RSS
 

Archiwum - Luty, 2015

Infekcje i inne atrakcje

24 lut

Dawno mnie tu nie było. Zniechęcałam się na samą myśl, że znowu mam pisać o tym, że mały jest chory. Bo był, raz i chwilę potem jeszcze raz. Rekord chodzenia do przedszkola: 6 dni, czyli poniedziałek-piątek i jeszcze poniedziałek. Wow! A we wtorek rano klasyk – gorączka, katar. A mieliśmy akurat wizytę u okulisty, umówioną rok (!) wcześniej. Poszliśmy, ale nie był to zbyt fortunny pomysł. Mały był marudny i przesadnie przestraszony, czyli nie chciał patrzeć w te wszystkie urządzenia badające wzrok. Poszło jako tako, w marcu mamy powtórzyć wizytę, bo doktor nie była do końca pewna, jak interpretować wyniki.

Ale co tam okulista. Dwa razy zaliczyliśmy już laryngologa, raz prywatnie niestety, ale za to porządnie, z kamerkami w uchu, nosie i gardle, wizyta 40 minut. Można? Można, ale za 140 zł. Ciekawostka – mały ma rozdwojony języczek, tj. to co zwisa w gardle i zazwyczaj ma kształt stożka. A jednak mały diabełek :)

Z poważniejszych rzeczy – powiększony trzeci migdał. To przez niego synek sapie, oddycha przez buzię i pewnie łatwiej łapie infekcje. Długo nie dało się ustalić, czy migdał jest sobie powiększony i stąd te wszystkie historie czy tez może to choroby powodują powiększenie. Co wypadała nam wizyta, na której miało to zostać określone, mały łapał jakieś przeziębienie i znowu była zagadka, co było pierwsze. Ostatecznie jednak chyba od migdała się to wszystko zaczyna. Dodatkowo wymaz z nosa wskazał na streptokoki. Dostałam recepty na milion różnych specyfików, 3 różne syropy, dwa rodzaje kropel, antybiotyk w maści, sprej do nosa i szczepionka na te bakterie. Rozpiska jak to wszystko podawać była czytana niemal jak biblia.

Ostatnia kontrola wyszła nienajgorzej. Teraz mamy próbować z otoventem – taki balonik do dmuchania nosem, dla usprawnienia/przetkania uszu. Nie palę się do kupna tego wynalazku, bo znam moje dziecko i jego opór przed takimi nowinkami, nic nie pobije oczywiście „niebieskich bucików”, ale łatwo pewnie nie będzie. I znowu kontrola i decyzja, czy w przyszłości koniecznie trzeba małemu jednak wyciąć ten migdał. Bez komentarza.

Jakimś cudem udało się nam między tymi wszystkimi infekcjami pojechać do Karpacza, żeby dziecko choć raz zobaczyło śnieg i zjechało na sankach. Cała wyprawa się oczywiście z tego zrobiła, a kulminacyjnym punktem było (miało być) przyprowadzenie małego na górkę (po wniesieniu opłaty oczywiście), z której zjeżdżają uradowane dzieciaki na sankach i innych pojazdach typu plastikowy skuter czy dmuchana opona. Wszystko dostępne na miejscu, nic tylko piszczeć z uciechy. A więc jest super górka, jest śnieg, dzieciaki też, wszyscy się cieszą, pogoda jak na zamówienie, lekki mróz i słońce. Wszystko dla syncia. I co syncio na to? Po ponad dwóch godzinach jazdy w aucie i klepaniu mu do głowy, jak to super będzie na sankach? Mój syn stanął sobie z boku, tyłem do górki i przez pół godziny jedyne, co miał nam do powiedzenia to: „Ja chcę do domu”. No żesz kurna chata. Na kolanach go prawie błagaliśmy.

Syneczku, chodź, zobacz, jakie sanki, ile dzieci, jaki śnieg, zjedziesz z mamą/tatą/ciocią/wujkiem/kuzynem/kuzynką (bo wszyscy się na górkę stawili). NIE. Zjedziesz na skuterku, na oponie, na jabłuszku. NIE. Tu tak troszeczkę, mama cię pociągnie. NIE. Tatuś pociągnie. NIE. Zobacz, jakie sanki fajne, te z oparciem, te bez. Usiądź tylko na chwilkę. NIE, JA CHCĘ DO DOMU.

Witki opadają, powiedzcie sami. Przypomniało mi się tam na stoku wtedy, jak kiedyś zaprowadziliśmy małego do małpiego gaju, wnieśliśmy opłatę, a jakże, każdy kolejny kwadrans płatny, a mały gówniarz nagle z rozochoconego i „mama ja chcę” zmienił postawę o 180 stopni, zaczął wyć i było „mama, ja nie chcę”. Też było namawianie, uspokajanie i tłumaczenie. Kiedy już całkiem zrezygnowana zaczęłam mu wkładać zdjęte do dzikich harców buty, w końcu się odblokował i ostatecznie trudno było go stamtąd wyciągnąć.

No i z tymi sankami było podobnie. W końcu W KOŃCU!!! dzięki Ci Panie!!! wyraził ochotę zjechania. Ach, co to była radość!!! Już nie wiem, kto cieszył się bardziej, my czy mały…

Przypomniało mi się jeszcze coś. Na Krecie przez dwa tygodnie mały nie wszedł do hotelowego basenu. Nie i koniec. Chlapał trochę nogami przy brzegu i tyle. A syneczku, a kółeczko dmuchane, piłka, makaron, materac… NIE. No to nie, odpuściłam, bo sama za basenami nie przepadam i sto razy bardziej wolę kąpać się w morzu. Co jednak nie zmienia faktu, że mały ma swoje widzimisię i jest jak najbardziej daleki od owczego pędu. I długo oswaja nowinki. Kalkuluje, ocenia i podejmuje decyzję po rozważeniu różnych argumentów (serwowanych mu przez mamunię i tatunia, oczywiście). Wada to czy zaleta? Zależy jak patrzeć. Jako postępowanie w życiu? Jak najbardziej, rozsądek i chłodna głowa. Ale z drugiej strony – przez pół godziny obczajać zjazd na sankach? Hmm…

PS

Żeby nie było, że to tak tylko moje dziecko choruje – w przedszkolu odwołali pasowanie na przedszkolaka, bo frekwencja taka, że nie było kogo pasować…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS