RSS
 

Archiwum - Maj, 2014

Absurdów rekrutacji do przedszkoli ciąg dalszy

27 maj

Tak w ogóle, to zaczęło się od tego, że druk wniosku dotyczący drugiej rekrutacji nie był dostępny w necie przed całą tą akcją, tj. skoro nabór ruszał 21.05, to i wniosek został ujawniony dopiero tego dnia. Miało to dla mnie znaczenie (a pewnie i dla wielu innych w mojej sytuacji), gdyż drukarki nie mam w domu, mężydło w pracy wydrukowało i przywiozło dopiero wieczorem do domu, więc cały pierwszy dzień naboru poszedł się paść. Całe szczęście kolejność składania wniosków nie miała znaczenia, chociaż kto ich tam wie.

W każdym razie – tak się zajarałam, że wniosek już możliwy do pobrania i miejsc wolnych tyle i przedszkoli do wyboru takoż, że nie zwróciłam uwagi na kolejny bardzo ułatwiający życie rodzicom pomysł – wniosek do pobrania był w PDF-ie. A jeśli się chciało zwiększyć swoje szanse i złożyć papier tu i tu, i tam, to to naprawdę miało znaczenie! A i szanowne komisje, jak mniemam, też by wolały wczytywać się w wydrukowany tekst, a nie ślepnąć nad bazgrołami spieszących się rodziców.

Żeby to wypełnianie rubryk miało jeszcze sens! I jakoś z głową było ułożone! A gdzie tam. Druk zaczyna się tak: dane kandydata – tj. w tym przypadku mojego syna. No OK, PESEL etc. Ale dalej leciał adres i tak: województwo, powiat, gmina, miasto. Tak jakby nie był to druk do pobrania tylko dla wrocławian! Wpisujesz więc: dolnośląskie, Wrocław, Wrocław, Wrocław. Uff, udało się. Co dalej? Dane matki. A dalej? Adres!!!! I polka od nowa: województwo, powiat, gmina, miasto! Ocierasz pot z czoła i myślisz, że koniec? No jak, przecież dalej są dane ojca i adres! Zaczynający się od rubryk: województwo, powiat, gmina, miasto!!!! Ja upatrzyłam sobie 9 przedszkoli, więc sami widzicie, ile tego pisania było. O gwiazdce informującej, że można wpisać jak wyżej zapomniano, ze strachu więc, że mogą odrzucić wniosek, wypełnialiśmy wszystko z mężem sumiennie.

Dlaczego nie można było porozsyłać podań przez Internet? Po co przedszkolom tyle papieru? Wniosek liczył sobie 3 strony i w większości przypadków główną część tego arcyważnego druku stanowiły trzy razy wpisane te same adresy. Wow. Fascynujące.

No i dalej – żeby wyłuskać z listy wolnych miejsc interesujące mnie przedszkola, spędziłam w sumie 4 godziny na klikaniu w nazwy placówek; wtedy otwierała się strona z adresem, wówczas wpisywałam ulicę w mapę google, żeby zobaczyć, gdzież to jest, a następnie patrzyłam w schemat komunikacji miejskiej, by sprawdzić, czy tam coś jeździ, czy jeździ ode mnie, a jeśli tak, to co. Nie mogę do tej pory uwierzyć, że w XXI wieku zmuszono mnie do tak absurdalnej pracy. I pewnie wielu innych mnie podobnych. Wstyd! Wstyd dla organizatorów całej tej szopki.

Kolejny krok – trzeba te podania złożyć. Co z tego, że wybrałam placówki w miarę nie na końcu miasta. Ale było ich 9. Mąż musiał wziąć wolne z pracy i cały dzień zleciał na rozwożeniu wniosków. I było trochę śmieszno, trochę straszno…

W pierwszym przedszkolu mąż stał w kolejce pół godziny; dlaczego tyle to trwało? Któż to wie, co działo się za zamkniętymi drzwiami gabinetu… Całe szczęście gdzie indziej było trochę krócej. W każdym razie w tym pierwszym intendentka popatrzyła z politowaniem na nasz wniosek i poradziła składać dalej, gdzie się da. No OK.

W drugim powiedziano nam, że będą brane też pod uwagę inne kryteria, niż we wniosku, więc czy mamy podanie. Jakie podanie? No, podanie, ręcznie napisane. Ale co w tym podaniu? No, różnie ludzie piszą, np. tu, o proszę, pan pisze z prośbą o przyjęcie dziecka do przedszkola… Ręce nam opadły. Nie mieliśmy podania ani pomysłu, co w nim wpisać. Może, że mieszkamy na strychu z dziurawym dachem i mamy na stanie chorą babcię? Hmm…

W trzeciej placówce kategorycznie nam powiedziano, że kryteria są te same, co w pierwszej rekrutacji i inne być nie mogą, bo takie dostali wytyczne z miasta.

W czwartej szczęki nam opadły, bo przyjmująca wniosek rzuciła od niechcenia: a wiecie, że można składać tylko do trzech przedszkoli? Nie, nie wiemy i jedziemy składać dalej. Do tej pory nigdzie nie znalazłam takiej informacji na stronie, jak byk stoi tylko – składać wnioski tam, gdzie są wolne miejsca.

Do piątego przedszkola mąż poszedł sam. Po chwili wrócił po portfel – pani zażądała dowodu osobistego, by sprawdzić, czy wniosek składa ojciec. Tak jakby to miało znaczenie!!! A mnie nawet wcześniej przyszło do głowy, że mogłam może kogoś innego (znajomego) poprosić o pomoc, a męża zostawić w spokoju w pracy… Za to gdzie indziej dowodu nie chcieli.

Kolejne przedszkole, kolejne novum: oświadczenie o składaniu PIT-a mamy podpisać obydwoje, do tej pory wystarczał jeden podpis…

W następnym należało za to podpisać się na specjalnej liście. Ale to tylko w tym jednym.

Jeszcze w kolejnym wydano nam druczek potwierdzenia przyjęcia wniosku. Jak miło, ale dlaczego praktykowano to tylko w tym jednym przedszkolu?

W ósmym pani odradziła składanie wniosku, bo ona ma już wszystkie miejsca „odgórnie” obsadzone i szkoda podania. Cóż, dzięki za szczerość.

Z dziewiątego to chciałam sama zrezygnować, przeraził mnie ten smutny rządek kibelków z połamanymi deskami klozetowymi i spłuczkami powieszonymi wysoko na ścianie ze zwisającymi smętnie łańcuszkami… Dawno już nie widziałam czegoś takiego, może 20 lat temu na jakiejś koloni? Spytałam męża, jak dzieci sięgają do tych łańcuszków. Muszą skakać i się wieszać – odparł i mrugnął okiem. W każdym razie placówka prosi się o remont, czas tam stanął w miejscu chyba w latach 70. Mąż kazał przestać mi tragizować i złożył wniosek, a ja równocześnie modliłam się, by został odrzucony.

Dziesiąte z kolei, polecone nam przez panią z ósmego, że niby sporo tam miejsc, jest najgorzej skomunikowane z naszym miejscem zamieszkania. Ale to w nim babka zerkając w papiery powiedziała nam: o, prawdopodobnie będzie pozytywna opinia, zapraszam po ogłoszeniu wyników, trzeciego czerwca na spotkanie integracyjne. Ponownie zbieraliśmy szczęki z podłogi…

 

Absurdy rekrutacji uzupełniającej, masa absurdów

26 maj

Zrobiliśmy ostatnio objazd po przedszkolach w ramach tzw. rekrutacji uzupełniającej. Na samą myśl o całej tej akcji nóż mi się w kieszeni otwiera. Cała ta rekrutacja jest tak bzdurnie i bezmyślnie „zorganizowana”, aż po prostu trudno w to uwierzyć. Absurdy w pierwszym naborze są niczym wobec tych działań, do jakich zdesperowanych rodziców zmusiła druga rekrutacja.

Po pierwsze: 21.05 pojawiła się na stronie wrocławskiej edukacji lista z wolnymi miejscami w przedszkolach. No OK. Można by pomyśleć – to pewnie te placówki, gdzie rodzicom jakoś było nie po drodze, nie pasowały z tych lub innych powodów, stąd i wakaty zostały. NIC BARDZIEJ BŁĘDNEGO!!! Lista liczy sobie niemal sto pozycji i jakież to m.in. przedszkola na niej znalazłam?? Te, w których odrzucono małego. I wiele innych (kilkadziesięcioro) dzieci prócz niego. SKĄD SIĘ WZIĘŁY ZATEM TE WOLNE MIEJSCA, JA SIĘ PYTAM!?? W tym najważniejszym dla nas przedszkolu byłam nawet po ogłoszeniu wyników, pytałam, dlaczego, co i jak i czy jeszcze coś się znajdzie w drugiej turze. Powiedziała mi tzw. intendentka, że absolutnie, ależ skąd. Żadnych wolnych miejsc nie będzie. No to chyba krasnoludki jakieś zadziałały…

Jak prowadzona jest ta rekrutacja, że najpierw się odrzuca (po przejrzeniu ponad setki wniosków) 3/4 ubiegających się o miejsce dzieci, a potem ogłasza się, że oto proszę! Mamy jeszcze masę wolnych miejsc! Na chybił-trafił Wam powiem – przedszkole nr 110: 14 miejsc, przedszkole nr 107: 20 miejsc, przedszkole nr 54: 16…, i tak dalej. Żeby jeszcze tych placówek, co to uwaliły mojego syna nie było na liście, no OK, rozumiem, zbyt dużo chętnych. ALE NIE! Wiem, powtarzam się, ale szlag mnie trafia, bo mam poczucie, że ktoś tu wprowadza rodziców w błąd, celowo lub zupełnie bezmyślnie. Bo efekt jest taki, że ponownie złożyliśmy wnioski w tych placówkach, co to już raz od nas wniosek przyjęły. Czy to nie absurd?? Zwłaszcza, że kryteria są te same! To jak, znowu szanowna komisja będzie liczyć nasze punkty, bo wcześniej było ich za mało, ale teraz to już mogą wystarczyć? Nie kumam tego, k…, a wyższe wykształcenie mam. Ktoś (miasto Wrocław, jak mniemam) zapłaci tym samym ludziom znowu za tę samą robotę, tj. za rozpatrzenie tych samych wniosków, które oglądali 3 tygodnie temu (no dobra, druk inny….). Może o to tu chodzi – o pieniądze? Bo jak nie wiadomo, o co…

CDN, bo tylko temat ledwie musnęłam.

 

Dwudziestego maja nadeszła majowa pogoda

20 maj

No i proszę, w ciągu dwóch dni trzeba było pozbyć się kurtek, swetrów i czapek i wskoczyć w sandały. Dosłownie jeszcze dwa dni temu termometr wskazywał 10 stopni (na plusie, tyle dobrze), a ja i mały chodziliśmy po dworze w czapkach i zimowych kurtkach kolejny raz wyciągniętych z prania. Chyba już w końcu mogę je uprać i schować na dobre?? Dziś w parku porozbierałam małego do krótkiego rękawka, a i tak był czerwony na buzi i zupełnie przepocił płócienną czapkę z daszkiem. Trzeba się orientować z tą pogodą, nie ma co!

Trochę pozytywów muszę wypunktować (żeby nie było, że zawsze narzekam): synek nauczył się smarkać w chusteczkę (co wyszło na jaw podczas ostatniego przeziębienia), więc żegnaj frido!! Mały spróbował siusiać na stojąco i nawet mu to wychodzi, jeśli mama trzyma siusiaka. To bardzo wygodne w sytuacjach bez toalety, choć jeszcze się nie zdarzyło, żeby synek chciał siusiać na dworze; jak już pisałam, opróżnia pęcherz bardzo rzadko, 4 razy dziennie, góra. Ambitnie zaczęłam go uczyć samemu trzymać swój instrument i niestety skończyło się na tym, że znowu chce siadać… Ale myślę, że to tylko kwestia czasu, by się nieco usamodzielnił. Pampersa zakładam mu tylko na noc, czasem rano ma sucho, czasem mokro, myślę, że parę dni temu kupiona paczka pieluch jest OSTATNIĄ :)

W związku z katastrofalną sytuacją z przedszkolami we Wrocławiu (jutro ma być ogłoszone, gdzie jeszcze zostały wolne miejsca, na jakieś setki wakatów nie liczę…), znalazłam przedszkole prywatne dofinansowane, czyli trochę (ale tylko trochę) tańsze od prywatnego zwykłego. Byliśmy tam, zapisaliśmy synka, umowę podpisaliśmy. Tak więc alternatywa jest, jeśli z publicznymi nie wypali, co okaże się dopiero na początku czerwca.

Jestem pełna obaw z tym przedszkolem, tak w ogóle. Synek nie chciał ani na chwilę się od nas odłączyć, by pobyć z dziećmi (jak podpisywaliśmy papiery). Ja ce goku – tzn. ja chcę do domku – powtarzał. Zupełnie, ale to ZUPEŁNIE nie wyobrażam sobie tego momentu, że go zostawiam z dziećmi i paniami i wychodzę. To będzie masakra.

Po rozmowie z przedszkolanką trochę wzięliśmy się za usamodzielnianie małego w kwestii jedzenia czy ubierania, bo to człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, że taki trzylatek pewne czynności może robić już sam. Ja automatycznie i z przyzwyczajenia sporo przy nim robię i potrzebna mi jest chwila refleksji, by zacząć uczyć go np. ściągać czy wciągać na siebie spodnie, majtki. Muszę się powstrzymywać przed pomaganiem mu, żeby było szybciej i lepiej. Kolejne zadanie dla rodzica…

 

Jesteśmy w czarnej dupie

14 maj

Dokładnie. W wielkiej czarnej dupie. Dziś podano wyniki rekrutacji do przedszkoli. I co? I taki komunikacik ukazał się po zalogowaniu na odpowiedniej stronie:

„Z przykrością informujemy, że kandydat nie został zakwalifikowany do żadnej placówki wskazanej na liście priorytetów.”

Do żadnej. Jasna cholera. Nie, że do tej, na której nam najbardziej zależało. DO ŻADNEJ.

No żesz k… mać. What now????

Czwarty rok mam siedzieć z dzieckiem w domu?

Czy może wyczarować co miesiąc jakiś tysiączek na prywatną placówkę?

Czy już naprawdę wszystko w tym kraju musi być tak powalone? Niż demograficzny, niż demograficzny!!! Rodzi się za mało dzieci!!! Zakazać całkowicie aborcji, niech rodzą się też dzieci tak bardzo chore, że nie przeżyją ani godziny po porodzie! Ale niech się rodzą! Bo niż…

Pobudowało się trochę nowych przedszkoli, m.in. to, które mam najbliżej domu i na które ostrzyłam sobie zęby. Jego widok będzie kłuł mnie w oczy przez cały rok, za każdym razem, gdy wyjdę z domu, aż znów spróbuję zapisać doń małego. Za rok. Byłam tam dziś. Trzy listy wiszą. Jedna – z dziećmi przyjętymi. Sztuk 32. Powalająca liczba, zwłaszcza, że zawiera również dzieci przyjęte do grup pięcio- i sześciolatków. A przedszkole wielkie jak blok dziesięcioklatkowy. Co oni tam, jedną grupę dziesięcioosobową stworzyli??? To po kiego grzyba im 14 sal dydaktycznych???

No nic. Druga lista: „kandydaci niezakwalifikowani do placówki pierwszego priorytetu”, ale przyjęci do innych przedszkoli: sztuk 27. Wow.

No i w końcu lista nr 3. Spis dzieci „nigdzie niezakwalifikowanych”. Aż mnie serce zakłuło. Bo to jakoś tak okropnie brzmi. Że NIGDZIE, ALE TO NIGDZIE NIE PASUJEMY. 58 nazwisk. W tym nasze.

Jesteśmy normalną rodziną. Pełną. Rodzice na etatach. Jak się okazuje, to jakiś ewenement. Wyprzedzili nas samotni, rozwiedzeni, niepełnosprawni i zastępczy. I wielodzietni. Z naszą ilością tych cholernych punktów nie byliśmy nawet pod kreską, tylko hen, daleko. To jakaś kara, czy jak?

 

PS do poprzedniego wpisu

09 maj

Muszę oddać sprawiedliwość mojemu małemu potworowi. Nie całą, nie całą, spokojnie. Ale troszeczkę chyba tak, bo okazało się, że część tego przeokropnego marudzenia i dziamgolenia była spowodowana złym samopoczuciem. A mianowicie wczoraj mały obudził nas  o 6 rano kaszlem i świszczeniem przez zatkany nos, i płaczem do tego. Marudził tak do ósmej – ani nie spał, ani nie chciał wstać, ot, takie przepychanki w łóżku (bo oczywiście wpakował się do nas), kuksańce w plecy, płakanie, memłanie i maksymalne matki wkurzanie (bo mąż jakoś tak na skraju się ułożył i udawał, że jego cała ta akcja pt. jestem bardzo chory i biedny i muszę zwrócić na siebie maksymalną uwagę) nie dotyczy.

Czy trochę mniej się teraz złoszczę na to wijące się na podłodze rozhisteryzowane biedactwo (reakcja na odmowę kolejnego ciasteczka, reakcja na wyłączenie bajek po godzinie oglądania, reakcja na… na wszystko)? Trochę mniej, ale żebym aż tak bardzo skruszała, to nie powiem, bo nie uważam, żeby trochę kataru i czerwone gardełko było dobrym wyjaśnieniem na zachowanie typu ‚księciuniu, któremu wszystko się należy i któremu nic nie wolno kazać’.

Spokojnie, nie jestem matką-monstrum, byłam z małym u lekarza, żeby wykluczyć ewentualne ukryte schorzenie powodujące np. fizyczny ból przy ubieraniu bluzeczki. Albo przy siusianiu – bo mały odmawia sikania niemal przez cały dzień, a raz, gdy w końcu namówiłam go do siadu na toalecie, wygiął się w połowie akcji w łuk, że on już nie chce, obsikał mnie i podłogę, a sam walnął się głową w ścianę. Super!!! Zna ktoś patrona od cierpliwości? Bo muszę wznieść modły.

Doktor osłuchała, zajrzała w uszy i gardziel, pomacała brzuch i nic nie stwierdziła, prócz czerwonego gardła właśnie, ale chyba każdy by miał czerwone, jakby darł się przy osłuchiwaniu stetoskopem jak obdzierany ze skóry. Na wszelki wypadek dała skierowanie na mocz i krew. Już zbadaliśmy, wyniki dobre, odpada więc np. zapalenie pęcherza, tłumaczące niechęć do sikania. Jest niechęć, ale bez wytłumaczenia i tyle.

Daję więc małemu zalecony ibuprom, witaminę C i psikam w gardło czymś przeciwzapalnym i modlę się, by objawy choroby jak najszybciej minęły wraz z maruderstwem, bo jak katar minie, a maruderstwo nie, to… Boże, nie wiem, co ja wtedy zrobię!!!

 

PS

Zawsze jednak może być gorzej – moja siostra obecnie przebywa w szpitalu z dwójką swoich dzieci, wycieńczonych po mega – za przeproszeniem – sraczce i wymiotach. Kroplówkują je już od kilku dni, ech… Co to się może przyplątać. Siostra wczoraj mówi do mnie tak: Niech każdy, kto gada bezmyślnie, że dwójkę dzieci łatwiej się chowa, niech sobie wyobrazi, czym jest opieka nad taką dwójką, gdy zachoruje. Bo przy jednym to już koszmar.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Ściąganie piżamki: 15 minut. Wkładanie majteczek: 20. Spodenek: 15. Skarpetek: 15. Jeszcze tylko koszulka i sweterek… I kapcie.

07 maj

Ciężkie dni. Mały tak mi daje popalić, że co najmniej raz dziennie dziękuję sama sobie, że nie zdecydowałam się na drugie dziecko. To nie na mój charakter, nie na moją logikę, nie na moje nerwy. Muszę wykłócać się o każdą czynność, siłować się z synem fizycznie i na słowa (dyskusja jest zresztą mało merytoryczna, gdyż jedynym argumentem małego jest jego „niechcenie”). Ze wszystkiego robione jest wielkie halo i ogromny problem, co, po pierwsze, jest wyczerpujące, po drugie (i to mnie chyba wkurza najbardziej) zajmuje mnóstwo czasu.

Rano na przykład jest walka, by mały się ubrał. Szarpie się przy ściąganiu piżamy. Ucieka przy próbie włożenia majtek czy spodni. Czynność, która normalnie zajęłaby 10 minut, rozciąga się do kilkudziesięciu, przy czym mały ryczy i wije się na podłodze, a ja się wściekam. Z sikaniem to samo. Po całej nocy ma suchą pieluchę, w nocy pił wodę, naturalne jest, że ma pełny pęcherz, nie wyparowało przecież z niego. No i co? Nie ce!!! Ani prośby, ani groźby, ani przekupstwo. Nie i już. Jest tak uparty, że potrafi przez cały dzień z łaską załatwić się tylko dwa razy.

Byliśmy ostatnio u koleżanki (bezdzietnej, ale mocno starającej się). Skomentowała tę naszą szarpaninę o wszystko, że jak tak może takie małe dziecko rządzić i po co go w ogóle o coś pytać, co i tak musi być zrobione. Hmm… Fajnie by było, gdybym tak mogła wymóc siłą na małym to, na co się nie zgadza. Czyli np. posadzić na kibelku czy zapiąć w foteliku. Ale – może to śmieszne – jest na tyle silny, że wymiękam; wije się i pręży – kto  potrafi zmusić ciałko wygięte w łuk, by przyjęło pozycję siedzącą – powodzenia i zapraszam do siebie na demonstrację. Chętnie popatrzę. Wg mnie – nie da się, a już na pewno nie są to warunki na siusianie czy spokojne zjedzenie posiłku (zależy, co było celem), więc po prostu odpuszczam. I tylko mam nadzieję, że jakieś schorzenie z tego nie wyniknie.

A pytanie dziecka o zdanie – no cóż, staram się okazywać synkowi szacunek i pozwalać mu decydować w drobnych sprawach, przecież to wsio rawno, czy założy czerwoną koszulkę czy niebieską i czy do domu pójdziemy prawą stroną drogi czy lewą. Problem zaczyna się, kiedy żadna z proponowanych opcji nie wchodzi w grę. A jeszcze, gdy małemu włączy się zdarta płyta, tzn. bez końca powtarza, co to on by chciał (czyli np. na spacerze: Na łoki, na łoki, na łoki, na łoki!!! Nie synku, nie wezmę cię na rączki, jesteś już duży i ciężki. Na łoki, na łoki, na łoki!!! Nie synku, mama nie weźmie cię na rączki. Na łoki, na łoki!! Na łoki!!!) lub nie chciał (Nie ce auta!! Nie ce auta!! Nie ce auta!! Synku, wsiadaj do auta, deszcz pada, wracamy do domu. Nie ce auta, nie ce auta!!! Nie ce auta!! I tak dalej, i tak dalej), to wznoszę oczy do nieba i modlę się o cierpliwość i siły, by to przetrwać.

Próbuję różnych sposobów i niektóre nawet działają, ale – znowu – ogólnie wszystko to zajmuje tyle czasu, że nawet, gdy w końcu osiągnę cel, jestem zła i wymęczona. Czyli np. gdy mały odmawia wejścia na 3. piętro do domu – OK, zostawiam go samego na schodach. Po 10 minutach albo włazi sam, albo mnie woła, wtedy schodzę po niego i już grzecznie za rączkę wchodzi. Zanim jednak do tego dojdzie, denerwuję się, że spadnie, nasłuchuję, czy ktoś nie idzie po schodach etc. W niektórych sytuacjach pomaga odwrócenie uwagi, czyli – nie wchodzę z synkiem w dyskusję, tylko zagaduję o czymś innym. Co też wymaga czasu, chęci i inwencji. I kłóci się z moim zdrowym rozsądkiem, no bo jak, celem jest np. włożenie kurteczki, a pokazuję małemu gołębie na chodniku i opowiadam, co też one tam ciekawego robią. Paranoja!

Czasami jest komicznie: mały słania się na nogach, histeryzuje ze zmęczenia, w dzień nie miał drzemki (ku mojej rozpaczy), jest godzina 21 i co słyszymy, my rodzice marzący o chwili dla siebie? Nie ce pać!!! Nie ce pać!!! W takiej sytuacji sił dodaje mi świadomość, że jeśli w końcu uda mi się przekonać synka, by choć na sekundę położył głowę na poduszce, to wiem, że od razu zaśnie. No i w końcu nareszcie zalegnie cisza. Aż do następnego dnia…

Jeszcze jedno – synek dobrze wie, jak mnie rozbroić. Kiedy już naprawdę przesadzi i każę mu iść do swojego pokoju i tam się wykrzyczeć do woli, po jakimś czasie przybiega skruszony i zasmarkany i mówi, że chce się tulić. No i się tulimy, czuję mocno zaciskające się na mnie rączki i staram się go zrozumieć. Że to taki durny wiek. Że musi wypróbować, na ile może sobie pozwolić. Że musi poznać, gdzie są granice i że nie warto odmrażać sobie uszu na złość mamie. Przez jakiś czas jest dobrze, aż niestety znowu matka coś wymyśli. Np. zupkę. Albo kąpiel. Albo powie, że to już ostatnia bajka i wyłączamy telewizor. I znowu rozgrywa się wielka tragedia. Po raz enty danego dnia.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS