RSS
 

Archiwum - Marzec, 2015

Na tle innych…

21 mar

Nie wiem, co mam myśleć o pracach plastycznych małego – z jednej strony czego się spodziewać po 3,5-latku, to naturalne, że bazgroli po kartkach, krzywo przykleja papier, ciapie farbą etc. I gdybym te jego prace oglądała jako jedyne, nic by mnie nie zaniepokoiło. Ale nie da się ukryć, że na tle prac innych dzieci wypada kiepsko, jego prace wręcz się wyróżniają… na minus. Nie palę się do rozmowy z nauczycielkami, bo nie chcę znowu usłyszeć, że mam iść z dzieckiem do psychologa i tak, między Bogiem a prawdą, krzywo przyklejona bibuła czy wata to żaden problem, prawda? Tylko dlaczego inne dzieci przyklejają ją prosto w prawidłowych miejscach? Albo rośnie mi antytalencie plastyczne albo jakiś super artysta sprzeciwiający się mainstreamowi… Zresztą zobaczcie sami:

Niby całkiem sympatyczny kwiatek przedszkolaka:

Ale już wśród innych nie prezentuje się tak udanie:

Podobnie przebiśnieg:

Wszyscy uszanowali zieleń listków i biel kwiatków, tylko nie mój syn (praca ostatnia w drugim rzędzie).

No a ta wyklejanka? Praca małego jest najgorsza, chyba nie muszę pisać, że chodzi o pierwszą w drugim rzędzie?

Jeszcze jedno takie arcydzieło i chyba jednak zapytam pań, czy mały się upiera przy swoim chaotycznym pomyśle, nie daje sobie pomóc czy jeszcze coś innego jest przyczyną tego, że prace wyglądają tak, jak wyglądają. Kolorowanie malowanek w wykonaniu małego to po prostu zabazgrolenie wszystkiego na jeden-dwa kolory. Najlepsze jest to, że z dumą mi potem pokazuje te bohomazy – mamo, namalowałem w pseckolu, zobac, niebieskie i brązowe :) To fakt, nic więcej się nie da powiedzieć o takim rysunku, prócz tego, że jest niebieski i brązowy… Coś tam mu chyba panie mówią, bo ostatnio przy rysowaniu w domu pokrzykuje sam do siebie: nie wyjezdzaj poza linie!, ale efekty na razie marne. Raz widziałam jedną z prac dziewczynki z grupy małego, linie były tam rzeczą świętą, uciekłam czym prędzej z szatni… To niemożliwe, żeby trzylatka tak rysowała!!!

Od razu wspomnę, że synek nie jest daltonistą i w lutym był przebadany okulistycznie kolejny raz. U nas w rodzinie pełno okularników wszelkiej maści, a że mały mrużył oczy na bajkach, trzeba było to sprawdzić. Oczywiście jakieś dwa tygodnie przed wizytą przestał mrużyć, wiecie jak to jest. U lekarki bardzo ładnie wszystko pokazywał, a badała go na przeróżne sposoby. I rozpoznawanie kształtów i kolorów, i nazywanie obrazków z daleka, i wskazywanie obrazków w okularach takich jak na film 3D, i badanie ostrości wzroku, i wykluczanie zeza, i zakrapianie atropiną, i zaglądanie do oka z latarką. Odetchnęłam, nic niepokojącego nie wyszło. Po „niebieskich bucikach” i dmuchaniu nosem balonika (otovent) okularów już nam naprawdę nie trzeba. I tak jest wesoło.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Dumna

15 mar

Mały miał parę dni temu pasowanie na przedszkolaka, przesuwane zresztą z lutego, kiedy to taka była frekwencja, że nie było kogo pasować. Gdy się zbliżał ten drugi termin, to tylko sobie powtarzaliśmy z mężem: żeby doczekał, żeby doczekał… No i udało się, wytrzymał nawet dłużej, już 3 tygodnie bez chorowania, będę musiała, kurka, zacząć płacić za przedszkole :)

W ogóle przez te ostatnie 3 tygodnie mały wyrywał się do przedszkola, przeżywał w domu zabawy z dziećmi, wymieniał z imienia wszystkich swoich kolegów (o dziewczynkach jakoś mówi mniej,,,), „przynosił” do domu różne piosenki, naprawdę, błogosławione przedszkole. Kłopoty są tylko z wstawaniem, to i tak luksus, bo mieszkamy blisko i zwlekam małego tak około 7:15, ale on po mamusi i tatusiu ma gen długiego spania i rano codziennie jest śpiewka, że chce jeszcze spać. Potem jednak jest już z górki (nie licząc wleczenia się po drodze, ale przecież jest tyle ciekawych rzeczy po drodze – otwierający się garaż, psia kupa, pęknięta płyta chodnikowa, kałuże…) i naprawdę od dłuższego czasu nie słyszałam już jęczenia „ja nie ce do pseckola”. Co za ulga. I jak miło zostawiać radosne dziecko w sali i takie samo odbierać. Czasem nawet nie chce wracać do domu!

Ale wracając do pasowania – wiedziałam mniej więcej, czego się spodziewać, a i tak łezka się zakręciła i wyobraźcie sobie, że u mężydła też, tak tak, u mojego mężydła, u którego w słowniku nie ma słowa „wzruszenie”! No, ale gdy dzieciaki weszły na scenę, zaczęły maszerować, śpiewać, tańczyć, a wśród nich mój mały synek! To po prostu skała by skruszała. Na początku bałam się, że gdy mały nas zobaczy, to straci rezon, zapomni tekstu albo, co gorsza, podbiegnie z okrzykiem „mama!!!”. Więc trochę się chowaliśmy z tyłu. Ale gdy zobaczyłam, że szuka nas wzrokiem i jest niespokojny, od razu mu pomachałam i ten uśmiech na buzi… Widziałam, że mu ulżyło. Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybyśmy olali sprawę, nie zwolnili się z pracy i nie przyszli. Brr…….

Niesamowite uczucie być mamą w takich momentach.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nie-matki

09 mar

Może się mylę, może patrzę na to z totalnie innej perspektywy, może zwracam uwagę na sprawy, które nie-matkom zupełnie umykają, ale wydaje mi się, że strasznie ciężko musi być kobietom, które chcą, a nie mogą być matkami, tak na co dzień, w zwykłych sytuacjach – oglądając reklamy, gdzie macierzyństwo pokazane jest tak rajsko, dzieci się uśmiechają, mamy są zrelaksowane i szczęśliwe czy choćby czytając tzw. portale plotkarskie, na których co chwila jakaś aktorka czy piosenkarka, czy po prostu celebrytka paraduje z brzuchem czy też właśnie urodziła i twierdzi, że to najlepsze, co mogło ją spotkać i że to, co było wcześniej, nagle przestało być ważne itp. A w Faktach czy Wiadomościach? Gdy pokazuje się skatowane dziecko (bo płakało) lub wręcz zamordowane, bo było szóste z kolei? Co czuje wtedy kobieta, która od lat stara się o to, by zostać matką?

Często o tym myślę. I znowu – może z mojej perspektywy to wygląda inaczej, może nie-matki nie zwracają na takie rzeczy uwagi albo nie biorą ich tak do siebie? Nie wiem, ale wydaje mi się, że nie mogłabym pewnych programów oglądać, pewnych wywiadów czytać, a niektóre artykuły omijać. Że Kożuchowska ot tak, proszę, nie mogła zajść, a teraz mamusią została, oczywiście bez komplikacji, dziecko zdrowe, ona przeszczęśliwa. Że Shakira drugie już ma. Że Rozenek ma dwa z in vitro. I tak dalej. Może tak mnie to rusza, bo mam przyjaciółkę, która marzy o dziecku, zapożyczyła się w banku na in vitro i z trzech prób nie wyszło nic. (Swoją drogą, to takie kliniki in vitro pieniążki owszem, wezmą, ale żadnej gwarancji nie dadzą i po kolejnym nieudanym zapłodnieniu po prostu mówią, że się nie udało. Totalna bezsilność). Kiedyś myślałam, że to ona jest szczęściarą, a mnie w życiu nic fajnego nie spotyka i nie spotka. Bo miała faceta jednego, drugiego, była śliczna, wysoka, zgrabna, adorowali ją nawet obcy ludzie, przynosili kwiaty i bombonierki do pracy.

Po latach bilans jest zadziwiający. Ja mam wspaniałego męża, cudownego synka i to tak jakoś… samo wyszło. Po prostu, naturalnie. Podskórnie czuję jednak każdego dnia, że zostałam wyróżniona, bo wielu się nie udaje. Powstaje im w życiu takie diabelskie domino: Nie wychodzą za mąż, bo czekają na dziecko, chcą sprawdzić, czy jednak uda się im zajść w ciążę, nie chcą wiązać do siebie ukochanego faceta, jeśli okaże się, że nie mogą mieć dzieci. A jeśli nie mają ślubu, nie starają się o jakieś wspólne mieszkanie, kredyt, bo po co, skoro nie wiadomo, jak się przyszłość ułoży, jeśli nie założą rodziny. I tak, po latach zostają z niczym. Nie są to moje wydumane teorie, tak przedstawiła mi to przyjaciółka, walcząca od lat z niepłodnością. „Stoję w miejscu, nie mam nic, nie mam męża, nie mam dziecka, nie mam mieszkania”.

A ja jestem zdumiona, kto by to przewidział te 5-10 lat temu, patrząc na nas. I myślę o niej za każdym razem, gdy widzę roześmianego bobasa w telewizji i gdy czytam o „cudzie narodzin” u kolejnej znanej osoby. I o tych „problemach” – rozstępy, obwisłe cycki, zasrane pieluchy…

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS