RSS
 

Archiwum - Październik, 2014

Evergreen

22 paź

jestem sobie psekolacek

nie maludze i nie place (tu kręcenie piąstkami przy oczkach)

na bebenku malsa glam

lam tam tam! lam tam tam!

mam kolegów doblych mam!

lam tam tam! lam tam tam!

Tę piosenkę śpiewał mojej mamie mój brat, który w tym roku skończył 45 lat. Prawdziwy szlagier! Nieśmiertelny.

Teraz w takiej właśnie wersji melorecytuje ją mój synek. Trochę trwało, zanim się zorientowałam, że to o to chodzi, bo na początku „przynosił” z przedszkola samo ram tam tam, to znaczy, sorry, lam tam tam. Przeżycia matczyne – bezcenne.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Łatwo nie jest

10 paź

Życie zdecydowanie przyspieszyło, latam jak chomik w kołowrotku. Rano trzeba oporządzić siebie i dzieciaka (wcześniej bywało, że snułam się w piżamie po mieszkaniu do południa, ech, piękne czasy…), potem całe szczęście najczęściej mąż zwleka się z łóżka i odprowadza małego do przedszkola, a ja się „dokańczam” i wychodzę zarabiać na waciki. W pracy się… męczę psychicznie, bo cały czas poznaję coś nowego. Mózg mam nastawiony na najwyższe obroty, bo za kilka dni kończę szkolenie, po którym mam sobie już radzić ze wszystkim sama, staram się więc do tego czasu wchłonąć jak najwięcej informacji. Co po paru godzinach objawia się ziewaniem i totalną sieczką we łbie… Wracam do domu tak wypompowana, że marzy mi się jedynie ciepły obiad i bezmyślne oglądanie telewizji. Zamiast tego jest bieg po małego do przedszkola, plac zabaw – by wykorzystać ostatnie, jak sądzę, ciepłe dni – oraz ogarnianie chaosu w domu.

Wcześniej miałam wszystko zrobione na tip top, namiętnie oglądałam „Perfekcyjną panią domu” łapiąc się za głowę, co to ludzie mają w domach za syf. Teraz u mnie hałda prania leży na kanapie parę dni czekając na prasowanie, zmywara albo parę dni stoi załadowana czystymi rzeczami, albo pusta (za to zlew pełny…), a odkurzanie zaplanowane na poniedziałek zaczęłam robić dziś, czyli w piątek. Zaczęłam, bo – szlag jasny – odkurzacz mi się w trakcie zepsuł. Wyłączył się i już nie raczył ponownie ruszyć, pewnie się obraził za tak długie oczekiwanie…

Z synkiem bywa różnie. Jego zachowanie głównie zależy ostatnio od tego, czy uda mu się samodzielnie włożyć buty/kapcie czy nie. Bywa więc tak, że za pierwszym razem szczęśliwie wsunie stopę w but/kapeć, równiutko zapnie rzepy (poprawia kilka razy, nie może być krzywo) i cały dumny i zadowolony jest gotów do dalszego działania, czyli pójścia do przedszkola, do sali swojej grupy albo powrotu ze mną do domu (w myślach śpiewam wtedy alleluja!!!).

Ale zdarza się, że coś mu to wkładanie obuwia nie idzie, zagnie się język albo mu się tylko wydaje, że się zagiął i wtedy zaczyna się MEGA CYRK. Mały się wkurza na maksa, rzuca butem, ryczy, krzyczy, smarka, a moje próby pomocy jeszcze bardziej go nakręcają. „Ja sam! Ja sam umiem!” – krzyczy zasmarkany i w takim stanie ponawia próbę, ale już niedokładnie, więc znowu nie wychodzi i jest jeszcze gorzej… Nie działa nic. Pomoc – jak napisałam – odpada. Racjonalne tłumaczenie też. Przytulanie, uspokajanie pomaga na sekundę. Groźby zaogniają sprawę, udawanie, że się tego wszystkiego nie widzi również prowadzi do eskalacji problemu. Ostatnio trwało to godzinę, GODZINĘ!!! Już przedszkole zamykali, a ten dalej z butem walczył. Ciśnienie miałam chyba 1000/800. Miałam ochotę… oj, chyba nie napiszę, co miałam ochotę zrobić z własnym dzieckiem. W końcu włożyłam mu tego buta wbrew protestom o mocy 300 decybeli. Całą drogę wrzeszczał, że chciał to zrobić sam. Czerwony, spocony, zachrypnięty, ciągnięty przeze mnie za rękę. WSZYSCY SIĘ NA NAS GAPILI. Just great.

Przeklinam dzień, w którym uczyłam go zakładania butów mówiąc, jakie to ważne, by umiał sam to robić (na prośbę przedszkolanki to zrobiłam zresztą). Zazdroszczę innym rodzicom, kiedy widzę, że ich dzieci w szatni wyciągają w ich stronę nogi „do obsłużenia”. I już drżę na myśl o zimowym obuwiu, trudniejszym w obsłudze od półbutów.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Przykro bardzo

06 paź

Strasznie mi przykro z powodu śmierci Anny Przybylskiej, nie pierwsza i – rzecz jasna – nie ostatnia to znana osoba, którą zabiera przedwczesna śmierć, a jednak jakoś bardzo mocno to odczułam i szlag mnie trafia równocześnie na tego pieprzonego raka!

Tyle do zrobienia, taka rodzina, zapewne mnóstwo planów, młodość, talent, uroda, troje dzieci… Ech…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Trochę kultury

 

Wiedziałam, że tak będzie

02 paź

Wiedziała, kur…ka, że tak będzie. Że mężydło w delegacji, ja – pierwszy dzień do pracy, a mały w przeddzień usnął przed 22 dopiero, a zanim usnął, co 2 minuty czegoś chciał, krzyczał, płakał i się złościł (na przykład – drze się, że chce książeczkę do łóżka, ponieważ jest unieruchomiony przez te pieprzone ortezy, daję mu książeczkę, wychodzę z pokoju, po minucie słyszę, jak książeczka spada na podłogę – nie sama rzecz jasna – i słyszę kolejną prośbę o kolejną książeczkę lub o saksofonik lub o coś jeszcze innego; jeśli ignoruję krzyki małego, narastają nie do zniesienia). Na początku września zasypiał jak aniołek, wymęczony zapewne nowościami związanymi z przedszkolem, teraz tak nabiera wigoru wieczorami, że szlag mnie trafia, bo chciałabym w końcu usiąść z herbatą i nogami na ławie, a nie latać jak głupol do księciunia.

No więc wczoraj wieczorem było apogeum krzyków małego, że nie chce spać i mojego gderania, że ma już być cicho i że setny raz nie będę mu czytać „Kataru” Brzechwy. W końcu padł, zaraz potem ja, ale co z tego – 3 w nocy, słyszę, jak woła. Idę, poprawić kołderkę chce. 3:20 znowu coś. W końcu o 4 marudzi, że chce do mnie do łóżka. O tej porze zgadzam się na wszystko, nawet jakby chciał bombę atomową odpalić.  Ostatecznie usypia u mnie, ja wściekła przewracam się z boku na bok. Godzina 7 – budzik. Wstaję, mały nic. Zapalam światło, ubieram się. Mały nic. Oczywiście – śpi jak zabity, bo się nie wyspał. Budzę go, księciunio nie w humorze, płacze, histeryzuje, że nie chce do przedszkola, chce spać i chce bajkę.

Ja się już w środku gotuję, tłumaczę mu oczywiście, uspokajam etc. równocześnie ubieram siebie i jego. Zazwyczaj idzie to dobrze, mały się sam lubi ubierać, bo lubi się chwalić, co już umie zrobić. Zazwyczaj chętnie je rano kaszkę lub mleko z płatkami. Zazwyczaj jako tako myje zęby, szybko wkłada buty, kurtkę i idziemy. Ale nie dziś! Nie chce się ubierać, śniadania nie je, o zębach nie ma mowy, ryczy czerwony i zasmarkany. Ze strachem chcę mu zmierzyć temperaturę (jeszcze tego by mi brakowało), pierwszy raz muszę z nim walczyć, żeby włożyć termometr do ucha. Całe szczęście nic nie wyszło, nie ma zmiłuj, ciągnę małego na dwór. A ten całą drogę wyje „Nie ce do przeckola!!!”. Upociłam się jak górnik czy inny hutnik. W szatni masakry ciąg dalszy, potem ciągnięcie do sali, tam odrywanie go od siebie… Gorzej niż pierwszego września. Wyczuł skubaniec, że się spieszę, czy jak??!

Zamiast przewidzianych 40 minut cała operacja zajęła mi ponad godzinę, bez śniadania, bez kawy, pognałam na tramwaj.

Jakoś poszło. Ale nie lubię tak. Cały dzień się martwię, jak zostawiam synka płaczącego. Taki jakby niesmak, nieprzyjemne uczucie zostaje w człowieku. W głowie mam obrazek zapłakanego małego, więc wydaje się, że przez cały dzień będzie się tak zachowywał. Potem panie mi mówią, że się rozkręcił i było dobrze, ale…

Moja nowa praca wymaga ode mnie dużego skupienia i przyswojenia wielu szczegółowych informacji. Będę się zajmowała ekspozycją produktów mojej firmy w kilku punktach w mieście. Trzeba dokładać, porządkować, robić wyprzedaże i promocje, wprowadzać nowe serie według wytycznych. Podoba mi się to, ale muszę się jeszcze wiele nauczyć, ryki małego z samego rana nie nastrajają mnie zbyt dobrze, całe szczęście w końcu wraca mężydło i weźmie na siebie trochę tego stresu…

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS