował, żeby dziecko zjadło, nie spadło z łóżka, żeby się nie bało i nie stresowało? Moja mama wspominała, że wręcz wyganiano rodziców ze szpitala. A teraz? Niech pani trzyma dziecko, niech pani pilnuje, żeby leżało na boku i wypluwało w nerkę, niech pani umyje dziecko, przebierze, przyprowadzi na blok, odbierze, weźmie do toalety, nie może pani po operacji zostawić dziecka samego, proszę obserwować i wołać w razie czego. Nie mieści mi się w głowie, by czteroletnie dziecko zostawić na oddziale samo! Nie chce mi się nawet myśleć, jak to kiedyś wyglądało.

* przycięcie migdałów bocznych i wycięcie środkowego

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

W końcu wycięliśmy drania

06 lut

I przycięliśmy dwa boczne. Migdały.

Ale po kolei. NFZ się nie certoli z pacjentem. To się niby wie doskonale. No, ale żeby taki numer… Chciałam załatwić rzecz po ludzku, miesiąc wcześniej zgłosiłam przełożonej, kiedy mały ma termin zabiegu, że z tydzień na pewno będę na zwolnieniu, ułożyłyśmy ładny grafik na luty uwzględniający moje nieobecności, załatwione zostało zastępstwo, po czym, po kilku dniach, niczym wywołany wilk z lasu, dzwoni pielęgniara ze szpitala. O 20 wieczorem! Że zabiegi z lutego są odwołane, bo pani ordynator nie będzie (a to ona tnie), więc przesuwają mój termin na… za 5 dni!!! Jak to stwierdziło mężydło, pewnie jakiś last minute w Alpy się trafił, więc rzucają pacjentami, gdzie popadło. No, ale jak się czeka 7 miesięcy na termin, to się nie wybrzydza i się zgadza na wszystko, czyż nie?

Nie wspomnę (a właśnie, że wspomnę), że musieliśmy zrobić badania niezbędne do przyjęcia do szpitala, w tym grupę krwi, na którą się czeka 3-4 dni, więc… sami wiecie. Wyszło na styk, łącznie z powtórną morfologią, bo w pierwszej próbce zrobił się skrzep. I wytłumacz tu dziecku, dlaczego znowu trzeba jechać do labu!

Przez 3 dni przygotowywałam małego, że pojedziemy do szpitala, że będzie spał z mamą, że zbadamy gardło… Najpierw się buntował, dlaczego i że nie chce, ale kilka razy mu tłumaczyłam, że będzie fajnie, że będą inne dzieci, że dinozaur jedzie z nami, aż koniec końców w aucie co chwila pytał, czy już niedaleko…

Szpital jak szpital. Nic przyjemnego. Te absurdalne pory posiłków (kolacja o 17!) , no i same posiłki też, za przeproszeniem, z dupy strzelone. Ja wiem, że niskie stawki, bieda w NFZ, długi, limity etc. Ale te dwie nędzne kromki chleba, 2 cm kwadratowe margaryny (no przecież nie masła) i 2 plastry najtańszej mielonki to po prostu… nie wiadomo czy śmiać się czy zapłakać, zwłaszcza, że kolejnego dnia było to samo! Identyko! Ani to zdrowe, ani smaczne. Czy naprawdę w tej nędznej stawce (już nawet nie chce mi się sprawdzać, ile to teraz jest, ale na pewno mniej niż w więzieniach) nie zmieściłby się chociażby plaster żółtego sera albo trochę twarogu, albo jajko? Wydaje mi się, że ta mielonka, której mój pies by nie ruszył, to po prostu pójście na łatwiznę. Tak samo zresztą obiad. Po zabiegu miała to być ciapaja. No i była, OK, ale dlaczego totalnie bez smaku i zagęszczona mąką ziemniaczaną (znam tę konstystencję). Mały tego nie tknął, ja próbowałam, ale, o my God, nie dało się tego zjeść, a co najlepsze na kolację przyniesiono ponownie to samo! No to wzięłam chociaż kompot. I znowu masakra. Znam smak tanich kompotów ze stołówek i koloni, zrobionych z kisielu na przykład. Ale to były nektary pełne smaku w porównaniu z tą wodnistą wodą!

Dlaczego się tak pastwię? Bo nie znoszę marnotrawstwa. A 90% tego pseudo jedzenia lądowało w śmieciach. A było przecież zakupione, komuś zapłacono, by je przygotował, salowe musiały je rozwieźć, potem zebrać i umyć naczynia. Zupełnie niepotrzebna robota. Wyglądało to jak odfajkowanie sprawy – posiłek w szpitalu się należy, no to jest. A że gówniany, to co z tego. I państwo wywala kasę bez sensu, a pacjent i tak musi zapłacić za normalne jedzenie czy to w sklepiku szpitalnym (mieli pierogi!!) czy to po prostu przywożąc je ze sobą. Czy Danonek zamiast tej rzygowinowej zupki wyszedłby drożej? Nie sądzę, a dzieci i inni pacjenci z bolącym gardłem po zabiegu pewnie by zjedli. A tak zupka poszła w kanał, a Danonki trzeba było mieć ze sobą. Amen.

Dlaczego się tak rozpisałam o tym żarciu? Bo mnie to oburza. Jak wszystko robione bez głowy. Kolejny raz byłam w szpitalu i kolejny raz musiałam mieć torbę pełną jedzenia, a to wymagające chłodzenia trzeba było trzymać na zewnątrz, na parapecie. Oczywiście, taki system działa tylko w zimnych porach roku, ale też bez mrozu, bo co komu po ściętym mrozem jogurciku. No po prostu wstyd! XXI wiek, a Ty kombinuj człowieku bez lodówki.

O operacji i innych ciekawych wydarzeniach okołoszpitalnych w następnym wpisie. Ten wyszedł mi kulinarny :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS