RSS
 

Archiwum - Listopad, 2014

Różne takie

18 lis

Trzeci tydzień siedzimy w domu. Tak bardzo bym już chciała, żeby sytuacja się unormowała – bo i my z mężem urywamy się z pracy, i mały opuszcza przedszkole, i nudzi mu się, marudzi, że chce na dwór i wcale mu się nie dziwię. Ja wiem, wszyscy mówili, o, przedszkole, to będzie chorował, moja siostra mówi – idzie zima, szykuj się i take tam. OK, OK, ale myślałam, że to jakoś z przerwami będzie! A tu jak na Wszystkich Świętych mały dostał znienacka gorączki, tak do tej pory ciągle coś się dzieje, z jednym dniem przerwy, o którym za chwilę. Najgorszy był ten poranek z wymiotami – nagle mały po obudzeniu się zaczął płakać i zaczęło nim szarpać. Biedak, nie wiedział, co się dzieje. Doktor stwierdziła, że to być może początki szkarlatyny, co i ja zdiagnozowałam wcześniej na podstawie wiedzy z internetu (jak większość ludzie chyba teraz…). Mały był czerwony na buzi, ale z bladym trójkątem przy ustach. No i dlatego dostał ten antybiotyk, tyle że prawie tydzień już bierze, niby jest OK, a tu wczoraj na wieczór stan podgorączkowy, no żesz kurna!

Właśnie to mnie najgorzej wkurza w tym chorowaniu, niby nic, niby dobrze, a tu nagle niespodzianka! I kolejny tydzień w plecy. Stary jak ma chorować to czuje, tu coś zaboli, gardło drapie, katar się zaczyna, można się przygotować. A u dziecka? Skacze, tańczy, śpiewa, okaz zdrowia po prostu, po czym w jednej chwili 40 stopni gorączki. I to zawsze w sobotę wieczorem.

A ten jeden wspomniany dzień to był 10. listopada. Jak teraz o nim myślę, to totalnie nierealny mi się wydaje! Mały wydawał się już zdrowy, więc poszedł do przedszkola, a ja z mężem mieliśmy wolne w pracy, oddane za 01.11. I co? I, kurna, poszliśmy do kina! Na przedpołudniowy seans, ha ha. A potem na obiad, super było! Wyrobiliśmy się z naszą „randką” do godziny 16, kiedy to trzeba było iść po dziecko do przedszkola :) Polecam wszystkim młodym rodzicom takie małe szaleństwo, czułam się niesamowicie, jakby czas się cofnął o 10 lat. Zwłaszcza, że włożyłam spódnicę i obcasy, tak niepraktyczne, jeśli jest się gdzieś z dzieckiem.

A wracając jeszcze do dziecka mojego kochanego. Rozśpiewał się ostatnio bardzo (na pewno coś mu umknęło przez te tygodnie w przedszkolu), śpiewa „Przedszkolaczka”, o którym już pisałam, „Sto lat” (bo co chwila któreś dziecko ma urodziny), a ostatnio „Kotki dwa”. Nawet siedząc na kibelku sobie podśpiewuje :)

I moim zdaniem rozwija się bardzo ładnie, lepiej wymawia słowa, nabywa nowych umiejętności. Od września nauczył się (prawie) sam ubierać i rozbierać, korzystać z toalety, jeść bez wielkiego rozchlapywania. Mało? Na to wygląda. Ostatnio przedszkolanka mnie zgasiła (jak mały jeszcze chodził). Że ona pisze opinię kwartalną (czy jak to się tam nazywa) i dziecko powinno liczyć do pięciu, a synek pomija trzy! Chryste Panie, no coś strasznego! Liczy jeden, dwa, cztery, pięć, no wiecie co, na takim etapie rozwoju to skandal! Ale to akurat pryszcz. Jeden dzień nauki w domu i mały liczy do dziesięciu. Żaden problem, ani dla mnie, ani dla niego. Bardziej mnie zmartwiło to, co jeszcze mówiła. Że mały jest nerwowy i ambitny i gdy mu coś nie wychodzi, strasznie się denerwuje i nie można się z nim wówczas dogadać. To akurat dobrze wiem i znam z domu. Tylko wstrząsnęło mną, jak babka powiedziała, że inne dzieci tak nie robię i moje dziecko odstaje od grupy. To zabolało. I zmartwiło mnie bardzo. Przedszkolanka poradziła wizytę u psychologa szkolnego. Bo gdy np. dzieci mają przebrać się na gimnastykę, to mały od razu płacze, bo wie, że nie zdąży się przebrać, a nie zdąży, bo nie trafi nogą w nogawkę i się wkurzy i rozhisteryzuje i wpadnie w panikę, bo inne dzieci już będą wychodzić z sali a on jeszcze nieprzebrany.

Wiem, że one (przedszkolanki) są tylko dwie, a dzieci dwadzieścioro parę. I nie ma czasu się każdym ekstra zająć. Z drugiej strony – to tylko trzylatki. Nie jest normalne, że się złoszczą i histeryzują? I nie zachowują się jak żołnierze w jednostce? To było bardzo przykre słuchać, że moje dziecko jako jedyne takie sprawia kłopoty. Bo wiem, że jak mu powiedzieć jasno i wyraźnie, że ma zdjąć czy włożyć spodnie, to on to zrobi i zwróci uwagę na właściwą nogawkę, tylko zajmie mu to trochę czasu. Czy to takie dziwne u trzylatka?

Na razie wizyta u psychologa się oddaliła, bo mały choruje i nie mam na to głowy. Ale temat pewnie wróci…

 

Chorowanie

13 lis

Zwariować można, mały w listopadzie był tylko jeden dzień w przedszkolu. A tak to albo gorączka, albo kaszel, albo wymiotuje, szlag wie, co jeszcze. Pół apteki mam już w domu. Najgorsze (a może nie?), że to nic konkretnego, nie stąd ni zowąd gorączka 39,9. Na drugi dzień już nic. Po paru dniach od rana wymioty, ale takie męczące, z pustego żołądka, serce mi się krajało, gdy widziałam, jak synka szarpało. I to z zegarkiem w ręku – od 8 do 12, po czym nagle mały zaczął biegać, skakać i prosić o śniadanko. Ki diabeł?

Faktem jest, że od września walczymy z zatkanym nosem. Mały oddycha przez buzię, a katar siedzi gdzieś głęboko. Dawałam mu na to po kolei trzy różne leki, nic to nie dało. Po tych wymiotach znowu byliśmy u lekarza i zrobiliśmy badanie krwi. Wyszło bardziej bakteryjnie niż wirusowo, więc ostatecznie padło na stary dobry Augumentin. Nie jestem zwolenniczką antybiotyków, ale po tych wszystkich niedziałających sropkach-syropkach jestem zadowolona i pełna nadziei, że Augumentin da radę i mały w końcu pójdzie do przedszkola, a my zaczniemy normalnie pracować, bo na razie łatamy jak się da. A to ja wzięłam opiekę na dziecko, a to mąż nie poszedł do pracy, a to babcię ściągnęliśmy do pilnowania. Kombinowanie…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Oczami – nomen omen! – dziecka

04 lis

Wiecie, co to jest? Mały przy śniadaniu (nieustannie hitem są płatki kukurydziane i kółka zbożowe) woła: Mamo, spójs! Otunat z ocami!

- czyli odkurzacz z oczami znany małemu z Teletubisiów:

(źródło – strona http://craftsite.pl/)

Żeby zostać w temacie okulistycznym – Mamusiu, gitala ma oczy!

No i powiedzcie, że nie:

Albo taka zabawa – spory worek foliowy mały ściskał mocno w rękach, a potem rzucał na podłogę i patrzył jak „rósł” – mamo, dmucham materac!

Ostatnio na cmentarzu mały wołał, że jest dużo „plusów” – mama, plus plus, zobac! Trochę go poedukowałam i pierwszego listopada już mówił „krzyżyki”.

Uwielbiam te jego odkrycia i skojarzenia. I zadziwienia – jak ostatnio, gdy włożyłam niebieskie rajtuzy. Mamo, a co ty masz? Niebieskie nogi? Ja tez mam niebieskie nogi! – chodzi oczywiście o te jego nieszczęsne ortezy. Które mam nadzieję za miesiąc pójdą w kąt, już zarejestrowałam nas na wizytę i jeśli doktor nadal będzie obstawał przy tego typu rozwiązaniach, poszukam innego fachowca. Wg mnie nóżki synka wyglądają tak samo iksowato jak dwa miesiące temu, kiedy to zaczęliśmy zakładać mu na noc to ustrojstwo. Ale może oczekiwałam zbyt spektakularnych efektów? Przydałaby się jakaś nagroda za te wszystkie łzy i krzyki.

Pracuję pełną parą, niedługo pierwsza wypłata, ha! Zgodziłam się też raz w tygodniu jeździć autem do innego miasta i tam również serwisować punkty. Kierowcą jestem bardzo średnim i traktuję to jako wyzwanie. I jestem z siebie dumna, że jeżdżę sama!

Musiałam zrobić badania psychotechniczne, by móc służbowo jeździć samochodem. No i to było hmm… ciekawe doświadczenie. Mężydło miało już kiedyś takie testy i najbardziej się emocjonowało ustawianiem prętów dżojstikami w jednej linii (ćwiczenie na prawidłowe ocenianie, co jest bliżej, a co dalej). Stwierdziłam, że dam radę i nie wnikałam, co tam jeszcze na tych badaniach sprawdzają. A tu, kurka, dostaliśmy (ja i jakiś facet, o którym za chwilę) testy z figurami geometrycznymi do dopasowania, testy z ciągiem różnych cyfr i znaków z pustymi miejscami do uzupełnienia i tego typu zgadywanki logiczne rodem z mensy, których nie lubię, nie umiem i nie spodziewałam się! (dzięki mężu, że mnie ostrzegłeś…). W dodatku to było na czas! Jak usłyszałam „Macie państwo 2 minuty” wpadłam w panikę. I tak męcząc się nad jakimś rombem i zastanawiając się, czy jego lustrzane odbicie kryje się pod odpowiedzią A, B, C lub D, zagadnęłam gościa obok (babka od testów na chwilę wyszła), co tam zaznaczył u siebie. Niechętnie odpowiedział. A co pan ma w dziewiętnastym? A ten mi wypala – wie pani, uważam, że powinniśmy rozwiązywać te zadania indywidualnie… Jezu, jak mnie zatkało! Trafiłam na faceta, który zapewne w szkole pisząc sprawdzian zakrywał ręką to, co pisze! Kujon cholerny. Dokończyłam wszystko sama. I wiecie co? I zdałam! Po testach już była łatwizna, te pręty właśnie, błyski w ciemni i naciskanie guzików na czas. W porównaniu z dopasowywaniem figur i cyfr – zabawa.

Cieszę się, że trochę mi się poszerzyły horyzonty poza deskę do prasowania i mop, z drugiej strony prawda jest taka, że prasować i myć podłogi nadal trzeba. I robić zakupy. I gotować obiady. I szorować wannę. I kible. I umywalki. I zetrzeć kurze. I zmienić pościel. I powiesić pranie. I, kurde, milion innych rzeczy nadal trzeba robić, mimo, że czasu mam o wiele mniej. Kłócimy się o to z mężem. Bo jemu nie przeszkadza. Bo się przyzwyczaił. Bo wymyślam. A tak w ogóle on idzie się położyć. Teraz ma odkurzać??

Męża się nie wybiera – usłyszałam ostatnio… Od męża zresztą. Głębokie, co?

 

 
 

  • RSS