RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2015

Dzieci wojny

24 wrz

Czytam wywiad z Ryszardem Horowitzem. Mając pięć lat (sic!) trafił do Oświęcimia. Po wyswobodzeniu obozu razem z innymi dziećmi umieszczono go w sierocińcu. Skóra cierpnie na takie wspomnienia, prawda? Nie wyobrażam sobie ABSOLUTNIE swojego syna w takiej sytuacji, jak te dzieci sobie radziły? Bez opieki, bez mam i tatusiów, zapewne głodne, chore, zasmarkane i zupełnie nierozumiejące sytuacji, w jakie się znalazły? W głowie mi się to nie mieści. A już całkiem rozwalił mnie dalszy fragment wspomnień fotografa: „W kwietniu, po wyzwoleniu obozu w Brynicach, do Krakowa wróciła mama (…). Któregoś popołudnia na zaimprowizowanym ekranie na krakowskim Rynku mama zobaczyła film dokumentalny z wyzwolenia Oświęcimia. Oko matki szybko dostrzegło moją twarz w idącym tłumie maluchów”. Chyba by mi serce pękło.

Teraz też, gdy oglądam relacje telewizyjne z wędrówki imigrantów z Syrii, gdy widzę te niemowlęta czy kilkuletnie dzieci, podawane sobie przez okna pociągu nad tłumem, wrzeszczące z przerażenia, niesione lub ciągnięte za rękę ileś setek kilometrów, koczujące ileś dni na dworcach, nie daję rady psychicznie. Co te dzieci sobie myślą? Co jedzą? Ile dni są bez mycia, bez czegoś dobrego do jedzenia? Czy myślą o swoich zabawkach, które na pewno zostały w domu? Czy będą potrafiły zapomnieć o tym, co widziały po drodze? I jak wytłumaczyć dziecku, dlaczego to wszystko się dzieje?

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Po wakacjach

13 wrz

Już po lecie, po wakacjach, po urlopie… Ledwo weszliśmy w rytm praca-przedszkole, mały się rozchorował. Angina again. Nawet tygodnia do przedszkola nie pochodził. Marne pocieszenie, ale zawsze, jak to powiedziała lekarka, lepsza angina niż zapalenie uszu. Hmm… OK, ale czy naprawdę muszę poznać wszystkie antybiotyki dla dzieci dostępne na rynku?

Z milszych tematów – wakacje były bardzo udane, ponownie odwiedziliśmy Kretę i niewykluczone, że wybierzemy się tam znowu, jak dla mnie – choćby jutro. Trzęśliśmy się o małego przez cały pobyt, ilości leków, jakie miałam ze sobą, mogłaby mi pozazdrościć niejedna apteka, synek postraszył nas jedynie kilkudniową chrypą, ale tak ją zaatakowaliśmy miodowym syropem, antyseptycznymi lizakami, Argentinem i ibupromem, że poszła precz. A mały mógł dalej szaleć – nauczył się pływać w rękawkach (których to sobie do tej pory nie pozwalał założyć) i śmigał w basenie na pełnych głębokościach, a w morzu rzucał się na fale wyższe od niego ze 3 razy (taki urok wiatrów na Krecie).

Poniżej to zamazane coś w wodzie to moje dziecko :) Tuż po zjeździe ze zjeżdżalni-węża :) TO dziecko, które rok temu ani razu nie weszło na wczasach do basenu :)

Tu radocha pod grzybkiem :)

A takie wynalazki widziałam u niektórych dzieci na plaży. Nie wiem, czy coś takiego dotarło już do Polski, ale po pierwsze dla mnie to leciutka przesada (zwłaszcza, że mama i babcia tej akurat dziewczynki stały nad nią cały czas jak czaple), po drugie dziecko wygląda w tym jak terroryst(k)a z Afganistanu… Czy raczej jak jego/jej parodia… I śmieszno, i straszno.

Na koniec cykada, która udaje, że jej nie ma – otóż całe drzewo huczy od jej cykania (i jej koleżanek, i kolegów), ale gdy tylko się do takiego drzewa zbliżyć, robi się cicho… Na chwilę :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS