RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2014

Storczyk szaleje

23 kwi

Pochwalę się dziś. Nie mam jakiejś super ręki do kwiatów. Nie spinam się też, jeśli chodzi o pielęgnację. Podlewam, jak sobie przypomnę, z nawozem to samo. Raz na rok lub rzadziej przesadzam. Mimo to mój storczyk, kupiony parę lat temu w promocji w Castoramie czy innym leroju w formie zabiedzonego patyka z jednym kwiatkiem, skromnie mówiąc, daje radę:

Leje dziś. Lało wczoraj. Tym bardziej doceniam pogodę, jaka była na Wielkanoc – ciepło, słonecznie. Byliśmy u moich rodziców, mają dom, ogród. Mały wylatał się na dworze za wszystkie czasy, buzię trochę opalił (zapomniałam o kremie z filtrem…).

Święta – rodzinne. I jak to w rodzinie – trochę spięć, ale tez sporo śmiechu i wspominek przy winku i wódeczce. I jedzeniu, rzecz jasna. Mam nadzieję, że nie przytyłam, tyle było tego dobra.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Rekrutacja do przedszkoli – bieg z przeszkodami

17 kwi

Wydrukowałam sobie tabelę-harmonogram z datami, co i kiedy trzeba zrobić, aby posłać dziecko do przedszkola, bo jest tam tego od cholery i łatwo przegapić coś ważnego. Prawie się nauczyłam tego wszystkiego na pamięć, choć oczywiście nie mam żadnej gwarancji powodzenia tej misji. Kryteria, oświadczenia, punkty…

Rację miała Dorota Wellman w DD TVN (http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/segregacja-w-przedszkolach-punktuja-rodziny,119712.html), że państwo powinno robić wszystko, aby dla żadnego dziecka nie zabrakło miejsca w przedszkolach i wręcz zachęcać rodziców do zapisów, a nie tworzyć masę przeszkód i barier, tak, aby danego dziecka nie przyjąć. Bo nie jest z rozbitej rodziny. Bo jest zdrowe. Bo nie jest z rodziny zastępczej. Bo nie ma rodzeństwa. Bo mama nie jest niepełnosprawna. I tak dalej – jeśli mi synka do przedszkola nie przyjmą, to właśnie z tych powodów. Absurd? Co zrobić…

Rekrutacja we Wrocławiu ruszyła wczoraj. W południe nawet nie można było załadować strony, czego się zresztą spodziewałam. Ale już potem, z małymi oporami, udało mi się „wygenerować wniosek”. To by było tyle odnośnie nowoczesnej (bo elektronicznej) rekrutacji, bo następnie wniosek trzeba było wydrukować. Znaczy się, na papierze, normalnieNie mam drukarki, musiałam posłać plik mailem do kogoś, kto ma. Ja taką osobę mam, a co jak ktoś nie ma? 

A po co drukować? Ano po to, by zanieść ów papier do tzw. przedszkola pierwszego wyboru – czyli tego, na którym najbardziej nam zależy. Można było wskazać 3 placówki, do pozostałych dwóch nosić wniosku, całe szczęście, nie trzeba. Tam wystarczy zgłoszenie elektroniczne. Dlaczego w przedszkolu pierwszego wyboru nie wystarczy? Nie wiem. Może trzeba się wykazać. Pokazać, że się chciało przyjść. Że się wie, gdzie się przedszkole mieści.

W połowie maja są – uwaga – WSTĘPNE  wyniki. Po ich ukazaniu się są dwa dni na złożenie tzw. oświadczenia woli korzystania z przedszkola. Czyli tak – wybieram dane przedszkole, osobiście niosę doń w zębach podpisany wniosek, ale to wszystko mało, to jeszcze nie oznacza, że chcę, by moje dziecko tam chodziło – tak chyba myślał ten, kto te zasady sformułował. A dwa tygodnie po złożeniu oświadczenia woli są – uwaga – OSTATECZNE wyniki. Daję słowo, łatwiej się zapisać na studia.

Wniosek złożyłam. Wysłuchałam reprymendy „Ale pani kochana, wózki to się zostawia TAM!” – i tu nastąpiło machnięcie dłonią w bliżej nieokreślonym kierunku. Mały był wystraszony nowym miejscem i nie chciał wyjść z wózka za żadne skarby. Nie wiedziałam zresztą, że jest jakieś miejsce na wózki i nie wolno nimi korytarzem jeździć, w końcu to przedszkole, a nie sala balowa.

Czekamy teraz na wyniki. Bardzo chcę, by małego przyjęto. Tylko dlaczego widząc te dzieciaki w budynku zrobiło mi się nagle bardzo bardzo smutno?

 

Sypialnia odzyskana/Kije muszą być

10 kwi

Wyeksmitowaliśmy małego (a raczej jego łóżeczko) z naszej sypialni do jego pokoju, piętro niżej w dodatku. Bałam się histerii (małego) i latania po schodach po nocy (mojego), ale poszło prawie bezboleśnie. Łóżeczko znieśliśmy w dzień, żeby synek się przyzwyczaił, ale jakby tego nie zauważył, ignorował całkowicie nowy mebel w swoim pokoju aż do wieczora, kiedy to spania przyszedł czas. Tam pać! Tam pać! – płakał rozdzierająco wskazując rączką na piętro. Mnie oczywiście pękało serce i rozważałabym powrót łóżeczka do nas, gdyby nie było wcześniej ogromnych mecyi z noszeniem go po schodach oraz z przeciskaniem się z nim przez drzwi pokoju. Oszczędzę opisu, ale chodziło o milimetry i dość sporą akrobatykę (bo oczywiście pierwotnie łóżeczko przyszło w paczce w częściach i złożone zostało w naszej sypialni).

Całe szczęście mały ostatecznie się przystosował, woła tylko raz w nocy, około 3, kiedy tak się rozkopie, że aż zmarznie. Schodzi wtedy to z nas, które akurat słyszy (zazwyczaj ja), opatula i koniec. Synek jednak nadal jednak nie pozwala demontować szczebli z boku. Myślałam, że to będzie dla niego szał ciał, zabawa z włażeniem i wyłażeniem, martwiłam się nawet, że zabrudzi i wyszura pościel pakując się do łóżka za dnia. Nic podobnego. Kolejny raz wyjęliśmy szczeble i mały kolejny raz postawił warunek położenia głowy na poduszce – Kije, kije! Założyć kije? Tak!

Tym bardziej więc cieszę się, że w biurze podróży kupując wczasy upieraliśmy się przy łóżeczku dla niego, bo, jak się okazało, łóżeczko dziecięce przysługuje dzieciom do lat dwóch, a potem dają dostawkę. Babka specjalnie kontaktowała się z hotelem w tej sprawie i obiecano nam łóżeczko. Bo jak on bez szczebli nie czuje się komfortowo, to co dopiero na zwykłym tapczanie, czy jak tam wygląda ta dostawka.

Lecimy latem na tę Kretę i nie ma dnia, bym o tym nie myślała, w różnych kontekstach… Z jednej strony rozmarzam się o plaży i ciepłym morzu i że nie będę musiała sprzątać i gotować… A z drugiej oczywiście martwię się, jak to z małym będzie. Dobre rady mile widziane. Już czytałam o dziecku w samolocie – że kocyk wziąć, bo bywa zimno, że wygodne ubranie. No OK. Kupiłam też kilka nowych zabawek, które mały zobaczy dopiero w samolocie (jeśli będzie marudził, bo może akurat będzie zarajcowany lotem, nowe zabawki przydadzą się wówczas na inną czarną godzinę). No i chyba do bagażu podręcznego wezmę nocnik? Bo, nie daj Boże, jakaś kupa? Siusiu chyba też już świadomie w pieluchę nie zrobi, ale na wszelki wypadek chyba założę mu pampersa, bo ja wiem? Lot niby nie taki długi, ale zanim co, to 2 godziny na lotnisku spędzimy. A mały jak się zatnie, to się nie wysika i koniec, aż bywa za późno.

No a to zatykanie uszu przy starcie/lądowaniu? Synek nie pije już od dawna przez smoczek, lizaków ani żadnych twardych cukierków do ciamkania mu nie daję, gumy do żucia broń panie Boże. To jakieś ciastko mu dać? Czy to ma w ogóle aż takie znaczenie, czy może w necie, jak zwykle, przesadzają?…

Kolejna rzecz – mały co rano woła o kaszkę. All inclusive all inclusivem, ale kaszki bym się nie spodziwała w menu, a na pewno nie codziennie… Biorę więc własną, trudno, będziemy robić przy stole w jadalni.

I weź tu się, człowieku, normalnie spakuj… Łopatki, wiaderko, grabki, piłka taka, piłka siaka, konewka, nadstawka na sedes, kaszki, ulubiony struś do spania z różową szyją… Chyba gdzieś wcisnę strój kąpielowy i klapki, co?

PS

Mały lubi pukać w różne drzwi i wołać Kto tam?! Ostatnio widziałam, jak stukał w klapę od sedesu. Kto tam? Kto tam?! Hmmm…

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nie ce

02 kwi

Mówię w domu:

- Idziemy na dwór.

- Nie ce na du.

Mówię na dworze:

- Wracamy do domu.

- Nie ce domu.

Przed obiadem:

- Chodź na zupkę.

- Nie ce upki.

Po sikaniu:

- Trzeba włożyć spodnie.

- Nie ce podni.

I tak dalej. Bez końca. Cały dzień. I dodatkowo mama!!! milion razy na godzinę.

Ratunku! Czy znacie jakieś warsztaty dla podkręconych na maksa matek? Takie, wiecie, rozładowujące agresję? Bo u mnie, jak dotąd, skrupia się na mężu. Oczywiście mały też zbiera 3 grosze, na siłę go gdzieś ciągnę albo się wydzieram, ale reszta złości i poirytowania spływa na męża. Sorry, taki syn, taki wiek, można by powiedzieć. Ale chwilami to przestaje być aż tak bardzo zabawne i uważam, że w niektórych sytuacjach dziecko zbliża (wspólne zajęcia, zmartwienia, śmiechy i obowiązki), ale równocześnie w niektórych sprawach cholernie rodziców oddala od siebie. Bo powoduje zmęczenie i irytację. Bo przeszkadza w intymnych sytuacjach. Bo wypełnia sobą niemal cały wolny czas i przeradagowuje wszelkie wspólne plany. Taka prawda.

Tak często powtarzam ostatnio znane powiedzonko, że mały już dokańcza za mnie:

- Jesteś uparty jak…

- …uł! – woła z uśmiechem.

Synek nie protestuje jedynie w dwóch sprawach: słodyczy i bajek. Fioletowy kolor opakowań Milki wypatrzy z końca drugiego pokoju, muszę się kryć, gdy chcę skubnąć ciastko czy czekoladkę. To samo z telewizją – ja (JA!) muszę walczyć, gdy chcę coś oglądać, bo mały albo jest w bardzo zabawowym nastroju, czyli hałasuje na potęgę i/lub ciągnie mnie dokądś (Daj eke! – czyli daj rękę) albo wykrzykuje nazwy swoich ulubionych bajek, bo to on ma teraz oglądać, a nie ja…

Nauczył się też wmawiać mi pewne postawy, co jest często dość komiczne, np. 7 rano, mały podnosi moją kołdrę do góry i słyszę: Mama nie ce pać! Albo jesteśmy na lodach, mały wcina swojego i – mając pewnie ochotę na mojego – stwierdza: Mama nie ce loda. Nie ma to jak sztuka perswazji.

Minione dwa tygodnie spędziłam u rodziców. Przez jakieś 10 dni synek był jak aniołek. Idealne dziecko. Myślę, że to nowa sytuacja i otoczenie go trochę temperowały, odkrywał nieznane kąty i zabawki, toteż na marudzenie nie było miejsca. Ale ostatnie dni to był horror, już oswojony ze wszystkim zaczął się chyba trochę nudzić, bo jęczał i marudził na potęgę. Na pewno przybyło mi sporo nowych siwych włosów. Taki pobyt w nowym miejscu ma jednak sporo plusów. Rodzice mają koty i psa, mały po paru dniach zaczął je traktować jak coś normalnie istniejącego, a nie jak obrazek w telewizji czy książce. Nauczył się głaskać, wołać po imieniu, a zamiast miał miał zaczął mówić po prostu kotek. Na spacerach największą atrakcją było rzucanie patyków psu. Z pewnością miał w ręku wszystkie kijki w zasięgu kilometra.

Synek nauczył się też ładnie mówić babcia i dziadek, moi rodzice rozpływali się oczywiście nad wnusiem.

A ja? Ja się trochę oswoiłam z samochodem. Na co dzień nie jeżdżę, bo mamy jeden i mąż po prostu zabiera go do pracy. Od wielkiego dzwonu jadę czasem na zakupy dobrze znaną trasą, nie dłużej niż 15 minut. Ale do rodziców odważyłam się pojechać sama w ponadgodzinną podróż. I na miejscu też trochę jeździłam, ale to była akurat prościzna, bo miasto małe i znam tam na pamięć wszystkie znaki.

Nie wiem, co sobie myśleli kierowcy wyprzedzając mnie po drodze (a sporo było takich), ale jestem z siebie dumna. Mały całe szczęście siedział z tyłu jak trusia i protestował tylko, gdy zaczynałam śpiewać z radiem (Mama nie!). Jeśli nie muszę jechać szybciej niż 90, zmieniać pasów i wyprzedzać – dla mnie bomba. No i autostradą też nie lubię jeździć. Po co się tak śpieszyć?… ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS