RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2014

Gorąco

23 lip

Od dwóch tygodni upały. Ponad 30 stopni dzień w dzień, żadnych burz, deszczów – normalnie jak nie w Polsce. Żałuję, że nie mogę tych gorących dni spędzać nad wodą (we Wrocławiu na tzw. kąpieliskach jest tłoczno i – jak dla mnie – trochę syfiasto), zresztą tak naprawdę jedyny zbiornik wodny, który akceptuję do kąpieli, to morze. Kreta już dawno jest li i jedynie w sferze wspomnień, kolejnego wyjazdu, choćby nad Bałtyk, nie ma jak zorganizować, zresztą, jak stwierdziło mężydło – nie można mieć wiecznych wakacji… Jemu to łatwiej przyjąć do wiadomości, chodzi codziennie do biura, klimatyzowanego zresztą, i jak każdy normalny człowiek na etacie, bierze za oczywisty fakt, że dwa tygodnie urlopu były i już, wystarczy. A my? My siedzimy w domu.

Zmieniłam nasz rozkład dnia, zamiast w okolicach południa, wychodzimy grubo po obiedzie, a i tak mały narzeka, że „dzidzialnia go-onca”, czyli zjeżdżalnia gorąca. Mały się strasznie poci, zwłaszcza na głowie. Czapkę ma po chwili mokrą. A najwięcej energii i ciepła oddaje, jak zasypia. Muszę mu co wieczór zmieniać poduszkę, bo jest cała mokro-zimna. Pytałam o to lekarki, przy okazji niedawnego szczepienia przeciw ospie (pierwsza dawka, jedyne 200 zł, Chryste Panie), ponoć to zupełnie normalne.

Prawie codziennie synek tapla się w swoim baseniku na tarasie, godzinami przelewając wodę z butelki do kubka i z powrotem. Potrafi się skupić na tego typu czynnościach, to fakt. Np. fascynuje go zwijanie i rozwijanie centymetra krawieckiego, nawijanie i odwijanie sznurka na jojo, wyciąganie i chowanie miarki. Każdy, kto ma okazję to zaobserwować, nie może wyjść z podziwu, zwłaszcza, jeśli ma własne dzieci. „Jezu, on od pół godziny siedzi i zwija, i rozwija, i zwija!” – słyszę zazwyczaj zdumione komentarze. Nie wiem, czego to dowodzi, czy wewnętrznego spokoju, czy zadatków na geodetę, czy po prostu upodobania do powtarzalnych czynności. Nie wnikam, broń Boże nie narzekam, czasami w sklepie czy na poczcie ten spokój synka mnie ratuje dupsko (mogę coś załatwić), a innych wprowadza w zdumienie („Jak pani to robi, że on tak siedzi spokojnie?”). Nie mam tak zawsze, o nie, ciągle jeszcze zdarzają się histerie, wrzaski i jęczenie w kółko tego samego, ale nie mogę nie wspomnieć, że bywa naprawdę spokojnie, aż miło popatrzeć

Odnośnie jeszcze tych butelek (zwykłych po wodzie) czy centymetrów (2,5 zł w pasmanterii) – takie właśnie proste przedmioty, nawet nie są to zabawki przecież, dają najwięcej radości małemu. Prócz tego jeszcze wielkie kartony, z których buduje konstrukcje aż po sufit i zrzuca na siebie; rumoru przy tym sporo, ale ile radości! Zawsze jest mała tragedia, gdy pudło się rozwali „ojej! ojej! mama kleić? tam taśma, tam!” oraz wielkie święto, gdy tata przyniesie z pracy nowe kartony…

Z zabawek jedynie piłka ma spore poważanie, „ce kike kopać, ce kikałem” (chcę piłkę kopać, chcę być piłkarzem) słyszę kilka razy dziennie. No i kopiemy tę piłkę, w domu, w parku, na placu zabaw, wszędzie. Synek potrafi zrobić piękny nabieg (to się tak podobno nazywa, taki rozbieg przed piłką) i walnąć piękną bramkę. Już stwierdziliśmy z mężem, że nie mamy nic przeciwko, by został drugim Lewandowskim, zarabiał kupę kasy i kupił rodzicom willę pod miastem :)

W każdym razie – przez to upodobanie małego do prostych zabaw i zabawek mamy kłopot z prezentem urodzinowym. To problem, co? Myśleliśmy przez chwilę o rowerku biegowym, ale widzę, że to małego zupełnie nie kręci. Ma rowerek z pedałami i przez ostatnie pół roku siedział na nim może w sumie pięć minut. Widzę, jak dzieciaki śmigają na różnych hulajnogach i tych rowerkach właśnie i widzę też kompletną obojętność synka w stosunku do tych pojazdów. Od małego ma w domu autko do odpychania się nogami i jeździ na nim może raz na tydzień przez chwilę, podczas gdy moja siostra mówiła, że jej dzieci takie autka zajeździły po prostu na śmierć. Stanęło więc na wielkich klockach konstrukcyjnych, tzw. waflach, powinny się spodobać.

Za miesiąc z okładem mały idzie do przedszkola, ręce mi się pocą na samą myśl o tym. W każdym razie posłuchałam rad (głupich, jak się okazało) i zawczasu powysyłałam kilka CV tu i tam. I co? I odezwali się i praca była od zaraz i to taka, jaką chciałam. Szlag mnie trafia na myśl o tym, wolałabym być nieświadoma takiej okazji, nie będę szukać przecież z dnia na dzień niańki, to nie w moim stylu oddawać nagle synka gdzieś na łapu capu i w z takim stresem na głowie podejmować pracę. Zwłaszcza, że niedługo mąż wyjeżdża na jakiś czas i zostajemy z synkiem sami. Trudno, zrobię to w zgodzie ze sobą i zacznę szukać pracy, kiedy mały już okrzepnie w przedszkolu. A trudno mi sobie to wyobrazić, oj, trudno. Ale mąż oczywiście pociesza mnie zdroworozsądkowo – pożegnania z pieluchami też nie mogłaś sobie wyobrazić, to samo ze smoczkiem, biadoliłaś, że już zawsze będzie go ciamkał i tak dalej… No tak, racja. Ale to przedszkole to naprawdę spore wyzwanie i nie wiem, kto będzie bardziej je przeżywał, ja czy synek…

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

O moim dziecku parę uwag

09 lip

Nie mogę tego rozgryźć – kładę spać małego w pampersie – rano suchy jak pieprz i tak przez 2 tygodnie. Kładę bez pampersa – pościel zlana. Najgorsze jest to, że ostatnio nawet się nie zbudził i mnie nie zawołał, efekt – rano wszystko było zimno-mokre, a mały miał katar…

Nie udaje mi się nauczyć małego wypluwać pasty przy myciu zębów. Do tej pory używaliśmy żelu, którego połykanie jest nieszkodliwe, chciałabym jednak wprowadzić już pastę z fluorem, a ta już musi być wypluwana. Nie ce pluć!!! – krzyczy mały i wije się przed umywalką. Jakieś rady?

Powiodła się parę dni temu próba zostawienia synka u cioci na parę godzin. Byliśmy w kinie pierwszy raz od 3 lat!!! Co więcej, będziemy mogli to powtórzyć, gdyż mały świetnie się bawił z kuzynką i nie bardzo zwrócił  uwagę na nasz powrót. Nie łudzę się, że z przedszkolem pójdzie równie gładko, bo ani tam cioci, ani kuzynki nie będzie, ale jest jakieś światełko w tunelu… Staram się teraz jak najmniej ingerować w jego zabawy na placu zabaw, ale i tak co chwila patrzy, gdzie jestem. W domu, gdy pójdę do łazienki, zaraz słyszę: „Mamo, gdzie jes-teś?” (tak wymawia).

Bardzo jest wstydliwy. Bawi się z dziećmi na podwórku, najczęściej na wyścigi zjeżdżają ze zjeżdżalni, ganiają się. Ale jeśli go jakiś równolatek zapyta, jak się nazywa, mały spuszcza głowę i nic nie odpowiada. Martwi mnie to. Jak również fakt, że małemu łatwo odebrać zabawkę, którą się bawi. Nie umie zaprotestować. Mówi tylko np. że chce piłkę, którą akurat mu ktoś odebrał, ale nie próbuje jej odzyskać. A dzieci – wiadomo jakie są. Niejednemu wykręciłabym ucho. Jest taka jedna dziewuszka, która zna jedno zdanie – oddaj, to moje! Brutalnie wyrywa z łapek dzieciom wszystkie zabawki, nawet te, które przyniosły ze sobą. Uważnie się rozgląda i gdy tylko któreś złapie jakąś foremkę, wkracza do akcji niczym jakaś terrorystka. Niania czy babcia, która ją przyprowadza, oczywiście upomina, że tak nie wolno itp., ale mała ma to w nosie. Ostatnio rzuciła się na jakąś połamaną łopatkę, gdy tylko mały jej dotknął. Zainterweniowałam, bo już zaczęło mnie to wkurzać, zdaję sobie jednak sprawę, że w przedszkolu nikt nawet nie zauważy takiej sytuacji.

I tu kolejna moja bolączka się pojawia – wiem, że do „mojego” przedszkola przyjęto o wiele za dużo dzieci. Miasto chce bardzo pokazać, że miejsca są dla wszystkich, powiedzieć we wrześniu, że we Wrocławiu, proszę państwa, wszystkie dzieci przyjęto do przedszkola. Ale co o tym myśleć, kiedy w danej placówce miało być grup 5 a utworzono (bo urząd miasta kazał) 15? Nawet nie chcę myśleć, jak będzie wyglądała organizacja zajęć w takim tłoku.

 
 

  • RSS