RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2014

Rzeczy

20 gru

Przy dziecku bardziej się czuje upływ czasu, tak tak, brzmi banalnie, wiadomo – dziecko rośnie, rozwija się, więc oczywiste jest, że doskonale widać po nim, jak czas szybko biegnie. Mam tu jednak na myśli jeszcze coś innego – zmianę otaczających nas przedmiotów. To właśnie chowając laktator do szafy czy wyrzucając ostatni wyciamkany smoczek najbardziej docierało do mnie, że tyle już za nami, tak wiele się zdarzyło i trzeba nastawić się na kolejne zmiany i wyzwania.

Ja przywiązuję się do rzeczy, do rutyny i porządku; nie przepadam za rewolucjami w życiu. Pewnie dlatego za każdym razem, kiedy jakiś przedmiot przestawał być potrzebny, choć przez tyle miesięcy był niezbędny, czuję pewien niepokój, a po głowie krąży mi myśl „To już? Tak szybko? Znowu zmiana?”. Osobie, która ma od lat ten sam zegarek i nadal przechowuje pióro z podstawówki, chociaż studia ukończyła dawno temu, naprawdę czasem trudno nadążyć za wymianą rzeczy towarzyszących dziecku.

A wymieniać trzeba. Ostatnio mały dostał nowe łóżko, długie na 160 cm. Trzeba było złożyć łóżeczko szczebelkowe… A pamiętam, jak najpierw tylko obniżaliśmy w nim dno, raz i drugi, potem samo łóżeczko wywędrowało z naszej sypialni do pokoju synka, w międzyczasie wyjęliśmy z niego 2 szczeble – to były małe rewolucje! A teraz, złożone, czeka na moją decyzję o sprzedaniu…

Wózek oddałam właścicielom dopiero, gdy mały skończył 3 lata. Niektórzy zwracali mi uwagę, że dziecko już duże i że oni to wózka już dla dwulatka nie używali, ja jednak widziałam wiele zalet długiego wózkowania. Poruszanie się po mieście, zakupy, załatwianie spraw – wszystko to jest łatwiejsze, kiedy dziecko przypięte, a ciężary wiszą na wózku. Nawet targanie go samolotem na Kretę miało sens, ba, wzięliśmy go na Santorini! W upale mały często po prostu zasypiał, bez wózka któreś z nas musiałoby go nieść – bez sensu. No i siła przyzwyczajenia – pewnie nadal pchałabym przed sobą spacerówkę z małym, gdyby nie była już tak strasznie ciężka, niczym taczka z workiem cementu :)

Przewijak nadal mamy w użyciu – jako blat pod lepienie ciastoliny, jako zjeżdżalnia dla samochodów itp. W szafie mam ciągle laktator, podgrzewacz do wody, torbę termiczną, nocnik, ba, nawet sznureczek z przypinką do smoczka, mój Boże, jak ważne to były kiedyś rzeczy! Dlatego trudno mi się ich po prostu pozbyć. Tylko ubranka wędrują po znajomych, chociaż, muszę przyznać, kilka sobie zachowałam, jakieś śpioszki, śpiworek – jestem sentymentalna do bólu…

I coraz częściej ze zdumieniem patrzę na moje dziecko – gdy powtarza kwestię z bajki typu Ojej! Rozsypało się, to był wypadek!, w toalecie trzyma sobie siusiaka, potem spuszcza wodę i niezdarnie podciąga majtki lub znienacka zaczyna liczyć po angielsku (niewiele sobie robię z faktu, że mają angielski w przedszkolu, tj. niewiele oczekuję). Czy to jest ten sam człowieczek, któremu pomagałam się przewracać z pleców na brzuszek? Któremu zmieniałam pampersa 12 razy na dobę? I odmierzałam pół łyżeczki kaszy manny, by łagodnie wprowadzić gluten? Czy to w ogóle miało miejsce?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Lepiej i gorzej

10 gru

Jestem trochę podłamana, bo mały jest ZNOWU chory. Dwa tygodnie pochodził do przedszkola po ostatniej chorobie i dziś – ta dam! – wstał z gorączką. A w zasadzie nie wstał, tylko go zwlokłam, nie przyjmując do wiadomości, że coś może być nie tak, że po prostu marudzi, bo się nie wyspał (poprzedniego wieczora szalał do 22…). Jednak po jakimś kwadransie dotarło do nas, że nic z tego nie będzie, mały musi wrócić do łóżka, a ja nie mogę iść do pracy. Niedługo kończy mi się umowa na czas próbny, boję się, że mi po prostu jej nie przedłużą. Już nie wiem, co robić, tran małemu daję, ubieram na cebulkę, owoce codziennie podsuwam, witaminę C profilaktycznie w kropelkach, nie łazimy do jakichś zatłoczonych zakichanych miejsc typu supermarket, nie jeździmy autobusami, tramwajami i co z tego…

Wczoraj mały chociaż skorzystał w przedszkolu z atrakcji mikołajowych – był Święty Mikołaj, dzieci dostały paczki. Widzę, że jeszcze niewiele z tej całej świątecznej tradycji rozumie i nie przeżywał tego wszystkiego tak, jak sobie wyobrażałam (na moje pytanie – był Święty Mikołaj? – odpowiedział, że był i tyle), może jest jeszcze za mały po prostu na takie emocje?

Dziękuję za pocieszające komentarze pod ostatnim postem – nie byłabym aż tak surowa dla „moich” przedszkolanek, wydawały się raczej zmartwione i poruszone tymi wszystkimi kłopotami z małym i ich uwagi wynikały raczej z troski niż z wyrachowania i wygodnictwa (by dziecko problemów nie sprawiało). Z dwojga złego może lepiej takie uwagi na wyrost poznać niż słyszeć, że wszystko jest OK, nawet gdyby nie było. Tak czy siak – było zebranie w sprawie całej tej diagnozy, panie bardzo pochwaliły dzieci i ich postępy, mojego synka też. Powiedziały, że obecnie już nie mają zastrzeżeń, bo mały się stara i widać, że dostał w domu wsparcie. Fakt – ćwiczyliśmy i ćwiczyliśmy to ubieranie, zaczęło mu wychodzić, więc i nabrał pewności siebie. Tak więc psycholog poszedł w odstawkę.

W odstawkę poszły też „niebieskie buciki”, czyli ortezy! Hurra! Byliśmy na kontroli u ortopedy (tak tak, minęły już trzy miesiące), który stwierdził poprawę, zalecił nadal siad po turecku i oczywiście odpowiednie buty. To jest pikuś w porównaniu z codziennym zakładaniem szyn na noc. Ja sama widzę wyraźne zmniejszenie iksowatości nóżek małego, zrobiłam nawet zdjęcia przed i po i tylko drżałam wczoraj, czy doktor zobaczy to samo co ja. Nie wiem, czy to pilnowanie siadania po turecku czy normalna fizjologia (że się samo naprostowało…), czy właśnie te ortezy pomogły – i tego się już nie dowiemy. Fakt, że jest lepiej. Zapytany o wspomagające ćwiczenia doktor powiedział, że oczywiście, są  i 0wszem, ale konia z rzędem temu, kto je regularnie codziennie wymusi na trzylatku – chodzenie po zewnętrznych stronach stóp, zgarnianie palcami z podłogi przedmiotów, chodzenie na piętach itp. Muszę przyznać, że to dość realistyczne podejście do tematu…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS