RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2015

Rozrywkowy czerwiec

21 cze

Kolejne zapalenie ucha za nami, tym razem udało się bez antybiotyku, juhu!! Ale przez tydzień podawałam ibuprom i krople, i jeszcze jedne krople, i spray do nosa, i… Uff, dobrze, że na razie koniec. Tydzień z małym w domu był… cóż, męczący. Jedyną „rozrywką” były kontrolne wizyty u lekarza. Aha, pisałam już, że mały zawsze rozkłada się na długie weekendy? Otóż tym razem nie było inaczej, zaczął skarżyć się na ucho tuż po Bożym Ciele…

Po paru dniach w domu z synem marzyłam, by iść do pracy, bo naprawdę, co można robić w domu z dzieckiem codziennie przez tyle dni (a nie wolno wyjść na dwór!)?! Błogosławiony internet, wszelkie filmiki i bajki dla dzieci – co ludzie robili z dziećmi, gdy do oglądania dostępna była jedynie wieczorynka??? Oczywiście nie chcę, by mały non stop gapił się w ekran, ale kiedy już poukładamy klocki (drewniane, Duplo i piankowe) i puzzle (przeróżne), pomalujemy (flamastrami, farbami, kredkami, a także wodą specjalne malowanki), pojeździmy autkami, ulepimy z ciastoliny robale (ulubione przez syna) i powygłupiamy się na łóżku zostaje jeszcze mnóstwo czasu, a wtedy właśnie ratują mnie bajki i Youtube. Zwłaszcza, że nie bez przyczyny ujęłam wszystkie te czynności w liczbie mnogiej – mały nie bardzo chce się bawić sam, coś tam chwilę podłubie, powywraca, ale generalnie chce, bym mu towarzyszyła. Ewentualnie woła mnie co dwie minuty „mamo, zobacz jak poukładałem” albo „mamo, pomóż mi, bo się zepsuło” – w efekcie wracają czasy noworodkowe, kiedy to nie miałam czasu ani na siku, ani na wypicie kawy…

Całe szczęście udało się nam wyjechać na dawno zaplanowany weekend do Wieliczki, przezornie i jasnowidząco zabukowany nie na długi weekend. I było świetnie! Wprawdzie z prawie trzech godzin chodzenia po kopalni mały najlepiej zapamiętał schody, windę i tunele, ale dobre i to :) Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, jak wielkie na mnie wrażenie zrobi kaplica św. Kingi, sama kopalnia oczywiście ciekawa, ale powiedzmy – przewidywalna, natomiast po wejściu do kaplicy w głowie miałam jedno wielkie WOW! Wrażenie piorunujące. I jeziorka podziemne bardzo mi się też podobały, urocze i tajemnicze. Polecam, zwiedzanie bardzo dobrze zorganizowane, każdy turysta dostaje własny wzmacniacz i słuchawkę, więc nie trzeba trzymać się kurczowo przewodnika, a wszystko słychać. Na marginesie – w drodze powrotnej w aucie wynikła dyskusja – co potem z tymi słuchawkami się dzieje? Bo magnetofonik się oddawało, a słuchawki wrzucało do wielkiego pudła. Padły głosy, że strażnicy w nocy je rozplątują i z powrotem pakują do woreczków… Mało higieniczne… I cholernie frustrujące… Z drugiej strony rocznie odwiedza kopalnię milion turystów. Wyrzucałoby się milion słuchawek?? Może macie jakąś teorię?

Z osiągnięć małego: sam zjechał windą w hotelu… Czym przyprawił mnie o szybsze bicie serca. Ale to jeszcze nic, wywołał też stan przedzawałowy, bo wrzucił kartę otwierającą drzwi w supercienką szczelinę między ścianą a wielkim drewnianym zagłówkiem przykręconym do tej ściany… Pozwoliłam mu się bawić tą kartą, bo stwierdziłam, że w pokoju jej przecież nie zgubi. Minutę potem słyszę „mamo, gdzie jest karta?”, „no, gdzie?” – odpowiadam. „Tutaj” – i pokazuje tę milimetrową szczelinę. A mieliśmy już opuszczać pokój. No i dawaj, odsuwać podwójne łoże (żeby stwierdzić, że zagłówek nadal tkwi przy ścianie – nie odsunął się razem z leżem… Potem szarpać za to rzeźbione ustrojstwo… Na szczęście okazało się, że wisi na hakach… A mały tak się zestresował sytuacją, że poleciał do mojej mamy pokój obok (bo wzięliśmy moich rodziców ze sobą, by mieć na wyjeździe godzinkę dla siebie…) i właściwie się do niej przykleił… No i takie to rozrywki z dzieckiem :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Jakbym czytała o sobie i swoim synu :)

04 cze

Poniżej fragment rozmowy z „Twojego Stylu” z Agnieszką Grochowską. Mogłabym sobie przybić piątkę z p. Agnieszką odnośnie jej zdania o macierzyństwie oraz charakter(k)u jej synka. Różowe wyróżnienia są moje.

Twoje pierwsze trzy miesiące w roli matki?

- Były bolesne. Odbierałam je jako stuprocentowe ubezwłasnowolnienie. Nie spodziewałam się tego. I nie chodziło już nawet o to, że nie mogę wyjść gdzieś, gdzie miałabym ochotę. Trudno było mi znaleźć krótką chwilę choćby na prysznic. Pamiętam, że były dni, gdy nie marzyłam już nawet o jednej wolnej godzinie, ale o pięciu minutach – literalnie pięć razy sześćdziesiąt sekund – wyłącznie dla siebie. Tylko tyle. I często… z tego też nic nie wychodziło. To się na pewno brało z mojego podejścia. Przez pierwsze trzy miesiące byłam niemal bez przerwy spięta. Nieprzytomna ze zmęczenia. Miałam kłopot z zaakceptowaniem zmiany, która zaszła w moim życiu. Aż w końcu dotarło do mnie, że macierzyństwo to coś, od czego nie ma urlopu. Nie ma przerwy i nie będzie. Kiedy dopuściłam tę myśl do siebie, coś we mnie odpuściło i od tamtej pory jakoś łatwiej znoszę ograniczenia.

Pierwsze miesiące przy dzieciach też kojarzyły mi się głównie z niekończącym się zmęczeniem. Za to potem zupełnie nie rozumiałam, o co mi chodziło. Taki sielankowy czas.

- Ja też, kiedy teraz siebie słucham, myślę sobie: Grochowska, o jakich ty trudnościach mówisz?! Takie maleńkie dziecko, no nic, tylko je nosić w chuście, przytulać, uśmiechać się, przecież to pełnia szczęście. Ale wtedy monotonia mnie przytłaczała. No, taka jest prawda. Tamtego roku była akurat rekordowo długa zima. (…) A ja przez te pierwsze sześć ponurych jesienno-zimowych miesięcy, okutana w szalik i czapkę, codziennie jechałam z wózkiem tą samą trasą przez park – tam i z powrotem. Dzień w dzień te same ślady: człowiek lub dwoje ludzi, trzy koła, cztery łapy psa. Czasem wydawało mi się, że tylko my tamtędy chodzimy. Zastanawiałam się, kiedy ta monotonia się skończy. Jeśli są kobiety, które potrafią przez ten czas przejść wyłącznie w uniesieniu, to je podziwiam. Szczerze. I zazdroszczę. (śmiech)

Wyobrażałaś sobie, jeszcze przed narodzinami dziecka, jaką będziesz matką? Albo jaką na pewno nie chcesz być?

- Nie robiłam żadnych założeń. Może tylko takie, żeby do niczego mojego syna nie zmuszać, nie narzucać mu własnej wizji, pomysłów. Jednak tak asertywny egzemplarz mi się trafił, że nawet gdybym chciała mu coś narzucić, nie byłoby szans. (śmiech) To też było jedno z moich zaskoczeń. Jego zdecydowanie. Osobność już od pierwszych chwil. Bywa, że patrzę na niego i myślę: Boże, gdybym ja umiała z taką stuprocentową pewnością, w tak oczywisty sposób mówić: „nie, bo nie”, „tak, bo tak”. Żyłoby mi się prościej.

Mówisz o tym z rozczuleniem, a przecież taka cecha dziecka nieraz bywa źródłem napięć i frustracji dla rodzica.

- No pewnie. Choćby ostatnio. Zawiozłam go w sobotę na dziewiątą rano na wspaniałe zajęcia prowadzone w duchu Montessori. Nikt niczego tam nie planuje, nie narzuca, jest za to fasola, którą można przesypywać, latarki, którymi można świecić, woda, którą można przelewać. Dzieci same wybierają, co chcą robić, i są tym zachwycone. Wszystkie poza moim synem, który nawet nie chciał przekroczyć progu sali. Za to spokojnie tłumaczył mi, że chętnie poszedłby do kawiarni obok i wypił tam kawę zbożową. Ale ja nie po to przecież obudziłam się przed siódmą, robiłam mu śniadanie, wyprowadzałam psa i jechałam przez pół Warszawy na te wspaniałe zajęcia, żeby zakończyć przygodę w kawiarni.

I kto postawił na swoim?

- Spróbowałam opanować frustrację, stłumić negatywne emocje i przekonać go, żeby może chociaż na chwilę wszedł i zobaczył, jak fajnie bawią się inne dzieci, że im to się bardzo podoba. A on ze spokojem przyglądał się moim wysiłkom, aż w końcu zupełnie szczerze, bez cienia urazy czy złości, powiedział do mnie: „Mamo, innym dzieciom się podoba, ale mnie się nie podoba”. I natychmiast mnie tym rozluźnił. Pomyślałam: „No, synu, zaimponowałeś mi”. To jest zdanie, które sama w taki właśnie sposób chciałabym powiedzieć pewnie kilka razy w tygodniu: „Innym się podoba, ale mnie nie, dziękuję”. Zwykle jest to trudne. Albo człowiek się boi, że kogoś urazi, albo – jeśli już mówi coś takiego, to z negatywnymi emocjami. Skończyło się tak, że w końcu poszliśmy razem do tej kawiarni, wypiliśmy kawę zbożową i nawet zjedliśmy ciastko. (śmiech) I było naprawdę fajnie. A tydzień później syn oznajmił, że już chciałby pójść na zajęcia z latarkami i do dziś jest nimi zachwycony.

Czytaj więcej na http://www.styl.pl/magazyn/wywiady/news-agnieszka-grochowska-moja-nowa-rola-glowna,nId,1714395#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

 

Taaaa… Zazwyczaj z moimi super pomysłami odnośnie małego trafiam kulą w płot. Tak było właśnie z zajęciami dla dzieci, coś jak wyżej. O wyprawie na sanki pisałam. A przykłady z ostatnich dni? Ależ proszę. Z okazji dnia dziecka wymyśliłam wyprawę do dinoparku. Mały lubi dinozaury, ogląda o nich bajki, książeczki, ma zabawkowe tyranozaury, którymi czasem mnie „straszy” :) Wiecie, jak George ze „Świnki Peppy”. No więc jedziemy tam i mówię, że świetna zabawa będzie, dinozaury wielkie, można oglądać, dotknąć. Nie, on nie chce. Hmm… No nic, może się odkorkuje, jak zobaczy na miejscu. Spójrz, jaki fajny dinozaur synku. Nie. Może pójdziemy obejrzeć. Nie. Chodź, możemy sobie zrobić zdjęcie. Nie. Aha, no cóż… Ale ale, nagle mały biegnie roześmiany, mamo, mamo, chodź. Zobaczył dmuchany zamek. Taki do zjeżdżania i skakania. I spędził w ten sposób dwie godziny, włosy miał w strąkach z potu i emocji. Jechać kilkanaście kilometrów i wywalić pięć dych na wstęp, aby poskakać na dmuchańcu? Czemu nie…

Historia numer dwa. Mały ostatnio marudzi przed kąpielą, trzeba go na siłę prawie wrzucać do wanny, chyba ze ma jakąś super zabawkę typu plastikowy pisolet czy kubek. Oczywiście codziennie inny. Kupiłam mu więc taką piankową strzykawę. Będzie super, choć raz chętnie pójdzie się kąpać. O mój Boże, było gorzej niż zwykle, ponieważ strzykawa, owszem, spodobała się małemu, ale absolutnie nie chciał jej zamoczyć!!! Zaczął udawać, że to mikrofon, że w wodzie się zepsuje (no oczywiście, nie wolno przecież moczyć elektronicznych sprzętów!) i bronił się przed kąpielą sto razy bardziej niż zwykle. Był ryk, smarki i wrzaski. Ekstra po prostu. A na drugi dzień mały, jak gdyby nigdy nic, poszedł do wanny ze strzykawą i psikał po ścianie aż miło… Teraz czekam, aż zacznie męczyć o park dinozaurów…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS