RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2014

Zaskoczenia umysłem dziecka

27 sie

Zazwyczaj mówię synkowi: Mama cię bardzo kocha. Wczoraj mówię mu: Mama cię kocha. A on na to: Badzo? 

Na spacerze na widok jakiegoś iglaka: Mamo, mamo, choinka! Tak, synku, choinka. A gdzie bombki? Nie chciało mi się wierzyć, że pamiętał naszą świąteczną choinkę sprzed roku prawie, raczej z bajek, gdzie ten motyw się pojawia dość często. Ale właśnie ostatnio oglądając jakąś bożonarodzeniową kreskówkę mały zagadał: Choinka? Tata przyniósł. Tam była! – i pokazał ręką właściwe miejsce.

Ostatnio mówię mu: Ta dziewczynka nazywa się Ola. Mały na to zaczął kminić: Tampolina, tampolina, Olek był na tampolinie. Kurka, myślę, o co mu chodzi, aż w końcu dotarło do mnie, że faktycznie ponad miesiąc temu byliśmy u rodziny w ogrodzie, gdzie była trampolina i był tam też chłopiec o imieniu Olek. Z tą trampoliną były zresztą hece, bo mały skakał na niej w sumie bez przerwy, tyle co bułkę złapał albo siku zrobił. Wszystkie inne dzieci znudziły się po godzinie, natomiast mój niezmiennie szalał góra-dół, góra-dół. Nazajutrz wypuściłam go na dwór, sama wyszłam po jakiejś chwili (stary dłużej się w końcu rano zbiera niż dziecko, zwłaszcza po imprezie…) i co zobaczyłam? Wszyscy na śniadaniu przy stole w ogrodzie, a moje dziecko góra-dół, góra-dół… Bardzo żałuję, że nie mamy u siebie warunków, by taką trampolinę postawić. Myślę o batucie – to się jakoś w mieszkaniu upchnie – ale czy mały się nie rozpłacze na widok mikrego rozmiaru? Może i tak być… Już nieraz okazywało się, że drobne odchylenie od oczekiwań synka kończyło się wielką histerią, a to kolor nie taki, a to miejsce inne, a to chodziło o inną łopatkę… Staremu to wszystko jedno, a dzieciakowi świat nagle się kończy…

Synek ostatnio odkrył tuciłe, tj. Teletubisie. Sama mu to niedawno puściłam, bo kiedyś słyszałam, że to takie fajne dla dzieci. Teraz sobie pluję w brodę, bo małemu się spodobało, mnie już mniej… Rozumiem fenomen tej bajki, te wszystkie okrzyki, machanie łapką, powtarzanie piętnaście razy tych samych słów, fascynacja konewką czy kwiatkiem – to dziecięcy świat. Dla dorosłych mało strawny, ale już trudno, przepadło… Jedynie ichniejszy odkurzacz mnie bawi :) Otunat z oczami – woła na niego mały. U Teletubisiów właśnie mały zobaczył też teleskop i parę dni później, gdy w piaskownicy znalazł jakąś rurkę, zachwycony zakrzyknął: Mama, teleskop! Zobacz, zobacz! No i musiałam przykładać oko do jakiegoś zapiaszczonego połamanego elementu starej zabawki… Nawiasem mówiąc, lepsze to niż wypijanie wyimaginowanych herbatek i zjadanie „na niby” ciasteczek z piasku – takie wyzwania przed mamami dziewczynek, współczuję… Ja za to całe lato kopałam piłkę w klapkach… A w przyszłości będzie jeszcze ciekawiej, raz zaczepił nas chłopiec tak około 5-6 letni. I do małego w te słowy: Pobawmy się w Star Wars! Ja będę Lukiem a ty Vaderem! Poszukajmy świetlnych mieczy! Widząc minę małego pt. ale o co chodzi, spuścił nieco z tonu: No dobra, to ty możesz być Lukiem…

Synek zobaczył w telewizji (to musiał być jakiś archaiczny program…), jak dzieci robią sobie zdjęcia, potem wywołują, no i ostatecznie trzymają w rękach swoje wizerunki. Mały był zachwycony: Mamo, co to? Mamo? Kiedy mu wytłumaczyłam, usłyszałam oczywiście: Ja tez ce, ja tez ce zdjecie! Uświadomiłam sobie, że faktycznie synek zdjęcia to widuje jedynie na ekranie komputera lub telefonu, ewentualnie w ramce na półce. Dałam mu więc jedno z albumu, bo trochę „analogowych” fotografii małego całe szczęście mam. Cieszył się bardzo, długo oglądał. Tak go zostawiłam i potem zapomniałam o tym zdjęciu, podświadomie spisując je na straty. Dopiero na drugi dzień zobaczyłam, że mały oparł je obok innych naszych fotografii na półce. Naprawdę zamarłam z wrażenia.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Pierwsze razy

17 sie

Mały wczoraj pierwszy raz powiedział dzień dobry z własnej woli, bez napominania i matczynego gderania „no, powiedz dzień dobry, powiedz”. Jestem z niego dumna i z siebie też – tak mu to pięknie i spontanicznie wyszło i to nie do cioci, babci, a „tylko” do sąsiadki. Pewnie wiele z Was czytających (no, nie tak znowu wiele, czyta moje wpisy 5 czy 6 osób, ale niech tam) wzruszy ramionami, bo ich dziecię w wieku 3 lat to już wierszyki mówiło, a sąsiadce to nosiło siatki z zakupami na czwarte piętro. No cóż, mój syn natomiast do tej pory na moje napominania o zwroty grzecznościowe milczał jak grób, chował głowę w ramiona i udawał, primo, że mnie nie zna, secundo, że jest głuchy.

Drugi pierwszy raz dla mojego dziecka, i to też wczoraj!, to lizak. Otóż tak, mały do wczoraj nie lizał lizaka, taka ze mnie matka. Jak również nie jadł czipsów, nie pił coli ani nie żuł gumy (co, niestety, niektóre trzylatki już robią). Nie wypił też herbaty (co to będzie w przedszkolu?), ale tego mu bynajmniej nie zabraniałam. Lizaka niestety dostał w restauracji od kelnerki, no trudno, codziennie tam nie chodzimy. Pytanie, czy był to prezent wręczony z radości, że już wychodzimy, czy też z wdzięczności, że niczego nie stłukliśmy…

Już prawie jesień. I HATE THIS. Białe chłodne światło słoneczne, zimne podmuchy, bure chmury. Jeszcze tydzień temu mały latał w majteczkach po ogrodzie, raz po raz chlapiąc się w baseniku, a dziś co – 17 stopni. Kicha totalna. Przecież to dopiero połowa sierpnia, do k… nędzy! Mówiłam mężowi, kiedy jeszcze parę dni temu zdychał z upału w mieszkaniu, że w naszym polskim durnym klimacie nie opłaca się instalować klimy (co przemyśliwał) ani nawet kupować wiatraka i co? I miałam rację, ani się obejrzymy i trzeba będzie włączyć piec. A kołdry to już wyciągnęłam do spania.

Mam depresję jesienną. Jak co roku, kiedy lato się kończy jak nożem uciął.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Dobre, co?

12 sie

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trochę kultury

 

Urodziny były znów

11 sie

Mały skończył dwa dni temu 3 lata. Zrobiliśmy z tej okazji rodzinnego grilla w ogrodzie u moich rodziców. Brzmi prosto, ale umęczyłam się jak dziki osioł, żeby wszystko wyszło jak należy. Miałam listę spraw do załatwienia z rozpisaniem na dni, prawie jak przed weselem :) Np. półkruche rogaliki zrobiłam 3 dni wcześniej, kruche ciasto ze śliwkami dzień wcześniej, bezę do Pavlowej też (pierwszy raz piekłam i udała się!), mięso zamarynować też trzeba szybciej. Ale rozłożyć grilla, postawić namiot, nadmuchać baloniki, zrobić sałatki i szaszłyki, ubić śmietanę (do tej bezy), odebrać tort itp. to już w dniu urodzin, całe szczęście w końcu dojechało mężydło z delegacji i pomagało, marudząc jedynie z rzadka „a po co to, a czy koniecznie…”.

Upał był taki, jak ostatnio niemal codziennie, 34 stopnie, za to super siedziało się wieczorem, zwłaszcza, że była pełnia.

Długo wcześniej namyślaliśmy się nad prezentem dla synka, problem spory, bo mnóstwo rzeczy ma, ale tak dłużej niż 10 minut to bawi się kartonami albo piłką. Zazwyczaj na taki wiek kupuje się rowerek albo hulajnogę, ale nasz mały w ogóle nie zdradza ochoty na taką formę ruchu. Rowerek zresztą ma i nie obchodzi go on bardziej niż krzesło. Kupiliśmy więc w końcu takie gigantyczne klocki, tzw. wafle, z których można budować ściany, domek, wieże, czyli to, co mały układa z kartonów i chyba prezent się udał, chociaż nic nie przebije zwykłej piłki

To chyba ostatni taki pobyt u moich rodziców (prawie dwa tygodnie), bo od września mały do przedszkola, ja – prędzej czy później – do jakiejś pracy. Już wyjechać sobie ot tak nie będzie łatwo. Rodzinka moja kochana oczywiście postraszyła mnie trochę przedszkolem, nie żeby specjalnie, ale ja nerwowa jestem. Padły pytania, czy opowiedziałam dokładnie małemu, co w przedszkolu będzie, po kolei co tam będzie się działo, kiedy drzemka, kiedy obiadek itd. Zaoponowałam, że takich szczegółów ani on nie zrozumie, ani tym bardziej nie zapamięta. Mówię mu jedynie, że niedługo pójdzie do przedszkola, że będzie tam plac zabaw, będą dzieci i pani. Że będzie się bawił i będzie super. Moja siostra stwierdziła, że to za mało, że powinnam mu opowiedzieć krok po kroku cały rozkład dnia. Po pierwsze – sama dokładnie tego przecież nie wiem, po drugie – widzę, że mały niezupełnie kuma, nie potrafi się skupić, kiedy mówię mu więcej niż kilka zdań na jakiś temat. Ma 3 lata dopiero, na miłość boską!

Najważniejszą dla mnie sprawą jest, by zrozumiał, że będzie tam bez mamy, ale mama po niego przyjdzie, wróci. I to mu powtarzam. Co znowu nie podoba się mężowi, który uważa, że raczej trzeba małego nakręcać na zabawę i że będzie fajnie, a to, że bez mamy, to już mniej ważne. A ja tak naprawdę uważam, że mogę teraz nawet i 3 godziny przemawiać na temat edukacji przedszkolnej i wbijać małemu do głowy różne informacje z tym związane, a i tak oczami wyobraźni widzę, jak płacze i wije się u mych stóp, nie chcąc mnie wypuścić z sali czy gdzie tam go będę musiała zostawić. Może coś mi się rozświetli w głowie po zebraniu, jakie ma być pod koniec sierpnia w naszym przedszkolu. Inna sprawa, że chcemy iść na nie oboje, a zaznaczono, żeby przyjść bez dzieci. Musimy wykombinować, co zrobić z małym. Ech…

 
 

  • RSS