RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2014

Wrzesień wrze

24 wrz

Przeładowany ten wrzesień wydarzeniami. Jedno pociąga za sobą drugie, za chwilę dzieje się coś jeszcze, coś nowego z tego wynika i tak to wszystko kołuje, że chwilami wysiadam. Ptak Nakręcacz chyba zwariował, nakręcił sprężynę na maksa (mam nadzieję, że to już max).

Samo przedszkole to temat rzeka. Chwilami nie poznaję własnego dziecka. Gdy wracamy do domu, nagle zaczyna tańczyć albo machać rękami „jak ptak, mamusiu”, albo iść na palcach, albo maszerować. „A piosenka była? A pani puściła? Pani Ewa. Pani Sylwia. A rękami o tak!” – i podnosi do góry. O tym, co działo się w przedszkolu, opowiada właśnie pytaniami: „A styka była?”. „Jaka styka? Plastyka?” – pytam. „Nie! Styka”. Po jakimś kwadransie doznaję oświecenia: „Gimnastyka!”. „Tak!! I tak robiłem!” – i coś a’la breakdance mały wykonuje na chodniku. „Ze strusiem!!!” – dodaje, bo od pierwszych dni przytulanka struś towarzyszy synkowi w przedszkolu. Kupiłam mu nawet drugi egzemplarz i tak piorę je na zmianę, bo nie mogę patrzeć, jak najpierw cały dzień go szura po przedszkolu (podłoga, szatnia etc.), a potem chce z nim spać…

Tak więc mały stał się rozmowny, na swój sposób opowiada, co przeżył nowego, wtrąca słowa, których nie używał wcześniej. Np. kiedy coś mu smakuje, woła „Pyszne!”. Kiedy go pytam, czy zjadł kotlecik, dopowiada „Z sosikiem!” – ewidentnie powtarza za panią, która pomaga dzieciom przy posiłkach. Od wczoraj klepie się po kolanach i woła „Ram tam tam, ram tam tam” – z czego wnioskuję, że uczą się piosenki o przedszkolaczku. Niby nic – powiecie – ale dla mnie to są niesamowite odkrycia, totalnie nowe doświadczenie. Widzę jak na dłoni, jak mały się rozwija i uspołecznia. Stał się odważniejszy, woła dzień dobry i do widzenia, podaje rękę, na ostatnim zjeździe rodzinnym witał się pięknie ze wszystkimi, nawet z pierwszy raz widzianymi osobami.

Widzę, jak wcześniej trochę się „kisiliśmy” we dwójkę. Być może za bardzo go wyręczałam, z wygody i przyzwyczajenia. Trudno wyczuć, kiedy nagle przestać coś robić i przerzucić to na dziecko (np. podciąganie majtek). Brakowało mi też pomysłów i ochoty, by codziennie uczyć go czegoś nowego. Brakowało wiedzy, jak to robić i czego właściwie powinnam wymagać i oczekiwać. Mały zresztą też na pewno potrzebował bodźca, zachęty ze strony pań, których pewnie bardziej słucha niż matki, a i grupa też oddziaływuje. Synek zaczął zupełnie samodzielnie jeść, bez ponagleń umie się rozebrać, z małą pomocą się ubiera, w dwa dni nauczył się wkładać kapcie (zdejmować umiał wcześniej, bo był to warunek skakania po łóżku…), odkłada buty na półkę, kojarzy też oczywiście, gdzie jest jego miejsce w szatni. W końcu zaczął też wreszcie sam trzymać siusiaka przy siusianiu. I zamiast „dziękuję” zaczął mówić „dziękujemy” :)

Tak więc nieraz przecieram oczy ze zdumienia, myślę sobie „o, kurde, ale czad!”, kiedy widzę kolejny postęp, kolejne novum u mojego dziecka. Czasem nie nadążam, nieświadoma jego nowych umiejętności próbuję coś zrobić, a mały protestuje, ponieważ woli to zrobić sam, bo – jak się okazuje – już potrafi!

Żeby nie było tak kolorowo, muszę dodać, że rogów mały nie zgubił i nadal świetnie udaje mu się doprowadzić mnie do szału. Zwłaszcza, gdy uprze się robić coś, co mu się nie udaje, uuu, ratuj się, kto może, klocki czy co tam innego fruwają po pokoju…

Oprócz przedszkola i nowinek z nim związanych wrzesień przyniósł mi jeszcze propozycję pracy. Szybko i niespodziewanie, nie miałam nawet czasu wpaść w depresję z powodu „pustego gniazda”. Byłam na rozmowie, medycynę pracy odwiedziłam, zaczynam od października, zestresowana i stremowana. Modlę się tylko, by mały był zdrowy, żeby nie zaczynać nowej pracy od L4. Szczegóły później…

Nieobecność małego w domu przez te parę godzin dziennie zmobilizowała mnie do generalnych porządków oraz do różnych czynności, na które nie mogłam sobie pozwolić mając go na karku. Chwilami padałam na pysk. Ot, durna, zamiast siedzieć z kawką w fotelu i cieszyć się ciszą w domu… O tym też później.

„Niebieskie buciki” zakładamy co wieczór i co wieczór serce mi się kraje. Jest coraz gorzej, synek coraz bardziej się buntuje, zamiast się przyzwyczajać, robi coraz większe burdy. Nie wiem, co dalej, jeszcze ponad dwa miesiące…

Co tam dalej? Od dwóch tygodni jestem podziębiona. I w takim nieciekawym stanie zdrowia zrobiłam swoje urodziny na kilkanaście osób, plując sobie w brodę i sycząc do mężydła – „jeśli jeszcze raz wpadnę na pomysł organizowania imprezy ciągnącej się przez 3 dni, kopnij mnie w tyłek i wybij mi to z głowy”. Było super, miałam niezapomniane urodziny, ale urobiłam się strasznie i choć jedzenia było mnóstwo, schudłam 4 kilo i głodna zrobiłam się dopiero po wyjeździe ostatnich gości…

Coś dodatkowo? Tak, jeszcze parę innych spraw pomieścił ten wrzesień, ale o tym już nie dziś…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Dzisiejszy wpis sponsorują literki X i W

15 wrz

Niebieskie buciki. Tak mały nazywa ustrojstwo, jakie z polecenia lekarza zakładamy mu na noc. I zakładać mamy przez najbliższe 3 miesiące. Gdy usłyszałam werdykt doktora, mało z krzesła nie spadłam. Chodziliśmy do niego co pół roku na kontrolę, bo to najpierw bioderka nie były symetryczne i zakładaliśmy szeroką pieluchę, potem stopy do środka stawiał, a ostatnio w obserwacji były koślawe kolana, czyli mówiąc bardziej wizualnie nogi w iks. Zawsze jednak doktor jedynie zalecał dobre obuwie i ostatnio siadanie po turecku, a zakazywał siadu w literkę W, czyli tak jak dzieci siadają najczęściej i najchętniej, na kolanach z łydkami na zewnątrz.

Ostatnia wizyta nie skończyła się niestety jedynie na zaleceniach, lekarz dopatrzył się prócz koślawości również przeprostów i rzucił „Założymy szyny”, przez co mało się tam nie rozpłakałam. Pierwsze, co mi przyszło na myśl, to biegnący z metalowym ustrojstwem na nogach mały Forrest Gump. Po wyjściu z gabinetu długo debatowaliśmy, czy należy iść do innych ortopedów, żeby sprawdzić tę diagnozę. Doszliśmy jednak do wniosku, że to nic nam nie da. Bo co zrobimy, jeśli inny lekarz powie, że nie trzeba nic robić z nóżkami małego? Skąd wiadomo, kto ma rację? A jeśli za pół roku-rok będzie jeszcze gorzej, jeśli nie zrobimy nic? Doszliśmy do wniosku, że trzeba zaryzykować, zaryzykować łzy synka i jego niezadowolenie, bardzo nam go szkoda, ale trudno.

Ponieważ takie ortezy (łuski) wykonywane na miarę są refundowane przez NFZ, należało tam się udać z papierem od doktora, by uzyskać pieczątkę. Średnio sensowne to dla mnie było – skoro jest refundacja, to jest, mały jest ubezpieczony, pesel ma, wszystko doktor wpisał. Powinno być tak jak w aptece – idę po jakiś lek i – jeśli jest refundowany – to nic nie płacę albo płacę mniej. Ale nie może być tak prosto, jak widać. Prawie godzinę stałam z wydrukowanym numerkiem w enefzecie, w jednej z trzech kolejek do podbicia różnych zniżek czy refundacji – na okulary, protezy, takie tam. Oczywiście – nie mogło być inaczej!!! – gdy już weszłam z zatłoczonego korytarza do pokoju-raju, bo spokojnie, muzyczka gra i jest gdzie usiąść, okazało się, że lekarz – pierdoła – wpisał jakiś zły kod. Jakby babka była służbistką, to odesłałaby mnie do doktora po poprawiony papier. Całe szczęście zachowała się życiowo.

Z przypieczętowanym dokumentem poszliśmy „robić nogi”. Bałam się, że mały nie da sobie ich owinąć, ale nie, był spokojny. Technik nałożył kilka warstw żywicznego bandaża na nogę małego, zgiął ją pod odpowiednim kątem i chwilę odczekał, aż to to zastygnie. „Super” – pomyślałam sobie wtedy – „poszło gładko, mały leży i się uśmiecha”. No i zaczął się dżez… Bo jak ten bandaż zastygnął w skorupę, trzeba było go rozciąć. Jak facet zaczął ciachać, mały dostał szału. Wrzeszczał, że boli i pewnie trochę tak było, bo napinał nogę i wyrywał się, przez co nożyczki bardziej wpijały się w ciało. Trzymałam go ja, mąż i jeszcze jeden facet przybiegł do pomocy. A mały, jakby obdarzony nadludzką siłą, po prostu wyrywał nam się, wstawał z leżanki. To była masakra, rzeźnia. Jakbym w tym momencie weszła do tego sklepu i usłyszała takie wrzaski, po pierwsze bym zwiała, po drugie zawiadomiłabym policję o morderstwie ze szczególnym okrucieństwem.

Mały się nadarł, wszyscyśmy się spocili i zestresowali, a przed nami była do zrobienia jeszcze druga noga… Powiem tak – never ever. Chyba że pod narkozą. Bo tym razem trzeba było synka trzymać już na etapie zastygania (jakby źle zaschło, wszystko do wyrzucenia), a co się działo przy rozcinaniu… Dzięki Bogu synek ma tylko dwie nogi, trzeciej by już sobie nie dał tknąć nawet kaczym puchem.

Po paru dniach łuski były do odbioru, nacięcia zostały elegancko obrobione skórą, dodano rzepy. Co z tego, że nadal kojarzyło mi się to ze średniowieczem, torturami i pseudo-medycyną. Po pierwszym nałożeniu tego synkowi rozryczałam się w drugim pokoju.

Kolejne nakładania poszły lepiej, mały się tylko sto razy upewnia „Nie boli, nie boli? Nie boliło się?”, po czym zasypia w tym szkaradziejstwie i tylko czasem w nocy woła o pomoc przy obróceniu się. Odliczam dni z tych 3 miesięcy i modlę się, żeby to miało sens i by pomogło. Bo i ortopeda nas nastraszył nieprawidłowym ukształtowaniem się rzepki, i technik wspomniał, że taki ucisk na kolano pod kątem może spowodować martwicę… Brr. Oby to przetrwać.

 

 
Komentarze (27)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Rewolucja przedszkolna

09 wrz

Się dzieje u nas ostatnio… Na tyle dużo, że trudno mi było zasiąść do komputera i w sposób uporządkowany spisać te wszystkie newsy.

Wyskoczyło mi na gębie milion pryszczy oraz tzw. zimno na ustach, znaczy się stres mi wychodzi przez skórę, przez co wyglądam jak dojrzewająca nastolatka, a raczej wyglądałabym, gdyby nie drobne (ale naprawdę drobne!) zmarszczeczki oraz pobłyskujące tu i ówdzie srebrne włosy. Te siwuchy wkurzają mnie strasznie, jestem ciemną szatynką, więc widać bardzo wyraźnie każdy jaśniejszy włos. Za mało ich, by już farbować cały łeb, ale jak mi taki błyska przy czesaniu, to cholera mnie bierze i na razie pozbywam się go brutalnym prostym sposobem przez wyrwanie. Obym się opamiętała przed łysiną.

No, ale ja nie o tym miałam. Bo skąd ten stres, siwe włosy i totalny obłęd w głowie. Ano przyczyny są dwie. O jednej trąbię już od dawna, druga wyskoczyła parę dni temu jak Filip z konopi, chociaż Filip to brzmi zbyt sympatycznie, zmieńmy to na strzygę! Strzyga z chaszczy, o.

Od dawna biadoliłam nad tym, że mały do przedszkola musi iść. Zbliżał się ten 01.09, zbliżał, aż nie było wyjścia – w poniedziałkowy poranek trzeba było wstać o 7 i synka wyprawić. Czułam się jak przed egzaminem, gula w gardle, gula w brzuchu, trzęsące się ręce i piasek pod oczami, bo nie spałam już od piątej. I weź się tu człowieku zachowuj swobodnie i radośnie, żeby dziecka nie przerazić!

Poszliśmy we trójkę na wszelki wypadek i dobrze, bo ja targałam torbę z wyprawką, mocno dociążoną przez ryzę papieru (nie wiem czy dzieci będą tam tworzyć nowe „Biesy” albo inną powieść na 500 stronic, czy może jest to zapas do końca podstawówki, w każdym razie trzeba było przynieść), a mężydło – jak się okazało – musiało targać naszego małego przedszkolaka, krzyczącego „Nie ce do psekola!! Nie ce do psekola!!!”. Było zimno, wietrznie i padał deszcz, co humorów nie poprawiało.

Na miękkich nogach weszliśmy do sali. Było już sporo dzieci, w tym kilkoro płaczących, ale bez histerii. Ja zajęłam się przekazywaniem pani podpisanych rzeczy małego i całej tej wyprawki plastelinowo-bibułowej. To mi jeszcze poszło sprawnie, ale jak zaczęłam mówić, że mały jest dość nieśmiały i do takich miejsc nieprzywykły, zadrżał mi głos, a gdy chciałam wspomnieć, żeby babki dzwoniły do mnie w razie W, to już się w ogóle rozkleiłam, pogłaskałam synka i czym prędzej stamtąd uciekłam. Babeczka za mną wyszła, powiedziała, że ona też płakała przy oddawaniu swojego dziecka do przedszkola i że oczywiście wszystko będzie OK i takie tam.

Po chwili przyszedł mąż i smętnie poszliśmy do dziwnie pustego domu.

Minął już tydzień od tamtego smutnego dnia i muszę powiedzieć, że nie jest źle. Bałam się telefonów naglących: „Proszę przyjść po syna, bo płacze i nie możemy go uspokoić”, ale dzięki Bogu nic takiego nie miało miejsca. Mały jest w przedszkolu od 8 do 14:30. Z relacji pań (bo od niego niewiele mogę wyciągnąć, na wszystko mówi „tak”, nawet, gdy pytam, czy były żyrafy) wynika, że synek coś tam je, śpi (powrót do drzemek, no proszę) i radzi sobie jako tako w toalecie (aczkolwiek majtki podciąga tak, że potem w domu odkrywam pod spodniami gołą pupę, a dopiero pod nią zrolowane majteczki). Ale panie mówią też, że jest smutny, mówi płaczliwym tonem i przy niektórych zabawach stoi z boku. Miewa kryzysy, woła za tatą (zwłaszcza pierwszego dnia, pewnie dlatego, że mama uciekła, a tato został dłużej) lub mamą, ale nie robi cyrku. Myślę więc, że nie jest źle.

I się rozpisałam, więc o drugim stresie następnym razem. I na pewno jeszcze sporo o przedszkolu :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS