RSS
 

Archiwum - Październik, 2015

Trudne pytania

28 paź

Jest taka scena w pierwszej części „Epoki lodowcowej”, kiedy wycieńczona mama zostawia niemowlę na brzegu i… po prostu odpływa z prądem rzeki, nie mając sił uratować samej siebie. Mały często ogląda „Epoki lodowcowe” i kiedy mnie ściska za każdym razem za gardło ta scena, on pyta – dlaczego mama zostawiła dzidzię? Gdzie jest mama dzidzi? Dlaczego sobie poszła? No to ściska mnie jeszcze bardziej i zupełnie nie wiem, co mu odpowiedzieć.

Kiedy czasem coś tam zobaczy w telewizji, np. dzieci w szpitalu, to mu tłumaczę, że są chore, że muszą leżeć w łóżeczkach i tyle, ale jak wytłumaczyć śmierć, nawet tę w bajkach? Przyznaję się, że kłamię, mówię, że mama wróci potem itp. A Wy jak sobie radzicie z takimi pytaniami?

Sto razy wolałabym tzw. trudne pytania typu”skąd się biorą dzieci”…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Jak nie urok, to sraczka albo szycie na żywca

21 paź

No nie da się inaczej tego nazwać – kiedy po pierwszych paru dniach w przedszkolu mały złapał anginę, po dwóch tygodniach chorowania poszedł do przedszkola, pochodził 3 dni i wrócił z gorączką, to pierwszy zdrowy weekend chcieliśmy uczcić po prostu siedząc na placu zabaw i łapiąc ostatki letniego słońca. Bo te wszystkie fajne ciepłe dni września siedzieliśmy w domu jak stare dziadki.

Mały bawił się w skakanie z ogrodzenia z kołków na piasek. Niestety dołączyła do niego jakaś dziewczynka. Gdybym ja to widziała, wzmogłabym czujność, jak Boga kocham, bo już nieraz się przekonałam, że takie dziewczynki na placach zabaw to często lubią popchnąć, szarpnąć, wepchać się w kolejkę do zjeżdżalni, wyrwać łopatkę z ręki etc. Przepraszam wszystkich rodziców dziewczynek, ale takie są moje obserwacje. No, ale synka pilnował tatuś. Ja siedziałam kawałek dalej na ławce z gazetką, no po prostu luksus! I co? I po chwili słyszę ryk małego, leci do mnie z wrzaskiem, za nim przestraszone mężydło. Okazało się, że dziewuszka straciła równowagę i spadając z tych kołków pociągnęła małego ze sobą. Wpadli na jakieś krzaczki – niby nic. Ona się obtarła trochę, za to mały rozciął rękę, dłoń w zasadzie. Jak można rozciąć dłoń upadając z wysokości metra na krzaczek – nie wiem, jest to dla nas zagadką jak dotąd, ale wyglądało to paskudnie, jak przecięcie żyletką. No i zaczęła się akcja, trzeba było jechać na chirurgię dziecięcą. Tam swoje odczekać. Mały wyje, ręki nie da dotknąć. W końcu wchodzimy do sali.

Lekarka stwierdziła, że trzeba szyć i że będzie szyła – uwaga – na żywca. Bo znieczulenie też boli i trzeba czekać, a tu myk, myk i zszyje. Zanim zdążyliśmy dobrze pomyśleć, posadziła małego na taborecie na kółkach (sic!), rękę położyła na leżance i dalejże do dzieła. Synka trzymał mąż, ja i pielęgniarka, a lekarka i tak się mocno dziwiła, jakie dziecko silne i się wyrywa. No żesz kurna! Ciekawe, czy sama by tak dała sobie w ranie grzebać! Nie wspomnę, że taborecik na kółkach nie ułatwiał sprawy, co za durny pomysł, sadzać na nim wyrywające się dziecko! Ale takie refleksje to doszły do mnie później, mądry Polak po szkodzie i takie tam…

Mały darł się tak, że myślałam, że po wyjściu z gabinetu poczekalnia będzie pusta, bo wszyscy uciekną. Na koniec dostał opatrunek, receptę na maść i tyle. Dalej nie było wiele łatwiej, bo za maścią trzeba było trochę pojeździć, a następnego dnia już w ogóle zgłupieliśmy, bo mały dostał prawie 40 stopni gorączki. No i pojechaliśmy z powrotem na tę chirurgię, bo to niedziela była.

Lekarz nie stwierdził widocznego zakażenia, ale dał antybiotyk (niestety, kolejny w tym roku) i kazał się w poniedziałek zarejestrować na wtorek, koniecznie osobiście, bo dodzwonić się nie sposób i jeszcze prócz tego przebadać małego pediatrycznie. No więc oczywiście wszystkie plany poniedziałkowe wzięły w łeb, ja musiałam wstać po szóstej, żeby lecieć małego rejestrować, mąż za to poszedł z nim do pediatry. Która nic nie stwierdziła, więc gorączka wzięła się po prostu z powietrza? Bo chirurg upierał się, że na pewno nie z rany. No OK, pediatra mówiła, że to jednak raczej reakcja na ranę. Chętnie posadziłabym takich dwóch lekarzy, co mają odmienne opinie, w jednej sali i niech dyskutują.

W rejestracji do poradni chirurgicznej zapachniało mi Bareją. Była 7:50, podeszłam do kontuaru, ale odgoniono mnie tekstem, że rejestracja od 8. OK, wybiła 8, podchodzę. Pańcia dwa razy kliknęła myszką, po czym rzecze: system się zawiesił, nie mogę rejestrować, proszę przyjść jutro. I TYLE. Koniec. Co miała zamiar robić przez resztę dnia, nie wiem. Ani słowa o tym, że może zaraz się naprawi, przyjdzie informatyk czy co. Ręce mi opadły.

Następnego dnia system był w porządku, dzięki Bogu, zarejestrowałam małego i zajęłam kolejkę. I obserwowałam, co dzieje się takiego w rejestracji, że nie można się do niej dodzwonić. Otóż, nic takiego się nie dzieje. Panie są dwie. Jedna rejestruje, ale tak bez szału, bo jakichś tłumów nie było, druga przekłada papiery, czegoś szuka w segregatorze, podaje koperty panu doktorowi… A telefon dzwoni. A niech se dzwoni, co za problem dojechać na 8 z drugiego końca miasta przez najbardziej zatłoczony plac we Wrocławiu! Bo rzecz miała się na Klinikach, a żeby dojechać na Kliniki, w 90 % przypadków trzeba jechać przez Plac Grunwaldzki, położony w centrum życia studenckiego i nie tylko, dość dodać, że w tramwaju stałam na jednej nodze przylepiona do drzwi. W takich miejscach jak szpitale i poradnie przyszpitalne czas jakby się zatrzymał w latach 80., kiedy to właśnie trzeba było swoje odstać, pilnować, kto za kim itp. Pamiętam, że w dzieciństwie masę czasu spędzałam w poczekalniach, to była męczarnia dla dziecka. Czekać i czekać w dodatku na nic przyjemnego. Jaki problem było zapisać ludzi w zeszycie co kwadrans? Nie potrzeba do tego komputera czy innej tajemnej maszyny, jedynie odrobinę dobrej woli. Nie mam pojęcia, dlaczego tak było – i dlaczego w niektórych placówkach NFZ nadal tak jest.

No nic, ostatecznie wszystko skończyło się dobrze, mały pochodził kilka dni do przedszkola z opatrunkiem, potem – całe szczęście – pediatra wyjęła mu szew (nie musieliśmy się tłuc ekstra na chirurgię znowu) i na razie – odpukuję, spluwam i co tam jeszcze trzeba – jest dobrze. Oby jak najdłużej.

A w przedszkolu wywiesili kartkę „Uwaga wszawica”. Ha ha ha :) To też powrót do PRL…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nowe umiejętności

02 paź

Mały w końcu przekonał się do roweru. Namawiałam go ROK, by wsiadł i trochę pojeździł (oczywiście z bocznymi kółeczkami, ja z kijem z tyłu). Wsiadł ze dwa razy może na 3 sekundy i tyle. Nigdy nie chciał też spróbować pojeździć na tych rowerkach biegowych. W domu miał auto i motorek do jeżdżenia tą „techniką”, ale też nie było jakichś szaleństw.

Aż tu nagle jakiś miesiąc temu na rowerek wsiadł i już omalże nie chciał zejść. Oczywiście okazało się, że coś ten rower za mały albo to synek już na niego za duży… Trzeba było załatwiać większy pojazd. Teraz codziennie do przedszkola mały jedzie na rowerze, ja lecę obok asekurując, zatrzymując przed ulicą, pchając pod górkę, ale warto!! Ogromny plus! Wcześniej, na piechotę, mały się SNUŁ. Szedł albo nie szedł. Marudził. Zawracał, stawał w miejscu itp. Trwało to masakrycznie długo, pół godziny na przykład. Teraz w 5 minut jesteśmy na miejscu. Hura.

O pływaniu w rękawkach już pisałam, też wielki postęp. Podobnie w obsłudze laptopa tudzież tabletu… Tu poszło o wiele szybciej niż z rowerem. I to bez zachęcania i tłumaczenia. Synek po prostu pewnego dnia stwierdził „Ja sam!” i zaczął z pamięci robić to co ja, żeby poleciała bajka. Włączył laptopa, poczekał, kliknął w odpowiednią ikonkę, poczekał (zaznaczam, że czekał, bo to dopiero osiągnięcie!), po czym poinformował mnie: „Ja jestem już duży dzielny chłopak!”.

OK, przynajmniej wiem, co panie dzieciom w przedszkolu kładą do głowy…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS